Opowiadania zebrane, T. 1-2

Okładka książki Opowiadania zebrane, T. 1-2 autora Julio Cortázar, 0000000000000
Okładka książki Opowiadania zebrane, T. 1-2
Julio Cortázar Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie literatura piękna
279 str. 4 godz. 39 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Relatos
Data wydania:
1977-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1977-01-01
Liczba stron:
279
Czas czytania
4 godz. 39 min.
Język:
polski
ISBN:
0000000000000
Tłumacz:
Zofia Chądzyńska
Średnia ocen

8,3 8,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Opowiadania zebrane, T. 1-2 w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Opowiadania zebrane, T. 1-2

Średnia ocen
8,3 / 10
23 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Opowiadania zebrane, T. 1-2

Sortuj:
avatar
379
111

Na półkach:

Ten wybór, był dla mnie jedną z lektur fundamentalnych. Zacząłem go czytać w okolicach 5 - 6 klasy szkoły podstawowej, skończyłem niewiele później a następnie cyklicznie wracałem do poszczególnych fragmentów. Ostatni raz miałem go w rękach w połowie szkoły średniej, gdy Cortazar przegrał ostatecznie z Carpentierem walkę o "rząd dusz".

Humor, wyobraźnia, plastyczność świata przedstawionego oraz języka, formalna precyzja i kunszt, blues, jazz, yerba mate, zmysłowość, absurd i nierealność oraz króliczki wymiotowane w windzie pomiędzy piętrami to niektóre z przyczyn fascynacji tymi dwoma tomikami.

Po niemal ćwierćwieczu zdjąłem z półki tom pierwszy i "z pewną taką nieśmiałością" czekam na okazję by zweryfikować wspomnienia.

Ten wybór, był dla mnie jedną z lektur fundamentalnych. Zacząłem go czytać w okolicach 5 - 6 klasy szkoły podstawowej, skończyłem niewiele później a następnie cyklicznie wracałem do poszczególnych fragmentów. Ostatni raz miałem go w rękach w połowie szkoły średniej, gdy Cortazar przegrał ostatecznie z Carpentierem walkę o "rząd dusz".

Humor, wyobraźnia, plastyczność świata...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

45 użytkowników ma tytuł Opowiadania zebrane, T. 1-2 na półkach głównych
  • 33
  • 10
  • 2
20 użytkowników ma tytuł Opowiadania zebrane, T. 1-2 na półkach dodatkowych
  • 12
  • 3
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Opowiadania zebrane, T. 1-2

