Spekulant

Okładka książki Spekulant
Józef Korzeniowski Wydawnictwo: Universitas Seria: Klasyka Mniej Znana literatura piękna
185 str. 3 godz. 5 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Klasyka Mniej Znana
Data wydania:
2003-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1920-01-01
Liczba stron:
185
Czas czytania
3 godz. 5 min.
Język:
polski
ISBN:
8324202331
Średnia ocen

                6,5 6,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Spekulant w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Spekulant

Średnia ocen
6,5 / 10
42 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1591
1466

Na półkach:

Przyznaję, że zaczęłam słuchać Spekulanta przez pomyłkę - to nie Ten Józef Korzeniowski ( nie Conrad) ale wybitny pisarz swoich czasów , który zmarł gdy Conrad miał 6 lat. Ale wspaniałe aktorskie wykonanie Mariana Opani sprawiło , że wysłuchałam do końca pomimo przewidywalnej fabuły , jednowymiarowych postaci i natrętnego moralizatorstwa. Dwie rzeczy były dla mnie wartościowe. Jedna to piękny XIX-wieczny język z wieloma zwrotami i słowami, które dziś już nie funkcjonują w polszczyźnie, ale nadal brzmią wyśmienicie. Druga rzecz to subtelny, ironiczny humor przy opisywaniu postaci obecny zwłaszcza w pierwszej połowie książki. Polecam na poprawę humoru i wiary w dobre zakończenia błędnych uniesień - zwłaszcza w audiobooku.

Przyznaję, że zaczęłam słuchać Spekulanta przez pomyłkę - to nie Ten Józef Korzeniowski ( nie Conrad) ale wybitny pisarz swoich czasów , który zmarł gdy Conrad miał 6 lat. Ale wspaniałe aktorskie wykonanie Mariana Opani sprawiło , że wysłuchałam do końca pomimo przewidywalnej fabuły , jednowymiarowych postaci i natrętnego moralizatorstwa. Dwie rzeczy były dla mnie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

100 użytkowników ma tytuł Spekulant na półkach głównych
  • 59
  • 41
27 użytkowników ma tytuł Spekulant na półkach dodatkowych
  • 19
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki Opowieści niesamowite z języka polskiego Stanisław Baliński, Jan Barszczewski, Wacław Filochowski, Konstanty Górski, Stefan Grabiński, Józef Korzeniowski, Zygmunt Krasiński, Antoni Lange, Stanisław Lem, Bolesław Leśmian, Janusz Meissner, Franciszek Mirandola, Anna Olimpia Mostowska, Józef Maksymilian Ossoliński, Józef Relidzyński, Władysław Stanisław Reymont, Bruno Schulz, Mieczysław Smolarski, Jerzy Sosnkowski, Józef Tyszkiewicz, Sygurd Wiśniowski, Roman Zmorski
Ocena 7,5
Opowieści niesamowite z języka polskiego Stanisław Baliński, Jan Barszczewski, Wacław Filochowski, Konstanty Górski, Stefan Grabiński, Józef Korzeniowski, Zygmunt Krasiński, Antoni Lange, Stanisław Lem, Bolesław Leśmian, Janusz Meissner, Franciszek Mirandola, Anna Olimpia Mostowska, Józef Maksymilian Ossoliński, Józef Relidzyński, Władysław Stanisław Reymont, Bruno Schulz, Mieczysław Smolarski, Jerzy Sosnkowski, Józef Tyszkiewicz, Sygurd Wiśniowski, Roman Zmorski
Okładka książki Włosy krzyczące na głowie. Polska nowela fantastyczna Jan Barszczewski, Michał Dymitr Krajewski, Józef Bohdan Dziekoński, Stefan Grabiński, Józef Korzeniowski, Antoni Lange, Henryk Rzewuski, Józef Julian Sękowski
Ocena 6,5
Włosy krzyczące na głowie. Polska nowela fantastyczna Jan Barszczewski, Michał Dymitr Krajewski, Józef Bohdan Dziekoński, Stefan Grabiński, Józef Korzeniowski, Antoni Lange, Henryk Rzewuski, Józef Julian Sękowski
Okładka książki Mezalianse... Mezalianse... Józef Korzeniowski, Eliza Orzeszkowa, Włodzimierz Perzyński, Bolesław Prus, Henryk Sienkiewicz, Gabriela Zapolska, Stefan Żeromski
Ocena 5,5
Mezalianse... Mezalianse... Józef Korzeniowski, Eliza Orzeszkowa, Włodzimierz Perzyński, Bolesław Prus, Henryk Sienkiewicz, Gabriela Zapolska, Stefan Żeromski
Okładka książki Polska nowela fantastyczna. Ja gorę Jan Barszczewski, Józef Dzierzkowski, Aleksander Groza, Józef Korzeniowski, Karol Libelt, Józef Maksymilian Ossoliński, Jan Potocki, Henryk Rzewuski, Ludwik Sztyrmer, Teodor Tripplin
Ocena 6,7
Polska nowela fantastyczna. Ja gorę Jan Barszczewski, Józef Dzierzkowski, Aleksander Groza, Józef Korzeniowski, Karol Libelt, Józef Maksymilian Ossoliński, Jan Potocki, Henryk Rzewuski, Ludwik Sztyrmer, Teodor Tripplin
Józef Korzeniowski
Józef Korzeniowski
Polski poeta, powieściopisarz, nowelista i dramaturg. Uważany za czołowego twórcę dramatu romantycznego, najwybitniejszego przedstawiciela powieści biedermeierowskiej oraz mistrza narracji; prekursor realizmu społecznego oraz powieści psychologicznej, ojciec pozytywistycznej nowelistyki, a także inicjator balzakowskiej panoramy społecznej na gruncie literatury polskiej; część jego drobnych utworów nosi znamiona czarnego romantyzmu, gdzie elementy grozy i niesamowitości podporządkowane zostały jednak nauce moralnej w duchu katolickim. Stawiany obok Aleksandra Fredry jako najznakomitszy komediopisarz epoki romantyzmu. Przyczynił się do powstania tzw. „komedii charakterów”. Od XX wieku niemalże zapomniany i – jak poświadcza Jerzy Stempowski – czytany jedynie przez wąskie grono badaczy. Był absolwentem, a później pedagogiem i profesorem literatury polskiej w Liceum w Krzemieńcu. Naukowo zajmowała go sztuka wymowy oraz poetyka, czego owocem była rozprawa teoretyczno-literacka – Kurs poezji. Po zamknięciu szkoły krzemienieckiej wykładał filologię klasyczną na uniwersytecie w Kijowie. Jako myśliciel i wychowawca głosił, że jedynie wiara i wartości chrześcijańskie są w stanie zapewnić szczęście. Początkowo jego twórczość ogniskowała się wokół problematyki krzywdy i zemsty, ironii losu oraz romantycznego buntu; w oparciu o takie ideały powstał schillerowski dramat Karpaccy górale, jedno z najgłośniejszych wydarzeń teatralnych epoki. Tendencjom tym towarzyszyła troska o wierne odmalowanie wizerunków psychologicznych postaci oraz propagowanie odpowiednich wzorców etycznych. Później Korzeniowski skupił się na realistycznej obserwacji problemów moralnych i społecznych dziewiętnastowiecznej szlachty. Sam autor określał ją jako „żywioł teraźniejszości” i tym terminem dał podwaliny pod dojrzałą prozę polską okresu pozytywizmu. Choć jego powieści oceniane są dziś jako najbardziej wartościowa część jego dorobku, zwrot pisarza w stronę prozy spotkał się z ostrą krytyką niektórych ówczesnych kręgów intelektualnych, zarzucających Korzeniowskiemu porzucenie, potrzebnego narodowi, idealizmu na rzecz badania zwykłej codzienności, konserwatyzm oraz hołdowanie patriarchalnemu modelowi rodziny. Mimo iż Korzeniowski objawił się jako obserwator życia społecznego oraz realista ukazujący wyzysk i niesprawiedliwość, ogromną rolę przypisywał działaniu Boga w świecie, wiarę zaś pojmował jako niezbędną cnotę.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Pamiątki Soplicy Henryk Rzewuski
Pamiątki Soplicy
Henryk Rzewuski
Co prawda zastrzega się, żeby gawęd szlacheckich napisanych przez Henryka Rzewuskiego nie traktować jak dokumentu epoki, powstały wszakże już w XIX w. i mają pastiszowy charakter, ja jednak mam podejrzenie, że panowie bracia, których sylwetki odmalowano na kartach tego dzieła, mogą mieć coś wspólnego z rzeczywistymi postaciami z ostatnich lat I Rzeczypospolitej. Niestety – i stwierdzam to z niekłamaną przykrością – niewiele mają wspólnego ze mną i moim zdaniem z innymi mieszkańcami III RP, innymi słowy, kiedy czytałem „Pamiątki Soplicy”, to tak jakbym czytał o kosmitach, a nie (kulturowych) antenatach dzisiejszych Polaków. Niektórzy co prawda zdają się dostrzegać w naszej kłótliwości czy antypaństwowym usposobieniu pobrzmiewające echo tej dawnej Polski, ale według mnie to za mało, żeby zobaczyć tu ścisłą więź czy dziedzictwo. Na poziomie charakterów, obyczajowości, życia codziennego są to nam ludzie nie mniej obcy niż Papuasi. Skłonność do afektu, nieskrępowane mazgajstwo, ryczenie wniebogłosy, fanfaronada, opowiadanie farmazonów – przejawy tego wszystkiego co prawda da się odnaleźć w praktyce politycznej, bo tę wymusza demokratyczny teatr, ale to tyle. Nade wszystko panów braci cechowała żarłoczna wręcz towarzyskość, i to ona zdaje się oddzielać nas od nich bardziej niż wszystko inne. Panowie ci przytłoczyli mnie, chociaż miałem z nimi czysto korespondencyjny, fikcyjny kontakt, a co by się stało, gdyby przyszło mi naprawdę spędzić w ich towarzystwie pięć minut? Myślę, że dostałbym zawału albo wylewu.
