Berlińska depresja. Dziennik

Okładka książki Berlińska depresja. Dziennik
Anda Rottenberg Wydawnictwo: Krytyka Polityczna biografia, autobiografia, pamiętnik
256 str. 4 godz. 16 min.
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Data wydania:
2018-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2018-01-01
Liczba stron:
256
Czas czytania
4 godz. 16 min.
Język:
polski
ISBN:
9788365853578
Średnia ocen

                7,1 7,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Berlińska depresja. Dziennik w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Berlińska depresja. Dziennik



książek na półce przeczytane 1907 napisanych opinii 1162

Oceny książki Berlińska depresja. Dziennik

Średnia ocen
7,1 / 10
225 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
93
9

Na półkach:

05.09.2024
Wyjątkowa pozycja. Anda Rottenberg przewidziała przyszłość polityczną Europy. Wspomnienia i zapiski są z 2016 roku, brzmią jakby opisywały momenty które dzieją się tu i teraz. Szczerość i bezkompromisowość w ocenie artystycznego środowiska. Miałam wiele obaw, że pozycja okaże się za trudna, a wypowiedzi autorki chłodne. W tej książce jednak poczułam bliskość i ciepło płynące z personalnych zapisków oraz sporą dawkę poczucia humoru.

05.09.2024
Wyjątkowa pozycja. Anda Rottenberg przewidziała przyszłość polityczną Europy. Wspomnienia i zapiski są z 2016 roku, brzmią jakby opisywały momenty które dzieją się tu i teraz. Szczerość i bezkompromisowość w ocenie artystycznego środowiska. Miałam wiele obaw, że pozycja okaże się za trudna, a wypowiedzi autorki chłodne. W tej książce jednak poczułam bliskość i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

591 użytkowników ma tytuł Berlińska depresja. Dziennik na półkach głównych
  • 298
  • 283
  • 10
107 użytkowników ma tytuł Berlińska depresja. Dziennik na półkach dodatkowych
  • 63
  • 16
  • 10
  • 8
  • 4
  • 3
  • 3

Inne książki autora

Anda Rottenberg
Anda Rottenberg
Anda Rottenberg (ur. 1944) – polska historyk sztuki, krytyk oraz kurator licznych wystaw, w latach 1993-2000 dyrektor Galerii Sztuki "Zachęta" w Warszawie, od 1998 roku przewodnicząca Fundacji Instytutu Promocji Sztuki.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Komeda. Osobiste życie jazzu Magdalena Grzebałkowska
Komeda. Osobiste życie jazzu
Magdalena Grzebałkowska
Liczył się tylko jazz Jazz, stosując duże uproszczenie, zanim jeszcze przybrał formę bluesa, swingu czy ragtime’a i na długo przed pojawieniem się w Nowym Orleanie zespołów dixielandowych, był muzyką przywiezioną z Afryki przez jej zniewolonych mieszkańców - muzyką Niewolników. Rytmiczną, swobodną, pełną improwizacji, angażującą słuchaczy i wykonawców, a co najważniejsze wyrażającą tęsknotę za wolnością. Nie wiem, co bardziej – czy to właśnie te cechy jazzu, czy jego amerykańskie, imperialistyczne pochodzenie, sprawiały, że w pierwszych latach powojennych był szykanowany, a nawet wręcz tępiony. Mimo dużej popularności w latach trzydziestych, po roku 1948 aż do 1957 jazz w Polsce musiał zejść do podziemia - nazwano ten okres „katakumbowym”. Właśnie mniej więcej w tym momencie rozpoczyna się ta niezwykła biografia. Introwertyk. Mówili o nim: „Najczęściej wydaje się nieobecny. Siedzi w środku samego siebie i nikomu się nie zwierza z tego, co czuje, o czym myśli. Przezywają go Nietoperz, bo wygląda jakby spał w dzień” [1]. Krzysztof Komeda Trzciński – pianista jazzowy, ale przede wszystkim kompozytor utworów jazzowych i muzyki filmowej. Kiedy okazało się, że trudno mu godzić pracę lekarza z pasją muzyczną, zrezygnował z wykonywania zawodu. To kompozycje muzyki filmowej przyniosły mu największą popularność i są rozpoznawane nawet przez osoby, które deklarują, że jazzem się nie interesują. Zilustrował muzycznie przeszło 60 różnych filmów: fabularnych, dokumentalnych, animowanych, w tym ponad 10 w reżyserii Romana Polańskiego. Ze swoim zespołem Komeda Quintet nagrał słynny album „Astigmatic”, uważany za jeden z najlepszych w tzw. polskiej szkole jazzowej. Kolejna biografia Krzysztofa Komedy Trzcińskiego może nie zainteresowałaby mnie tak bardzo, gdyby nie jej podtytuł: „Osobiste życie jazzu” i nazwisko autorki. Wcześniejsze publikacje Magdaleny Grzebałkowskiej - jej biograficzny debiut „Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego” i „Beksińscy. Portret podwójny” - sprawiły, że mniej więcej wiedziałam już, czego się spodziewać i miałam pewność, że w warstwie biograficznej książka mnie nie rozczaruje, ale byłam jednocześnie ciekawa, w jakim stopniu autorka wywiąże się z sugerowanej w tytule obietnicy przedstawienia kulis (skoro „życie osobiste”) polskiej sceny jazzowej. Ani w jednym, ani w drugim aspekcie nie rozczarowała mnie ta biografia i zapewniam, że początki nowoczesnego jazzu w Polsce nie są w niej tylko tłem. Nie wiem, czy już w założeniach miał to być projekt komplementarny, ale taki jest - w mojej ocenie - efekt. Można czytać ją dla Komedy, można również wyłącznie dla jazzu. A czyta się ją jak dobrą powieść. Emocje rosną, a utrzymać uwagę czytelnika na niemal 500 stronach nie jest łatwo. Zakończyłam z przyspieszonym tętnem, mimo że doskonale wiedziałam, w jaki sposób skończy się ta historia - że jej bohater odejdzie przedwcześnie, tragicznie, a jednocześnie chciałoby się powiedzieć bezsensownie i niepotrzebnie (choć w obliczu śmierci brzmi to nieodpowiednio). Krzysztof Komeda Trzciński urodził się w 1931 roku, a zmarł w 1969, mając zaledwie 38 lat. Jeśli prześledzimy losy jego innych sławnych rówieśników, w tym również wielu przyjaciół, to zauważymy, że i oni odchodzili zadziwiająco szybko, w równie feralnych okolicznościach, w sposób gwałtowny i w podobnym