Inne książki autora

Okładka książki Sztuka powieści. Antologia wywiadów I z „The Paris Review”. Wywiady z pisarzami Julian Barnes, Saul Bellow, Jorge Luis Borges, Julio Cortázar, Don DeLillo, William Faulkner, Jonathan Franzen, Max Frisch, Gabriel García Márquez, Ernest Hemingway, Michel Houellebecq, Aldous Huxley, Javier Marías, Vladimir Nabokov
Ocena 7,2
Sztuka powieści. Antologia wywiadów I z „The Paris Review”. Wywiady z pisarzami Julian Barnes, Saul Bellow, Jorge Luis Borges, Julio Cortázar, Don DeLillo, William Faulkner, Jonathan Franzen, Max Frisch, Gabriel García Márquez, Ernest Hemingway, Michel Houellebecq, Aldous Huxley, Javier Marías, Vladimir Nabokov
Julio Cortázar
Julio Cortázar
Rok, w którym Julio Cortázar przyszedł na świat, był początkiem I wojny światowej i kryzysu gospodarczego. Rodzice Julia znajdowali się wówczas w Brukseli, jako że ojcu Julia udało się dostać posadę w ambasadzie. Zaledwie dwa miesiące po narodzinach pisarza rozpoczęły się działania wojenne, w związku z tym, Cortazarowie zdecydowali się na powrót do Ameryki Południowej. Droga powrotna do Argentyny nie była łatwa; początkowo rodzina tułała się po Europie aż do roku 1918, kiedy to w Barcelonie znaleźli bezpieczny sposób na przedostanie się na rodzimy kontynent. Po powrocie do kraju rodzina Cortazarów rozpadła się: ojciec Julia postanowił odejść i już na zawsze bliscy stracili z nim kontakt. Jego matka, Herminia, z dwójką małych dzieci udała się do Bénfield (obecnie dzielnicy Buenos Aires),gdzie pisarz spędził większość dzieciństwa. Wrażliwość artystyczną pisarza kształtują poematy Edgara Allana Poe i powieści Jules'a Verne'a, co istotnie wpływa na etapy jego późniejszej twórczości. Julio Cortázar wcześnie podjął pracę zarobkową, aby pomóc matce w utrzymaniu rodziny. W roku 1932 zatrudnił się w szkole i pracował jako nauczyciel, jednak praca ta nie przynosiła mu żadnej satysfakcji. Oprócz swoich wewnętrznych rozterek, pisarz czuł niepokój związany z wydarzeniami dziejącymi się w ówczesnej Argentynie. Kryzys, nieudane eksperymenty gospodarcze i polityczne zawirowania, to typowe problemy jakie dotykały kraje Ameryki Łacińskiej w wieku XX. W roku 1935 Cortázar rozpoczął studia na Uniwersytecie w Buenos Aires na wydziale nauk humanistycznych. Dziewięć lat później wyjechał do stolicy prowincji Mendoza, gdzie znalazł zatrudnienie na Narodowym Uniwersytecie w Cuyo. Kiedy w 1946 r. Juan Domingo Perón wygrał wybory prezydenckie, Julio Cortázar postanowił zrezygnować ze stanowiska, ze względu na różnicę w poglądach politycznych i groźby ze strony władz uniwersyteckich. Powrócił do Buenos Aires, gdzie nawiązał współpracę z wydawnictwem i czasopismami, takimi jak "Realidad", "Verbum" i "Sur". W roku 1948 Julio Cortázar otrzymał tytuł tłumacza języka francuskiego i angielskiego. Od tej chwili zajmował się wyłącznie pisarstwem i tłumaczeniem na zlecenie od międzynarodowej organizacji rządowej ONZ. W tym okresie opublikował wiele opowiadań, które przyjęte zostały z wielkim entuzjazmem. W roku 1951 Cortázar wyjechał do Paryża dzięki rządowemu stypendium naukowemu. We Francji zajął się porównywaniem relacji między literaturą francuską a angielską. W tym samym roku, spotkał Aurorę Bernárdez, tłumaczkę i pisarkę argentyńską, z którą ożenił się w roku 1953. Po piętnastu latach związku para postanowiła się rozwieść, zachowując przy tym przyjacielskie stosunki. W czasie pobytu we Francji pisarz opublikował wiele opowiadań i książek, które przyniosły mu rozgłos w Argentynie. W wieku lat pięćdziesięciu stał się jednym z najbardziej popularnych i respektowanych pisarzy XX wieku, tuż obok takich osobistości jak Gabriel García Márquez czy Mario Vargas Llosa. W 1970 pisarz ożenił się drugi raz z Carol Dunlop, młodą pisarką i aktywistką amerykańską, z którą podróżował po całym świecie, m.in. do Meksyku, Nikaragui, Włoch, Kuby, Nowego Jorku, etc. W latach osiemdziesiątych ich życie uległo niespodziewanej zmianie. U Cortázara wykryto przewlekłą białaczkę. Jeszcze w roku 1983 ukazała się, napisana wspólnie z żoną, jego ostatnia powieść, Astronauci z kosmostrady, która była uwieńczeniem wspólnej podróży furgonetką z Paryża do Marsylii. W 1982 r. Carol zmarła na egzotyczną chorobę, która prawdopodobnie była wynikiem podróży do Nikaragui. Ostatnie lata życia Cortázar spędził spokojnie na wsi, w otoczeniu swoich najbliższych przyjaciół, m.in. Aurory Bernárdez, byłej żony. 12 lutego umarł na atak serca. Pierwszym, głośnym dziełem opublikowanym w wydawnictwie Sudamericana, był zbiór opowiadań zatytułowany Bestiario. Zbiór został wydany jeszcze przed wyjazdem pisarza do Francji i był początkiem kariery. W tomie znalazły się m.in. opowiadania: Zajęty dom, Axolotl, Lejana. Julio Cortázar w swojej twórczości zawarł wszystkie gatunki literackie, jednak został zapamiętany głównie jako mistrz krótkiej formy. Większość jego utworów ma charakter fantastyczny, irracjonalny. Dalej opublikował dzieła takie jak Tajemna broń, Opowieści o kronopiach i famach i inne historie. Swój sukces zawdzięcza przede wszystkim utworom takim jak: 62. Model do składania, W osiemdziesiąt światów dookoła dnia, Ostatnia Runda. Jego najwybitniejszą książką, która stała się symbolem "cortazarowskiej" prozy, jest Gra w klasy. Cortázar publikował również dzieła o charakterze politycznym, które w czasach siedemdziesiątych miały ogromne znaczenie ze względu na panującą cenzurę. Są to dzieła takie jak: Książka dla Manuela, Dossier Chile: el libro negro. Cortázar należy do grupy pisarzy, którzy wyznaczyli własną ścieżkę jeśli chodzi o styl i zrewolucjonizowali generalny pogląd o literaturze w drugiej połowie XX wieku. W jego prozie uwagę zwraca kunsztowny język, przeplatanie się świata rzeczywistego i fantastycznego, który pojawia się nagle i często w związku z uczuciami bohatera, grami, które sam ze sobą uprawia, wykrzywioną pseudonaturalistyczną konstrukcją świata. Pisał także opowiadania będące zabawami z pogranicza filologii i wyobraźni, zawierające neologizmy (np. nazwy tańców: tregua, espera, katala w opowieściach o kronopiach i famach) i raptowne przekształcenia utartych językowych fraz, urywania zdań w nieoczekiwanych momentach lub zawiłe, złożone wypowiedzi, które rzadko pozostają jednoznaczne. Proza Cortazara utrzymuje się na granicach absurdu, niejasności, umyślnie wprowadzając czytelnika w stan oderwania od rzeczywistości, zmuszając do raptownej zmiany perspektywy. Wplątywane neologizmy, gra słowotwórcza to typowe zabiegi wykorzystywane przez pisarza. Jego dzieła są ciągłym dialogiem z czytelnikiem, któremu zostawił możliwość budowania własnego kontekstu i interpretacji, co w tamtych czasach było podejściem nowatorskim. Jego utwory są pełne ukrytej symboliki, alegorii i pytań egzystencjalnych. Autor stworzył niezwykły świat pełen magii i niezwykłej atmosfery; w jego utworach panuje melancholiczny i tajemniczy nastrój. Postaci Cortázara są prawdziwe, a zarazem zdeformowane, zupełnie oderwane od rzeczywistości, jakby wyciągnięte ze snu. Autor demonstruje przy tym, że w świecie literackim nie ma ograniczeń, nie ma miejsca na tabu, które przejawia się konwencjonalną metodą pisarstwa, szablonowym trzymaniem się formy prozatorskiej. Autor stara się nam przedstawić "inną rzeczywistość" poprzez łamanie stereotypów i pozorów. Aby zrozumieć „mowę” Cortázara, niezbędna jest wyobraźnia, która pomaga nam w interpretacji. Pisarz trzymał się koncepcji „innej rzeczywistości”, która oznaczała próbę przełożenia świata prozaicznego na świat metafizyczny. To wizja świata i człowieka z perspektywy niezwykłości. W utworach Cortázara chronologia wydarzeń jest często zaburzona, autor łączy wszystkie epizody na zasadzie przejść czasowych; przykładem tego jest Gra w klasy, która jest także grą z dotychczasową linearną formą powieści. Nowoczesne teorie literackie uznają ją za jeden z pierwszych przykładów hipertekstu. We wstępie do powieści czytamy, że można czytać ją na co najmniej dwa sposoby - tradycyjnie i poruszając się po wytyczonym przez pisarza szlaku, który polega na przemieszczaniu się od rozdziału do rozdziału w innej niż normalna kolejności. W dużej mierze na formę prozy pisarza wpłynęło zainteresowanie ruchem surrealistycznym, w szczególności dadaizmem. Więź autora z dynamicznie rozwijającym się kierunkiem awangardowym można zaobserwować przede wszystkim w utworze W osiemdziesiąt światów dookoła dnia. Każdy utwór Cortázara to metafizyczna przeprawa w głąb duszy człowieka osamotnionego we współczesnym świecie.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Plugawy ptak nocy José Donoso
Plugawy ptak nocy
José Donoso
Posadowiona na pograniczu realizmu magicznego i surrealizmu powieść, wymaga od czytelnika uwagi i skupienia, by przy przekraczaniu owej granicy nie zatracić rozeznania w narracji i roli jej bohaterów. O ile Autor rozpoczyna legendą, to w kolejnych rozdziałach, których akcja rozgrywa się w Chile w latach 60-tych XX wieku, opisuje wydarzenia związane z miejscem i ludźmi, którzy mogą być potomkami osób z przedstawionej opowieści. Miejscem akcji jest opuszczony dom, niegdyś kontemplacji, a w czasie gdy rozgrywa się powieść, prowadzony przez zakonnice ośrodek, czy też przytułek dla starych kobiet, które mają tam swój świat, jakże inny od tego na zewnątrz, gdyż opuszczony i zaniedbany, jednak dla nich ważniejszy i bezpieczniejszy. Poprzez pryzmat świata zatrzymanego wewnątrz murów, jak i tego, związanego z życiem na zewnątrz, Autor ukazał istotę przemijania, przemiany ról życiowych i społecznych i odniesień, które dają preteks do podejmowania określonych działań i przybierania postaw, poprzez pryzmat których czujemy się bezpieczni. Nic nie jest tym, czym się wydaje, wszystko podlega zmianom, sługa może stać się kimś bardzo bogatym, zaś osoba piękna i dystyngowana zostać napiętnowana z tego właśnie powodu przez to, że różni się od oceniających. Zamknięta społeczność staruszek zastępują dziwolągi, postaci pokraczne z uwagi na różne deformacje fizyczne, to co brzydkie, staje się normą. `Nie wiadomo, czy zabieg ten nie posłużył Autorowi do skrytykowania stosunków społecznych i ustroju politycznego, to moje przypuszczenie. Brawa dla Pani tłumacz Zofii Chądzyńskiej, książka jest trudna i wymagająca, nie mniej z pewnością jej drobiazgowość pozwoliła wiernie przekazać zamysł Autora.
Marton - awatar Marton
ocenił na65 dni temu
Księga piasku Jorge Luis Borges
Księga piasku
Jorge Luis Borges