Bezecny_pełzacz - awatar Bezecny_pełzacz
ocenił na 6 3 miesiące temu
Życie na niby Kazimierz Wyka
Życie na niby
Kazimierz Wyka
🔰"nasze myślenie, nasza wyobraźnia operuje zastanymi schematami dużo częściej, niż o tym wiemy, a momenty całkowitego zagubienia historycznego polegają zazwyczaj na tym, że przedawniony schemat wyobrażeń okazuje swoją nieskuteczność, a wyobraźnia mimo to czepia się go w sposób rozpaczliwy." " Życie na niby. Pamiętnik po klęsce" to zbiór esejów powstałych pomiędzy 1939 a 1945 rokiem, w których prof. Kazimierz Wyka zawarł swoje spostrzeżenia dotyczące drugiej wojny światowej oraz dosyć krytyczną ocenę mentalności rodaków. Spędzając okupację w Krzeszowicach i pracując w rodzinnym tartaku, pisał o ludziach uwikłanych w paradoksy historii, balansujących pomiędzy bohaterstwem, rezygnacją i obojętnością, altruizmem i skupieniem na sobie, egoizmem i skrajną bezdusznością. Eseje ukazałay się dopiero po Październiku ’56, ale nawet wówczas zostały mocno pocięte przez cenzurę. Teksty poszczególnych szkiców wzajemnie się dopełniają, pokazując, jak wielkim wstrząsem była klęska wrześniowa (a potem również klęska Powstania Warszawskiego) dla całego pokolenia ludzi, którzy dorastali w II Rzeczypospolitej. Prof. Wyka bezkompromisowo rozlicza przedwojennych przywódców odrodzonej Polski z propagandy karmiącej naród bogoojczyźnianymi mitami, bezwartościowymi frazesami oraz nacjonalizmem, który w 1938 r. kazał Polakom połakomić się na marny ochłap Zaolzia. Autor bezlitośnie obnaża mizerię, krótkowzroczność, porażającą niefrasobliwość i egoizm ludzi obozu władzy. Zadaje kłopotliwe pytania i bez litości wystawia im rachunek: 🔰 "Jak to się mogło stać? Jak się mogło stać, że w przeciągu kilkunastu dni rozpadło się państwo niepoślednie, obfite w obszar i mieszkańców". 🔰"Tydzień wystarczył, ażeby rząd tego kraju stał się wędrowcem, jak każdy jego najlichszy obywatel. Gnany bombami wroga, oburzeniem podwładnych, przemykał się zatłoczonymi drogami, aż w błahej mieścinie pokuckiej porzucił swoje granice, skoro od wschodu ruszyło plemię drugie. Prezydent na obcej ziemi ukazał cudzoziemski paszport. Marszałek wojsk zgubił gdzieś buławę. Kardynał dusz nieśmiertelnych pobłogosławił je przez graniczny szlaban. Ja nie szydzę, tylko wspominam. Szydziła historia." Wiele w tym zbiorze fragmentów uderzających ostrością widzenia, do których warto sięgnąć zwłaszcza dziś, gdy odżywają rozmaite stereotypy, a czas okupacji przedstawiany bywa przez niektóre gremia, mi od kilku jako gra wojenna, w której "nasi" zwyciężają. U Wyki mamy opisaną z jednej strony dwulicowość przedwojennej polityki europejskich mocarstw, krótkowzroczność polityków II RP, przerażającą planowość niemieckich zbrodni i polityki wobec okupowanego narodu polskiego — z drugiej demoralizujące skutki, jakie okupacyjne zawieszenie wszelkich praw i "życie na niby" wywołało w społeczeństwie polskim. 🔰"w Monachium, rzucając Hitlerowi na pastwę Czechosłowację, wyraźnie dano (...) do zrozumienia, że ostrze ekspansji niemieckiej powinno iść na Wschód, że nadszedł czas zużytkowania jego potęgi militarnej w tym kierunku, gdzie towarzyszyć jej będzie przychylność świata kapitalistycznego. W kierunku na Związek Radziecki. (...) Polityka ZSRR w świetle tej sytuacji była jasna. Nie wolno było dopuścić, ażeby impet pierwszego uderzenia niemieckiego skierował się na Związek Radziecki. Nie wolno też było dopuścić, ażeby pozycje niemieckie dla grożącego konfliktu tak zostały poprawione, by mogło się to stać groźne. Niemcy, zajmując bez oporu całą Polskę w jej granicach wschodnich 1939 roku, wasalizując ewentualnie ten kraj — bo i z tym należało się liczyć! — stwarzaliby sobie takie pozycje wyjściowe. Posunięcie z 17 września przekreślało te rachuby, osadzało armię niemiecką na linii Sanu, Bugu i Narwi. Posunięcie zaś to zrozumiałe jest jedynie w kontekście dyplomatycznym monachijskim." Świetny esej o "Gospodarce wyłączonej" opisuje mechanizmy, które funkcjonowały nie tylko pod rządami niemieckimi, a ich późne refleksy obserwujemy jeszcze nawet do dzisiaj. "Gospodarka wyłączona" powstała jako samoobrona przed wrogiem. Można ją nazwać gospodarką z przetrąconym kręgosłupem etyki pracy, bo jest zdeprawowana, wyłączona od odpowiedzialności społeczno - państwowej. Niestety, jej skutki były dalekosiężne i nie ograniczyły się jedynie do czasów okupacji. A nade wszystko była to gospodarka z pustym miejscem po Żydach, które natychmiast zajęli Polacy: Profesor Wyka zauważa z ironią: 🔰"wyłączono Żydów i nareszcie powstał kupiec >narodowy<". Zaraz jednak stawia ważkie pytania: 🔰"czy formy, w jakich się ta eliminacja dokonała, i sposób, w jaki społeczeństwo nasze pragnęło i pragnie ją zdyskontować, były i moralnie, i rzeczowo do przyjęcia? Otóż, chociażbym tylko za siebie odpowiadał i nie znalazł nikogo, kto by mi zawtórował, będę powtarzał — nie, po stokroć nie. Te formy i nadzieje były haniebne, demoralizujące i niskie. Skrót bowiem gospodarczo-moralnego stanowiska przeciętnego Polaka wobec tragedii Żydów wygląda tak: Niemcy mordując Żydów popełnili zbrodnię. My byśmy tego nie zrobili. Za tę zbrodnię Niemcy poniosą karę, Niemcy splamili swoje sumienie, ale my — my już teraz mamy same korzyści i w przyszłości będziemy mieli same korzyści, nie brudząc sumienia, nie plamiąc dłoni krwią. Trudno o paskudniejszy przykład moralności jak takie rozumowanie naszego społeczeństwa. A głupcy, którzy przy nim trwają, niech pomną, że wyniszczenie Żydów było tylko pierwszym etapem oczyszczenia Weichselraumu, po którym miała przyjść na nas kolej. Powtórzyła się zatem, ale tym razem na skalę większą, choć czysto psychologiczną, sytuacja, która już raz w niedawnej historii Polski miała miejsce. Tej zgagi moralnej, jaką budziło odzyskanie Zaolzia, nikt nie nazwał wówczas trafniej od Churchilla: z plecaka żołnierza niemieckiego zajmującego Sudety Polska wyciągnęła Zaolzie. Tym razem spod miecza niemieckiego kata, dokonującego niewidzianej w dziejach zbrodni, sklepikarz polski wyciągnął klucze od kasy swego żydowskiego konkurenta i uważał, że postąpił jak najmoralniej. Na Niemców wina i zbrodnia, dla nas klucze i kasa. Sklepikarz zapominał, że „prawne” wyniszczanie całego narodu jest fragmentem procesu tak niespotykanego, że na pewno nie po to go historia zainscenizowała, by zmienił się szyld na czyimś sklepiku." 