Pan burmistrz z Pipidówki

Okładka książki Pan burmistrz z Pipidówki autora Michał Bałucki, 8324201726
Okładka książki Pan burmistrz z Pipidówki
Michał Bałucki Wydawnictwo: Universitas Seria: Klasyka Mniej Znana literatura piękna
125 str. 2 godz. 5 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Klasyka Mniej Znana
Data wydania:
2003-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2003-01-01
Liczba stron:
125
Czas czytania
2 godz. 5 min.
Język:
polski
ISBN:
8324201726
Średnia ocen

6,6 6,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Pan burmistrz z Pipidówki w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Pan burmistrz z Pipidówki

Średnia ocen
6,6 / 10
34 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Pan burmistrz z Pipidówki

avatar
1117
571

Na półkach:

Tym razem dłuższa opowieść o człowieku, który dzięki umiejętności pomnażania dobytku został burmistrzem, a dzięki miłości do sprytnej arystokratki i przez własne wybujałe ego stoczył się na dno. Historia chwilami przydługawa, jednak przyciągała ciekawym językiem, humorem. Fajne czytadło, choć bywały już lepsze. Jednak polecam.

Tym razem dłuższa opowieść o człowieku, który dzięki umiejętności pomnażania dobytku został burmistrzem, a dzięki miłości do sprytnej arystokratki i przez własne wybujałe ego stoczył się na dno. Historia chwilami przydługawa, jednak przyciągała ciekawym językiem, humorem. Fajne czytadło, choć bywały już lepsze. Jednak polecam.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
523
419

Na półkach: ,

Opowiadanie w sposób karykaturalny przedstawiający ewolucję pobudek i motywacji włodarzy miejskich. Choć akcja rozgrywa się wczasach austro-węgierskiej Galicji, to nadal ta satyra wydaje się być bardzo aktualna. Popychani najbardziej szlachetnymi pobudkami społecznicy, chcący jak najlepiej dla swojego środowiska, kiedy zaczynają doświadczać władzy mogą podlegać przeobrażeniu i stają się próżnymi, kierowanymi snobizmem i osobistym majątkiem aparatczykami.

Opowiadanie w sposób karykaturalny przedstawiający ewolucję pobudek i motywacji włodarzy miejskich. Choć akcja rozgrywa się wczasach austro-węgierskiej Galicji, to nadal ta satyra wydaje się być bardzo aktualna. Popychani najbardziej szlachetnymi pobudkami społecznicy, chcący jak najlepiej dla swojego środowiska, kiedy zaczynają doświadczać władzy mogą podlegać...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1979
968

Na półkach:

Niby fabuła dzieje się ponad 100 lat temu, ale jest to bardzo bardzo współczesne. Polecam.

Niby fabuła dzieje się ponad 100 lat temu, ale jest to bardzo bardzo współczesne. Polecam.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

95 użytkowników ma tytuł Pan burmistrz z Pipidówki na półkach głównych
  • 48
  • 47
23 użytkowników ma tytuł Pan burmistrz z Pipidówki na półkach dodatkowych
  • 10
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Pan burmistrz z Pipidówki