Był motyw lustra, labiryntu i nieograniczonej zbiorami biblioteki. W „Księdze piasku” Borges ponownie porzuca realność, pozostając blisko naturze człowieka. I choć nie każde opowiadanie we mnie "osiadło", wciąż pamiętam pierwsze, w którym sześćdziesięcioletni autor spotyka młodzieńca, samego siebie sprzed wielu lat. To nieustanne powracanie do wątku zapętlenia i nieskończoności jest jak chłodny dotyk nieuchronnej śmierci czekającej na końcu korytarza – to początek czy koniec drogi (spójrzcie na śmierć w fantastycznym „Krążku”)? A może tylko przejście miedzy pokojami? Sam tekst – jeśli zostanie przeczytany, stanie się opowiadaniem dla autora; Borges dopuszcza się autoironii mówiąc ustami siebie starszego, że jedyne co wie, to że napisze (a jednocześnie napisał) zbyt wiele książek. W „Ulrice”, noweli o nieszczęśliwej miłości, znajdziemy odwołania do Nibelungów. „Kongres Świata” zaczyna się jak utopijna przypowieść o debacie nad szczęściem wszystkich ludzi, a jednocześnie przypomina o losie ksiąg, które płonęły na stosach niebezpiecznych idei. „There are more things” ociera się o krwawe zjawy i duchy w stojącym nad mokradłami Czerwonym Domu. Potworny obraz stołu operacyjnego przypominającego kształtem amfisbenę odbija się w lustrach w kształcie litery V… „Zwierciadło i maska”, jakże borgesowskie w brzmieniu i formie, jest nowelą o ogniu spalającym twórcę słów i sile, a jednocześnie marności świeckiej władzy. Książka jest bohaterką opowiadania tytułowego – i znów autor powraca do nieskończoności, „uwięzienia” człowieka-czytelnika w mocy słów pisanych w Księdze Piasku, istoty niegodnej, by obcować z jej potęgą (stąd też najlepiej ją… zgubić). Wracają więc w zbiorze wątki znane z „Alefu” czy „Fikcji” – dajmy na to sobowtóra czy tajemnic zaklętych w starożytnych opowiadaniach i mitach. Można, jeśli posiada się dostatecznie szerokie horyzonty, łapać pewnie z dziesiątki nici, które autor pozaplątywał między zdaniami (Lovercraft? Kafka?). Mnie pozostaje wciąż nieudolna próba ogarnięcia tej prozy, do której wciąż będę wracać.
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na628 dni temu
Równina w płomieniach Juan Rulfo
Równina w płomieniach
Juan Rulfo
Zapraszam na bloga Milczenie Liter. *** KRÓTKO To zbiór 15 zdjęć, bowiem każde opowiadanie tutaj przypomina fotografię. Dlatego nie dziwi brak fabuły, fragmentaryczność narracji i plastyczne, konkretne opisy. I choć czasem brak im ikry, nie sposób odmówić Rulfo talentu, który w kilku opowiadaniach zaskakuje swoją skalą. "Luvina" to jedno z najlepszych opowiadań, jakie przeczytałem w ostatnim czasie. *** DŁUŻEJ Ujęcie pierwsze. Gwałtowne opady deszczu zalewają wioskę. Ojciec ze smutkiem obserwuje, jak piękna jałówka, którą podarował dorastającej córce, znika w odmętach wody. Jałówka znika, twarz ojca mokra. Może to woda, może łzy… Stop. Ujęcie drugie. Starszy, zgarbiony mężczyzna dźwiga na plecach rannego. Pokryty kilkoma warstwami potu, ledwo już idzie, zatacza się. Ma nadzieję, że wkrótce dojdą do wioski, gdzie ktoś opatrzy rany jego synowi. A póki co, niesie go na własnych plecach. Ciężar to podwójny, bowiem syn jest mordercą i grabieżcą. Ojciec go wyklął, ale jednak niesie. Stop. Ujęcie trzecie. Młody chłopak. Już na pierwszy rzut oka widać, że dziwny. Nienaturalnie wyrośnięta głowa, chyba choruje na wodogłowie. Rówieśnicy wyśmiewają go, obrzucają kamieniami. Wraca do domu, do matki chrzestnej, która się nim opiekuje, i do kucharki Felipy. Macario, bo tak mu na imię, zastanawia się, czy tej nocy Felipa znów się zakradnie do jego łóżka. Stop. Pokaz fotografii dobiegł końca. Ludzie wstają z miejsc, opuszczają salę. Spojrzałem w bok – za korbkę niewielkiego aparaciku, rozświetlonego teraz mdłym światłem, pociągał niepozorny, starszy mężczyzna. Lekko obwisłe policzki oraz dwie zmarszczki biegnące od kącików ust w dół podbródka nadawały mu wygląd nobliwego, zgorzkniałego erudyty, a przenikliwy wzrok tylko podkreślał te wrażenie. Wciąż przenosił się z miejsca na miejsce, lustrował to prawą, to lewą stronę; jakby nieustannie szukał kolejnych obiektów do sfotografowania lub opisania. A więc tak wygląda ten znany Meksykanin, Juan Rulfo. Podobno oprócz robienia świetnych fotografii pisze także książki. Mówią, że te jego urządzenie w magiczny sposób przenosi czytelnika wewnątrz każdej z fotografii. Że tak naprawdę, sceny które na nich widzimy, nigdy się nie wydarzyły i są jedynie ilustracją wydarzeń z książek, które sam napisał. Przyznaję: brzmi to niesamowicie i niewiarygodnie, ale nie jestem w stanie zweryfikować tych teorii. Niech uczynią to ci, którzy przeczytają jego publikacje, jak chociażby zbiór opowiadań pt. "Równina w płomieniach". *** Kilkadziesiąt lat później Czuję się dziwnie, jakbym po wielu latach snu nagle wyskoczył z pudełka, trzymany w czasoprzestrzennym areszcie przez samego Rulfo. Wiem jednak, że powinienem skrobnąć parę słów na temat jego opowiadań, zatem bez zbędnej zwłoki przystępuję do rzeczy. "Równina w płomieniach" to jedyny zbiór opowiadań autorstwa Rulfo. Składa się na niego piętnaście krótkich historii, których akcja zazwyczaj toczy się niespiesznym tempem w meksykańskich wioskach i bezdrożach. Są to proste historie, w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie znajdziemy tutaj wyrafinowanych zwrotów akcji, pędzącej fabuły i porywających dialogów. Na szczęście Rulfo jest zbyt dobrym pisarzem, by zadowolić się kilkoma przewidywalnymi migawkami. Wnikliwy czytelnik zauważy, jak misternie skonstruowane są te opowiadania, i jak te proste zdawałoby się sytuacje walą obuchem po łbie mocniej, niż rozmyślania niejednego filozofa. Dużo w nich śmierci, cierpienia, złoczyńców, cudzołożników, owrzodzonych, wynaturzonych, walczących o dobrą sprawę, jak i rabusiów. Istna parszywa piętnastka. To proza wyrafinowana w smaku. Jak meksykański przysmak, guacamole, nie porywa od pierwszego wejrzenia i wcale nie ma zamiaru tego robić. Wymaga uwagi i wytrwałości, ale odda wszystko z nawiązką, bo każdy kolejny kęs smakuje coraz lepiej, o czym niniejszym zaświadczam. Jak zawsze przy okazji recenzowania zbiorów opowiadań, wyróżniam kilka, które najbardziej przypadły mi do gustu: 4. Bo jesteśmy bardzo biedni Nie sposób nie uśmiechać się pod nosem podczas lektury tego opowiadania. Rulfo ze śmiertelną powagą umieszcza swych bohaterów w tragikomicznej sytuacji. Oto jedną z meksykańskich wiosek nawiedza powódź. Porywa ze sobą zwierzęta, domy, dobytki wielu mieszkańców. Szczególne znaczenie okazuje się mieć pewna jałówka, którą ojciec ofiarował swej dorastającej córce. Jałówka miała ją uchronić przed zepsuciem i zejściem na złą drogę, a oto zniknęła gdzieś pod falami wody. Woda brudna, a co będzie z czystością córki? 3. Talpa Te opowiadanie wzbudziło we mnie najwięcej emocji. Świetna, niesamowicie plastyczna historia, która aż się prosi o sfilmowanie. Ciekawa konstrukcja, Rulfo zaczyna od końca, następnie zanurza się w przeszłość i opowiada jak do tego zakończenia doszło. Tanilo Santos cierpiał z powodu okropnego owrzodzenia pokrywającego większość jego ciała paskudnymi wykwitami, z których co rusz sączyła się żółta wydzielina. Nieuleczalna choroba. Jako ostatniej deski ratunku Tanilo złapał się Matki Boskiej z Talpy. Wierzył, że jedno jej spojrzenie uzdrowi go z wrzodów i chociaż sam ledwo chodził, namawiał brata i swoja żonę Natalię, by razem z nim wybrali się na kilkudniową pielgrzymkę do Talpy. W końcu ulegają jego namowom. 2. Anacleto Morones Dziełko. Jest tu absolutnie wszystko: niewymuszony humor pierwszej jakości, ciekawi bohaterowie, misterna konstrukcja. Oto do mieszkającego samotnie ranczera Lucasa Lucatero przybywa grupa dziesięciu pobożnych staruszek prosząc o zaświadczenie o boskości i cudach, które za życia zdziałał tytułowy Anacleto. Tak się składa, że obaj panowie znali się bardzo dobrze. Problem w tym, że w temacie domniemanej boskości Anacleta nasz bohater ma nieco inne zdanie niż świątobliwe matrony. Cała historia jest w zasadzie zapisem ich rozmowy. I trzyma czytelnika w napięciu aż do ostatniego słowa, mimo pozornego braku akcji. Dlatego właśnie literacki kunszt Rulfo objawia się najlepiej właśnie w tym opowiadaniu. "Stare cholery! Ani jednej znośnej. Każdej z nich już stuknęła pięćdziesiątka. Powiędłe jak łopuchy, suche i nastroszone. Nie ma się czego chwycić". 1. Luvina …za to w "Luvinie" meksykańskiemu pisarzowi udało się wyczarować niesamowity klimat. Dwóch nieznajomych rozmawia w barze. Jeden pragnie się dostać do Luviny, drugi spędził tam wiele lat i opowiada, czego podróżny może się spodziewać w nowym miejscu. Luvina to najwyższe i najbardziej kamieniste z okolicznych wzgórz. Jałowa ziemia, na której nic nie chce rosnąć, żadnej zieleni, ani jednego drzewka. Do tego wiecznie wiejący wiatr, który bezlitośnie smaga po twarzy wulkanicznym piaskiem. Błękit nieba, który nigdy nie wychodzi zza chmury pyłu Mieszkańcy? Garstka wysuszonych staruchów. Porwał mnie opis tej nędznej wioski. Druga sprawa: po co nieznajomy tak bardzo pragnął dostać się do Luviny? Wiedząc, że spotka go tam pustka, wiatr i śmierć? Nie daje mi to spokoju. "Ja bym powiedział, że to jest miejsce, gdzie gnieździ się smutek. Gdzie uśmiech jest nieznany, jakby wszystkim ludziom skamieniały twarze. I jeżeli pan zechce, może pan zobaczyć ten smutek o każdej porze. Wiatr, który tam wieje, zakłóca go, ale nigdy nie unosi ze sobą. Jest tam ciągle, jakby tam się urodził. I można nawet próbować jego smak i zapach, bo zawsze jest nad człowiekiem, napiera na człowieka i zawsze uciska jak wielki opatrunek na żywym sercu". Ta genialna opowieść jest zresztą głębsza, niż się to z początku wydaje. Opowieść starszego mężczyzny przypomina rozmowę nauczyciela z niedoświadczonym słuchaczem, uczniem. Albo, idąc jeszcze dalej: to starość przemawiająca do młodości. Luvina jako miejsce opuszczone, miejsce gdzie czas się zatrzymał, gdzie powtarzają się te same wydarzenia, może być równie dobrze metaforą czyśćca. Słuchając opowieści doświadczonego narratora możemy wyobrazić sobie, co czeka wędrowca. Niepokój osiąga swój zenit, gdy zdamy sobie sprawę, że owym wędrowcem jesteśmy my sami. Zanim przejdę do podsumowania, jeszcze jedna ciekawostka. W ostatecznej wersji tego zbiorku znalazło się 17 opowiadań, natomiast w polskim wydaniu jest ich 15. Których brakuje i dlaczego? Nie ma La herencia de Matilde Arcángel („Dziedzictwo Matyldy Archanioł„ – opowieść o nienawiści między ojcem i synem),i El día del derrumbe („Dzień upadku”). Zostały dodane w 1971 roku – w tym samym roku, w którym ukazał się polski przekład. Szkoda wielka - zabrakło trochę czasu, by polski czytelnik mógł się z nimi zapoznać. „Dziedzictwo Matyldy…” przeczytać można w jednym z numerów "Literatury na świecie" (nr 5/1988, tom 202). Jako całość, "Równina w płomieniach" prezentuje zaskakująco równy poziom. Większość opowiadań to więcej niż solidna literatura, spalona słońcem i znojem meksykańskiej prowincji. Jednak kilka z nich wyróżnia się zdecydowanie, m.in. wspomniane już "Talpa" czy "Anacleto Morales". Na deser oczywiście "Luvina" – jedno z najlepszych opowiadań, jakie przeczytałem w ostatnim czasie. Sam Juan Rulfo był niezwykle ciekawą postacią. Im więcej o nim czytam, tym bardziej mnie intryguje. Jego dorobek literacki to zaledwie trzy pozycje – poza recenzowanym zbiorkiem opowiadań składa się na niego skromna powieść "Pedro Páramo" oraz zbiór pism "Złoty kogut". To wszystko. Za "Pedro Páramo" zresztą zabiorę się wkrótce – Borges nazwał je jednym z najlepszych tekstów, jakie kiedykolwiek opublikowano w jakimkolwiek języku. Zupełnie inaczej ma się sprawa z fotografiami. Fundacja im. Juana Rulfo wciąż przechowuje negatywy blisko 6 tysięcy zdjęć autorstwa Meksykanina. To ogromna spuścizna. Wracając jednak do "Równiny w płomieniach". To zbiór kolejnych 15 zdjęć, bowiem każde opowiadanie tutaj przypomina fotografię. Dlatego nie dziwi brak fabuły, fragmentaryczność narracji i plastyczne, konkretne opisy. I choć czasem brak im ikry, nie sposób odmówić Rulfo talentu, który w kilku opowiadaniach zaskakuje swoją skalą.