🔰"Formy, jakimi Niemcy likwidowali Żydów, spadają na ich sumienie. Reakcja na te formy spada jednak na nasze sumienie. Złoty ząb wydarty trupowi będzie zawsze krwawił, choćby już nikt nie pamiętał jego pochodzenia. Dlatego nie wolno dozwolić, by ta reakcja została zapomniana lub utajniona, bo jest w niej tchnienie małostkowej nekrofilii." Kazimierz Wyka poświęca też sporo uwagi okupowanej Warszawie i nastrojom jej mieszkańców oraz analizuje przesłanki, które sprawiły, że mieszkańcy miasta tak licznie włączyli się w wybuch powstania. 🔰"Warszawa, chociaż nie grały w niej działa, była właściwie przez lata okupacji w stanie permanentnego powstania. Nie dlatego, że strzelano na jej ulicach częściej niż gdziekolwiek w GG. Dlatego, ponieważ miasto nigdy nie przyjęło do wiadomości klęski i okupacji. Nie przyjęło przede wszystkim w swoim obyczaju codziennym, w poczuciu pewności własnej, w zaufaniu wobec nadchodzącego losu. Warszawa była znów bohaterska i nadal z Wiecha." 🔰"Niemcy, znający dobrze stosunki okupacyjne, Warszawy nienawidzili. Jeździli do niej niechętnie. Powiedzenie zaś, że znajdowała się w stanie permanentnego powstania, nie jest moim wynalazkiem. Zawdzięczam je pewnemu kwaterującemu w moim mieszkaniu urzędnikowi z Arbeitsamtu, który, wybrawszy się na pół roku przed powstaniem do stolicy, wrócił zgnębiony: "Das ist eine verrückte Stadt. Immer im Aufstand." ["To jest zwariowane miasto. W stanie ciągłej insurekcji (powstania)."]— powtarzał." Profesor przedstawia losy warszawiaków po stłumieniu powstania. Bowiem mieszkańcy stolicy, którzy nie zginęli i nie zostali wywiezieni z Dulagu 121 w Pruszkowie do obozów koncentracyjnych lub na roboty przymusowe do Rzeszy, w większości znaleźli się na prowincji w GG m.in. w podkrakowskich wsiach. Wraz z ich przybyciem diametralnie zmieniła się sytuacja miejscowej ludności i pojawiły się niespotykane dotąd napięcia społeczne. Kazimierz Wyka ma odwagę mówić o "anormalnej moralności konspiracji". O próżni moralnej, jaka powstała po zawaleniu się przedokupacyjnego porządku, o bezduszności i zaskorupieniu społeczeństwa, bo jak twierdzi, chociaż tego nie usprawiedliwia: 🔰"pojemność uczestnictwa w cierpieniu drugich ma swoje granice". Nie uchodzi też jego uwagi kolaboracja militarna i ideologiczna Narodowych Sił Zbrojnych z okupantem oraz wycofanie się Brygady Świętokrzyskiej z frontem niemieckim. Autor nie mitologizuje narodowego bohaterstwa, jest zaniepokojony kondycją moralną rodaków. Czasem stawia przejmujące pytania i diagnozy: 🔰"A jeśli naprawdę małość polska od samego szatana jest silniejsza?". 🔰"Gdybyśmy siłę przewidywania i rozsądnego spokoju choć w części posiadali tak wielką, jak mamy siłę regeneracji, jakim wielkim bylibyśmy narodem. Lecz my jesteśmy jak człowiek, który już nieraz odrąbywał sobie dłoń i przekonywał się ze zdumieniem, że przeciwnie niż u pozostałych ludzi, dłoń mu odrasta. Nabrał przeto obyczaju, by zawsze dłonie swoje rąbać. Tym razem odrąbał całą rękę. Na pewno odrośnie." To chyba najtrafniejsza ocena polskiego mitu powstańczego, który sprawia, że Polacy tak beztrosko szafują własnym życiem pod dyktando mitów narodowego poświęcenia i patriotyzmu. Eseje przeczytałam dzięki Wolnym Lekturom. Ale w 2010 roku w stulecie urodzin profesora Wydawnictwo Uniwersitas postanowiło je wznowić w wersji powiększonej o eseje, których cenzura nie dopuściła do druku w wydaniach z 1956 i 1984 roku. Polecam, bo ważna to lektura. Uprzedzał jednak, że będzie ona trudna do przełknięcia dla tych, którzy z dumą wszem i wobec głoszą wśród fanfar, przy pomnikach upamiętniających akty narodowego męczeństwa, że są "prawdziwymi polskimi patriotami". Bo pochwały takiego właśnie patriotyzmu w tych esejach nie znajdą.
Iwona ISD - awatar Iwona ISD
ocenił na 9 4 miesiące temu
Dwie głowy ptaka Władysław Terlecki
Dwie głowy ptaka
Władysław Terlecki
Problem z tą książką mam duży przez lewice uwielbiana, przez prawicę znacznie mniej, a że bliżej mi do obozu niepodległościowego rozterki są niemałe. Niby wszystko oczywiste - zdradę należy potępić, a jednak wątpliwości są. Trochę tak, jak przy "Obłedzie 44" Zychowicza, z jednej strony pozytywna ocena jego wniosków, a z drugiej niesmak - bo przecież pisał to kilkadziesiąt lat po Powstaniu Warszawskim zza ciepłego biurka z pełnym brzuchem. Chyba jednak realizm powinien być wyżej ceniony niż "walka bez względu na skutki", dlatego bliżej mi do historiozoficznego podejścia Zychowicza i Ziemkiewicza ciągle powtarzających, że walkę trzeba podejmować tylko wtedy, gdy będzie szansa na zwycięstwo. Wbrew pozorom Dmowski i Kuroń mają ze sobą coś wspólnego, pierwszy mówił o potrzebie budowania świadomego społeczeństwa, nawet pod potężnymi zaborcami - lepsze to niż strzelanie "bursztynem do świń" i utrata esencji narodu, drugi mówił "Nie palcie komitetów, zakładajcie własne" - no właśnie. Waszkowski - główny bohater książki - ostatni naczelnik Warszawy w czasie powstania styczniowego, główny prowodyr obrabowania Banku Państwa, to postać przechodząca długą drogę. Zaczyna od rycerzyka z szabelką, który idzie na czołgi, kończy na realizmie (zdradzie?) kiedy, to uważa, że lepiej jest robić to co w jego mocy dla państwa i stać się ptakiem posiadającym dwie głowy, ratującym zapalonych bojowników. Kontrowersyjna, prowokująca, niedająca się zaszufladkować. Wybitna, pomimo wielu wątpliwości jakie mam przy ocenie.