wieku: Zbigniew Cybulski (1927-1967), Bogumił Kobiela (1931-1969), Marek Hłasko (1931-1969), Andrzej Munk (1921-1961). Pojawiały się w związku z tym absurdalne teorie spiskowe tych, którzy w tym zbiegu okoliczności dopatrywali się działania sił nadprzyrodzonych, fatum, wpływu loży masońskiej, klątwy, satanistycznego spisku z udziałem Romana Polańskiego itp. Biografia Komedy również w tej sprawie udziela wielu wskazówek, opisując styl życia w Polsce lat powojennych (50., 60.). W okresie, kiedy muzycy i słuchacze musieli ukrywać się ze swoją pasją, czyli do roku 1956 i również później, kiedy mogli już oficjalnie dawać koncerty, wciąż towarzyszył im alkohol. Piło się często, dużo, a wynikająca z tego nonszalancja prowokowała tak wiele niebezpiecznych sytuacji, że należałoby się raczej dziwić, że nie zebrała jeszcze większego żniwa. Przyczyny bywały więc często prozaiczne, pozbawione ingerencji sił nieczystych, co nie zmienia faktu, że polska kultura u schyłku lat sześćdziesiątych straciła wielu obiecujących artystów, których twórczość mogła się dopiero rozwinąć. W tym miejscu można rozpocząć snucie innych teorii na temat przyczyn takiego zjawiska – pokolenie Kolumbów, ciągłe poczucie nietrwałości, nieposkromiony apetyt na życie ludzi, których młodość i świadome dzieciństwo przypadało na lata wojenne? Magdalena Grzebałkowska nie miała łatwego zadania. W przeciwieństwie do bohaterów dwóch poprzednich biografii, ten nie tylko odszedł wcześnie, ale był bardzo powściągliwy w wyrażaniu swoich emocji w innej formie niż za pośrednictwem muzyki. Nieliczne widokówki wysyłane z różnych miejsc na świecie, najczęściej do rodziców, oszczędne wywiady, których udzielił – to w zasadzie wszystko. Zostały utwory, nagrania i podkreślana przez wszystkich, wręcz symboliczna, małomówność. Informacje o Komedzie autorka zbierała, osobiście docierając do wszystkich, z którymi łączyły go jakieś prywatne lub zawodowe relacje. Na wstępnie przygotowanej liście zebrała ponad 160 nazwisk. Nie ze wszystkimi udało się przeprowadzić wywiady, ostatecznie, jak podaje, bazowała na około 80 rozmowach. Podróżowała w tym celu po Polsce i nie tylko, bo oprócz kilku bliższych wyjazdów zagranicznych, udała się tropem Komedy do Stanów Zjednoczonych. Dotarła do rodziny, muzyków, aktorów, innych uczestników życia muzycznego i ostatniego żyjącego świadka wypadku, który wydarzył się w Stanach Zjednoczonych. W oparciu o tę relację przedstawiła nową i bardzo wiarygodnie brzmiącą wersję wydarzeń, które stały się bezpośrednią przyczyną śmierci muzyka. Pozostała jeszcze żmudna praca w archiwach w poszukiwaniu dokumentów potwierdzających uzyskane informacje, karierę artystyczną kolejnych zespołów, które tworzył lub z którymi współpracował, oraz tych pokazujących tło – Polskę lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, a to wszystko przecież tylko etapy przygotowawcze. Książka ma nie tylko bogatą bibliografię, indeks nazwisk i źródeł. Podzielona jest na 100 zatytułowanych rozdziałów, z których każdy ma przynajmniej kilka podrozdziałów. Bibliografia załącznikowa podana jest na końcu książki, ale podzielona i ponumerowana w obrębie rozdziałów, co dobrze porządkuje informacje i dla mnie było dużym ułatwieniem. Pod względem merytorycznym jest przygotowana niezwykle starannie - dla osób szczególnie interesujących się jazzem, kulturą czy wręcz historią lat powojennych może być prawdziwym „źródłem źródeł” do dalszego zgłębiania tematu. W samej biografii znajdujemy już wiele informacji o życiu codziennym, imprezach towarzyszącym koncertom, lokalach – Piwnicy pod Baranami, słynnym SPATiF-ie, kontaktach towarzyskich, cenach, jakie obowiązywały, problemach, jakie mieli muzycy ze zdobyciem instrumentów, płyt, a nawet ubrań. Pojawiają się tu nie tylko postacie ze świata muzyki jazzowej jak Andrzej Trzaskowski, Tomasz Stańko, Jerzy Milian, Andrzej Kurylewicz, Wojciech Karolak czy Urszula Dudziak, czołówka świata filmowego z Romanem Polańskim, Jerzym Skolimowskim, Witoldem Sobocińskim, również Leopold Tyrmand, Krystyna Sienkiewicz i wiele innych osób – ich indeks zajmuje dwanaście stron drobną czcionką, więc przytaczam tylko tych, którzy zwrócili moją szczególną uwagę. Autorka szczególnie dokładnie relacjonuje pierwszy festiwal jazzowy w Sopocie oraz powstanie (w 1958 r.) i kolejne edycje słynnego Jazz Jamboree. Nie jest to jednocześnie biografia pozbawiona wątków bardzo osobistych, dotykających życia prywatnego artysty - małżeństwa z Zofią, która była jednocześnie jego menadżerką (trzeba przyznać bardzo, jak na te siermiężne czasy, skuteczną i aktywną) - związku trudnego, ze smutnym zakończeniem. Zofia jest dla mnie niemniej ważną bohaterką w tej historii. Pozostaje w tle Krzysztofa Komedy, jest „czarnym charakterem” – dominująca, zaborcza i - jak podkreślają rozmówcy Magdaleny Grzebałkowskiej - przemiła, pod warunkiem, że nie pod wpływem alkoholu. Postać bardzo niejednoznaczna, jak na czasy wczesnego PRL-u niezwykle nowoczesna, która odegrała ważną rolę w życiu muzyka, a jej życiorys mógłby być materiałem do osobnej historii. Poza świetnym publicystycznym stylem - oszczędnym i skupionym na przedstawieniu tylko dobrze udokumentowanych faktów - bez nadinterpretacji wydarzeń czy luźnych domysłów, biografia Krzysztofa Komedy Trzcińskiego jest jednocześnie przygodą literacką, wycinkiem z historii jazzu w Polsce, zapisem reporterskiego śledztwa i próbą stworzenia portretu psychologicznego postaci w jednym. Jestem pod jej wielkim wrażeniem, cieszę się, że mam ją na swojej półce. 1. Magdalena Grzebałkowska, „Komeda. Osobiste życie jazzu”, Wydawnictwo Znak, 2018, s. 49 Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.