MilczenieLiter - awatar MilczenieLiter
ocenił na82 lata temu
Wspomnienia pośmiertne Brasa Cubas Joaquim Maria Machado de Assis
Wspomnienia pośmiertne Brasa Cubas
Joaquim Maria Machado de Assis
Nadal nie mogę uwierzyć, że powieść ta, uchodząca za jedno z największych arcydzieł literatury brazylijskiej, została wydana w roku 1881, a więc bez mała sto pięćdziesiąt lat temu! Niezwykle oryginalny i błyskotliwy sposób, w jakim została napisana, wskazywałby, że mamy do czynienia z książką jeśli nie współczesną, to przynajmniej napisaną w wieku XX. Tymczasem rok wydania to rzeczywiście 1881, co dowodzi, jak wielkim wirtuozem prozy na kontynencie południowoamerykańskim był na owe czasy jej autor, Machado de Assis (1839-1908). Nie oznacza to oczywiście, że perspektywa czasowa nie odcisnęła swojego piętna na współczesnym odbierze tej mocno zapomnianej już w Polsce powieści. Półtora wieku to jednak szmat czasu i wiele nawiązań oraz problemów poruszonych przez brazylijskiego pisarza jest już trudne do odczytania dla przypadkowego odbiorcy, co jednak w niczym nie umniejsza przyjemności płynącej z lektury. Powieść de Assisa pomyślana jest jako wspomnienia spisane przez tytułowego Brasa Cubas. „Jest to dzieło umarłego” - zaznacza już we wstępie do czytelnika jej fikcyjny autor, który rozpoczyna swoją opowieść od opisania... własnej śmierci. To bardzo ciekawy fortel, o którego znaczeniu jeszcze wspomnę. Następnie, już w porządku mniej więcej chronologicznym, nieboszczyk Cubas relacjonuje dzieje swojego minionego życia, a to upłynęło mu na bezskutecznej pogoni za sławą i licznych romansach. Tytułowy bohater jest, a może raczej - był, przedstawicielem zamożnej części brazylijskiego społeczeństwa, a rodzinna fortuna pozwalała mu na beztroski i próżniaczy żywot. W gruncie rzeczy jest on postacią raczej antypatyczną, którą ciężko polubić, a do tego przejawiającą dekadenckie cechy charakteru takie jak: lekkomyślność, zmienność nastrojów i zamierzeń, czy brak silnej woli mimo posiadania wygórowanych ambicji, dla których realizacji jednak właściwie nic nie robi. Wszystkie te negatywne cechy dodatkowo pogłębia rozbrajająca w stosunku do czytelnika szczerość, która wynika właśnie z tego, że bohater spisuje swoje wspomnienia już zza światów. Jak sam twierdzi - „Panowie żywi, nie ma nic tak niezmierzonego, jak pogarda zmarłych” (s. 63). Zresztą swoje wspomnienia dedykuje robakowi, który pierwszy zacznie toczyć jego martwe ciało, co należy odczytywać, iż wśród znanych mu ludzi nikt nie okazał się być godzien owej dedykacji. A zatem, uwolniony przez własną śmierć od presji społecznej i obowiązujących konwenansów, Cubas może opisywać ówczesny świata takim, jakim postrzegał go naprawdę, co oczywiście jest sprytnym wybiegiem samego pisarza, aby realistycznie i bez upiększeń odmalować „ducha swoich czasów”. Jeśli ktoś chciałby oceniać „Wspomnienia pośmiertne Brasa Cubas” wyłącznie pod względem fabularnych perypetii bohatera, tego z pewnością czeka mniejszy lub większy, ale jednak zawód. Historia życia Brasa Cubas nie jest bowiem przesadnie skomplikowana, a miłosny trójkąt, w który jest przez znaczną część swego żywota uwikłany, to przecież nic oryginalnego w światowej literaturze. Ba, to motyw przerabiany wielokrotnie. Kwintesencja powieści ukryta jest zatem gdzieś indziej. Gdzie? To chyba oczywiste - otóż właśnie w refleksyjnej treści pośmiertnych przemyśleń głównego bohatera, które wyrażane są iście z angielską flegmą, a więc oszczędnie, błyskotliwie i z odpowiednio wyważoną dozą poczucia humoru i ironii. Wszystko to przyjemnie wygładza mocno pesymistyczny wydźwięk tej powieści, który to wynika z fascynacji Machado de Assisa filozofią Artura Schopenhauera. To akurat doczytałem już po zakończonej lekturze, ale dzięki tej informacji od razu wiele elementów powieści stało się dla mnie bardziej zrozumiałych. Zanim pójdziemy dalej, koniecznie trzeba wspomnieć jeszcze o innej postaci z recenzowanej powieści, a mianowicie o szkolnym znajomym Brasa Cubas, niejakim Quincasie Borba. Bohater ten, występujący także w tytule kolejnej powieści brazylijskiego pisarza, mieni się twórcą filozofii humanityzmu, która to stanowi zlepek ówczesnych filozoficznych twierdzeń o utylitarności ludzkich dziejów. Postać ta i propagowane przez nią poglądy pozwalają de Assisowi na przeprowadzanie polemiki z dziewiętnastowieczną myślą pozytywistyczną oraz innymi postępowymi nurtami ówczesnego światopoglądu z punktu widzenia pesymistycznej filozofii Schopenhauera. W tym celu pisarz posługuje się wspomnianą już ironią oraz humorem, ale także celowo wykrzywia i uwypukla luki idealistycznych konstruktów, które nie zawsze pasują do tego, co niesie ze sobą prawdziwe życie człowieka, a co zapewne sam, jako potomek czarnoskórych niewolników, widział na własne oczy w rodzimym kraju. Właśnie z tego powodu „Wspomnienia pośmiertne Brasa Cubas” wpisywane są do nurtu literatury realistycznej, w której pisarz bynajmniej nie upiększa, ani tym bardziej nie naciąga rzeczywistości społecznej do wymogów tej lub innej doktryny bezustannego rozwoju społecznego człowieka. Wręcz przeciwnie, ukazuje ich wzajemną sprzeczność. Cóż, a prawda pewnie, jak zwykle, leży pośrodku. Tak czy inaczej, warto wspomnieć jeszcze o zastosowanym przez pisarza podziale tej dość krótkiej powieści na rozdziały, gdyż jest tutaj ukryte kolejne odwołanie do myśli wspomnianego powyżej sławnego niemieckiego filozofa (co zresztą również doczytałem już po zakończonej lekturze). Otóż w tej dość krótkiej powieści - liczącej w polskim wydaniu 231 stron - rozdziałów tych jest aż 160! Każdy posiada rzymską cyfrę porządkową oraz krótki tytuł. Taki układ powieści jest interpretowany jako nawiązanie do struktury „Świata jako woli i przedstawienia”, głównego dzieła prezentującego filozofię Schopenhauera. Dzisiaj, bez podpowiedzi z zewnątrz, trudno już właściwie odczytać ową polemikę, którą de Assis prowadzi z prądami umysłowymi jakie powszechnie propagowała druga połowa XIX wieku. Także na kontynencie południowoamerykańskim. Widoczny wszędzie postęp naukowy, rozwój techniki oraz wiara w ludzkie możliwości są w tej powieści nie tyle podważane, co momentami wręcz wykpiwane i wyszydzane. Brazylijski pisarz, na przykładzie jałowego żywota Brasa Cubas - którego jedyną zasługą było, iż „nie przekazał żadnemu stworzeniu dziedzictwa ludzkiej niedoli” - oraz krytycznych obserwacji brazylijskiego społeczeństwa pełnego niewierności, chciwości, pogoni za władzą oraz wpływami, pragnie ukazać intelektualną miałkość wzniosłych i przekonanych o powszechnym postępie w dziedzinie człowieczeństwa teorii filozoficznych. Zresztą pod koniec powieści Quincas Borba, wspomniany prorok humanityzmu, popada w szaleństwo, co można zinterpretować jako otwarte zakwestionowanie rozsądku wyznawców pozytywistycznej moralności wobec jaskrawych przykładów zepsucia człowieka, co za kilkadziesiąt lat miała w jakimś stopniu potwierdzić historia powszechna. Aby zakończyć kwestię konstrukcji powieści, warto jeszcze zwrócić uwagę na nowatorskie podejście Machado de Assis do tego aspektu swojego dzieła. Niektóre rozdziały są dość zaskakujące nie tylko pod względem treści, ale także objętości i formy. Wiele z nich jest naprawdę króciutkich, ale za to niezwykle błyskotliwych, co dowodzi, że brazylijski pisarz nie bał się eksperymentów i innowacji. Te liczne rozdziały mają jeszcze jedną zaletę - otóż powieść czyta się przez to bardzo szybko i sprawnie, co w połączeniu z lekkością stylu i sprawnością wyrażania myśli musi ciągle wprawiać czytelnika w niemałe zdumienie. I właśnie dlatego „Wspomnienia pośmiertne Brasa Cubas” należy uznać za utwór daleko wyprzedzającą swoje czasy, co zresztą tylko potwierdza jej wyjątkowe znaczenie w dziejach literatury latynoamerykańskiej. A zatem podsumowując, cała frajda z lektury tej powieści sprowadza się nie do śledzenia trywialnego romansu Brasa z piękną Wirgilią, ale właśnie do wyłuskiwania z bezkompromisowych przemyśleń narratora oryginalnych myśli i poglądów, za którymi stoi sam pisarz. Aby nie być gołosłownym, warto na koniec przytoczyć parę cytatów, które najlepiej oddadzą światopogląd Machado de Assisa. A pisze on na przykład tak: „Nie irytuj się, jeśli źle ci odpłacą za przysługę: lepiej spaść z obłoków niż z trzeciego piętra” (s. 191). Lub: „Ostatni człowiek, żegnając się z zimną i spustoszoną ziemią, będzie miał zegarek w kieszeni, żeby znać dokładną godzinę swojej śmierci” (s. 105). Wreszcie nieco dłużysz wywód: „Pamięć o dobrodziejstwie w umyśle tego, który je praktykuje, tłumaczy się przez samą naturę dobrodziejstwa i jego efekty. Po pierwsze - uczucie, iż dokonało się dobrego uczynku i wynikająca z tego świadomość, że jesteśmy zdolni do dobrych uczynków; po drugie, doznaje się uczucia wyższości nad innym osobnikiem, wyższości w pozycji i w środkach; a to jest dla człowieka jednym z najprzyjemniejszych doznać według zdania najmądrzejszych” (s. 220-221). Myślę, że na tych przykładach doskonale czuć, jak mocny wpływ na umysłowość brazylijskiego pisarza miała pesymistyczna myśl Schopenhauera, który to, podobnie jak niemiecki filozof, zdaje się iść w swojej twórczości wbrew powszechnie obowiązującym ówcześnie aksjomatom. Gorąco polecam lekturę - to rzecz, do której będę chciał jeszcze kiedyś wrócić.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na82 miesiące temu