lucjusz - awatar lucjusz
ocenił na 10 12 lat temu
Romans Teresy Hennert Zofia Nałkowska
Romans Teresy Hennert
Zofia Nałkowska
Ona jeszcze ładna, już niemłoda mężatka, z przeszłością, którą w dawniejszych czasach warto było dyskretnie odstawić jak szkielet do szafy. On - przystojny, dziarski oficer, nieco zblazowany, z jednej strony cyniczny, z drugiej - żarliwy. I miłość, która przychodzi nagle, zupełnie nie w porę i tak, że nie sposób się przed nią obronić. W tle inny romans - a właściwie miłostka antypatycznego, żonatego oficerka ze skłonnością do malwersacji, ze śliczną ale "diablo drogą" pracownicą pewnego biura. Oględnie mówiąc, żadna z tych miłosnych historii nie zakończy się happy endem. Wszystko rozgrywa się w realiach młodziutkiej Polski z początku lat dwudziestych XX wieku, w środowisku wyższych wojskowych i osób "z towarzystwa". I to tło społeczne wydaje się być ciekawsze niż sam wątek miłosny. Opisy towarzyskich spotkań, trosk i radości opisywanej klasy są całkiem interesującym obrazem epoki, zwłaszcza, że widzianym oczami pisarki - bezpośredniego świadka tych czasów. Nasz młody kraj nie wydaje się krainą mlekiem i miodem płynącą. Wielu wojskowych po wojnie idzie w odstawkę, ich pobory nie tylko nie wystarczają na wystawną reprezentację, ale czasem wręcz na skromne życie. Co nie zmienia faktu, że "oficeryje" nie chcą rezygnować z luksusowych przyjemności, niektórzy nawet kosztem wyprzedawania rodzinnych pamiątek i mebli. Czyżby Ojczyzna nie była w stanie odwdzięczyć się jej obrońcom? Sprawy socjalne innych grup społecznych również szorują po dnie, zupełnie jakby Polska uznała osiągnięcie upragnionej niepodległości za szczyt i kres swych celów. Mimo ciekawego kontekstu, książka mnie nie porwała i nie uwiodła. Nałkowska była przez długie lata niesłychanie wpływową osobą w różnych organizacjach związanych ze słowem pisanym. Jednak Jej twórczość zestarzała się raczej nieładnie. "Medaliony" to oczywiście ponadczasowy hit, ale to raczej ze względu na ich tematykę niż urodę narracji. Jeśli mam zwracać się do literatury sprzed II Wojny, wolę już Dołęgę lub Makuszyńskiego.
Katarzyna Anna - awatar Katarzyna Anna
oceniła na 6 1 rok temu
Dzieje jednego pocisku Andrzej Strug
Dzieje jednego pocisku
Andrzej Strug
Ta książka „chodziła za mną” ponad 40 lat (przymierzałem się do niej w stanie wojennym - normalne wtedy u młodziaka), a teraz żałuję straconego czasu. Bo relatywnie mniej się zestarzała przez ten czas niż ja. Znakomita to rzecz, choć czytelna agitka za piłsudczykowskim PPS - za to j a k napisana! W mojej opinii Strug niewiele ustępuje Żeromskiemu – co ja piszę: przewyższa nudziarza! Mamy tu wspaniałą panoramę rewolucji, niby z 1905 roku, tej najbardziej dziś zapomnianej, by nie powiedzieć: pogardzanej – ale i uniwersalnej. To soczysty obraz jej piękna i brzydoty, nieodłącznych dla każdej z nich mechanizmów heroizmu, manipulacji, zdrady. Strug był wybitnym stylistą. Jego język jest łagodnie archaiczny, co według mnie tylko dodaje mu uroku – najważniejsze jest, że jak to kiedyś mówiono, „czyta się”. Autor mocno akcentuje cenę zaangażowania. A nie chodzi tylko o tych straconych na Cytadeli czy poległych w akcjach. Kama zapłaci jeszcze bardziej, bo zdrowiem psychicznym („Na stopach Kamy leżały w świetnym przepychu gałęzie kwiatu mimozy. Spoczęły, jak u nóg męczennicy, zadręczonej nareszcie na śmierć przez ludzi i już wyzwolonej na wieki. Żywy, mocny zapach, pełen rozkoszy i upojenia, okrył jak całunem jej umarłe ciało”). I tu pojawia się wątek manipulacji ludźmi przez przywódcę rewolty. Leon, ewidentnie stylizowany na Piłsudskiego, wie, że nie ma ceny, jakiej nie zapłaci za skuteczność działań. Równie imponująco opisany jest schyłek rewolucji, gdy energia społeczna wyczerpuje się, a na powierzchnie wychodzą szuje. I staczanie się wielu zasłużonych bojowców nie tylko w samozwańczych sędziów i katów w jednym, ale i w zwykłą bandyterkę. Coś podobnego działo się po II wojnie z zasłużonymi żołnierzami podziemia, ale o tym pisać dziś nie wolno, bo to ‘szarganie świętości’ bandytów typu ‘Ogień’ czy ‘Bury’. Pokazuje to, jakim uczciwym człowiekiem był Autor, który nie krył tej negatywnej ewolucji rewolucjonistów, choć z pewnością prorosyjska endecka propaganda - która nb. już wtedy grała antysemityzmem - z tego korzystała (przypominam że toczyła się wtedy regularna podziemna wojna domowa między nimi). Ale Strugowi prawda była najdroższa (jak wiele lat później Józefowi Mackiewiczowi, choć z socjalistami nie miał on przecież niczego wspólnego. A symbolem wyczerpania się rewolucyjnej energii jest los samego ‘pocisku’ (faktycznie @Aguirre, przez te lata polszczyzna ograniczyła sens tego pojęcia wyłącznie do naboju, a nie bomby, jak wówczas). Świetna jest ta „wędrówka” bomby z rąk do rąk, aż trafia w ręce….. Najlepsze cytaty Energia więzi społecznej wyładowywała się gwałtownie, między anodem a katodem [sic!] przebiegały wartkie prądy — a pośrodku zostawały trupy i trupy. Gdy go kto ciśnie o ziemie, rozerwie wszystko dookoła z jednakową energią — czy to będą carscy siepacze, czy bojownicy rewolucji, czy przechodnie na ulicy, ludzie starzy, młodzi, źli, dobrzy, głupi czy mądrzy, potrzebni czy niepotrzebni. Będą leciały z okien szyby, będzie ogólne przerażenie. Kiedy okiem pamięci spogląda na ongiś królewski zamek, staje mu w oczach natrętne widmo. Jak upiór zza grobu sięga nieobeschłym jeszcze ze zgnilizny piszczelem po żywego człowieka. A człowiek chce żyć. Człowiek lubi żyć spokojnie. Nauczył się Polak odpędzać upartą, wyłażącą zewsząd zmorę. Już potrafi Polak nie pamiętać, nie dostrzegać, wymijać. Już może nareszcie nie wzdychać. Dużo, dużo umie już Polak. Niechże tak będzie. Tutaj, o tej wieczornej porze chodził po swoim gabinecie i rozmyślał człowiek w generalskim mundurze. Pies psów carskich, sługa sług, niewolnik, bijący czołem w przedpokojach ministra, a w Polsce pan samowładny i prokonsul, opiekun, dozorca i kat, generał i gubernator. Mieszka na zamku królewskim, jak król, i ma władzę, jakiej nie miał żaden król polski. Kraj był ściśnięty w kleszczach stanu wojennego, więzienia były pełne, wieszano bez litości, po ulicach chodziły patrole wojskowe, mrowie szpiclów obciążało budżet, a jednak w biały dzień działy się rzeczy niesłychane. Uzbrojone bandy grasowały po kraju, nikt z dygnitarzy nie był pewny życia. Robotnicy po fabrykach rządzili się, jak chcieli, pisma rewolucyjne wychodziły codziennie i były sprzedawane zupełnie otwarcie na ulicach miasta. Ruszyli się nawet śpiący od wieków chłopi polscy i urządzili olbrzymi strajk rolny. — To wszystko minie, jaśnie panie! Przejdzie, tylko patrzeć! Polacy nigdy nie wytrzymają długo! Tyle razy były u nas rewolucje i, Bogu dziękować, jakoś idzie — a tu przecie nie to, co rok sześćdziesiąty trzeci, kiedy w powstaniu była szlachta, księża i co porządniejszego. Przecież to sama