rozwińzwiń

Astronomia popularna

Okładka książki Astronomia popularna autora Marek Abramowicz, Jan Godomski, Stanisław Grzędzielski, Marcin Kubiak, Jan Piotr Lasota, Jan Mergentaler, Waleria Olechnowicz-Stępień, Olgierd Wołczek,
Okładka książki Astronomia popularna
Marek AbramowiczJan Godomski Wydawnictwo: Wiedza Powszechna astronomia, astrofizyka
664 str. 11 godz. 4 min.
Kategoria:
astronomia, astrofizyka
Format:
papier
Data wydania:
1967-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1967-01-01
Liczba stron:
664
Czas czytania
11 godz. 4 min.
Język:
polski
Średnia ocen

7,8 7,8 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Astronomia popularna w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Astronomia popularna

Średnia ocen
7,8 / 10
9 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Astronomia popularna

Sortuj:
avatar
606
275

Na półkach: ,

Praca zbiorowa. Olbrzymia księga: w zasadzie kilka książek w jednej.

###

Jan Godomski.

"[...] w 1966 odkrył planetę astronom polski K. Rudnicki" (83).

"Jeszcze za czasów Kopernika wielki popłoch w Europie spowodowały 3 jasne komety z lat 1531, 1532, 1533, zwłaszcza, że ostatnia z nich przemierzyła firmament ruchem wstecznym, a więc z zachodu na wschód. Dla uspokojenia umysłów zorganizowano wówczas dysputę z udziałem najwybitniejszych astronomów, a wśród nich figurował również 'Wrocławianin' Kopernik. Kopernik napisał wówczas obszerny traktat o kometach, który niestety zaginął. Wiadomo tylko, że uważał on ciała te za 'gwiazdy szybkie', krążące poza sferą księżyca. Był to na owe czasy znaczny postęp w poglądach" (84).

Teoria J. Jeansa, który "założył, że w dalekiej przeszłości jakaś obca gwiazda minęła Słońce w dostatecznie małej odległości, by siły przypływowe oderwały odeń olbrzymią smugę gazów (tzw. cygaro Jeansa),z której po podziale powstały poprzez kondensację globy planet. Lecz i ta teoria została odrzucona. Wobec pustki dominującej w Galaktyce spotkanie dwóch gwiazd jest mało prawdopodobne i cała Galaktyka [nawet] po 20 mld lat istnienia mogłaby się stać areną powstania [w taki sposób] zaledwie kilku systemów planetarnych" (89).

###

Jan Jerzy Mergentaler

Efekt Zeemana
"Opieramy się tu na zjawisku odkrytym w 1897 przez P. Zeemana w laboratorium fizycznym w Lejdzie w Holandii, a dotyczącym zmian w sposobie wysyłania lub pochłaniania promieniowania przez atomy znajdujące się polu magnetycznym. I tak, jeśli przez promieniujący gaz nie przechodzi pole magnetyczne, emituje on światło w poszczególnych liniach widmowych. Linia taka w emisji wygląda jak jednobarwny prążek, najjaśniejszy w środku; w absorpcji będzie to pasek, najciemniejszy w środku. W polu magnetycznym sytuacji ulega zmianie. Pojedynczy prążek ciemny (w widmie Słońca brak w widzialnej dziedzinie widma linii jasnych) rozszczepia się na dwa lub trzy prążki ciemne - zależnie od kierunku lokalnego pola magnetycznego panującego w miejscu, z którego zostało wysłane światło. I tak w polu, którego linie przebiegają równolegle do linii promieniowania świetlnego, otrzymujemy dwie składowe, natomiast w polu poprzecznym - trzy
(186-187).

"A jaka jest rola Słońca we wszechświecie? W chwili obecnej jest ono niczym niewyróżniającym się członkiem naszej Galaktyki. Gdyby je oddalić na 10 parseków (około 33 lat świetlnych),świeciłoby jak gwiazda około 5 wielkości [gwiazdowej]. [...] Ta zwyczajność Słońca jest może pewną pociecha dla ludzi. Skoro gwiazda centralna naszego układu planetarnego jest tak bardzo pospolita, to może i planety podobne do Ziemi są równie pospolite, może więc nie jesteśmy aż tak samotni we wszechświecie, jak w naszym układzie planetarnym. [...] Wszak gwiazdy są rzadziej rozsiane w przestrzeni niż kilka pszczół latających samotnie w kuli o objętości równej całej Ziemi. W takich warunkach ich wzajemne spotkanie byłoby całkowicie nieprawdopodobne w jakimś określonym przedziale czasu, wynoszącym miliardy lat" (214).