Kraina najczystszego powietrza Carlos Fuentes
Kraina najczystszego powietrza
Carlos Fuentes
Bez wyjątku wszyscy pisarze iberoamerykańscy zaczynali swoją karierę literacką jako komuniści lub lewacy. Nie powinno to dziwić, bo tylko tacy mieli szansę na reklamę, tłumaczenia i milionowe nakłady we wszystkich krajach świata, w zamian mieli pełnić dla [ Ocenzurowano ] i tuby propagandowej socjalizmu, jeśli byli lepsi, pozostali nieznani, bo nie tłumaczeni. Do teraz nic się nie zmieniło, [ Ocenzurowano] podpisać Rezolucję popierającą wykonanie wyroku śmierci na księdzu katolickim (Józef Lelito) [ Ocenzurowano ] albo ogłosić się feministką, [ Ocenzurowano] dreptając w pochodzie, wszędzie deklarować, że nie ma się nic wspólnego z Kościołem katolickim, [ Ocenzurowano] Nie przeszkadza fakt, że nie potrafi się składać zdań w coś sensownego, a książki ledwo odbijają się od grafomani, którą maskuje ( szantażują czytelnika ),stwierdzeniem, że nie pisze dla idiotów (sic!). W latach 70-tych była popularna seria prozy iberoamerykańskiej, dziesiątki książek, różnych autorów, których już nikt nie pamięta. Kilku pisarzy się przebiło i zdobyło uznanie: Llosa, Marquez, Cortazar, Fuentes. Część z nich po zdobyciu sławy zmieniła swoje poglądy polityczne, czemu trudno się dziwić, w końcu to ludzie inteligentni. Nie będę wymieniał wszystkich, tych najlepszych książek, powinny być znane, podałem też autorów, np. " Pantaleon i wizytantki" Llosy, niezapomniana lektura wieku młodzieńczego. Dlaczego? To już musisz sam/a sprawdzić.To literatura inna niż europejska, ale wcale nie gorsza. Wiele tych książek przeczytałem z prawdziwą przyjemnością, jedne są lepsze, inne takie sobie, dlatego zbiorcze 8 gwiazdekP.S. ( Dopisane po interwencji Administratora Serwisu ) " Zgodnie z regulaminem serwisu "opinie to opinie o Książce odnoszące się do treści i formy opiniowanego dzieła, stylu literackiego dzieła i stylu pisarskiego Autora, danych faktograficznych w nim zawartych, odczuć i wrażeń towarzyszących lekturze. Opinie mogą również dotyczyć aspektów technicznych takich jak druk, okładka, jakość wykonania, a także elementów estetycznych w tym okładki i ilustracji; Opinią nie są wypowiedzi dotyczące Autora, które nie dotyczą jego stylu pisarskiego;" WYJAŚNIAM: Uważam, że przypomnienie faktofrarii dotyczących powstania i rozpowszechnienia współczesnej literatury iberoamerykańskiej w powiązaniu z literaturą innego kontynentu nie narusza Regulaminu, a raczej wzbogaca informacje jej dotyczące. Są to fakty ogólnie dostępne np. w Wikipedii. Rozumiem zarzut jakiegoś sygnalisty, że wybrałem tylko cztery nazwiska, ale uważam, że to najbardziej znane. Innych jest po prostu za dużo i sam nie wiem, czy wszystkie je znam. Wybierając, moim zdaniem reprezentacyjne książki wymienionych autorów, chciałem nimi zainteresować potencjalnego czytelnika, moje odczucia dotyczące literatury iberoamerykańskiej, też miały to na celu. Książki oceniłem stosunkowo wysoko, może się to komuś nie podobać, ale myślę, że zgodnie z Regulaminem mam prawo do własnej oceny i do wyrażania własnej opinii " o danych faktograficznych w nich zawartych, odczuciach i wrażeniach towarzyszących lekturze. " Forma, styl pisarski to odczucia subiektywne i nic do nich nie mam. Wydaje mi się, że nie naruszyłem regulaminu, a jeśli tak to uprzejmie proszę o informację w czym, co i dlaczego, zdaniem Administracji Serwisu, powinienem usunąć?
ando - awatar ando
ocenił na811 miesięcy temu
Proza z obserwatorium Julio Cortázar
Proza z obserwatorium
Julio Cortázar
Maleństwo, kruszynka, literacka pocztówka, broszurka - tym na oko jest "Proza z obserwatorium" pióra Julio Cortazara - lecz czym jest naprawdę? I to pytanie jest z serii tych z dziwną odpowiedzią: Czym zechcesz. Mamy tu 47 stron, na których z tekstem walczą fotografie autora. Są to fotografie "z duszą", takie jak to kiedyś robiono, a jakich dziś nie robi się niemal wcale. Nie są idealne, nie są doskonałe, może nawet nie są przemyślane, ale są naturalne, prawdziwie i wolne. Przedstawiają kawałki marmurowego ciała obserwatorium wzniesionego na polecanie Dżaj Singha, który choć jest bohaterem tej krótkiej rozprawy, to tym bohaterem tak naprawdę nie jest, bo nikt wspomniany tu nie jest naprawdę bohaterem, nie jest postacią - każdy jest każdym i każdy jest nikim, a wszyscy są sobą. Chociażby węgorze. Podróżujące węgorze. Wijące się w wodzie węgorze. Czarne wstęgą życia węgorze. Płynące węgorze. Walczące węgorze. Węgorze, które się poddały i które istniały i te, co przetrwały, by dokończyć to, co zaczęły. Julio Cortazar bawi się z nami słowem i obrazem, prowokuje, rozpala, olśniewa i oburza. Nie musimy się z nim zgadzać, ale musimy z nim płynąć, z nim i z węgorzami i z gwiazdami i z marmurem, zimnym, kształtnym, namiętnym. Jaki jest ten tekst? Tak! On jest namiętny! Namiętny do bólu, do granic wytrzymałości, do kości. Namiętny, uniesiony pożądaniem, zbliżeniem, rozhuśtaniem zmysłów. Bo "Proza z obserwatorium", to proza, która jest poezją i poezja, która jest prozą. To miłość pełna, droga ku życiu, ku człowieczeństwu czystym człowiekiem, to Eros mącący wodę Logosu. Słowa to treść, miękki puch, w który autor nas zaprasza... nie.... nie zaprasza... rzuca nas w ten puch i rozpływamy się we własnych pragnieniach, w dzikiej nagości literackiego doświadczenia. Dziwne jest to jego pisanie... dziwne i hipnotyzujące. Mistyczne słowa, zdania, obrazy unoszą myśl w niebo, w gwiazdy, by zaraz zanurzyć się w zimnych rzekach pełnych węgorzy - realizm magiczny kipi. "(...) zwierzę Ziemia udusiłoby się w powolnej nieruchomości, gdyby nie tkwiło od zawsze z żelaznym płucu przestrzeni, gdyby milcząca trakcja księżyca i słońca nie przyciągała i nie odpychała zielonej piersi wód." Tak pisze Julio Cortazar. Taki jest ten tekst, ta broszurka, to maleństwo. 8/10 Wydawnictwo Literackie
πPi - awatar πPi
ocenił na85 lat temu
Zieleń wszelka zginie Eduardo Mallea
Zieleń wszelka zginie
Eduardo Mallea
Zapomniana argentyńska mini-powieść z 1943 roku. Od razu na początku odpalam straszaka: to nie jest książka dla każdego. Niewiele tu dialogów, brak jakiejkolwiek akcji, a narrację spowija chmura pesymizmu i dusznej samotności. "Zieleń wszelka zginie" jest mało przystępna, ale momentami przejmuje do szpiku kości. Świetna rzecz. *** To historia tragiczna, z równie tragiczną bohaterką. Argentyńską wersją Antygony jest Agata Cruz, od samego już dzieciństwa schwytana w bezlitosne szpony samotności. Agata całkowicie dominuje w opowieści, którą snuje Mallea. To 35-letnia, ładna kobieta, której – jak się szybko okaże - przeznaczeniem jest cierpieć. Agata już od dzieciństwa oswaja się z samotnością. Jej matka umiera wcześnie, a ojciec – lekarz większość dnia spędza poza domem. Nawet przy wspólnych wieczornych posiłkach, milczą przez większość czasu, niczym obcy sobie ludzie. Gdy uroda Agaty rozkwita, jej figura i twarz natychmiast zaczynają przyciągać męskie spojrzenia. Wycofana bohaterka daje się namówić na związek z okolicznym rolnikiem, Nicanorem Cruzem. Nie dlatego, że go pokochała, a dlatego, że był najbardziej uparty. Przeprowadza się do domu Cruza, położonym na obrzeżach miasta. To tereny, gdzie wiecznie świeci słońce, a deszcze zdarzają się niezmiernie rzadko. Nicanor jest człowiekiem uczciwym i pracowitym, choć także małomównym i upartym. Nie potrafi się przyznać do błędu; gdy plony zostają kolejny raz zniszczone przez upał, nie dopuszcza do siebie myśli, by zrezygnować lub wyprowadzić się. Próbuje do skutku, przez kilka lat planuje budowę studni, która ma rozwiązać wszystkie problemy z rolą. Nie rozwiązuje. Załamany tym faktem, zamyka się jeszcze bardziej w sobie. Agata przeżywa deja vu – znów dni upływają jej w okrutnej ciszy, a powrót najbliższej osoby do domu paradoksalnie ją tylko pogłębia. Gdy wymaga tego sytuacja, zwracają się do siebie bezosobowo: „trzeba pojechać do miasta”, „należy pilnie naprawić xxx”, i tak dalej. Jej jedyną rozrywką stają się wieczorne spacery i rozmowy z przydrożnymi krzewami, które uparcie nie odpowiadają. Zupełnie jak jej mąż. "Kiedy z upływem lat jego argumenty nie zmieniały się, poczuła jad owej strasznej daremności, owej strasznej jałowości, którym ją zatruwał. I współczucie znikło. Już nie cierpiała z nim. Otwarła dla siebie swój własny rachunek cierpienia. I odtąd te dwie gorycze już tylko rozwidlały swoje drogi". Druga – nieco gorsza - część książki to pobyt Agaty w mieście. I znów podobny schemat: wciąż jeszcze młoda Agata pozwala, by życie przeciekało jej przez palce. Zamyka się w pokoju hotelowym, obserwuje z okna ruch na ulicy, a jedyną jej rozrywką są spacery. Spacery bierne, apatyczne. Szczytem aktywności jest wejście do księgarni i wąchanie zapachu nowych książek (uwielbiam!). Bohaterka przypomina mi "Człowieka w futerale" Czechowa - zaskorupiała, zamknięta w swojej twierdzy, niewrażliwa na bodźce zewnętrzne. W hotelu przyczepia się do niej dwulicowa plotkarka, niejaka Ema de Volpe. To właśnie de Volpe poznaje Agatę z grupką znajomych, wśród których wyróżnia się doktor Sotero. W hermetycznym pojemniku, w jakim zamknęła się Agata, pojawia się wyłom… Zaczyna coraz więcej czasu spędzać z Sotero. Jednocześnie wciąż jest wycofana, bojaźliwa, analizuje każdy gest i każde słowo. Chciałaby być szczęśliwa i dać szczęście, ale paraliżuje ją strach przed jego utratą. Blokują ją własne życiowe doświadczenia, śmiejąc się ordynarnie do ucha i przypominając nieustannie, że nigdy nie będzie szczęśliwa. "Zieleń wszelka zginie" prowokuje do zadawania pytań o naturę samotności. Czy Agata sama była sobie winna, czy może to parszywy los zesłał jej tyle cierpienia? Ale to nie jest tak, że biedna pani Cruz budzi tylko litość i współczucie. Mnie momentami straszliwie irytowała. Jest to bohaterka rozmemłana, uwikłana w niekończące się wewnętrzne dramaty. Wiecznie posępna. W pewnym momencie miałem ochotę zakrzyknąć za doktorem Sotero: „- Jak można żyć tak poza rzeczywistością! Po jakie licho to ciągłe zatrzymywanie się i analizowanie wszystkiego? Lepiej zabijać czas wyrywając mu to, co niesie, niż tracić go na bezużyteczne domysły”. Innego dnia Sotero słusznie pytał: „Dlaczego pozwala Pani przemijać życiu?” Z pewnością cierpiała, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nie zrobiła wszystkiego, co w jej mocy, by się z tej matni wydostać i że samobiczowanie sprawiało jej autentyczną frajdę. Mówimy o kobiecie, która nawet gdy się uśmiechała, to ponuro. Stworzenie kreacji pełnej sprzeczności, budzącej cały wachlarz różnych emocji, świadczy o wielkim talencie argentyńskiego pisarza, który dodatkowo potrafił utrzymać zainteresowanie czytelnika książką pozbawioną akcji; książką, którą dałoby się streścić w dwóch-trzech zdaniach. Co ciekawe, podobno Mallea wplatał te same postacie do innych książek; Agata Cruz pojawia się jeszcze w "Los enemigos del alma" ("Wrogowie duszy" - szkoda, że polskiego przekładu brak). Ciekaw jestem, jak to zrobił – czy pokazuje ją w tym samym czasie, lecz z perspektywy innej osoby, czy może poznamy jej przyszłość? Być może w innych utworach Mallea sięgnął po którąś z ledwie zarysowanych postaci drugoplanowych "Zieleni". Jest ich tu kilka: wspomniana Ema de Volpe, pulchny, odpychający „dokuczliwy karzeł” Romo – wspólnik doktora Sotero, ich znajome siostry Berlin, czy rozmowny, sympatyczny Caligosa - sąsiad Agaty i Nicanora. Ostatnią z takich postaci jest Estaurofilo – wychudzony, przygłupawy i milczący (a jakże!) służący państwa Cruz. ** Nie da się w przekonujący sposób pisać o samotności, jeśli się samemu jej nie doświadczyło. Jestem pewien, że Mallea dobrze znał jej smak. Autobiograficznych smaczków jest tu z pewnością więcej, na przykład akcję drugiej części książki Mallea umieścił w Bahía Blanca – czyli mieście, w którym przyszedł na świat i w którym spędził wiele lat swojej młodości.