hołota, kanalia i Żydy. Generał zaczął się upijać. Pił samotnie, wieczorami. Pokrzepiał się, jak mógł — mógł przynajmniej spać twardo do rana. Inaczej nie mógłby zasnąć — bo do szaleństwa doprowadzała go myśl, że ginie Rosja. Poznała z przerażeniem, jak straszną rzeczą jest pożegnać życie i pozostać. Wiedziała, że już nic ją nie zajmie i nie przywiąże do siebie naprawdę. Obudziła się, jak inny, drugi człowiek. Tamten umarł; znikł. Jakże teraz będzie w niej żył ten drugi człowiek? Ja już nic nie zrobię! Nie chcę żyć. Nie mogę. Rozumiecie?! Już jestem nauczona, wytresowana, sprawna, doświadczona! Już mi można powierzyć ważną, trudną rzecz. A ja nie zrobię już żadnej, nawet najgłupszej. Rozumiecie? Człowiek nie jest maszyną, którą można kręcić za korbę. Coś się we mnie popsuło. Ot i dosyć! Ja was błagałam, żeby nie było prób, komedii, oszukiwania! Mówiłam wam, że ze mną prób nie potrzeba i przysięgałam, że zrobię dobrze. Raz, ale dobrze — a teraz… — To jest wpieranie. To jest szpiclowanie cudzej duszy. Niegodziwość! — Owszem. Takie właśnie szpiclowanie jest moim obowiązkiem. Ja jestem szpicel rewolucji i jej kat. — Szpiclujcie wroga — nie wolno wam katować swoich. — Ja wiem, co mi wolno. — Włazicie mi w duszę. Teraz, słysząc, co mówił ten niezłomny i niedostępny dla ludzkich wzruszeń człowiek, wzdrygnęła się, jak gdyby się zbudziła ze snu, poczuła się opasaną przez oślizgłe zwoje zimnego gada. Ponuro, strasznie, jak czarne cienie na tle purpurowej łuny ukazały się jej znane i ukochane postacie towarzyszów walki. Zahuczały, zaklekotały maszyny, kręcą się duże koła, małe koła, latają bez końca rzemienne pasy, ciągną się bez końca cienkie nici, wywłóczą się, skręcają się, omotują duszę, jak ten pająk piszczącą muchę. Idzie, idzie bez końca ten dzień roboczy… Nie daje maszyna spocząć, nie daje odetchnąć. Ani oka spuścić, ani pleców rozprostować, ani ręki odjąć od roboty. Ejże, patrz, ejże, pilnuj się!… Bała się mała wszystkiego, a najbardziej strasznych, dymiących kominów, które sterczały wszędzie, gdzie było spojrzeć, i podpierały niebo. Przerażały ją swoim ogromem i tą cudownością, że się nie przewracały, i dymem, i krwawą, czerwoną barwą. Kiedy na nie patrzyła, przypominały jej się najstraszniejsze miejsca z bajek o złych duchach i to, co o piekle opowiadał ksiądz proboszcz dla zastraszenia grzesznych ludzi wiejskich. Można podziwiać siły żywotne rasy proletariackiej — niepodobna wynaleźć, skąd ona te siły bierze. Można pogardzać tłumem, który znosi to wszystko i nie morduje bogatych, nie puszcza z dymem całej kultury. Wszystko można, tylko zrozumieć tych rzeczy nie można. Tą tajemnicą stoi świat. Któż mógł podejrzewać o podobne rzeczy starych dziadów i schorowane babska z przytułku, lub też siostry miłosierdzia, które tam rządziły. Babina trzymała pocisk zwyczajnie w głowach łóżka pod siennikiem. Trudno to wyjaśnić, dlaczego zgodziła się ona przyjąć rzecz tak niebezpieczną. Dość, że wzięła i była z tego dumną. Tak dumną, że musiała pochwalić się tym przed sąsiadkami z lewej i z prawej strony. Nowina, szeptana po nocach, szła od baby do baby, przedostała się na oddział męski, a raczej dziadowski. Wiedziała o niej służba, kucharki — wszyscy. Ale tajemnica pozostała tajemnicą i nie wyszła poza obrąb przytułku. Wniebogłosy lamentował stary świat, bali się ci, co byli mocni, ośmielili się ci, co nigdy nic nie śmieli. Poszło wszystko na wywrót, ginął ład, porządek, podeptane były prawo, obyczaj, powaga. Jedni mówili, że to koniec świata, inni, że dopiero początek. Nikt nic nie rozumiał, każdy czekał jutra. Nie wiedzieli co pisać publicyści, nie wiedzieli do czego się gotować wodzowie narodu. Było dobrze, bo rząd tracił powagę i siłę, było źle — bo zbyt podnosiła głowę hołota. Było dobrze, bo musi się stać jakaś odmiana, było źle — bo ta odmiana mogła pójść za daleko. Dobre były demonstracje robotnicze, dobre były odezwy przeciwrządowe, dobre były zamachy — złe były strajki, drożyzna, upadek przemysłu i handlu. Dobrze robili socjaliści, szarpiąc rząd, złe było, że rząd nie wzywa czynników miarodajnych do uspokojenia kraju. Dobrze było, że był niepokój — źle było, że nie ma spokoju. Serca i umysły spodziewały się dobrego, oczy widziało samo zło. — Dobrze, synku, dobrze, Stasiek! Jednego ja ci, głupia, nie powiedziała, co trza było rzec od razu: dawaj to mnie i tylko mnie na samo miejsce doprowadź, pokaż tylko palcem i zaraz uciekaj, a ja zaraz cisnę, w kogo będzie trzeba. Ja potrafię! Na mnie starą żaden szpicel nie spojrzy! Starych trza na taką robotę wyprawiać. Niech starzy ciskają, a młodych przecie szkoda! Dla tej partii ich szkoda! Dobrze mówię, każdy mi przyzna! Rozdrażnienie wzrastało. Tłumili je, ale wydobywała się na wierzch sama gorycz. Nieprzeparta była ich chęć mówienia sobie prawdy. — Mówi się u was, że my — to „same Żydy” (ja na szczęście byłem ochrzczony, a nie obrzezany), którzy nie czują po polsku… — A wy macie nas za narodowców, którzy socjalizmu używają tylko na przynętę, a między sobą się z tego śmieją… Zaczęliśmy wielką, ciężką, krwawą walkę. I po miastach, i po wsiach. Panowie, księża, kupcy, fabrykanci, wszystko, co bogate i zamożne, co z tej ludzkiej pracy żyje, odstąpili się od walki i zostaliśmy sami: robotnicy i chłopi. Zawarli my razem związek na śmierć i na życie, podali my sobie ręce i musi to być, czego my chcemy. Co dzień od paru lat chwiał się carat, codziennie od paru lat leciał z niego gruz na głowy szturmujących tłumów, ale runąć jakoś nie chciał. Tedy jaki taki wziął i odstąpił. Inny powiedział sobie: poczekam, popatrzę. Jeszcze inny plunął i zaklął: „oszukano mnie”! Inny powiedział sobie filozoficznie: „klapa”. Jedni mówili, że za dużo było strajków, inni, że jeszcze, niestety, za mało. Jedni mówili, że za mało było bomb i brauningów, inni, że, niestety, za dużo. Jedni wołali: „dość ofiar”, inni wzywali w tym samym czasie: „unurzajmy się we krwi”! A na morze ludowe zeszła godzina odpływu. Próżne były wysiłki ludzi mocnych. Odchodziło morze od brzegu, poniechało zajadłej swojej pracy, wracało do dawnej granicy. Kiedyś powróci — znowu o swojej godzinie, w nowym jakimś pokoleniu. Trzeba uchronić od zatracenia olbrzymie, głębokie i bezcenne przeobrażenia duchowe, które zaszły w masach. Kiedy się ogłosi i umotywuje, że „przedstawienie skończone” — wszystko powróci do dawnego spania, liżąc rany, przeklinając cały ruch i płaszcząc się przed wrogiem. A teraz jeszcze żyje wola i nienawiść. Już nie ma wiary w zwycięstwo, ale jeszcze żyje żądza zemsty. Jeszcze nie pogodziła się podła dusza tłumu ze starym batem, jeszcze hardym jest zbuntowany, zbity i okuty niewolnik. — A „Robotnik” wychodzi? Sprzedają na ulicy, jak dawniej? — Teraz wychodzą aż dwa „Robotniki”, ale jeden rzadziej od drugiego i już ich nikt prawie nie ciekawy. Przychodzi tu chłopczyna, co sprzedaje, powiada, że żadnego obrotu nie