Iksja - awatar Iksja
oceniła na 9 2 miesiące temu
Inni ludzie Dorota Masłowska
Inni ludzie
Dorota Masłowska
Dorota Masłowska to pisarka wzbudzająca skrajne emocje, lecz pozostająca niewątpliwie mistrzynią w obserwowaniu Polaków. Dała temu wyraz w swoich wcześniejszych książkach, a w „Innych ludziach” tylko to potwierdza. Tym razem opisuje rzeczywistość w oryginalny sposób, bo w rytmie rapu, w który wpisane są losy mieszkańców brudnej, zmęczonej i pełnej frustracji Warszawy. Jak Iwona, która ma pozornie wszystko: nowocześnie urządzone przez słynnych architektów mieszkanie, syna i zapewniającego komfort ekonomiczny męża. Świetnie czuje się w Kambodży, gdzie w luksusowych hotelach karmi się wdzięcznością ludzi, rozdając im napiwki, bo wreszcie może poczuć się kimś ważnym i zadowolonym z siebie. W Polsce czuje się tylko nieszczęśliwa. Na zewnątrz piękna i elegancka, w środku to kłębek lęków. Szuka ucieczki w leki, przypadkowy seks i zakupoholizm, co pomaga tylko na chwilę, wyzwalając z czasem wyrzuty sumienia. Szuka więc dalej – na instagramowych profilach znajomych - w ich nowych samochodach i idealnych aranżacjach domów. Podziwia ich pełne sukcesu twarze i czuje, że to są prawdziwi szczęśliwcy, którym za wszelką cenę musi dorównać. Postanawia więc żyć jak oni. Razem z mężem pojadą do Australii albo Nowej Zelandii, wrzuci zdjęcia do sieci i będzie obsesyjnie śledzić, ilość polubień. Na drugim biegunie tej samej Warszawy spotykamy Kamila – młodego człowieka z patologicznego środowiska, niedoszłego rapera żyjącego na wieczny kredyt u dilera. Dla Iwony ta pozornie bliska relacja jest jedynie rozpaczliwą próbą wypełnienia dojmującej pustki i reakcją na emocjonalny chłód męża. Ich spotkanie to zderzenie dwóch osobnych światów, między którymi nie ma szans na żadną nić porozumienia. Brak wspólnego języka i emocjonalna próżnia sprawiają, że ich relacja - ograniczona wyłącznie do sfery seksualnej - pozostaje jałowa i pozbawiona szans na jakąkolwiek autentyczną więź. Kamil nie marzy o Kambodży - on marzy o tym, by w końcu wydać płytę i wyrwać się z dusznego bloku, w którym każdy dzień smakuje tak samo beznadziejnie. Choć dzielą ich pieniądze i pochodzenie, oboje wpadają w tę samą pułapkę fasadowości. Niezależnie od stanu konta, w świecie pokazanym przez Masłowską liczy się tylko to, co zewnętrzne i namacalne, co ma dawać choćby chwilowe złudzenie bycia kimś ważnym. Markowy but i ciuch, luzackie podejście do życia – to obowiązkowe rekwizyty, które trzeba wystawić na pokaz. Do tego rygor siłowni, mający rzeźbić ciało, które maskuje puste wnętrze. To świat zewnętrznego blichtru i wewnętrznego rozpadu, gdzie pod fasadą pozornej normalności pulsują niepewność i lęki. Masłowska przygląda się nie tylko dorosłym. Krytycznie patrzy na nastolatków, w których już teraz dostrzega zalążek przyszłej Iwony czy kolejnego Kamila. Problemy nie znikają przecież z czasem – one pęcznieją, sprawiając, że życie zaczyna boleć coraz bardziej. Młodzi nie szukają jednak ucieczki; pozbawieni motywacji, trwają w maraźmie, żyjąc z dnia na dzień bez wytyczonej ścieżki czy konkretnego celu. Karmiąc się jedynie doraźnymi impulsami i mglistymi marzeniami, bezwładnie dryfują przez życie jako ludzie o nieokreślonej tożsamości. Autorka bez skrupułów demaskuje wszechobecną bylejakość. Krytykuje miałkość egzystencji, poziom kształcenia, jakość kultury i metody wychowania – wystawia surową ocenę naszej staczającej się mentalności. Robi to niemal mimochodem, wtrącając kąśliwe uwagi o polityce, nauce czy postępującym zatarciu tożsamości we współczesnym świecie. To obraz rzeczywistości, która bezpowrotnie traci swój fundament. Masłowska pokazuje świat, w którym nastąpił całkowity zanik więzi i uczuć. Ludzie, choć blisko siebie, są rozdzieleni ekranami iPhone’ów. Zagubieni w rzeczywistości pozbawionej zasad i wartości, szukają ratunku w lekach, alkoholu i dragach. To lekarstwa, które tylko na moment pozwalają zapomnieć o wewnętrznych koszmarach. „Inni ludzie” to opowieść o wielkim braku - braku miłości, braku zakotwiczenia i braku języka, który potrafiłby nazwać nasze nieszczęście inaczej, niż przez wulgaryzmy lub reklamowy slogan. Autorka niczego nie upiększa. Zostawia nas w samym środku dusznej, warszawskiej atmosfery, z echem rapowanego bitu w uszach i niewygodnym pytaniem o to, czy tytułowi „inni” to w jakichś częściach nie my sami. To lektura skłaniająca to tego, by pod warstwą blichtru dostrzec to, co w nas najbardziej kruche i prawdziwe. Głównym bohaterem książki jest tu bez wątpienia język. Po raz kolejny Masłowska zachwyca umiejętnością posługiwania się nim oraz niezwykłą zdolnością przelewania na papier obrazów z otoczenia, układając je tym razem w raperskie rytmy i rymy. Błyskotliwie miksuje wulgaryzmy z poetycką frazą, wysuwając żywioł języka na plan pierwszy. Niełatwo dorównać jej w grze słownej i ironicznym dystansie - Masłowska dokonuje tu wirtuozerskiej sztuki, składając z językowego rynsztoka duszny, rapujący i przeszyty rozpaczą poemat.