Inne książki autora

Michał Bałucki
Michał Bałucki
Polski pisarz, komediopisarz i publicysta okresu pozytywizmu, prezes Wydziału Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” w Krakowie w 1885 roku. Bałucki pochodził z rodziny mieszczańskiej (jego ojciec był krawcem, matka – neofitka z Kochmanów – prowadziła kawiarnię). Uczęszczał do krakowskiego gimnazjum Św. Anny, następnie na wydział matematyczno-fizyczny (od 1857),a potem historyczno-literacki Uniwersytetu Jagiellońskiego. W latach 1857–1864 brał udział w spotkaniach artystów zbierających się w pracowni rzeźbiarskiej Parysa Filippiego w Krakowie (m.in. z Józefem Szujskim i J.K. Turskim). Współredagował też tygodnik społeczno-kulturalny „Niewiasta” (1861–1862). Następnie pracował przez pewien czas w Częstochowie jako nauczyciel. Bałucki nie walczył w powstaniu styczniowym, jednak aktywnie uczestniczył w organizacjach spiskowych w Galicji, wspierając stronnictwo czerwonych. Spędził za tę działalność rok w więzieniu (aresztowany pod koniec 1863). W latach 1865–1866 mieszkał w Warszawie, po czym przeniósł się do Krakowa. Wraz z Alfredem Szczepańskim współredagował w latach 1867–1868 tygodnik dla kobiet „Kalina”. Od roku 1869 do 1873 pisał do dziennika „Kraj” cotygodniowe felietony pt. Tygodnik krakowski. W roku 1871 otrzymał nagrodę w krakowskim konkursie dramatycznym za sztukę Pracowici próżniacy, zaś w 1892 – w konkursie „Kuriera Warszawskiego” za komedię Flirt. Pod koniec życia wiódł spór z ruchem młodopolskim – w krytyce Bałuckiego szczególnie napastliwy był Lucjan Rydel. Bałucki rozgoryczony niepowodzeniami ostatnich swoich sztuk, przygnębiony zdiagnozowaną nerwicą popełnił samobójstwo, strzelając z rewolweru w skroń. Dramat miał miejsce w październikowy wieczór na krakowskich Błoniach (przed wejściem do Parku Jordana). Bałucki pochowany został na Cmentarzu Rakowickim, w kwaterze Bc, bez religijnej oprawy. W sprawie uzyskania zgody na pogrzeb kościelny interweniowali m.in. marszałek Andrzej Kazimierz Potocki i tajny radca Antoni Wodzicki, ale kategorycznie sprzeciwił się temu kardynał Jan Puzyna, co wywołało powszechne oburzenie krakowskiej opinii publicznej. Niedługo po tragicznej śmierci pisarza, mieszkańcy miasta postanowili wystawić mu pomnik. Szybko zebrano społeczne fundusze i wkrótce popiersie Bałuckiego było gotowe. Jego autorem był Tadeusz Błotnicki. Pierwotnie pomnik planowano ustawić na skwerze przed Teatrem Słowackiego, ale wpływowe kręgi konserwatywne sprzeciwiły się tej lokalizacji. Ostatecznie pomnik został ustawiony na tyłach teatru, wśród zieleni Plant. Odsłonięcia dokonano w roku 1911, w dziesiątą rocznicę śmierci Bałuckiego. Bałucki zaliczał się do grupy tzw. przedburzowców – pisarzy debiutujących przed powstaniem styczniowym, na przełomie późnego romantyzmu i pozytywizmu. Większość opracowań podaje, że jego debiutem literackim były wydane 1861 roku poematy na motywach ludowych. Według innego źródła debiutował w 1860 roku na łamach Gwiazdki Cieszyńskiej wierszami Do ojca (nr 16/1860) i Niedzielna pieśń pastuchy (nr 26/1860). Na łamach tego czasopisma opublikował także dłuższy utwór poetycki Góral (nr 42/1860) oraz wierszowany obrazek Dziewczyna spod lasu (nr od 22 do 25/1860). Jako debiut jest też podawana publikacja w „Dzienniku Literackim” z 1859. Pierwsze powieści Bałuckiego były inspirowane wypadkami powstańczymi: Przebudzeni (1864) oraz Młodzi i starzy (1866). W latach 70. XIX w. Bałucki stał się w Galicji jednym z głównych propagatorów pozytywizmu, tworząc powieści tendencyjne. Bohaterowie pozytywni i negatywni (głównie mieszczaństwo) tych utworów byli przedstawieni schematycznie, ich wypowiedzi przekazywały program społeczny oraz ideowy autora. Powieść Z obozu do obozu (1874) opisywała klęskę uczciwego działacza uwikłanego w sieć intryg w środowisku krakowskim. W powieści Błyszczące nędze (1870) przedstawił krytyczny obraz środowiska arystokratyczno-ziemiańskiego. Bohaterami pozytywnymi powieści byli przedstawiciele inteligencji (np. adwokat w Błyszczących nędzach) lub rzemieślnicy (Byle wyżej, 1875). Powieść Żydówka (1870) potępiała antysemityzm. W późniejszej twórczości Bałuckiego punkt ciężkości przesunął się z promowania programu pozytywistycznego w stronę krytyki rzeczywistości – świat przedstawiony został