ma, choć tę bibułę teraz za darmo dostaje. Nie ma kto kupować! — Cóż się takiego stało? Ja nic jeszcze nie rozumiem… — Co się stało? Ludzi zabrakło. Co było najporządniejszego, to już dawno wybrane. Nie miał kto rządzić, a za łeb trzymać, a do kupy zganiać. To się i rozlazło wszystko, a teraz i tych biorą — aż całą Warszawę przeniosą do Wiatki albo do tego Narzymskiego kraju. Ty się dziwisz, co się stało, bo ci się nie chce wierzyć, że rewolucja już się skończyła. — Za co płacą? — Za ochronę od bandytów, czyli od nas samych, prawdę powiedziawszy. Ale przy nas na gościńcach jest spokój. Żadnego my chłopa ani ubogiego nie ukrzywdzili. Bogatych my podbieramy, bo takie mamy przekonanie, a krwi ludzkiej na nas ani też na moich rękach przez całe życie nie było. — Ani ja panu nie towarzysz, ani ja jakich partyjnych znam. Dużo tu bywało wieców, ale się już dawno, Bogu dziękować, skończyły. Tu w fabryce nikogo pan nie znajdziesz — tu ludzie pracują, tu nie ma żadnego z partii. — Co? Cała ta fabryka była nasza! — Była, była, czego tam nie było… Rządził, kto chciał, a teraz znów porządek nastał. Nic ja panu nie pomogę… Dla pocieszenia w strapieniach, a niejako jak gdyby za pokutę, strzelał po nocy do stójkowych, do żandarmów, do samotnie spotykanych oficerów. Prócz tego czynił na ulicy porządek: kiedy widział, że alfons szarpie się z kobietą, walił do niego, nie pytając, o co idzie. Raz zranił jakiegoś porządnego pana, prześladującego po nocy samotną panienkę. Jeżeli w swoich wędrówkach po mieście trafił na dwu bijących się andrusów, czekał spokojnie, aż jeden drugiego powali, i strzelał do tego, który był na wierzchu. Po knajpach robił znajomości i podejmował się różnych niebezpiecznych spraw. Podstrzeliwał nieludzkich majstrów, na których skarżyli się pijani robociarze, śledził podejrzanych o szpiclowanie nieszczęśników, z których niejeden padł z jego ręki. Towarzysz w wymownych słowach obrzydził mu bandycki proceder. Namawiał go, żeby się nareszcie ustatkował, żeby przystał do jego kompanii na pomocnika. Za każdą pewną informację obiecywał mu trzy ruble, za wydanie robociarza z dowodami — rubla, za inteligenta partyjnego — pięć, a za kogokolwiek z bojówki — piętnaście. Rewilak był dobrze pijany i przystał. Towarzysz postawił jeszcze gorącego krupniku, wypili i wyszli na ulicę. — Ty, głupi, może jeszcze myślisz, że rząd chce źle dla robotników? Nieprawda — będzie robotnikowi dobrze i jeszcze jak, tylko porządek trza zaprowadzić, jak się patrzy. W żadnej partii nie ma prawdy. W każdej partii są Żydy, co tylko na swoją korzyść tym ciemnym robotnikiem obracają. Ja ci, Kazik, powiem, jak jestem katolik…Tu runął na ziemię z rozsadzonym łbem, a Rewilak poszedł dalej, zataczając się, i z wielkim trudem rozmyślał nad tym, czy to wszystko prawda, czy sen, czy się co stało, czy nie? Weszycki był wzruszony, że ujrzy towarzyszy z Centralnego Komitetu. Wszystko się dobrze składało. Na ulicy towarzysz kazał dorożkarzowi podnieść budę, wsiedli i pojechali. Wjechali w jakiś wielki gmach — w podwórze, i dryndziarz stanął. Na schodach Weszycki zaczął się dziwić, potem stanął, potem krzyknął, ale już go wzięło między siebie dwu drabów i wciągnęło go na pierwsze piętro do jakiejś poczekalni. Stali tam żandarmi, stójkowi i jakiś mizerny, jak cień, człeczyna, w kajdanach na nogach pod strażą dwu żołnierzy. Wyczerpała się cierpliwość martwego narzędzia. Nie obliczyli tego żyjący ludzie. Nie wiedział Tomasz Baćka o kolejach pocisku, nie wiedział jego starym tułactwie. Broniła go od zimna, od wilgoci gruba żelazna skorupa, broniła go od wstrząśnienia zapobiegliwa ostrożność ludzka. Chowali go, chronili, by nie wpadł we wrogie ręce. Robili, co mogli. (…) Skruszyło całą moc pocisku tajemnicze życie sił natury, które szło swoją koleją, aż dokonało swego. Szły swoją koleją losy ludzkie, pożerając czas, trawiąc dusze, niszcząc życie, rodząc życie. Konała rewolucja, konała w pocisku siła. Omdlewała moc w duszach, wysuwała się z ręki broń. Oto wszystko.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 9 1 rok temu
W polu Stanisław Rembek
W polu
Stanisław Rembek
“W polu” to z pewnością jedna z najlepszych w języku polskim książek o wojnie jako takiej, a już na pewno o tej z 1920 r. Żadnych tu “malowanych dzieci”, tylko żołnierski znój, trud i mozół. A na końcu śmierć. Stanisław Rembek był odważnym pisarzem, skoro pod koniec lat 30. było go stać na tak przejmujący obraz przełamania przez Sowietów wczesnym latem 1920 r. frontu na Kresach. A przecież mógł - zgodnie zaś z patriotycznym nakazem nawet powinien był - skupić się na późniejszym “cudzie nad Wisłą” i odebrać literacką chwałę tego zwycięstwa. Opis sukcesu nie miałby jednak tak piorunującego efektu, jak właśnie wcześniejsze klęski, i to wręcz o wymiarze egzystencjalnym, nie tylko militarnym. A w tym sensie wojna zawsze jest klęską. Klęską człowieka. I właśnie ten aspekt “W polu” jest dla mnie najważniejszy. Nie znajdziemy tu żadnych łatwych manifestacji uczuć patriotycznych, o bogobojnych nawet nie mówiąc. Tu jest po prostu do wykonania ciężka i niewdzięczna żołnierska robota, niepotrzebująca jakiegokolwiek uzasadnienia - poza nią samą. Czujemy się wrzuceni w piekło niemal już, już przegrywanej wojny, w szalony, czasem paniczny, odwrót lasami pełnymi komarów, przy wyczerpującym upale na nieodmiennie zakurzonych drogach, pod ciągłym sowieckim ostrzałem, z powtarzającymi się szarżami Kozaków. Dlatego tak wiele tu pochylenia się nad strasznym losem zwykłych żołnierzy, często będących - jak w każdej wojnie od początku świata do jego końca - “mięsem armatnim”. Polscy żołnierze nie są tu idealizowani w najmniejszym stopniu - to ludzie z krwi i kości, wielu raczej nie do polubienia... A zarazem równie tu dużo zawoalowanego współczucia dla ich ciężkiej a niewdzięcznej służby. Dlatego Autor pisze o bosych i głodnych żołnierzach, wysłanych by walczyć z “armią podobnych im nędzarzy”. Dlatego tak wiele tu empatii dla postronnych ofiar wojny, zwykłych ludzi czyli białoruskich chłopów. Ba, znajdzie się tu nawet i szacunek dla przeciwnika. Dlatego liczne tu wątki pacyfistyczne, pisane przez Autora wbrew powszechnej opinii, w tym nieusuwalnym rozdźwięku między obowiązkiem a realizmem. “Wszystkimi tętnicami rozpłynęła się po nim nieznana dotychczas miłość do wszystkich ludzi, tych słabych i kruchych istot, tak jak on obdarzonych jednym tylko, stale zagrożonym życiem, którym jednak starczyło rozsądku i solidarności, aby wspomagać się wzajem w beznadziejnej walce o swe istnienie”. Rembek operuje bardzo bogatymi środkami stylistycznymi. Język jest wielkim atutem tej książki. Zmysłowy, niczego nieskrywający, niekiedy szokujący, często elegijny. Imponują wspaniałe porównania. zwłaszcza przy opisach starć. Podczas lektury wiele razy przychodził mi na myśl Józef Mackiewicz. Taka sama tu i tam prawda między oczy o wojnie i