zuszka - awatar zuszka
oceniła na 8 30 dni temu
Świństwo (truizmy) Marie Darrieussecq
Świństwo (truizmy)
Marie Darrieussecq
Ta książka mnie mocno zaskoczyła, nie mogę w pełni powiedzieć, że pozytywnie biorąc pod uwagę jej treść ale trafiła do mnie. Rozumiem negatywne komentarze pod jej adresem co do faktu, że nie jest ona precyzyjna. Większość fabuły jest implikowana i to czytelnik ma sam wysnuć wnioski co się dzieje co mnie osobiście intrygowało i pchało do przodu. Co do zarzutów o infantylność głównej bohaterki, rozumiem skąd się wzięły ale ja sama odbieram ją w inny sposób. Jest ona idealną przedstawicielką swojego świata skupioną na wypełnianiu dobrze swoich zadań i reprezentowaniu pewnego standardu wedle tego co się od niej oczekuje. Z początku nie ma punktu odniesienia, który mógłby pomóc jej w trakcie przemiany czy zmiany sposobu myślenia. Nawet po otrzymaniu jakiegokolwiek dostępu do takich danych widać, że jest on na tyle ograniczony że nie wpływa na nią na poziomie jakiego byśmy chcieli. Na swoje nieszczęście bohaterka uczy się z czynów, a i tak za późno i za mało. Mimo, że przemiana jest w tym przypadku fizyczna skanując fabułę książki widać też jej przemianę mentalną. Dla mnie abstrakcyjny świat pełen reguł tak sprzecznych z naszymi rozproszył mnie na tyle, że najgłębsze refleksje naszły mnie dopiero po przeczytaniu książki. Rozumiem jednak czemu jest ona uznana za klasykę literatury feministycznej i mimo, że nie trafi ona wielu osobom do gustu to uważam, że jest ona warta polecenia.
Zakurzona_dusza - awatar Zakurzona_dusza
oceniła na 8 9 miesięcy temu
Zdrój Barbara Klicka
Zdrój
Barbara Klicka
Barbara Klicka jest poetką „młodego” pokolenia. Urodziła się w 1981 roku i wychowała w Płocku, natomiast studiowała w Warszawie. Uznanie zdobyła tomikiemsame same, a następnie nice. Potem napisała sztukę teatralną zatytułowaną Elementarz (i wystawioną przez Piotra Cieplaka w Teatrze Narodowym). I wreszcie w 2019 roku debiutowała w prozie Zdrojem. Niewielką książeczką o wyobcowaniu we współczesnym świecie. Główna bohaterka nazywa się Kamila i jest w wieku chrystusowym. Niedawno wykryto u niej złośliwy nowotwór tkanki chrzęstnej i skutecznie go wycięto. Obecnie Kama wybiera się do sanatorium, by się podleczyć i nie stracić uprawnień do renty zdrowotnej. Spędza tam miesiąc, a my przyglądamy się temu w stylu, do którego przyzwyczaił nas taki Varga. To trochę strumień świadomości, trochę wierny zapis wydarzeń, których część zahacza o absurd. Kama w sanatorium jest samotna i dopiero w nim debiutuje. Uczy się rządzących tym miejscem zasad od starszych i bardziej doświadczonych współlokatorek, Zosi ze Zgierza i Bogusi z Podhala, które nieraz patrzą na nią z góry i skąpią wyjaśnień. Bohaterka staje się trybikiem w wielkiej maszynie, elementem niezbędnym, ale i nieistotnym, ugniatanym, przestawianym, traktowanym jak głupie dziecię. W tle pojawiają się inni pensjonariusze i pracownicy zakładu, choćby rubaszny Zdzisław czy Halinka marząca o wycieczce do Lichenia. Świat przedstawiony w Zdroju jest nieprzyjemny i nieprzychylny, pełen ludzi złośliwych, nadmiernie formalnych bądź zakompleksionych (w końcu Kama jest z Warszawy!). To obraz przerysowany, ale do pewnego stopnia celnie portretujący Polskę i polskość. Owo wyobcowanie, które nieuchronnie się pojawia, tylko wzmacnia ów efekt. Nic dziwnego, że moje pokolenie niezbyt chętnie spogląda w stronę sanatoriów. A przecież kiedyś były to raje dla ludzi w słusznym wieku… Więcej recenzji: https://zdalaodpolityki.pl/category/ksiazka/
Michał Zacharzewski - awatar Michał Zacharzewski
ocenił na 7 3 miesiące temu
Latawiec z betonu Monika Milewska
Latawiec z betonu
Monika Milewska
Gdański falowiec, kształtem przypominający morską falę to najdłuższy budynek mieszkalny w Polsce. Wybudowany w latach 1970-1973 dla jednych jest architektonicznym koszmarem PRLu , dla innych stał się obiektem kultowym. 860 metrów długości, 32 metry wysokości, 13 metrów szerokości. 11 kondygnacji, 16 klatek, 1792 mieszkań dla blisko 6 tysięcy lokatorów. Do mieszkań wchodzi się z otwartych galerii. Kiedyś można było tymi zewnętrznymi galeriami przejść z jednego końca budynku na drugi. To był spacer :) Przez 50 lat opierał się wiatrom morskim i wichrom historii, więc sam w sobie przeraża, fascynuje i przyciąga. Ile mógłby opowiedzieć …. i w pewien sposób robi to poprzez książkę Moniki Milewskiej „Latawiec z betonu”. To satyryczna lekcja historii, nie pozbawiona elementów komediowych. Zabawna i przewrotna. Jest rok 1975. Twórca budynku, 35letni inżynier, dumny ze swego dzieła rusza galeriami wzdłuż falowca. Odkrywa, że zakrzywił czasoprzestrzeń i każda kolejna klatka przenosi go w przyszłość. Wraz z nim odbywamy podróż w czasie, tyle że dla naszego bohatera to przyszłość , dla nas to już przeszłość. Przeskakujemy w przełomowe wydarzenia dla Polski – wybór Polaka na papieża, stan wojenny, tworzenie Solidarności, śmierć Jana Pawła II. Czytamy o Kaszpirowskim hipnotyzującym masy, odbiornikach telewizyjnych marki Rubin które wybuchały, o kolekcjach kolorowych puszek ustawianych na meblościankach oraz rewolucji technologicznej, narkotykach, krowie na balonie i karpiach w wannie, Ikei, e-mailach, notebookach. Oczami naszego bohatera obserwujemy zmiany które dokonały się na przestrzeni lat. Zmiany mentalne, ekonomiczne, demograficzne i krajobrazowe. Oraz co istotne poznajemy historie zwykłych ludzi, mieszkańców falowca. Ich życie które zmienia się w zależności od dokonywanych wyborów. Oraz ich opinie na temat miejsca w którym mieszkają. Nietuzinkowa opowieść. Polski realizm magiczny. Warto się w nim zanurzyć i poddać się falom historii. Ja bawiłam się wyśmienicie.