jako pełen zbrodni, kapitalistycznego wyzysku, socjalistycznych demagogów (250 000 1882, W żydowskich rękach 1884, Przeklęte pieniądze 1899). W ostatnich utworach przeciwstawiał się dekadentyzmowi (Pamiętnik Munia 1899). Inny nurt twórczości Bałuckiego to satyra polityczno-obyczajowa. Dwie wizyty jego ekscelencji (1883) pokazywały przemianę dawnych patriotów w rojalistów. W groteskowy sposób Bałucki przedstawiał drobne mieszczaństwo Galicji z jego kompleksem niższości wobec szlachty, snobizmem, życiem ponad stan (Pan burmistrz z Pipidówki 1887). Przeciwstawiał im rzetelność i pracowitość warstw niższych – rzemieślników, służących, straganiarek – portretując je z sympatią i humorem (Typy i obrazki krakowskie 1881, Nowele i obrazki 1885). Większość dramatów Bałuckiego sytuuje się na pograniczu komedii oraz farsy i nawiązuje do tradycji Aleksandra Fredry. Akcja komedii rozgrywa się głównie w środowisku średniozamożnego mieszczaństwa (kupcy, właściciele kamienic, urzędnicy),rzadziej wśród szlachty. We wczesnych utworach Bałucki ośmieszał pogoń za tytułami i godnościami, wygórowane ambicje, snobizm, służalczość wobec szlachty i sfer rządowych, chłopomanię (Polowanie na męża 1865, Radcy pana radcy 1867, Pracowici próżniacy 1871, Komedia z oświatą 1876, Krewniaki 1879, Sąsiedzi 1880). Do najpopularniejszych należały komedie Bałuckiego ze środkowego okresu twórczości – w latach 80. XIX w. były jednymi z najczęściej wystawianych sztuk. Grube ryby (1881) pokazywały starszych panów, nadmiernie ufnych we własną atrakcyjność małżeńską. W Domu otwartym (1883) przedstawione były perypetie gości i gospodarzy na wieczorku tanecznym. Klub kawalerów (1890) osnuty był wokół zabiegów kobiet w odpowiedzi na kawalerskie postanowienia mężczyzn. W późniejszych komediach atakował również demoralizację dziennikarzy (Nowy dziennik 1887) oraz dekadentyzm (Szwaczki 1897). W sposób komediowy prezentował także temat emancypacji kobiet (Emancypowane 1873, Sprawa kobiet 1896). Fabuła komedii Bałuckiego często oparta była na drobnych sprawach, łatwych do rozwiązania konfliktach, mało prawdopodobnych zdarzeniach. Komizm postaci wynikał z rozbieżności między ich słowami a czynami, mniemaniem o osobie a oceną otoczenia. Obecny był również humor słowny i sytuacyjny. Bohaterowie wcześniejszych komedii byli schematyczni, w późniejszych utworach nabrali więcej cech indywidualnych. W publicystyce Bałucki poruszał podobne wątki ideowe jak w powieściach. W felietonach Tygodnik krakowski krytykował niedojrzałość społeczną mieszczaństwa i szlachty, bierność, brak odwagi cywilnej, serwilizm wobec władz zaborczych, postawy konserwatywne i klerykalne.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Wielki świat Capowic Jan Lam
Wielki świat Capowic
Jan Lam
7,5/10 Początki były bardzo trudne i po pierwszym rozdziale zastanawiałem się czy nie zrezygnować z lektury. Język jest już trochę przestarzały a i styl Jana Lama- choć jak się później okazało świetny - jest dość skomplikowany. Dodatkowo, książka jest satyrą polityczną, dlatego też, aby w pełni zrozumieć przekaz autora, trzeba orientować się w ówczesnej sytuacji politycznej zaboru austriackiego. Pomagają w tym odesłania wyjaśniające kontekst zawartych w "Wielkim świecie Capowic" aluzji do kontekstu politycznego. Jeśli przezwycięży się wyżej opisane niedogodności- a naprawdę warto, okazuje się, że "Wielki świat Capowic" to świetna, zabawna, wciągająca i wciąż aktualna lektura. Niesamowicie zręcznie autor manewruje opowiadaną historią pana starosty capowickiego Precliczka i jego rodziny, wplatając w nią drugą płaszczyznę pełną odniesień, ironicznych uwag i przytyków w stronę swoich oponentów, zachowując przy tym dobry smak, prezentując poziom dyskusji politycznej, o którym dziś można by tylko pomarzyć. Przy okazji możemy także lepiej uzmysłowić sobie realia kulturowe i społeczne ówczesnej Galicji, dowiedzieć się skąd wzięła pochodzenie nazwa Królestwa Galicji i Lodomerii, czy wreszcie poznać pogląd autora na to, dlaczego u Niemców nie występuje odpowiednik naszego powiedzenia "Gdy Polak głodny, to zły". Może sama fabuła "Wielkiego świata Capowic" nie jest oryginalna, ale bystrość umysłu i ciętość języka Jana Lama sprawiają, że jest to wyjątkowa pozycja w polskiej literaturze, którą warto znać. A o aktualności powieści Lama niech świadczy ten fragment: "Chrześcijańska miłość bliźniego daje się zresztą napotykać w większych nierównie miastach niż Capowice i jest zawsze bardzo chwalebną, bo świadczy o gorliwym troszczeniu się o cudze dobro. Ma to jednak tą niedogodność, że zacni i kochani sąsiedzi z obawy, ażebyśmy nie zbłądzili, tak dokładnie śledzą każdą nastręczającą nam się sposobność do robienia złego, że najczęściej zła sława wyprzedza każdy nasz błąd, zamiast następować po nim".