o tym, co robi z człowiekiem, zanim go zabije. Bardzo to porównywalni twórcy, choć Rembek nieco bogatszy stylistycznie, bliższy człowiekowi i bardziej liryczny. Literatura, po prostu wielka literatura, lekko pokryta cieniutką warstwą szlachetnej, przedwojennej patyny. A ta rzecz jeszcze lepsza niż dopiero co czytany “Nagan”. Rembek nie cofa się przed naturalistycznymi scenami. “Mało to wiedział o niepotrzebnych amputacjach i karygodnych pomyłkach lekarskich. Słyszał nawet o ohydnych sposobach dobijania, ciężko rannych i chorych, tak, żeby gwałtowna śmierć żadnego śladu nie zostawiała. Stosowano je w razie przepełnienia w szpitalach francuskich i austriackich, mogli więc stosować i w polskich. Jeśli wojna wyzwala w człowieku zwierzę, to bardziej jeszcze na tyłach niż na froncie”. “Obserwował pogrążonego w straszliwej zadumie komunistę z piekącą ciekawością. O czym może myśleć człowiek, któremu nagle do czaszki ujrzało światło wschodzącego słońca? Co czuje gdy mu w obnażone zwoje uderzy szum pożaru, trzask karabinów i huk pękających szrapneli? Czy tą żałosną resztką okaleczonego organu świadomości obejmuje teraz bezsens swojego życia?”. Wiele tu przejawów ludzkiego strachu, paniki, i innych słabości… “Aby opanować drżenie, musiał jeszcze silniej zaciskać zęby, pięści ukryte w kieszeniach spodni, i kolana”. “Dowódca kompanii był szary jak brudny, opadający tynk kamienicy. Oczy ginęły mu pod powiekami. Nieogolona dolna szczęka drżała i kurczyła się boleśnie”. A jednocześnie jest tu miejsce na wspaniałe konstruowane, niemal poetyckie, piękno-złowrogie zdania. “Chałupy i stodoły płonęły objęte płomieniami ze wszystkich stron. Czarno-czerwone grzyby ognia i dymu łopotały na strzechach, wysuwały się znienacka drzwiami i oknami, rzekłbyś: stado uwięzionych, potwornych wężów”. “Każde źdźbło trawy, każdy kopczyk kretowiska, każde wgłębienie gruntu, każdy ślad ludzkiej stopy wyrzynał się wyraźnie z krajobrazu, grubo podkreślony przez zbliżający się zmierzch. Ciężka omdlałość napełniała wymęczoną całodziennym upałem ziemię”. “Powietrze napełniło się bezustannym gwizdem; ziemia syczała od bijących w nią kul, niby żywa istota przypiekana rozpalonym żelazem; maszynowe serie przebiegały po niej znacząc swe drogi kurzem, który pienił się szybko, jak przecinana grzbietem delfina powierzchnia oceanu”. “Gwizd kul zmienił się w pośpieszne ćwierkanie jakby olbrzymiej kapeli świerszczów”. “Od czasu do czasu zawodziły zbłąkane kule na kształt spóźnionych pszczół, które nie mogą trafić do swojej pasieki”. “Szrapnele tłukły się po całej przestrzeni niebios jak wypłoszone z płonącego folwarku gołębie”. “Purpurowa kula słoneczna opadała wolno za czarny szaniec boru niby zbroczona krwią głowa konającego żołnierza”. “Diademy złotych błysków zamigotały łamaną rysą na szarej tarczy widnokręgu. Mrowiska piechoty rozsypały się po polach niby z nagła otwarty wachlarz z czarnych koronek salonowej modnisi. Biały puch szrapneli zaczął się strzępić niezmierzonym pasem ponad siną linią borów. Dziesiąta dywizja piechoty szła do przeciwnatarcia”. “Czarne różańce tyralierek opanowały pagórki. Nieskończone łańcuchy karnych batalionów piechoty przemykały się złodziejsko rowami na kształt niezliczonych stad wędrujących na wyraj przepiórek”. “Oba wojska przywarowały naprzeciw siebie jak zziajane psy”. Przerażający jest opis gromadnej ucieczki polskich wojsk przed bolszewickim atakiem. w tym rozciągnięty na wiele stron paniczny biegu porucznika Paprosińskiego - byle dalej, byle dalej…. “Dał się więc unieść prądowi biegnących żołnierzy, tak jak zbłąkany wśród nocy woźnica zdaje się na instynkt swych koni. Biegł więc razem wraz z nimi, rżąc i kaszląc przez jakieś zboża, łąki i krzaki, z ciężarem w sercu, że to on, oficer, ucieka z placu boju. Ale nie widział innej rady”. “Patrzył tylko pod nogi. Kamienie, zielska, grudy ziemi wydłużały się na jego widok, niby pełzające z błyskawiczną szybkością gąsienice i znikały w tyle. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie rżnący ból w piersiach, nieznośne łaskotanie w tchawicy i gorąco, rozsadzające mu twarz i gałki oczne, jakby lada chwila krew miała mu wytrysnąć wszystkimi porami skóry. Niemiły był też pot zapełniający oczodoły, wślizgujący się słonymi strumykami do ust i na kształt leniwych, chłodnych wężyków spływający po szyi, ramionach i piersiach (...) Ale było mu już wszystko jedno. Postanowił biec, dopóki serce nie pęknie, co według jego obliczeń musiało nastąpić lada chwila”. “Zaczęły też brzęczeć karabinowe kule na kształt chciwego krwi roju komarów, krążącego nad głową zabłąkanego na moczarach wędrowca. Z budy obok błyszczało dwoje oczu psa który oduczył się już szczekać na obcych i teraz w niezmiernym zdumieniu przetrawiał w sobie zdobyte doświadczenia, oczekując swej zwierzęcej śmierci bez zmartwychwstania. Jego świat odziedziczonych i zdobytych wyobrażeń, wszystko co czcił i w co wierzył, dawno już obaliła wojna”. “Wszystko to pędziło, galopowało, wlokło się, wpadało na siebie i ginęło w tym brudno-rdzawym tumanie, rozbłyskanym setkami krwawych, śmiercionośnych światełek, ukazujących się wszędzie i zawsze niespodzianie”. “Wszyscy biegnący mieli usta otwarte szeroko. Wszyscy krzyczeli. Z objętej drapieżnym oddechem śmierci i zawalonej dymami zagłady drogi bił w niebiosa bezsilny i bezgłośny, niedosłyszany chyba przez samego Boga – psalm ludzi ginących”. “Ścigający i ścigani biegli obok siebie tak blisko, że tylko ręką sięgnąć: tak wolno że ledwie to zasługiwało na miano biegu; a mimo to żadna ze stron nie mogła się zdobyć na dodatkowy wysiłek, aby osiągnąć rozstrzygnięcie”. Są i takie zdania, które bolą - jak mówił pewien dawny klasyk - "was też powinny boleć... “To, co ze swej strony uważał za najwyższe poświęcenie, było naturalnym i radosnym żywiołem dla bardzo wielu jego towarzyszy broni, wśród których – jak się przekonał – co najmniej tylu było łotrów, co bohaterów, tylu wyrzutków społeczeństwa, co jego obrońców. Wszystkie zbrodnie cieszyły się tu bezkarnością z wyjątkiem nieposłuszeństwa i tchórzostwa, Nie mogło być inaczej. Ochrona słabszych, sprawiedliwość i miłosierdzie są zbytkiem społeczeństw żyjących w pokoju i dobrobycie”. “Jakiś chłop z płową grzywką zwisającą mu na oczy, z rękami w kieszeniach spodni, stał nad rowem w ciężkiej i niezgrabnej postawie człowieka bezustannej pracy fizycznej. Jakiś chudy piechur, wyrzucający w biegu na boki swe szerokie stopy w sposób charakterystyczny dla mętów wielkomiejskich, zatrzymał się przed nim. – Co, taki synu, cieszysz się że nas pobili? Chłop uśmiechnął się dziecięcym, naiwnie dobrodusznym uśmiechem rasy pierwotnej. Żołnierz krótkim ruchem uniósł nieco trzymany oburącz karabin. W ciemnym tumanie Paprociński spostrzegł rudy błysk wystrzału. Sylwetka Białorusina czerniała jeszcze parę sekund i zsunęła się w mroki”. “Ze zdumieniem przychwycił się na tak powszechnej wśród frontowców fałszywej pogardzie i nienawiści do tyłów. Jak wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one. Widocznie i on zaczął nasiąkać klasową zawiścią ludzi pola do uprzywilejowanych osobników, którzy żyją pod dachami, na noc rozbierają się i układają do snu”. “Przecież nie miał nic wspólnego z drapieżnością uderzających na bagnety strzelców, chamstwem podoficerów, mizerną pychą i tyranią oficerów. Jego serce spoczywało nadal wśród ludzi spokojnych, usposobionych życzliwie do całego świata, którzy swoje żywoty spędzają w zacisznych gabinetach, pracowniach naukowych, bibliotekach czy urzędach, powiększając i organizując duchowy dorobek ludzkości”. “Co by się stało z ideą miłości ojczyzny, gdyby każdy ni stąd, ni zowąd szczerze i bez ogródek opowiedział, co myśli o swoim narodzie, o jego kulturze, możliwościach i roli jaką odgrywa w świecie?”