Ewa - awatar Ewa
oceniła na 7 6 miesięcy temu
Jej ciało i inne strony Carmen Maria Machado
Jej ciało i inne strony
Carmen Maria Machado
„Jej Ciało i Inne Strony” to zbiór opowiadań a jednocześnie debiut autorki. Realne problemy społeczne kobiet są połączone z surrealizmem i realizmem magicznym. To połączeni powoduje że te historie mają inny wydźwięk i dzięki temu to o czym opowiada autorka może dotrzeć do większej ilości osób, które to potrzebują. Dalsza część to moje opinie i przemyślenia na temat poszczególnych opowiadań. „Mężowski Szew” Ciekawe opowiadanie którego nie do końca zrozumiał_m. Opowiada ono o kobiecie z tajemniczą zieloną wstążką na szyi. Poznaje swojego przyszłego męża na imprezie, kiedy ma 17 lat, i od tamtej pory wszystko dobrze się wiedzie. Oboje są szczęśliwi, kochają się, potem mają dziecko i wygląda na to że wszystko się dobrze kończy. Jednak przez całą tą historię czułam że coś jest odrobinę nie tak. Czekał_am aż coś złego się stanie a ostatecznie dopiero pod koniec może coś złego się stało. Przez tą całą tą historię każdy z tych dwóch mężczyzn w jej życiu chciał wiedzieć co znajduje się pod jej wstążką. Odganiała ich i prosiła żeby zostawili tą wstążkę, kiedy oni chcieli ją ściągnąć. Jedna kobieta którą poznała podczas szycia strojów na przedstawienie syna, miała żółtą wstążkę na palcu (chyba środkowym) i mówi naszej bohaterce: „To takie męczące, prawda?”. Ostatecznie, pod koniec, dowiadujemy się o co chodzi z tą wstążką. Kiedy jej mąż ją odwiązuje, jej głowa po prostu odpada. Jest w tym opowiadaniu wiele szczegółów które mogą naprowadzić na prawdziwy sens tej historii. Na przykład to że mąż, tuż po tym jak ona rodziła dziecko i lekarz musiał zrobić nacięcie ale nie na brzuchu, on prosi lekarza o dodatkowy szew. Tak jak powiedział lekarz: „ … jest ciasno i wszystkim się podoba.” Fuj. Rzygać się chce. Jaki jest morał tej historii? To, że nawet jeśli jesteśmy w szczęśliwym związku, dalej oczekujemy czegoś złego? Bycie lub udawanie idealnej kobiety/żony, nawet jeśli się nam to podoba, to w głębi jest to męczące i tracą przez to głowę? Czy perwersja mężczyzn przez całą historię była taka straszna, że nawet jeśli prawie wszystko jest idealne, to dalej jakoś podświadomie się czegoś boją? Na to pytanie w tej historii nie znam odpowiedzi. Może wszystkie są prawdziwe, a może żadna nie jest. Wy sami musicie przeczytać tą historię i dojść do własnych wniosków. „Inwentarz” To opowiadanie już mi się bardziej podobało niż poprzednie. Kobieta opowiada o ludziach których spotkała i z którymi się przespała. Jedna kobieta. Jeden mężczyzna. Dwóch chłopaków, jedna kobieta. A przez całą tą historię, w tle, jest tajemniczy wirus, który zaczął się rozprzestrzeniać. Nie wydaje mi się żeby ta historia była jakiegoś typu przestrogą lub krytyką czegoś. Może tytuł „Inwentarz” wskazuje na to że czasami ludzie traktują innych ludzi jak rzeczy w sklepie, które mogą sobie wybierać i wymieniać do woli. Ja jednak myślę że to opowiadanie opowiada o czymś innym. O tym, że przez całe nasze życie spotykamy dużo różnych ludzi, z którymi będą łączyć nas różne relacje, inni zostaną na dłużej a jeszcze inni będą chwilowym spotkaniem. To wszystko nas kształtuje i nikt nie powinien tego ukrywać. Myślę też, że autorka nawiązywała do tego, że niektóre osoby krytykują kobiety za to z iloma osobami się przespały, jakby to było nie do pomyślenia, że przez np.: 30 lat naszego życia, możemy się przespać z więcej niż jedną osobą. Wracają do wirusa, o którym wcześniej wspomniał_m. Wydaje mi się może być on, takim można powiedzieć, fizycznym przedstawieniem śmierci. Może przyjść w każdej chwili i nam odebrać kogoś bliskiego. Sine ciało, przekrwione oczy i krew pod paznokciami które ten fikcyjny wirus powoduje trochę nas na tą interpretację naprowadza. W tej historii główna bohaterka wynosi się ze swojego domku nad morzem, bo kobieta która przygarnęła, została zainfekowana. Nasza bohaterka się wyniosła na mała wyspę, a ta kobieta została. Tak jak po czyjejś śmierci, nawet jeśli tej osoby już nie ma, to tak jakby ona dalej tu z nami była. „Matki” Wow! Nie wiem co powiedzieć. Historia o kobiecej parze, w której jedna z nich, magiczne, bez żadnego mężczyzny ani jakiegoś innego zabiegu urodziła dziecko i zostawiła je oraz główną bohaterkę. Tak jak dwie poprzednie historie, ta także jest opowiadana w pierwszej osobie, więc świat i cała ta historia mogą być wymysłem osoby opowiadającej. Myślę że tu trochę tak jest. Na pewno mamy tu niepodważalne fakty, np.: główna