piotrek24tfx - awatar piotrek24tfx
ocenił na86 lat temu
Dzieje jednego pocisku Andrzej Strug
Dzieje jednego pocisku
Andrzej Strug
Ta książka „chodziła za mną” ponad 40 lat (przymierzałem się do niej w stanie wojennym - normalne wtedy u młodziaka),a teraz żałuję straconego czasu. Bo relatywnie mniej się zestarzała przez ten czas niż ja. Znakomita to rzecz, choć czytelna agitka za piłsudczykowskim PPS - za to j a k napisana! W mojej opinii Strug niewiele ustępuje Żeromskiemu – co ja piszę: przewyższa nudziarza! Mamy tu wspaniałą panoramę rewolucji, niby z 1905 roku, tej najbardziej dziś zapomnianej, by nie powiedzieć: pogardzanej – ale i uniwersalnej. To soczysty obraz jej piękna i brzydoty, nieodłącznych dla każdej z nich mechanizmów heroizmu, manipulacji, zdrady. Strug był wybitnym stylistą. Jego język jest łagodnie archaiczny, co według mnie tylko dodaje mu uroku – najważniejsze jest, że jak to kiedyś mówiono, „czyta się”. Autor mocno akcentuje cenę zaangażowania. A nie chodzi tylko o tych straconych na Cytadeli czy poległych w akcjach. Kama zapłaci jeszcze bardziej, bo zdrowiem psychicznym („Na stopach Kamy leżały w świetnym przepychu gałęzie kwiatu mimozy. Spoczęły, jak u nóg męczennicy, zadręczonej nareszcie na śmierć przez ludzi i już wyzwolonej na wieki. Żywy, mocny zapach, pełen rozkoszy i upojenia, okrył jak całunem jej umarłe ciało”). I tu pojawia się wątek manipulacji ludźmi przez przywódcę rewolty. Leon, ewidentnie stylizowany na Piłsudskiego, wie, że nie ma ceny, jakiej nie zapłaci za skuteczność działań. Równie imponująco opisany jest schyłek rewolucji, gdy energia społeczna wyczerpuje się, a na powierzchnie wychodzą szuje. I staczanie się wielu zasłużonych bojowców nie tylko w samozwańczych sędziów i katów w jednym, ale i w zwykłą bandyterkę. Coś podobnego działo się po II wojnie z zasłużonymi żołnierzami podziemia, ale o tym pisać dziś nie wolno, bo to ‘szarganie świętości’ bandytów typu ‘Ogień’ czy ‘Bury’. Pokazuje to, jakim uczciwym człowiekiem był Autor, który nie krył tej negatywnej ewolucji rewolucjonistów, choć z pewnością prorosyjska endecka propaganda - która nb. już wtedy grała antysemityzmem - z tego korzystała (przypominam że toczyła się wtedy regularna podziemna wojna domowa między nimi). Ale Strugowi prawda była najdroższa (jak wiele lat później Józefowi Mackiewiczowi, choć z socjalistami nie miał on przecież niczego wspólnego. A symbolem wyczerpania się rewolucyjnej energii jest los samego ‘pocisku’ (faktycznie @Aguirre, przez te lata polszczyzna ograniczyła sens tego pojęcia wyłącznie do naboju, a nie bomby, jak wówczas). Świetna jest ta „wędrówka” bomby z rąk do rąk, aż trafia w ręce….. Najlepsze cytaty Energia więzi społecznej wyładowywała się gwałtownie, między anodem a katodem [sic!] przebiegały wartkie prądy — a pośrodku zostawały trupy i trupy. Gdy go kto ciśnie o ziemie, rozerwie wszystko dookoła z jednakową energią — czy to będą carscy siepacze, czy bojownicy rewolucji, czy przechodnie na ulicy, ludzie starzy, młodzi, źli, dobrzy, głupi czy mądrzy, potrzebni czy niepotrzebni. Będą leciały z okien szyby, będzie ogólne przerażenie. Kiedy okiem pamięci spogląda na ongiś królewski zamek, staje mu w oczach natrętne widmo. Jak upiór zza grobu sięga nieobeschłym jeszcze ze zgnilizny piszczelem po żywego człowieka. A człowiek chce żyć. Człowiek lubi żyć spokojnie. Nauczył się Polak odpędzać upartą, wyłażącą zewsząd zmorę. Już potrafi Polak nie pamiętać, nie dostrzegać, wymijać. Już może nareszcie nie wzdychać. Dużo, dużo umie już Polak. Niechże tak będzie. Tutaj, o tej wieczornej porze chodził po swoim gabinecie i rozmyślał człowiek w generalskim mundurze. Pies psów carskich, sługa sług, niewolnik, bijący czołem w przedpokojach ministra, a w Polsce pan samowładny i