MilczenieLiter - awatar MilczenieLiter
ocenił na81 rok temu
Trzy pstre tygrysy Guillermo Cabrera Infante
Trzy pstre tygrysy
Guillermo Cabrera Infante
Nie pojmuję z czego wynika tak niska ocena. Kiedy patrzę na słupki ocen mojego "ulubionego" polskiego "pisarza" chyba jedynie dzisiaj promowanego, to mam dreszcze przerażenia i załamki :) ...w porównaniu. Tygrysy to jedna z najlepszych książek jakie czytałam. Nietuzinkowa! Trudna, lub może po prostu wymagająca. Tak dobra że musiałam ją sobie dawkować. Gdy czytam coś genialnego mam tak, że książka mnie aż dusi, muszę raz po raz zaczerpnąć tchu. Trochę to trwało ale to była przedłużona przyjemność. Inteligentna, świetne poczucie humoru. Ona jest jakby złożona z kilku książek w jedną. Ba! ta Książka to chaos :). Rozdziały niekoniecznie mają coś ze sobą wspólnego, ale mają wspólne flow. Tym to potem dziwniejsze, gdy tak jak ja, nie czyta się jej non stop, tylko robi przerwy. Autor tworzył tu wręcz własne słowotwórstwo, kalambury ze zdań i wyrazów. Jakby rozmowę dwóch ludzi, a raczej ich potyczki słowno-myślowe bezpośrednio przełożyć na papier, bez korekty. Pełna jest nieszablonowych dialogów. Czasem ma się wrażenie, że jaja sobie robił z czytelnika, sprawdzał jego cierpliwość. Nagle coś z innej beczki panie i panowie, tak dla przekory. Może kilka rozdziałów napisał pod wpływem?...nawet jedynie świetnego samopoczucia, bądź odwrotnie?. Dlatego ta książka do zwykłych nie należy, nie jest przeciętna, za to jest bezkompromisowa, to na pewno. Świetnie oddany klimat Kuby, dawnej Kuby rzecz jasna. Infante ją wręcz spersonifikował. Rozdziały "Ona śpiewała Bolera" ( jest zresztą osobna książka autora pod tym tytułem),to już arcydzieło. A jak ktoś dodatkowo lubi barowe, gęste, nocne klimaty i nietuzinkowych ludzi, lub sam uważa się za ćmę barową :D to lektura obowiązkowa, zwłaszcza wyżej wymienione rozdziały. Tłumaczenie uważam za genialne. Czuć to podczas lektury, a posłowie dodatkowo to potwierdza. Tak powinno się tłumaczyć. Z otwartością, dokładnością, wnikliwością, starannością, profesjonalizmem i brakiem narcyzmu i egocentryzmu, co cechuje wielu translatorów. Czegoś tak dziwnego i dobrego w życiu że tak powiem nie czytałam. :D Powinna być wznowiona!
2tonsofbooks - awatar 2tonsofbooks
ocenił na99 miesięcy temu
Podróż do źródeł czasu Alejo Carpentier
Podróż do źródeł czasu
Alejo Carpentier
Nieznany mi bliżej kubański pisarz Alejo Carpentier został przez mnie odkryty dzięki temu, że wpisywał się w jeden z punktów wyzwania czytelniczego. Niestety, odkrycie, że mam do czynienia z realizmem magicznym o mało nie doprowadziło do porzucenia książki zaledwie po kilkudziesięciu stronach. "Podróż do źródeł czasu" to powieść z 1953 roku, opowiadająca o muzyku i kompozytorze z Nowego Jorku, który wyrusza w podróż do Ameryki Południowej pragnąc uciec od swojej rutyny i nudnej cywilizacji w poszukiwaniu pierwotnej, naturalnej egzystencji, gdzie życie może być proste, bez cywilizacyjnych pokus i mamienia. Celem wyprawy do bajecznej dżungli ma być przede wszystkim poszukiwanie instrumentów używanych przez Indian. Jednak zderzenie z odmiennością tamtejszej ludności i bujnej przyrody, zwrócenie uwagi na harmonijnie prowadzone życie w zgodzie z rytmem dnia i naturą oraz wszechobecne poczucie przynależności do wspólnoty, staje się dla bohatera inspiracją. Miejsce do którego trafia to miejsce niedotknięte czasem, odcięte zupełnie od technologii i udogodnień, a pełne prehistorii działa na muzykologa jak magnes. Zakochuje się w jednej z jego mieszkanek i pragnie zostać przy boku Rosario, jednak nie jest i nigdy nie będzie kimś stamtąd. Nie dla niego to szczęście wywodzące się z prymitywnej natury; jest człowiekiem skażonym cywilizacją i w końcu dociera do niego, że nigdy nie zostanie w pełni zaakceptowany przez mieszkańców utopijnego miasteczka. Carpentier tworzy wiele obrazów i nawiązań do minionych epok. Wraz z bohaterem wędrujemy od współczesności przez czasy konkwisty, średniowiecze, aż do tytułowych źródeł czasu. Dżungla wita swoim naturalnym, nieskażonym bogactwem, a plemienna ludność posługująca się narzędziami, jak z epoki średniowiecza oraz prehistorycznymi instrumentami, czci pradawne zwyczaje i obrzędy, co podkreśla tylko wyobcowanie bohatera stojącego na przeciwległym kulturowym krańcu. Metaforyczność "Podróży do źródeł czasu" jest oczywista. Powieść stanowi metaforę podróży od kultury zgiełku do natury, symbiozy z przyrodą, jest też podróżą w głąb siebie, w głąb pierwotnego istnienia. Czym jest "źródło czasu"? To coś pierwotnego, coś z czego bierze swój początek wszechrzecz, istnienie. "Podróż do źródła czasu" to przedstawiciel realizmu magicznego, z którym mi zupełnie nie po drodze, więc dla mnie osobiście książka ta stanowiła podwójne wyzwanie. Gdy myślę o przeczytanej treści dostrzegam wiele elementów, odgaduje pewne niuanse, jednocześnie zdając sobie sprawę ile mi przy tym umknęło momentów i to być może ważnych dla zrozumienia całej treści. Chwilami odpływałam nie łapiąc kontekstu, musiałam wracać, zastanawiać się, co było uciążliwe, ale też stwarzało okazję do zastanowienia się nad tym, co głębsze, co ważne w życiu każdego z nas. Tak, to dobra książka do przemyśleń, ale nie, nie dla każdego.
Aksamitt - awatar Aksamitt
ocenił na64 miesiące temu
Wielkie pustkowie João Guimarães Rosa
Wielkie pustkowie
João Guimarães Rosa
„Czy pan wie, co to znaczy wędrować przez sertão, bez celu i bez końca, i budzić się codziennie w innym miejscu, i nigdzie nie zapuścić korzeni? Oko nie ma na czym spocząć, stałe formy rozpływają się. Tak to jest. Od białego świtu sertão otumania. Taki ogrom.” (s. 260). Nie jest to moje pierwsze zetknięcie z ogromem brazylijskiego sertão. W „Wojnie końca świata” Mario Vargas Llosa zabrał mnie już na te nieurodzajne i zapomniane przez Boga tereny, ale tam kraina ta była tylko tłem dla genialnego odmalowania społecznego konfliktu, który przeszedł do historii jako wojna o Canudos. Tymczasem „Wielkie pustkowie”, wymieniana jako jedna z najwybitniejszych powieści brazylijskich i zapewne latynoamerykańskich w ogóle, jest niczym napisany prozą hymn pochwalny na cześć bezkresnego sertão i jego twardych, niczym spalona słońcem ziemia, mieszkańców: jagunçów, brazylijskich rozbójników. Gwoli wyjaśnienia, w sertão - wobec słabości władzy państwowej na tych ogromnych i słabo zaludnionych terenach - ukształtował się specyficzny system fazend (dużych majątków ziemskich) oraz lokalnych coronelów, którzy na własną rękę tworzyli prywatne armie złożone z różnego rodzaju wyrzutków społecznych. Za ich pomocą zagospodarowywano te nadal dzikie ostępy, ale i często napadano na sąsiadów, co prowadziło do licznych wojenek podjazdowych i lokalnych konfliktów. Do tego zbójeckie bandy jagunçów często zmieniały strony, co tylko potęgowało ogólny chaos, z którym odległy rząd centralny długo nie mógł sobie poradzić. Joao Guimaraes Rosa (1908-1967),lekarz z zawodu, pisarz z zamiłowania i mieszkaniec sertão z urodzenia, przenosi nas właśnie do takiego świata rodem z południowoamerykańskiej odsłony Dzikiego Zachodu, w którym to problemy dnia codziennego rozwiązywano przeważnie za pomocą karabinu, ludzka krew była tańsza niż woda, a najwyższą wartością był opacznie rozumiany męski honor. Choć tematyka powieści wydaje się być niezwykle interesująca, to sama lektura nie jest bynajmniej rzeczą łatwą. Zacznijmy od tego, że powieść nie posiada podziału na rozdziały. Jest napisana w sposób ciągły, co sprawia, że nie możemy złapać odpowiedniego rytmu czytania. O ile pod względem fabularnym nie jest to może jakiś wielki problem, o tyle komfort lektury cierpi tutaj niemiłosiernie. Sporo utrudnia także forma narracji, gdyż „Wielkie pustkowie” to wartki strumień wspomnień głównego bohatera, którym jest niejaki Riobaldo. Ów eks-jagunço na stare lata opowiada anonimowemu i milczącemu słuchaczowi dzieje swojej burzliwej młodości. Możemy domyśleć się, że owym cichym odbiorcą opowieści jest sam pisarz, gdyż wielokrotnie opowiadający odwołuje się do jego wykształcenia oraz miejskiego pochodzenia, ale w gruncie rzeczy nie ma to większego znaczenia. Równie dobrze narrator mógłby przemawiać bezpośrednio do samego czytelnika, gdyż w zamyśle autora chodzi przede wszystkim o ukazanie wyjątkowo surowych realiów życia w sertão osobie z zewnątrz, która nie zna tej krainy i praw w niej obowiązujących. Tym samym postać Riobaldo staje się naszym przewodnikiem po brazylijskim interiorze. W swojej powieści Rosa czerpał szeroką garścią z autentycznej mowy brazylijskiego sertão, czego oczywiście nie sposób w pełni oddać w polskim przekładzie. Ten archaizowany i potoczysty język sprawia jednak, że lektura momentami nieprzyjemnie się dłuży. Szczególnie na początku trudno wciągnąć się w opowieść i wielu stron potrzeba, aby w końcu przyzwyczaić się do tak mozolnie snutej narracji. Kolejnym problemem jest chaotyczność relacji Riobaldo, który w swoich wspomnieniach lubi mieszać czasy i miejsca wydarzeń. Ale i to, koniec końców, jest do uporządkowania, bo fabuła nie jest skomplikowana. Innym problemem jest wreszcie fakt, że wspomnienia byłego jagunço są często i gęsto przeplatane filozoficznymi rozmyślaniami o życiu i śmierci. To czasami nadmiernie uciążliwe mędrkowanie dodatkowo utrudnia wciągnięcie się w opowieści, aczkolwiek nie można zaprzeczyć, że pisarz wkłada w usta swojej postaci kilka