bohaterka kochała swoją partnerkę, chciała mieć z nią dziecko o imieniu Mare oraz to że jej partnerka była przemocowa. Ten ostatni fakt, jest subtelnie wpleciony w opowiadanie. Bohaterka przypomina sobie że jej ukochana rzuciła nią o ścianę tak mocno że zrobiło się pęknięcie, mówi o tym że raz mówiła w łóżku do niej że ją kocha, a raz że nie powinna tak mówić, bo ona by tak do niej nigdy nie powiedziała. W pewnym momencie nauczycielka w toalecie podsłuchuje jej rozmowę z partnerką przez telefon i mówi naszej bohaterce że to nie jest normalne. Ma także problemy z dzieckiem z którym została sama, bez pomocy drugiej osoby, bo nie była na nie przygotowana. Snuje ona historie o tym jak to dziecko dorasta, jakie jest ono kochane, o jej pierwszych szkolnych prześladowcach i ukrywaniu smutku. Pod koniec, w kulminacyjnej części opowiadania, pojawia się drugie dziecko, młodszy brat Mary, Tristan. Wchodzi on za swoją starszą siostrą do domu a za nimi wchodzi para (mężczyzna i kobieta), pytają się głównej bohaterki kim jest i co robi w ich domu i mówią dzieciom żeby się ich trzymali. Muszę powiedzieć że to zakończenie mnie troszkę zatrzymało w mojej interpretacji. Jestem pewn_, że opowiadane jest o agresywnych związkach w które ludzie wchodzą bo kochają drugą osobę na tyle żeby w nim zostać. Mówi też o partnerach, którzy zostawiają matki same z dzieckiem oraz o bólach i trudnościach związanych z wychowywaniem dziecka które tak nagle się pojawiło oraz trochę nas zniszczyło. Nie wiem tylko jak zinterpretować to zakończenie i nie wiem czy ono ma być jakoś zinterpretowane. Może ono po prostu ma być confusing, a może nasza główna bohaterka popadła, gdzieś po drodze, w psychozę i część tej historii wymyśliła żeby zapełnić tą pustkę, którą jej partnerka zostawiła po sobie. To jest magia takiego typu opowiadań, że możemy sami zdecydować, czy to ma jakieś głębsze znaczenie czy nie, a i tak każde podejście będzie prawidłowe. „Wyjątkowo Odrażające” Wow! Nie spodziewał_m się że to opowiadanie będzie aż tak ciekawe. W porównaniu z poprzednimi, ta mi się najbardziej podoba. Historia jest przedstawiona jako opis odcinków serialu detektywistycznego, mówi o parze detektywów których zaczynają nawiedzać duchy dziewczyn, które padły ofiarą przestępstw na tle seksualnym. Musze powiedzieć, że opowiedzenie historii w ten sposób jest bardzo efektywne i jeszcze bardziej dodaje do tej historii dozę surrealizmu. Zaczynamy opowiadanie, jak typowy serial w tym gatunku i powoli nasi bohaterowie są rozkładani na czynniki pierwsze za pomocą tych paranormalnych wydarzeń. Opisy śmierci dziewczyn, miasto oddychające pod naszymi stopami, duchy zabitych osób z dzwoneczkami zamiast oczu oraz sobowtóry głównych bohaterów, dobrze kontrastują z rzeczywistością, oraz realnymi faktami i przemyśleniami na temat niesprawiedliwości związanych z napaściami na tle seksualnym, jak wychowujemy naszych synów i kryzysach wiary. Podobało mi się jakie to było większość czasu subtelne, ale jak było trzeba, to autorka nie bała się powiedzieć wprost co myśli o niektórych sprawach. Efektowne, przerażające i prawdziwe jak prawo jest niesprawiedliwe i bardzo często nie wierzy oraz nie daje sprawiedliwości wobec ofiarom gwałtów, pedofili i innych tego typu przestępstw. Główni bohaterowie, Benson i Stabler, są dobrze zarysowanymi i nie dwuwymiarowymi postaciami. Jestem zadziwion_ jak w takim formacie autorce udało się przedstawić te postacie oraz ich relacje i wszystkie ich niedoskonałości. Cała ta historia to opowieść o zboczeniu mężczyzn wobec kobiet, tak jak wcześniej napisał_am o niesprawiedliwości wobec ofiar napaści seksualnych, o prostytucji ale tej nie z wyboru, o przymykaniu przez społeczeństwo oka na różne czyny, normy społeczne które zmuszają kobiety do szukania partnera bez pozwolenia na szukanie miłości bez względy na płeć i orientację, o tym jak wychowujemy naszych synów, jak traktujemy nasze córki oraz o strachu jaki nam towarzyszy kiedy je mamy. „Prawdziwe Kobiety Mają Ciała” W tym opowiadaniu, autorka pisze o pewnym sklepie z sukienkami oraz o tajemniczym zjawisku lub chorobie, gdzie kobiety stają się przeźroczyste, tak jak duchy. Krótka, treściwa i całkiem dobra historia ale niestety, nie zachwyciła mnie tak samo jak poprzednie. Nasza główna bohaterka pracuje właśnie w tym sklepie i dba o sukienki a później dowiaduje się że te kobiety które zapadły w tą chorobę, tak jakby są wszywane w te sukienki, które każda dziewczyna che mieć, z własnej woli. Dobrze poprowadzona, mówi o