prokonsul, opiekun, dozorca i kat, generał i gubernator. Mieszka na zamku królewskim, jak król, i ma władzę, jakiej nie miał żaden król polski. Kraj był ściśnięty w kleszczach stanu wojennego, więzienia były pełne, wieszano bez litości, po ulicach chodziły patrole wojskowe, mrowie szpiclów obciążało budżet, a jednak w biały dzień działy się rzeczy niesłychane. Uzbrojone bandy grasowały po kraju, nikt z dygnitarzy nie był pewny życia. Robotnicy po fabrykach rządzili się, jak chcieli, pisma rewolucyjne wychodziły codziennie i były sprzedawane zupełnie otwarcie na ulicach miasta. Ruszyli się nawet śpiący od wieków chłopi polscy i urządzili olbrzymi strajk rolny. — To wszystko minie, jaśnie panie! Przejdzie, tylko patrzeć! Polacy nigdy nie wytrzymają długo! Tyle razy były u nas rewolucje i, Bogu dziękować, jakoś idzie — a tu przecie nie to, co rok sześćdziesiąty trzeci, kiedy w powstaniu była szlachta, księża i co porządniejszego. Przecież to sama hołota, kanalia i Żydy. Generał zaczął się upijać. Pił samotnie, wieczorami. Pokrzepiał się, jak mógł — mógł przynajmniej spać twardo do rana. Inaczej nie mógłby zasnąć — bo do szaleństwa doprowadzała go myśl, że ginie Rosja. Poznała z przerażeniem, jak straszną rzeczą jest pożegnać życie i pozostać. Wiedziała, że już nic ją nie zajmie i nie przywiąże do siebie naprawdę. Obudziła się, jak inny, drugi człowiek. Tamten umarł; znikł. Jakże teraz będzie w niej żył ten drugi człowiek? Ja już nic nie zrobię! Nie chcę żyć. Nie mogę. Rozumiecie?! Już jestem nauczona, wytresowana, sprawna, doświadczona! Już mi można powierzyć ważną, trudną rzecz. A ja nie zrobię już żadnej, nawet najgłupszej. Rozumiecie? Człowiek nie jest maszyną, którą można kręcić za korbę. Coś się we mnie popsuło. Ot i dosyć! Ja was błagałam, żeby nie było prób, komedii, oszukiwania! Mówiłam wam, że ze mną prób nie potrzeba i przysięgałam, że zrobię dobrze. Raz, ale dobrze — a teraz… — To jest wpieranie. To jest szpiclowanie cudzej duszy. Niegodziwość! — Owszem. Takie właśnie szpiclowanie jest moim obowiązkiem. Ja jestem szpicel rewolucji i jej kat. — Szpiclujcie wroga — nie wolno wam katować swoich. — Ja wiem, co mi wolno. — Włazicie mi w duszę. Teraz, słysząc, co mówił ten niezłomny i niedostępny dla ludzkich wzruszeń człowiek, wzdrygnęła się, jak gdyby się zbudziła ze snu, poczuła się opasaną przez oślizgłe zwoje zimnego gada. Ponuro, strasznie, jak czarne cienie na tle purpurowej łuny ukazały się jej znane i ukochane postacie towarzyszów walki. Zahuczały, zaklekotały maszyny, kręcą się duże koła, małe koła, latają bez końca rzemienne pasy, ciągną się bez końca cienkie nici, wywłóczą się, skręcają się, omotują duszę, jak ten pająk piszczącą muchę. Idzie, idzie bez końca ten dzień roboczy… Nie daje maszyna spocząć, nie daje odetchnąć. Ani oka spuścić, ani pleców rozprostować, ani ręki odjąć od roboty. Ejże, patrz, ejże, pilnuj się!… Bała się mała wszystkiego, a najbardziej strasznych, dymiących kominów, które sterczały wszędzie, gdzie było spojrzeć, i podpierały niebo. Przerażały ją swoim ogromem i tą cudownością, że się nie przewracały, i dymem, i krwawą, czerwoną barwą. Kiedy na nie patrzyła, przypominały jej się najstraszniejsze miejsca z bajek o złych duchach i to, co o piekle opowiadał ksiądz proboszcz dla zastraszenia grzesznych ludzi wiejskich. Można podziwiać siły żywotne rasy proletariackiej — niepodobna wynaleźć, skąd ona te siły bierze. Można pogardzać tłumem, który znosi to wszystko i nie morduje bogatych, nie puszcza z dymem całej kultury. Wszystko można, tylko zrozumieć tych rzeczy nie można. Tą tajemnicą stoi świat. Któż mógł podejrzewać o podobne rzeczy starych dziadów i schorowane babska z przytułku, lub też siostry miłosierdzia, które tam rządziły. Babina trzymała pocisk zwyczajnie w głowach łóżka pod siennikiem. Trudno to wyjaśnić, dlaczego zgodziła się ona przyjąć rzecz tak niebezpieczną. Dość, że wzięła i była z tego dumną. Tak dumną, że musiała pochwalić się tym przed sąsiadkami z lewej i z prawej strony. Nowina, szeptana po nocach, szła od baby do baby, przedostała się na oddział męski, a raczej dziadowski. Wiedziała o niej służba, kucharki — wszyscy. Ale tajemnica pozostała tajemnicą i nie wyszła poza obrąb przytułku. Wniebogłosy lamentował stary świat, bali się ci, co byli mocni, ośmielili