ciekawych i godnych przynajmniej ponownego przeczytania kwestii i sentencji. Dobrze. Było o kłopotliwej narracji, przejdźmy do powieściowych postaci. Jak już wspomniałem, głównym bohaterem jest Riobaldo, początkowo szeregowy członek bandy jagunçów, który z czasem zdobywa dla siebie coraz większą renomę jako wybitny strzelec. Jego towarzyszem i jednocześnie najlepszym przyjacielem jest Diadorim, wobec którego główny bohater wielokrotnie deklaruje mocne uczucie. Warto na chwilę nad tym przystanąć, gdyż naprawdę ciężko dokładnie określić, o jakim rodzaju atencji jest tutaj mowa. I choć Rioblado często posługuje się słowem „miłość”, to pisarz chyba całkowicie świadomie i celowo zaciemnia obraz stosunków łączących tę dwójkę. W skrajnej interpretacji można nawet dopatrywać się jakiejś formy homoseksualizmu, co w składających się przeważnie z samotnych mężczyzn bandach jagunçów nie powinno jakoś specjalnie dziwić. Aczkolwiek może to być także miłość w ujęciu czysto platonicznym lub rodzaj silnej miłości braterskiej. Ogólnie interpretacji może być tutaj wiele, w zależności od fragmentu, który będziemy analizować, ale na zakończenie powieści Rosa bardzo sprytnie „wybrnął” ze stworzonego przez siebie galimatiasu. Nie żeby było to dla mnie jakieś totalne zaskoczenie, gdyż na długo przed tym przewidziałem zakończenie powieściowych losów Diadorima, ale mimo wszystko całość wyszła nie najgorzej. Celowo nie będę szerzej się nad tym rozwodził, aby nie zdradzić ewentualnym chętnym na lekturę tej powieści kluczowego elementu jej fabuły. Poza wspomnianą dwójką przez karty powieści przetacza się cały plejada innych bohaterów, ale w zasadzie niewielu z nich jest scharakteryzowanych w dokładniejszy sposób (z wyjątkiem może postaci ekscentrycznego Ze Bebelo, przywódcy jagunçów i początkowego mentora Riobaldo). Ta masa postaci ma przede wszystkim za zadanie ukazać wyjątkowy koloryt sertão, które przedstawione jest tu jako konglomerat jego mieszkańców. W tym wypadku najczęściej bitnych jagunçów, którzy są przedstawieni w powieści w sposób nieco romantyczny. Warto pamiętać, że w rzeczywistości byli to najczęściej bardzo prości rozbójnicy, którzy albo służyli lokalnemu patronowi, albo tworzyli własne bandy, na których czele stawał najbardziej przebiegły, a najczęściej także i najbardziej okrutny z bandziorów. Rosa w swojej powieści kreuje ich na ostoję wolności pośród nędzy sertão, szeroko przedstawiając ich motywację i zapatrywanie się na życie, które w skrócie sprowadza się do porzekadła: „dałeś Boże dzisiaj, dasz i jutro”. Chyba że akurat przyjdzie polec w kolejnej potyczce z konkurencyjną grupą jagunçów lub ścigającym oddziałem wojska. Ryzyko to jest jednak wliczone w żywot tych twardych i bezwzględnych ludzi, którzy możliwość własnej śmierci traktują wysoce lekko. Byle tylko zginąć piękną śmiercią, najlepiej podczas wielkiej strzelaniny lub heroicznej walki na noże. Ten swoisty kodeks honorowy jagunço, panujący na ogromnych obszarach sertão, to niewątpliwe jeden z najciekawszych elementów tej powieści, a jego najwyraźniejszy przejaw znajdujemy w dziwacznym „sądzie” nad wspomnianym już przez mnie Ze Bebelo. Natomiast przyczynę tak brutalnego i nieco dekadenckiego stanu rzeczy Riobaldo kwituje krótko: „Winne jest dzikie sertão. Nikt tam nie ma matki.” (s. 294). Na zakończenie muszę przyznać szczerze, że lektura tej powieści zajęła mi zdecydowanie więcej czasu niż mogłem przypuszczać. Problemem jest nie tylko „archaiczny” styl pisarza, ale także jej znaczna obszerność. I chociaż momentami nudziłem się niemiłosiernie, a nieco pyszałkowaty w mojej ocenie jagunço Riobaldo działał mi szczerze na nerwy, to muszę potwierdzić, że jest to jednak wybitna powieść i basta. Trzeba ją tylko potraktować jako wyzwanie, a w zamian odwdzięczy się, przenosząc czytelnika w brutalny, ale i fascynująco odmalowany, z niewątpliwym talentem literackim, świat, o którego istnieniu zdecydowana większość z nas nie ma zielonego pojęcia. Warto jednak powieściowy obraz sertão odczytywać zdecydowanie szerzej, niż proponuje nam to sam pisarz. Opisał on schyłkowy okres jego funkcjonowania, ale kraina ta tworzyła się stopniowo przez wieki, odkąd tylko Europejczycy odkryli i zaczęli zaludniać Nowy Świat. Sertão to ciągłość pokoleń, które żyły w sposób przedstawiony w powieści. Tysiące istnień, które zaznało nędzy, przemocy i społecznej niesprawiedliwości pośród tych jałowych i bezkresnych pustkowi. Ale oni innej ziemi nie znali, bo nie mieli dokąd pójść. Sertão było ich domem, a oni nabrali budzącej w nas podziw życiowej hardości, której esencją stał się burzliwy i przeważnie krótki żywot jagunçów. I choć pewna bezsensowność przedstawionych w powieści wydarzeń (kolejne strzelaniny i krwawe porachunki) może nas wprawiać w osłupienie, to dla Rosy była to kwintesencja dzikiego sertão, którego nie sposób ujarzmić. Pisze bowiem tak: „Ale sertão nie daje się opanować siłą, przeciwnie, powoli zmusza każdego do posłuszeństwa. Kto chce ujarzmić sertão, trzyma je w cuglach tylko krótką chwilę, bo sertão pod siodłem zmienia się rychło w tygrysa”. (s. 303). Mimo wszystkich mankamentów, o których wyżej wspomniałem, powieść zdecydowanie warta przeczytania.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na83 miesiące temu
Lustro i inne opowiadania Joaquim Maria Machado de Assis
Lustro i inne opowiadania
Joaquim Maria Machado de Assis
(www.bibliotekaswiata.blogspot.com) Assisa poznaliśmy już jako autora trzech powieści - „Wspomnień pośmiertnych Brasa Cubasa” i „Quincasa Borby” oraz uznawanej za najważniejszą brazylijską książkę, „Dom Casmurra”. Co ciekawe jednak, bardzo długo postrzegano go przede wszystkim jako wybitnego nowelistę – opowiadania pisał przez całe życie, a w dokonanym przez Janinę Z. Klave wyborze znalazło się 17 tekstów pochodzących z 5 różnych zbiorów powstałych na przestrzeni ćwierćwiecza. Choć poziom tekstów jest – jak zawsze w takich przypadkach – różny, to w pierwszej kolejności zdumiewa fakt, iż wszystkie one świetnie bronią się po ponad stu latach: charakteryzuje je swobodny styl, język, który w ogóle się nie zestarzał, budowanie niezwykle interesujących postaci, wreszcie upodobanie do przewrotnych, błyskotliwych zakończeń – trochę w stylu Dicka, ale w konwencji bliższej tekstom Poego i Czechowa. Z całego zbioru na uwagę zasługują przede wszystkim trzy opowiadania: „Galeria pośmiertna”, opowiadająca o śmierci powszechnie szanowanego obywatela, w rzeczach którego jego bliscy odnajdują dziennik, który odsłoni zupełnie inne oblicze jego autora (to historia ku przestrodze, by zadbać o swoje zapiski!),okrutnie zabawne „Korzystne małżeństwo”, będące historią mężczyzny, który znajduje tajemniczy liścik miłosny, który stanie się przyczynkiem do szeregu niespodziewanych zdarzeń (i bezbłędnego finału) oraz najdłuższy w stawce, bo liczący aż 50 stron, „Psychiatra”. I to jest już perełka najwyższych lotów, zasługująca na oddzielne wydanie i uznanie, tymczasem u nas jest zupełnie nieznana. Rzecz opowiada o Szymonie Bacamarte, powszechnie szanowanym lekarzu i miłośniku nauki, który w małym brazylijskim miasteczku Itaguai zakłada szpital psychiatryczny o nazwie „Zielony Dom”, do którego trafiać będą wszelkiej maści szaleńcy z całej okolicy. Szybko jednak okaże się, że jego pacjentami zostaną nie tylko oczywiste przypadki – czytelnik jednak nie jest gotowy na to, jak potoczy się historia, nie wyłączając znakomitego finału. Pomysłowość Assisa wznosi się tu na wyżyny – i choćby dla tego tylko tekstu trzeba sięgnąć po cały zbiór!
kunieczko - awatar kunieczko
ocenił na81 rok temu
Bóg nie lubi szczęśliwych Griselda Gambaro
Bóg nie lubi szczęśliwych
Griselda Gambaro
Już po kilku stronach tej powieści odniosłem wrażenie, że gdzieś już coś podobnego czytałem. Chwilka zastanowienia, no tak - „Blaszany bębenek” Guntera Grassa. Oczywiście skojarzenie jest raczej co do ogólnego klimatu powieści niż stricte odnośnie treści, choć i tutaj występuje mały chłopiec, który może przypominać małego Oskara. Ale zasadniczo na tym podobieństwa się kończą, gdyż książka Grassa osadzona jest jednak mocno na historycznym gruncie, podczas gdy w wypadku powieści „Bóg nie lubi szczęśliwych” całość zanurzona jest „po uszy” w oniryzmie. Oto bowiem mamy wrażenie, że uczestniczymy w serii pokręconych snów głównych bohaterów powieści. Nie są to sny z gatunku koszmarów lub horrorów, ale raczej paranoiczne sny, które momentami w absurdalny sposób wykrzywiają rzeczywiste przeżycia. Wspomniałem już o Tristanie, chłopcu-sierocie, który bardzo pragnie śpiewać, choć w powieści sam prawie w ogóle nie mówi. W książce argentyńskiej pisarki, Griseldy Gambaro, odnajdziemy jeszcze tak naprawdę trzy główne postacie, wokół których powstało coś na kształt fabuły. Bo ta książka ma fabułę, choć wszystko się w niej miesza. Mimo to jakaś chronologia jest tutaj zachowana, co znacząco ułatwia czytelnikowi zanurzenie się w tę raczej niełatwą lekturę. Ale wróćmy do bohaterów. Oprócz Tristana główną bohaterką powieści jest Woltyżerka, artystka cyrkowa, która uważa się za wielką gwiazdę - choć co chwila jej cyrk ucieka od niej - i jednocześnie pragnie odnaleźć miłość swojego życia. Do kompletu mamy jeszcze Niemowlaka, który, paradoksalnie, jest najbardziej dorosłą i odpowiedzialną postacią w powieści. To właśnie ono troszczy się o pozostałą dwójkę, aby nie umarli oni z głodu, gdy Woltyżerka trawiona jest beznadziejną miłością do złodzieja bez kawałka brody. Dopełnieniem bohaterów jest Maria, przyjaciółka Tristana z dzieciństwa, która stanowi jego wyidealizowany obiekt tęsknoty w chwilach, gdy przestaje wielbić Woltyżerkę. I to właściwie tyle, pozostałe postacie, przewijające się przez karty powieści, są drugorzędne, jak na przykład dyrektorzy kolejnych cyrków Woltyżerki. Dyrektor zawsze pozostaje jednak typowym dyrektorem, a więc pakuje swój cyrk i odjeżdża w siną dal. Jak zatem widać po powyższym krótkim zestawieniu bohaterów, „Bóg nie lubi szczęśliwych” to dość pogmatwana powieść, w której pisarka za pomocą zdawałoby się mało poważnej formy chce przemycić bardzo poważne myśli. Ta w ogólnym rozrachunku nieco smutna powieść nawiązuje bowiem do odwiecznych ludzkich pragnień, których zaspokojenie niejako stanowi sens naszego życia. W onirycznych wizjach wykreowanych przez Gambaro możemy dopatrzyć się takich tematów jak poszukiwania akceptacji, pragnienia miłości i zrozumienia, wreszcie bólu z powodu własnej samotności. To także opowieść o wyobrażeniach, które każdy z nas nosi w sobie, a które tutaj nienaturalnie wykrzywione są przez senne majaki. Pożądanie, tęsknota, fascynacja, pogoń za sławą