kanonie piękna i związanym z tym kłopotami które wyrządza wobec kobiet, że jeśli one się w jakiś sposób nie przystosują, jak nie będą dążyć do tego wyidealizowanego obrazu kobiety, to znikną, a nawet wtedy, przez właśnie tą społeczną presję, będą dalej próbowały i nawet jeśli ktoś im pokaże że można inaczej żyć, to one zostaną w tym samym miejscu. Jest to także historia o kobietach które wyłamują się z tego kanonu i starają się być sobą, nawet jeśli zaczynają, w cudzysłowie „znikać”, oraz walczą z tymi nierównościami, będąc tymi niewidzialnymi dla społeczeństwa. Trafna, prosta i ciekawa historia ale raczej nie zostanie ze mną na dłużej. „Osiem Kęsów” To opowiadanie podobało mi się bardziej niż poprzednie. Mówi ono o kobiecie która poddaje się dziwnemu zabiegowi w którym usuwa się jelita itd., żeby być piękną. Historia przerażająca a zarazem prawdziwa, autorka nie bawi się w subtelność, tak jak w poprzednich opowiadaniach i mówi wprost o tym jak kobiety za pomocą inwazyjnych zabiegów i dziwnych diet, próbują dostosować siebie do społeczeństwa, które oczekuje że będą one piękne i idealne w każdym calu. Tytuł „Osiem Kęsów”, to dieta którą główna bohaterka stosuje wobec siebie żeby schudnąć. Tylko osiem kęsów. Mamy tutaj też narzucanie swoich ideałów i niespełnionych marzeń na swoje dzieci. W pewnym momencie, główna bohaterka dzwoni do swojej córki żeby powiedzieć jej, że przechodzi zabieg a córka zaczyna na nią wykrzykiwać i pytać czy aż tak nienawidzi siebie/swojego ciała. Później córka dzwoni do niej i pyta się naszej bohaterki, czy ją kocha i czy ją kocha w całości. Oczywiście, ona nie odpowiada na to pytanie. Niestety, tak jak w prawdziwym życiu, matka nie kocha jej w całości. Córka ma „koleżankę” z którą mieszka i mama podejrzewa że to nie jest zwykła koleżanka i się zastanawia czemu córka jej tego nie powie. Pod koniec wyobraża sobie że ona umrze w wieku 79 lat i córka przyjedzie na coroczne odwiedziny z jej małą córką. No kurde, ciekawe czemu twoje własne dziecko nie chce ci powiedzieć że ma dziewczynę. Podsumowując, jest to ciekawa historia która jest aż nazbyt prawdziwa i jeszcze bardziej przeraża, bo my wszyscy znamy takie osoby oraz wiemy o tym jak to wygląda np.: w Korei Południowej gdzie, to wszystko się dzieje na o wiele większą skalę. „Rezydentka” To opowiadanie bardzo mi się podobało. Klimatem trochę przypominało „Czerwone Drzewo” Caitlin R. Kierman, więc to jest logiczne, że mi się spodobało. Historia mówi o „Diablim Gardle”, czyli o takim hotelu/kurorcie dla artystów, którzy muszą najpierw dostać zatwierdzone stypendium, żeby tam w spokoju i ciszy tworzyć. Ciekawa i wielowymiarowa, całkowicie się wciągn_ł_m w tą historię. Bardzo mi się podobało, jak autorka przedstawiła to miejsce i postacie, odrobinę jak we śnie lub w jakimś abstrakcyjnym koszmarze. Trochę jest tutaj przemyśleń na temat sztuki i jak ona nas kształtuje np.: kiedy piszemy powieść, to czy nie przerzucamy odrobiny siebie i swoich doświadczeń ze swojego życia. Zadaje pytanie, dlaczego ktoś uważa że coś jest chore i według jakiej miary może to oceniać. O naszych wspomnieniach wydarzeń nad którymi nie mieliśmy kontroli i jak one mogą nas kształtować. Jak krytyka oraz wykorzystanie naszej słabości przez innych na nas działa oraz o szukaniu sensu w tym wszystkim, zgubieniu się i, w ostateczności, odnalezieniu drogi powrotnej. Opowiadanie które rozumie się duchem i trudno je opisać słowami. Na pewno zostanie w sercach artystów, osób które tworzą oraz u osób które chcą zostać zrozumiane. „Towarzyskie Trudności” Ale to było piękne i jednocześnie smutne opowiadanie. Jest ono subtelne i opowiada o pewnej rzeczy, której nie wypowiada ale opisuje sytuacje po. Gwałt, historia po prostu mówi o gwałcie i o ranach które po sobie zostawia. Za pomocą opisów np.: tego jak trochę się trzęsie po dotknięciu jej ramienia przez męża lub jego uspokajanie, że na imprezę którą jadą, nie będzie prawie w ogóle mężczyzn, ukazuje się obraz kobiety zniszczonej i pustej, która chce coś z tym zrobić i w tym jej partner pomaga. Jest też trochę napisane o aktorach w porno i jak się zmuszają i niszczeją, odcinają się od tego co robią myśląc o czymś innym a także o osobach które jednak to lubią. Tematy trudne i czasami kontrowersyjne ale ważne jest, żebyśmy o nich mówili i nie chowali tych tematów pod dywan. Tak samo jak poprzednie, tą historię bardziej rozumie się duchem bo autorka nie pisze wprost o czym to jest ale jak umiesz czytać subtekst, to zamienia się to w piękne opowiadanie.