się ci, co nigdy nic nie śmieli. Poszło wszystko na wywrót, ginął ład, porządek, podeptane były prawo, obyczaj, powaga. Jedni mówili, że to koniec świata, inni, że dopiero początek. Nikt nic nie rozumiał, każdy czekał jutra. Nie wiedzieli co pisać publicyści, nie wiedzieli do czego się gotować wodzowie narodu. Było dobrze, bo rząd tracił powagę i siłę, było źle — bo zbyt podnosiła głowę hołota. Było dobrze, bo musi się stać jakaś odmiana, było źle — bo ta odmiana mogła pójść za daleko. Dobre były demonstracje robotnicze, dobre były odezwy przeciwrządowe, dobre były zamachy — złe były strajki, drożyzna, upadek przemysłu i handlu. Dobrze robili socjaliści, szarpiąc rząd, złe było, że rząd nie wzywa czynników miarodajnych do uspokojenia kraju. Dobrze było, że był niepokój — źle było, że nie ma spokoju. Serca i umysły spodziewały się dobrego, oczy widziało samo zło. — Dobrze, synku, dobrze, Stasiek! Jednego ja ci, głupia, nie powiedziała, co trza było rzec od razu: dawaj to mnie i tylko mnie na samo miejsce doprowadź, pokaż tylko palcem i zaraz uciekaj, a ja zaraz cisnę, w kogo będzie trzeba. Ja potrafię! Na mnie starą żaden szpicel nie spojrzy! Starych trza na taką robotę wyprawiać. Niech starzy ciskają, a młodych przecie szkoda! Dla tej partii ich szkoda! Dobrze mówię, każdy mi przyzna! Rozdrażnienie wzrastało. Tłumili je, ale wydobywała się na wierzch sama gorycz. Nieprzeparta była ich chęć mówienia sobie prawdy. — Mówi się u was, że my — to „same Żydy” (ja na szczęście byłem ochrzczony, a nie obrzezany),którzy nie czują po polsku… — A wy macie nas za narodowców, którzy socjalizmu używają tylko na przynętę, a między sobą się z tego śmieją… Zaczęliśmy wielką, ciężką, krwawą walkę. I po miastach, i po wsiach. Panowie, księża, kupcy, fabrykanci, wszystko, co bogate i zamożne, co z tej ludzkiej pracy żyje, odstąpili się od walki i zostaliśmy sami: robotnicy i chłopi. Zawarli my razem związek na śmierć i na życie, podali my sobie ręce i musi to być, czego my chcemy. Co dzień od paru lat chwiał się carat, codziennie od paru lat leciał z niego gruz na głowy szturmujących tłumów, ale runąć jakoś nie chciał. Tedy jaki taki wziął i odstąpił. Inny powiedział sobie: poczekam, popatrzę. Jeszcze inny plunął i zaklął: „oszukano mnie”! Inny powiedział sobie filozoficznie: „klapa”. Jedni mówili, że za dużo było strajków, inni, że jeszcze, niestety, za mało. Jedni mówili, że za mało było bomb i brauningów, inni, że, niestety, za dużo. Jedni wołali: „dość ofiar”, inni wzywali w tym samym czasie: „unurzajmy się we krwi”! A na morze ludowe zeszła godzina odpływu. Próżne były wysiłki ludzi mocnych. Odchodziło morze od brzegu, poniechało zajadłej swojej pracy, wracało do dawnej granicy. Kiedyś powróci — znowu o swojej godzinie, w nowym jakimś pokoleniu. Trzeba uchronić od zatracenia olbrzymie, głębokie i bezcenne przeobrażenia duchowe, które zaszły w masach. Kiedy się ogłosi i umotywuje, że „przedstawienie skończone” — wszystko powróci do dawnego spania, liżąc rany, przeklinając cały ruch i płaszcząc się przed wrogiem. A teraz jeszcze żyje wola i nienawiść. Już nie ma wiary w zwycięstwo, ale jeszcze żyje żądza zemsty. Jeszcze nie pogodziła się podła dusza tłumu ze starym batem, jeszcze hardym jest zbuntowany, zbity i okuty niewolnik. — A „Robotnik” wychodzi? Sprzedają na ulicy, jak dawniej? — Teraz wychodzą aż dwa „Robotniki”, ale jeden rzadziej od drugiego i już ich nikt prawie nie ciekawy. Przychodzi tu chłopczyna, co sprzedaje, powiada, że żadnego obrotu nie ma, choć tę bibułę teraz za darmo dostaje. Nie ma kto kupować! — Cóż się takiego stało? Ja nic jeszcze nie rozumiem… — Co się stało? Ludzi zabrakło. Co było najporządniejszego, to już dawno wybrane. Nie miał kto rządzić, a za łeb trzymać, a do kupy zganiać. To się i rozlazło wszystko, a teraz i tych biorą — aż całą Warszawę przeniosą do Wiatki albo do tego Narzymskiego kraju. Ty się dziwisz, co się stało, bo ci się nie chce wierzyć, że rewolucja już się skończyła. — Za co płacą? — Za ochronę od bandytów, czyli od nas samych, prawdę powiedziawszy. Ale przy nas na gościńcach jest spokój. Żadnego my chłopa ani ubogiego nie ukrzywdzili. Bogatych my podbieramy, bo takie mamy przekonanie, a krwi ludzkiej na nas ani też na moich rękach przez całe życie nie było. — Ani