i uznaniem - to wszystko, i wiele więcej, odnajdziemy w powieści argentyńskiej pisarki. Warto jeszcze wspomnieć o walorach literackich tej książki, gdyż rzeczywiście jest tutaj czym się zachwycać. Już sama forma powieści, a więc senne marzenia wymaga na tyle precyzyjnego posługiwania się słowem, aby oddać wizje, w których nieprawdopodobne miesza się z prawdopodobnym. Jedno następuje po drugim całkowicie naturalnie, choć dla nas, gdy próbujemy to odbierać zdroworozsądkowo, wydaje się, że ciągle obracamy się w kręgach co najmniej absurdu. Ale jest w tym jednak jakaś magia, która zachęca do ukończenia rozpoczętej lektury. Tak naprawdę już po kilkunastu stronach wiemy, że fabuła urwie się równie gwałtownie, jak się zaczęła, ale w sumie w niczym to nie przeszkadza. Trzeba tylko dać się porwać oniryzmowi, który albo się lubi, albo nie. Nie oznacza to jednak, że podczas lektury możemy „przysnąć” i stracić czujność. Co to, to nie, byłaby to niepowetowana strata, gdyż argentyńska pisarka wplotła w swoją prozę zdania, których rzeczywistość i prawdziwość nie ma nic wspólnego ze snem. Wręcz przeciwnie, to krótkie i dosadne komentarze autorki do prawdziwego życia, jak na przykład przepiękna refleksja nad stołem jako meblem, który „żyje” razem z nami; na którym się kroi, opiera łokcie, razem spożywa posiłki. Stół jako cichy świadek ludzkiej egzystencji („Porysować stół nie nożami, a gestami, słowami, kłopotami, niepojętą rutyną życia, która uczy nas dojrzewania”, s. 161). Warto zatem zachować czujność, bo takich zdań - wtrąconych niby od niechcenia i niby przypadkiem - jest tutaj więcej i to one stanowią jedną z zasadniczych zalet tej książki. Pośród sennych wizji, są niczym realne głosy, które mówią do nas, gdy śpimy - choć nadal śnimy swój sen, zdarza się tak, że to, co do nas jest mówione, odnajduje drogę do naszej świadomości. „Bóg nie lub szczęśliwych” jest powieścią nawiązującą do tzw. realizmu magicznego, w którym życie człowieka tłumaczone jest za pomocą nieraz nieprawdopodobnych scen, nie mających na pierwszy rzut oka żadnego logicznego znaczenia, ale to tylko pozór, gdyż jest to tak naprawdę zabawa pisarza z odbiorcą, z której obie strony mają jakąś korzyść (warto jeszcze odnotować nawiązanie pisarki od słynnej sceny z klasycznego spaghetti westernu Sergio Leone „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”). Przyznam się szczerze, że oniryzm nie jest moją ulubioną formą poznawania prawd o rzeczywistości. O wiele bardziej wolę trzymać się praw logiki i rachunku prawdopodobieństwa, co wcale jednak nie oznacza, że nie ma w tym sposobie myślenia miejsca na małe eksperymenty. Tak też traktuję przeczytaną właśnie książkę - jako całkiem ciekawy eksperyment literacki.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na72 lata temu
Raj José Lezama Lima
Raj
José Lezama Lima
Na początku był chaos, lawina słów, która poniósłszy mnie w niższe rejony akceptacji prozy kubańskiej, porzuciła sponiewierany umysł gdzieś na granicy zdziwienia i nieufności. Jednak po jakimś czasie nadeszło odprężenie a wraz z nim zainteresowanie wyłaniającymi się z abstrakcji nieco bardziej wyraźnymi obrazami. Mój sposób odbierania wrażeń musiał przywyknąć do światła, którym po rozsunięciu ciężkich zasłon niewiedzy uraczył mnie José Lezama Lima. Bo chociaż wspomniałem o danym mi przez kubańskiego pisarza wytchnieniu, to jednak lektura "Raju" stanowi ciężki orzech do zgryzienia. Zanurzyć się w filozoficznym traktacie to powiedzieć zbyt mało. Stanąć u źródeł kultury, to brzmi lepiej i pełniej wyraża moje odczucia. Odsłaniając prekolumbijską Amerykę jednocześnie z tajemnicami starożytnej Grecji, Lima miesza produkty swojej erudycji. Jego dzieło jest mistrzostwem wieloznaczności i bliżej nieokreślonych idei i takim właśnie pozostanie w mojej pamięci. Można powiedzieć, że to ekscentryk, budujący swoim monumentalnym językiem zupełnie nową erotykę. Wręcz poetycko zbliża się niebezpiecznie blisko zagadek seksualności, o których większość bogobojnych wolałaby zapomnieć. Ci z Was, którzy pamiętając o swoich pruderyjnych obawach będą woleli uniknąć zgorszenia, mogą spokojnie odłożyć na półkę, posiadającą falliczne zakusy książkę. Jednak o jej wysokiej jakości wcale nie świadczy jedynie wcale nieukrywana temperamentność. Posiadając setki wariantów wyobraźni, Lima wymaga od czytelnika aby ten miał ich tysiące. Pisarz arogancko prowokuje, wytacza na arenę słowa do walki ze wszystkimi niedowiarkami. Z wyżyn wiedzy sypią się pociski a kto przyjmie ich trafienia, ten popłynie na tej samej fali, co pozbawiony poprawności Kubańczyk. Cieszę się, że na moim literackim firmamencie zabłysła zaludniona postaciami sztuki gwiazda. "Raj" stanowi ogromną strefę wolną od bylejakości. Tu słowo bywa orężem i zatacza kręgi wokół osób z historii świata. Może przypomina to nieco iluzję, ale w byciu jej elementem jest bardzo do twarzy tej niestarzejącej się powieści. Bo jak można mówić o procesie starzenia, kiedy mamy do czynienia z niemającą końca opowieścią o kulistym kształcie. José Lezama Lima tak sprytnie żongluje wątkami narodzin i śmierci, że z czasem tracimy pamięć o początku i końcu. Metaforyczny talent dzieła Limy objawia się popisami erudycji nie do podważenia. W świecie kreolskiej magii jest też miejsce dla barokowego przepychu, rozjaśnionego zmysłowością rokoko. Tworząc nieskończoną ilość rozgałęzień kubański pisarz chce nas zgubić, ale tylko po to, żebyśmy po wyjściu ze wspaniałego labiryntu dali świadectwo istnienia rozległych systemów jego wiedzy. Niektórzy mówią, że to przeładowany ornamentami gmach. Inni, że kunszt Limy ginie w rozpryskujących się na miliardy cząstek alegoriach. A ja twierdzę, że przenośny sens "Raju" jest jego skarbem, że przypominające stonogi zdania przewalają się nad czytelnikiem niczym burza, która prędzej czy później przyniesie świeży oddech. Ponieważ gdy wzejdzie już słońce zrozumienia, to przenikając swymi subtelnymi odblaskami skołatany umysł czytelnika, wniesie nowość a być może i zauroczenie rajskością "Raju". Tak więc nie oskarżajmy Limy o fanfaronadę i zbytnią skłonność do dygresji. To wszystko się jednak przydaje i dzięki temu z tej książki możemy czerpać jak z rogu obfitości. Moc różnorodności, znaczeń, kpiarska werwa przy wtórze łacińskich sentencji. Wystarczy tylko śledzić i podziwiać te wszystkie konstelacje, stworzone ręką kubańskiego pisarza.
czytający - awatar czytający
ocenił na85 lat temu
Aura Carlos Fuentes
Aura
Carlos Fuentes
Jeśli lubiliście jak ja myszkować w dzieciństwie nocą po obcych chałupach w gościach, poświata księżyca drobnym pyłem prósząca albo latarka, klasyczna kieszonkowa, i nasłuchujesz skrzypień, ożywają wzory na zasłonie, chichot za oknem, tak Aura wam się spodoba. Albo marzenie takie w podstawówce: zapelętać się tam pod schodami na przykład i niech mnie zamkną na noc w tej starej szkole i biegam ciemnymi korytarzami, mój cień przesuwa się po zimnych murach, olbrzymi, śpiewam, krzyczę, echo w moim towarzystwie, wpadam do klasy biologicznej, gdzie szafa z eksponatami przyrodniczymi i śmieją się stamtąd w mej plamie światła - wypchany perkoz, kruk i szczupak, lis przyczajony na tablicy wychynął ze swej nory, splątane w słoikach błyszczące węże też jakby uśmiechnięte, szkielet stoi oczywiście, to wiadomo danse macabre. Albo jak sen, gdzie wchodzisz do mrocznego pokoju, potykasz się co chwila, o lepkie ściany obijasz, wyczuwasz pod nogami futro, czy to dywan, jakiś pisk, nadepnąłem chyba szczura. Ognik zapałki nic tu nie pomaga, zamiast coś rozświetlić to jakby ciemność wzmaga, ale się dostrajasz, na ścianach wotywne symbole ledwo lampkami podświetlone, srebrne serca chyba, flakony kryształowe i w głębi łóżko, a w nim drobna, pomarszczona, wzdychająca figurka, coś u jej boku ukazuje czerwone oczy, wytężasz wzrok, nosz kurwa królik i żuje coś w tej uporczywej ciszy. Bezgwiezdna noc i gęsty zapach roślin; kwiat wilczej jagody, słodkogorza, trzmieliny i dziewanny. Budzisz się chyba; błagalne, pełne bólu miauczenie gdzieś tam słychać. W opalizującym świetle przy tobie siedzi dziewczyna i ledwo ją oddzielasz od tej złotawej mgiełki co wszystko spowija, a ona nuci melodię i bierze cię w ramiona i twarz z pustymi oczami znajduje się tuż przy twojej. Znów się budzisz z niemym krzykiem - sen we śnie - spoglądasz na zegarek, który mierzy czas fałszywie, czas zmyślony dla zmylenia tego prawdziwego, co mknie ze śmiertelną szybkością i żaden zegar zmierzyć go nie może. Co za klimat panie Fuentes.
Yulquen - awatar Yulquen
ocenił na94 miesiące temu
Księga niepokoju spisana przez Bernarda Soaresa, pomocnika księgowego w Lizbonie Fernando Pessoa
Księga niepokoju spisana przez Bernarda Soaresa, pomocnika księgowego w Lizbonie
Fernando Pessoa
Pierwsze i prawdopodobnie ostatnie moje podejście do Pessoa. Książka jest stosunkowo długa i ciężka do przeczytania, mi bardzo się dłużyła i język autora zupełnie mi nie podszedł ani nie pomógł w przebrnięciu. Niesamowicie zaciekawiło mnie podejście autora do tworzenia nowych heteronimów w swoim życiu, a nawet tłumaczenia jak różnią się między sobą i czasem jak nawet różnią się od niego samego/jego własnych poglądów. Do tego znalazłem parę ciekawych ideii i cytatów, niestety zbyt mało aby usprawiedliwić długość książki. Co ciekawe czytałem ją przypadkiem w podobnym czasie gdy zacząłem czytać dzieła Seneki i ta, powiedzmy antyczna samoanaliza gra z moją duszą dużo dużo bardziej, nawet jeśli autorzy dochodzą do podobnych wniosków. Myślę, że takie podejście do samego siebie i świata jest bardzo potrzebne dzisiaj, gdzie każdy co raz bardziej jest 100% przekonany tylko do swoich poglądów bez otwierania się na innych, a tak na prawdę po długiej i bolesnej "samoanalizie" może się okazać, że nic z naszych poglądów nie jest nasze, a jedynie zaszczepione w nas przez różne doświadczenia czy relacje. Czytając ją myślałem własnie, że opinie będą bardzo podzielone, albo 10 albo 1, ja starałem się być jak najbardziej obiektywnym nawet jeśli lektura mnnie trochę wymęczyła w złym sensie tego słowa znaczeniu, to jednak ze względu na powyższe argumenty myślę, że warta przeczytania, nawet fragmentami. Końcowo powiem, że wg. mnie książka nie jest aż tak pesymistyczna jakby się zdawało na pierwszy rzut oka, w wielu momentach, sczególnie opisach natury widać ukochanie życia takiego jakim jest, na swój może lekko "czarny" sposób, ale jednak odczytywałem te fragmenty jako coś pozytywnego! :)
KubeK - awatar KubeK
ocenił na73 miesiące temu

Cytaty z książki Opowiadania zebrane, T. 1-2

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Opowiadania zebrane, T. 1-2