majsrud_kulturalnie - awatar majsrud_kulturalnie
ocenił na 8 1 miesiąc temu
Instrukcja dla pań sprzątających Lucia Berlin
Instrukcja dla pań sprzątających
Lucia Berlin
Zgromadzone teksty — wydane już po śmierci autorki — sprawiają, że książka, choć to zbiór opowiadań, przywodzi na myśl autobiograficzną kronikę życia, pełną chwil boleści, zmagań i codziennych drobin nadziei. Berlin koncentruje się przede wszystkim na kobietach żyjących na marginesie — samotne matki, wdowy, kobiety uzależnione, osoby pracujące fizycznie lub usługowo, często – sprzątaczki, pielęgniarki, osoby zajmujące się domem czy opieką. Ich życie nie jest ani przez chwilę idealizowane; Berlin pokazuje trudy, ubóstwo, wstyd, uzależnienie, chorobę, przemoc, a także miłość, poczucie winy, tęsknotę. W opowiadaniach Berlin wnika głęboko np. w psychikę kobiety zmagającej się z alkoholizmem; przedstawia pracę pielęgniarki w izbie przyjęć, jej codzienne doświadczenia ze śmiercią, cierpieniem, obserwacją ludzi w ekstremalnych sytuacjach; w jeszcze innym — los matki imigrantki, jej obawy, relacje z lekarzami, urzędami, opieką nad dzieckiem. Bohaterki Berlin nie zawsze są jednoznacznie silne. Czasem są zranione, czasem przegrywają, ale często właśnie przez te niedoskonałości czy ograniczenia stają się najbardziej przekonujące i prawdziwe. Ich życie to ciąg balansowania między obowiązkami — wobec dzieci, pracy, samych siebie — a pragnieniem ucieczki, oddechu, normalności. Jednym z głównych atutów tej książki jest styl Berlin: prosty, surowy, często fragmentaryczny, z elementami humoru nawet w bardzo trudnych momentach. Narracja nie zawsze idzie linią prostą — wydarzenia się przeplatają, czasami przeskakują; narratorka często zwraca się bezpośrednio do czytelnika, co zwiększa poczucie intymności i autentyczności. Tytuł „Instrukcja dla pań sprzątających” stanowi zabieg ironiczny: choć nagłówek sugeruje poradnik, instrukcje tu są bardziej elementem literackiego kolażu, sposób na opowiedzenie o pracy, o hierarchiach społecznych, o relacjach między pracującą kobietą a osobami, dla których sprząta, i — szerzej — o byciu kobietą w trudnych warunkach. Humor i tragizm często idą tu w parze: Berlin potrafi pokazywać absurd życia — czy to związany z biurokracją, czy z własnym uzależnieniem, czy z nierównościami społecznymi — ale robi to bez patosu, z akceptacją i empatią. Niektóre opowiadania brzmią tak, jakby miały swoje źródło w życiu. Berlin zna smak ubóstwa, walki, niesprawiedliwości, samotności. To nie fikcja odkryta z oddali, ale doświadczenie z pierwszej ręki. Autorka nie próbuje upiększać: odsłania, pokazuje rany, ale także momenty bliskości, miłości, humoru. Te kontrasty wzmacniają przekaz. Chwilami nieco męczy brak linearności / porządku. Ten zbiór wymaga koncentracji; wydarzenia, osoby, miejsca mogą się powtarzać, ale nie zawsze wiadomo, w jakiej relacji czasowej lub geograficznej. To może dezorientować czytelnika przyzwyczajonego do bardziej chronologicznego czy kontekstualnego prowadzenia. Czasami opowieści są niedokończone — Berlin często wprowadza sytuacje, które nie mają jasnego zakończenia; pozostaje pytanie, domysł; niektóre opowieści uderzają swoją prostotą, ale nie wszystkim może odpowiadać taka otwartość. Niektóre opowiadania są mocniejsze, bardziej zapadające w pamięć, inne — lżejsze albo mniej przekonujące. Książka Berlin pojawiła się w czasie, gdy literatura w dużej mierze znajdowała się pod wpływem autobiografii, gdy głosy osób dotychczas marginalizowanych zaczynały być słyszane. Berlin wpisuje się w ten nurt, ale nie stara się tylko być „autorką z marginesu” — jej pisarstwo to dyscyplina języka i narracji, to literatura, która wymaga od czytelnika zarówno współczucia, jak i refleksji. Ponadto swoją siłą uderza w tematy rzadziej eksplorowane: kobiety pracujące fizycznie, kobiety uzależnione, kobiety o wielorakich obowiązkach; życie, które nie pozwala na luksus banalnego optymizmu. Berlin nie daje łatwych rozstrzygnięć — nie chodzi o to, by pocieszać, ale by pokazywać. To zbiór, który zostaje w pamięci, bo Berlin potrafi mówić o rzeczach trudnych — alkoholizmie, ubóstwie, samotności, granicach wytrzymałości — w sposób, który nie znieczula, ale uczy widzieć.
Telksinoe - awatar Telksinoe
ocenił na 7 6 miesięcy temu
Zapiski z domu wariatów Christine Lavant
Zapiski z domu wariatów
Christine Lavant
W tej książce ważne jest wszystko. Poczynając od okładki, jakże wymownej w swej prostocie, a jednocześnie intrygująco- hipnotyzującej poprzez te wnęki, dziury, tunele...,a skończywszy na posłowiu Adama Lipszyca, które bardzo dużo tłumaczy, wyjaśnia. I treść, która jednak mocno, wg mnie, wychodzi poza kanwę informacji, które mamy wdrukowane o tzw. „domach wariatów”. Autobiograficzna opowieść snuta przez Christine Lavant, która opisuje w pamiętniku swoje doświadczenia w klinice psychiatrycznej oraz zmagania z depresją i zdrowiem psychicznym. Autorka, po nieudanej próbie samobójczej, sama zgłosiła się do kliniki psychiatrycznej w Klagenfurcie, spędzając w jej murach całe sześć tygodni. Mało, dużo... Dla mnie wystarczająco, nie wiem, jak dla samej zainteresowanej...To nie jest zwykła autobiografia, to studium tego co wewnętrzne, zamknięte w ciele i dodatkowo jeszcze w budynku „bez okien”, na własne życzenie. Dysonans między tym co czytamy, a tym jakim pięknym językiem jest to opisane, zgrzyta nam w uszach jak widelec po talerzu. Nie znajdziecie tu mrożących krew w żyłach opisów, raczej melancholijne pragnienie wolności, jej wyrażania, w zrozumieniu siebie. Ciekawa, smutna, głęboko emocjonalna pozycja... „Bo cierpienie, z którym człowiek się tu styka, tak bardzo wykracza poza granice człowieczeństwa, że nie można mu zaradzić samym tylko człowieczeństwem.” „Pomyślałby kto, że cały świat składa się wyłącznie z kawałków miłości i musi być cudowny. Ale, na Boga, tak nie jest! Jakimś sposobem zawsze spartaczymy ten kawałek, który mamy wnieść do wielkiej mozaiki.”
Ida_wrześniowa - awatar Ida_wrześniowa
oceniła na 7 14 dni temu

Cytaty z książki Berlińska depresja. Dziennik

Więcej
Anda Rottenberg Berlińska depresja. Dziennik Zobacz więcej
Anda Rottenberg Berlińska depresja. Dziennik Zobacz więcej
Anda Rottenberg Berlińska depresja. Dziennik Zobacz więcej
Więcej