. Zdarzają się tu przemyślenia historiozoficzne, często nieco sprzeczne… “Chwyciło go zdumienie nad tą niespotykaną nigdzie prężnością polskiej rasy, nieznoszącej karności, ale też zawsze powracającej do swych znaków; nienawidzącej wszelkiej władzy, ale też nigdy nie hołdującej obcej przemocy; kłótliwej i niesfornej, lecz nieznającej w swych dziejach przewrotów i terroru wobec przeciwników politycznych; niecierpliwej i niewytrwałej w dziełach zwycięstwa, ale zarazem nie rozumiejącej wyrazu klęska; bezsilnej wobec zdrady, ale niezwalczonej w polu, która zawsze na Cecorę opowiadała Chocimiem, na Piławce – Beresteczkiem, na Ostrołękę- rozbiciem Rozena i bohaterską obroną Woli”. “Wszelkie Kircholmy, Kłuszyny i Chocimy uważał za przejawy typowo polskiej bezmyślności i głupiej brawury, która czasem w specjalnych okolicznościach mogła nawet zyskać powodzenie. (O ile historia mówiła prawdę). Ale w każdym bądź razie nie w 20. wieku. Tymczasem widocznie polskie szaleństwo może być metodą”. “ - Bo Polacy, panie poruczniku, uznają jakiś dziwny nakaz niepotrzebnego cierpienia. Nazywa się to poświęceniem czy ofiarnością, ale zdaje się być raczej narzucone przez dość powszechną u nich zawiść”. Na koniec nie ma żadnego optymizmu…. “Przyjemnie być rannym. Wszyscy się troszczą o człowieka a przede wszystkim kończą się dlań wszystkie trudy”. “Oświeciła go nagła myśl, że przeżył wszystko, na co stać było jego fizyczny organizm, mózg, nerwy i wolę, i że porusza się jeszcze jedynie na podstawie prawa bezwładności, dzięki popędowi, który już dawno przestał w nim działać. +Przede mną może być tylko śmierć myśli+ pomyślał i był z tego prawie zadowolony”. “– Dereń, do ciężkiej cholery! – ryczał na całe gardło, aż paru artylerzystów przybiegło zobaczyć, co się dzieje. – Nie rozumiecie, że my dwaj tylko pozostaliśmy z całej kompanii?”. “Niebo miało barwę skrwawionego złota. Prześwitujący purpurą las przypominał żelazny ruszt pieca, w którym buzuje ogień”. PS Rembek uświadomił mi, że było słowo kulomiotacz. Ale skoro był kulomiot....
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 10 5 miesięcy temu
Listy z podróży do Ameryki Henryk Sienkiewicz
Listy z podróży do Ameryki
Henryk Sienkiewicz
Sienkiewicza lubiłam za Krzyżaków. Gdy zobaczyłam, że Wolne Lektury wrzuciły jego Listy z podróży do Ameryki, pomyślałam, że w sumie ciekawi mnie, co tam napisał. Raz, że Ameryka z przełomu XIX i XX wieku to nie to samo co teraz. Dwa, że lubię publicystykę podróżniczą. Nic mnie jednak nie przygotowało na to, co w tych listach dostałam. Ameryka w 1876 roku to zdecydowanie nie to samo co teraz. Właściwie to kompletnie inny świat, a Sienkiewicz to opisuje dość dokładnie, choć wybiórczo, za to plastycznie. Przy pierwszych listach myślałam, że będzie ciężko przebrnąć, bo tchnęło grafomanią. Autor próbował stylizować je na powieść awanturniczą, z rozmachem i autokreacją na trefnisia, gdzie więcej było jego samego niż okoliczności wyjazdu. Później jednak styl się uspokaja i dostajemy bardzo interesujące, wręcz fascynujące opisy przeróżnych przygód podróżnika, późniejszego noblisty. Mamy opisy miast portowych, Nowego Jorku i tego, jak wyglądały miasta w tamtych czasach. Później opisuje podróże przez różne stany, miejsce Polaków (i Chińczyków) w amerykańskiej rzeczywistości. Dogłębnie omawia amerykański system edukacji, podejście do pracy, społeczeństwo i jego brak hierarchiczności. Prawdziwa demokracja różniła się od tej europejskiej. Relacje międzyludzkie także się różniły. 🗽 Polowanie na bizony Dwa najciekawsze epizody dotyczą jego pobytu w dzikiej części Kalifornii oraz wyjazdu na polowanie na bizony z grupą bogaczy, którzy go zaprosili. Ta wyprawa na bizony triggeruje, uprzejmie ostrzegam wrażliwych na krzywdę zwierząt. Dzieje się tam dużo, sporo strzelają, ale nie tylko. Np. łapią małego niedźwiadka, który niefortunnie ze swoją matką napotyka polujących mężczyzn. Jednak jest to dokument epoki. Tak kiedyś traktowało się zwierzęta, nie jak podmioty, a jak przedmioty. Ten epizod jest o tyle ciekawy, że wprost dotyczy tego, jak biali osadnicy odnosili się do przyrody oraz rdzennych Amerykanów. Potocznie nazywani wtedy “Indianie” nadal jeszcze wtedy toczyli krwawe wojny o swoje terytoria z przybyszami nielegalnie zajmującymi ich ziemie. Przy okazji tej wyprawy, ale też innych, ma okazję z bliska poznać ich sytuację. Nie są to opisy przyjemne. Sienkiewicz opisuje ich jako zabiedzonych, zagłodzonych i zniszczonych systemowo, brudnych, śmierdzących… Sporo w tych opisach współczucia. Rdzennym Amerykanom przypadł smutny los. 🗽Dziki las w Kalifornii O wiele ciekawsza, bo mniej triggerująca, jest przygoda w kalifornijskim lesie. Autor listów przez parę miesięcy pomagał przy budowie domu pewnemu samotnemu traperowi. Mieszkali w dzikiej puszczy, spali wśród skorpionów i węży, w otoczeniu dzikich i drapieżnych zwierząt. Do najbliższej cywilizacji trzeba było iść dwa dni, a i to nie była to cywilizacja w znaczeniu dzisiejszym, czyli doskonale zaopatrzone sklepy. W ówczesnych sklepach można było dostać np. suchary. Oraz oczywiście broń i amunicję, bo to była konieczność wśród drapieżnych zwierząt. Widać z tonu listów, że takie życie mu się podobało. To prawie niewyobrażalne, że tak było niecałe 150 lat temu. Dwa pokolenia wystarczyły, żeby Stany Zjednoczone stały się w pełni rozwiniętym państwem, potęgą światową. W 1876 roku były to w większości puste połacie ziemi, czekające na osadników, którzy mogli je kupować od państwa za przysłowiowego dolara. Społeczeństwo było otwarte na imigrantów. Każdy mógł coś wnieść, jeśli tylko chciał pracować i działać na rzecz wspólnego dobra. Wiele rzeczy od tamtej pory się zmieniło, choć nie wszystko. Listy z podróży do Ameryki Sienkiewicza są bardzo dobrym dokumentem przechowującym to, jak wyglądał wtedy ten kraj.
PrzeCzytana - awatar PrzeCzytana
oceniła na 8 25 dni temu

Cytaty z książki Spekulant

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Spekulant