ja panu nie towarzysz, ani ja jakich partyjnych znam. Dużo tu bywało wieców, ale się już dawno, Bogu dziękować, skończyły. Tu w fabryce nikogo pan nie znajdziesz — tu ludzie pracują, tu nie ma żadnego z partii. — Co? Cała ta fabryka była nasza! — Była, była, czego tam nie było… Rządził, kto chciał, a teraz znów porządek nastał. Nic ja panu nie pomogę… Dla pocieszenia w strapieniach, a niejako jak gdyby za pokutę, strzelał po nocy do stójkowych, do żandarmów, do samotnie spotykanych oficerów. Prócz tego czynił na ulicy porządek: kiedy widział, że alfons szarpie się z kobietą, walił do niego, nie pytając, o co idzie. Raz zranił jakiegoś porządnego pana, prześladującego po nocy samotną panienkę. Jeżeli w swoich wędrówkach po mieście trafił na dwu bijących się andrusów, czekał spokojnie, aż jeden drugiego powali, i strzelał do tego, który był na wierzchu. Po knajpach robił znajomości i podejmował się różnych niebezpiecznych spraw. Podstrzeliwał nieludzkich majstrów, na których skarżyli się pijani robociarze, śledził podejrzanych o szpiclowanie nieszczęśników, z których niejeden padł z jego ręki. Towarzysz w wymownych słowach obrzydził mu bandycki proceder. Namawiał go, żeby się nareszcie ustatkował, żeby przystał do jego kompanii na pomocnika. Za każdą pewną informację obiecywał mu trzy ruble, za wydanie robociarza z dowodami — rubla, za inteligenta partyjnego — pięć, a za kogokolwiek z bojówki — piętnaście. Rewilak był dobrze pijany i przystał. Towarzysz postawił jeszcze gorącego krupniku, wypili i wyszli na ulicę. — Ty, głupi, może jeszcze myślisz, że rząd chce źle dla robotników? Nieprawda — będzie robotnikowi dobrze i jeszcze jak, tylko porządek trza zaprowadzić, jak się patrzy. W żadnej partii nie ma prawdy. W każdej partii są Żydy, co tylko na swoją korzyść tym ciemnym robotnikiem obracają. Ja ci, Kazik, powiem, jak jestem katolik…Tu runął na ziemię z rozsadzonym łbem, a Rewilak poszedł dalej, zataczając się, i z wielkim trudem rozmyślał nad tym, czy to wszystko prawda, czy sen, czy się co stało, czy nie? Weszycki był wzruszony, że ujrzy towarzyszy z Centralnego Komitetu. Wszystko się dobrze składało. Na ulicy towarzysz kazał dorożkarzowi podnieść budę, wsiedli i pojechali. Wjechali w jakiś wielki gmach — w podwórze, i dryndziarz stanął. Na schodach Weszycki zaczął się dziwić, potem stanął, potem krzyknął, ale już go wzięło między siebie dwu drabów i wciągnęło go na pierwsze piętro do jakiejś poczekalni. Stali tam żandarmi, stójkowi i jakiś mizerny, jak cień, człeczyna, w kajdanach na nogach pod strażą dwu żołnierzy. Wyczerpała się cierpliwość martwego narzędzia. Nie obliczyli tego żyjący ludzie. Nie wiedział Tomasz Baćka o kolejach pocisku, nie wiedział jego starym tułactwie. Broniła go od zimna, od wilgoci gruba żelazna skorupa, broniła go od wstrząśnienia zapobiegliwa ostrożność ludzka. Chowali go, chronili, by nie wpadł we wrogie ręce. Robili, co mogli. (…) Skruszyło całą moc pocisku tajemnicze życie sił natury, które szło swoją koleją, aż dokonało swego. Szły swoją koleją losy ludzkie, pożerając czas, trawiąc dusze, niszcząc życie, rodząc życie. Konała rewolucja, konała w pocisku siła. Omdlewała moc w duszach, wysuwała się z ręki broń. Oto wszystko.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na91 rok temu
Romans Teresy Hennert Zofia Nałkowska
Romans Teresy Hennert
Zofia Nałkowska
Ona jeszcze ładna, już niemłoda mężatka, z przeszłością, którą w dawniejszych czasach warto było dyskretnie odstawić jak szkielet do szafy. On - przystojny, dziarski oficer, nieco zblazowany, z jednej strony cyniczny, z drugiej - żarliwy. I miłość, która przychodzi nagle, zupełnie nie w porę i tak, że nie sposób się przed nią obronić. W tle inny romans - a właściwie miłostka antypatycznego, żonatego oficerka ze skłonnością do malwersacji, ze śliczną ale "diablo drogą" pracownicą pewnego biura. Oględnie mówiąc, żadna z tych miłosnych historii nie zakończy się happy endem. Wszystko rozgrywa się w realiach młodziutkiej Polski z początku lat dwudziestych XX wieku, w środowisku wyższych wojskowych i osób "z towarzystwa". I to tło społeczne wydaje się być ciekawsze niż sam wątek miłosny. Opisy towarzyskich spotkań, trosk i radości opisywanej klasy są całkiem interesującym obrazem epoki, zwłaszcza, że widzianym oczami pisarki - bezpośredniego świadka tych czasów. Nasz młody kraj nie wydaje się krainą mlekiem i miodem płynącą. Wielu wojskowych po wojnie idzie w odstawkę, ich pobory nie tylko nie wystarczają na wystawną reprezentację, ale czasem wręcz na skromne życie. Co nie zmienia faktu, że "oficeryje" nie chcą rezygnować z luksusowych przyjemności, niektórzy nawet kosztem wyprzedawania rodzinnych pamiątek i mebli. Czyżby Ojczyzna nie była w stanie odwdzięczyć się jej obrońcom? Sprawy socjalne innych grup społecznych również szorują po dnie, zupełnie jakby Polska uznała osiągnięcie upragnionej niepodległości za szczyt i kres swych celów. Mimo ciekawego kontekstu, książka mnie nie porwała i nie uwiodła. Nałkowska była przez długie lata niesłychanie wpływową osobą w różnych organizacjach związanych ze słowem pisanym. Jednak Jej twórczość zestarzała się raczej nieładnie. "Medaliony" to oczywiście ponadczasowy hit, ale to raczej ze względu na ich tematykę niż urodę narracji. Jeśli mam zwracać się do literatury sprzed II Wojny, wolę już Dołęgę lub Makuszyńskiego.
Katarzyna Anna - awatar Katarzyna Anna
oceniła na61 rok temu
Podróże Beniamina Trzeciego Mendele Mojcher-Sforim
Podróże Beniamina Trzeciego
Mendele Mojcher-Sforim
Napisana w jidysz humoreska, rozgrywająca się w połowie XIX wieku w żydowskich sztetlach na terenie obecnej Ukrainy, a wówczas znajdującym się pod butem moskiewskim. Historia podróży dwóch outsiderów, przedsięwziętej na miarę ich możliwości, tak finansowych, jak i intelektualnych. Humor jest dyskretny i ironiczny, przejawia się m.in. w „mówiących” nazwach własnych, jak Tuniejadowka, Głupsk, Piatigniłowka, w opisach miejscowości, ludzi domów, czasem w dialogach czy sposobie myślenia tytułowego Beniamina, trzeciego spośród wielkich podróżników żydowskich o tym imieniu i jego „giermka”, nieco bardziej przyziemnego Senderle. Trudno pokładać się ze śmiechu,ale za to kąciki ust chętnie wędrują lekko do góry wraz z każdym krokiem i przygodą bohaterów. Np. gdy pytają ukraińskiego chłopa którędy do Erec Israel (Ziemi Izraela) lub gdy autor przekonuje, że mieszkańcy Głupska w istocie mogą pochodzić od Żydów, którzy za czasów Salomona zostali w Ofirze, tu identyfikowanym z Indiami, o czym świadczy „architektura” ich domów w obecnym sztetlu oraz kastowy charakter mieszkańców. Książka niesamowicie pozytywnie nastawia też czytelnika do żydowskich społeczności, wcale nie wyidealizowanych na jej kartach. Mimo wszystkich, wyrozumiale wykazanych, wad, budzi ona sympatię ze względu na świadomość, że XIX-wieczni Żydzi żyli dokładnie tak jak ich chrześcijańscy sąsiedzi, czyli biednie, w pewnej izolacji od świata, z własnymi elitami, „kastami” i problemami. Nie inaczej rzecz się ma z owymi dwoma marzycielami, jako żywo znanymi z kart wielu europejskich dzieł, szczerymi i naiwnymi, chociaż na różny sposób. I właśnie takie utwory ocaliły w pamięci obraz świata, który niecałe sto lat później uległ zbrodniczej Zagładzie.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na72 lata temu
Wysadzony z siodła Antoni Sygietyński
Wysadzony z siodła
Antoni Sygietyński
Szlachcic przekazał opiekę nad majątkiem i rodziną w ręce nieuczciwego prawnika. Wszystko stracił. Historia jest o tyle ciekawa, że ów szlachcic jest zagorzałym tradycjonalistą z wysokim poczuciem honoru, więc pokazuje jego rozmaite wzloty i upadki w większości spowodowane tylko i wyłącznie przez jego 𝘮𝘪𝘯𝘥𝘴𝘦𝘵. 𝙺𝚞𝚙𝚒ę 𝚝ę 𝚍𝚘𝚛𝚘ż𝚔ę, 𝚗𝚊𝚓𝚍𝚛𝚘ż𝚜𝚣𝚊 𝚓𝚊𝚔𝚊 𝚓𝚎𝚜𝚝, 𝚋𝚢𝚕𝚎 𝚜𝚒ę 𝚙𝚛𝚎𝚣𝚎𝚗𝚝𝚘𝚠𝚊ł𝚊 𝚜𝚣𝚕𝚊𝚌𝚑𝚎𝚌𝚔𝚘, 𝚌𝚘 𝚣 𝚝𝚎𝚐𝚘 ż𝚎 𝚖𝚊𝚖 𝚖𝚊ł𝚘 𝚙𝚒𝚎𝚗𝚒ę𝚍𝚣𝚢 𝚒 𝚙𝚘𝚠𝚒𝚗𝚒𝚎𝚗𝚎𝚖 𝚘𝚜𝚣𝚌𝚣ę𝚍𝚣𝚊ć. Ma córkę Zofię i nawet się do niej nie chce przyznawać, 𝚗𝚒𝚎𝚌𝚑 ż𝚢𝚓𝚎 𝚜𝚊𝚖𝚊 𝚗𝚊 𝚙𝚊𝚜𝚝ę 𝚕𝚘𝚜𝚞, 𝚝𝚊𝚔𝚒 𝚣 𝚗𝚒𝚎𝚐𝚘 𝚔𝚘𝚌𝚑𝚊𝚗𝚢 𝚝𝚊𝚝𝚞𝚜𝚒𝚎𝚔, 𝚋𝚘 𝚘𝚗 𝚓𝚎𝚜𝚝 𝚜𝚣𝚕𝚊𝚌𝚑𝚌𝚒𝚌 𝚒 𝚘𝚗 𝚜𝚒ę 𝚗𝚒𝚎 𝚋ę𝚍𝚣𝚒𝚎 𝚙𝚛𝚣𝚢𝚣𝚗𝚊𝚠𝚊ć 𝚍𝚘 𝚌ó𝚛𝚔𝚒 𝚊𝚔𝚝𝚘𝚛𝚔𝚒. 𝙷𝚊 𝚝𝚏𝚞! Zdecydowanie Zofia jest moją ulubioną postacią z tej książki. Ogólnie czytało się ją całkiem dobrze. Miała wyraźnie więcej lepszych niż gorszych momentów. Cieszę się, że między rozdziałami były dość spore odstępny czasowe w fabule. Usprawniało to lekturę. Ukazuje, jak ludzie są w stanie się upodlić dla pieniędzy i złudnych wartości. 7,5/10
MagicznyKokietek - awatar MagicznyKokietek
ocenił na74 miesiące temu

Cytaty z książki Pan burmistrz z Pipidówki

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Pan burmistrz z Pipidówki