###

Józef Smak

Spektroskopia
"To, czy obserwować będziemy główne linie atomów obojętnych, czy też jonów, zależy od tego, czy atomy danego pierwiastka występują w atmosferze w stanie obojętnym, czy też zjonizowanym, co z kolei zależy przede wszystkim od temperatury. [...] Ponieważ znakomita większość gwiazd nie różni się między sobą składem chemicznym, przeto różnice wyglądu widm (typy widmowe) gwiazd są głównie wynikiem różnic w temperaturach" (220-221).

"Otóż z określonej ilości materii o określonym składzie chemicznym można zawsze 'zbudować' gwiazdę tylko w jeden sposób. [...] Jeśli zatem w chwili obecnej jakiś obłok materii międzygwiazdowej zaczyna się kurczyć, by za wiele milionów lat stać się gwiazdą, to wprawdzie niewiele wiemy o tym, jak będzie przebiegał sam proces narodzin tej gwiazdy, ale już teraz orientujemy się, jaka to będzie gwiazda" (239-240).

"Okazuje się, że zapasy helu, wyczerpane w wyniku tworzenia się węgla, tlenu, neonu i magnezu, mogą ulec odnowieniu, jeśli tylko temperatura (wskutek dalszego kurczenia się gwiazdy) dojdzie do miliarda stopni. W takiej temperaturze jądra neonu rozszczepiane są z powrotem przez promieniowanie [gamma] na tlen i hel; w niższych temperaturach mieliśmy reakcję 'odwrotną'. Teraz, w wysokich temperaturach, ponowne 'pojawienie się' helu doprowadzi do dalszych reakcji polegających na przyłączeniu jąder helu do jąder coraz do cięższych pierwiastków i produkcji następnych pierwiastków - krzemu, siarki, argonu i wapnia" (258).

"I tak, wiemy już, że cefeidy długookresowe reprezentują prawdopodobnie przejściowe stadium ewolucji gwiazd o znacznych masach (równych kilku lub kilkunastu masom Słońca) podczas przechodzenia przez nie ze stadium ciągu głównego do stadium czerwonego nadolbrzyma. [...] Jeszcze inne zmienne pulsujące - gwiazdy typu RR Lyrae - identyfikowane są z zaawansowanymi stadiami ewolucji gwiazd o małych masach (bliskich masom Słońca),należących do populacji II. Są to gwiazdy bardzo stare, występujące licznie w gromadach kulistych" (267).

###

Stanisław Grzędzielski

"Panna Leavitt oparła wyznaczanie punktu zerowego skali jasności absolutnej swoich cefeid na porównaniu ich jasności z tymi cefeidami w naszej Galaktyce, których odległości wyznaczone zostały metodą paralaks trygonometrycznych i pokrewnymi. Istotnym punktem w tym postępowaniu było założenie, że cefeidy o tym samym okresie mają tę samą jasność absolutną, niezależnie od tego, czy leżą w naszej Galaktyce, czy w którymś z Obłoków Magellana" (289).
"W początku XX w. nie zdawano sobie sprawy, że cefeidy nie stanowią jednorodnej grupy gwiazd, lecz mieszaninę kilku typów. Tak więc można je z grubsza podzielić na cefeidy klasyczne, o okresach dłuższych niż jeden dzień, i cefeidy krótkookresowe (od najjaśniejszej przedstawicielki zwane RR Lyrae),o okresach krótszych niż jeden dzień. Jest oczywiście tylko zbiegiem okoliczności, że granica ta odpowiada jednej dobie ziemskiej. Okazało się, że każda z tych grup cefeid ma 'własny' punkt zerowy skali jasności, nie pokrywający się z drugim. [...] Ponieważ panna Leavitt nie zdawała sobie sprawy z różnic między cefeidami, jeśli chodzi o punkty zerowe, nie wiedziała również, że to, co wyznaczyła, nie jest właściwym punktem zerowym, lecz ale wielkością średnią [skali jasności] z danych dla dwu grup" (290).
"Była to jedna z większych sensacji w astronomii i dała asumpt do niemałej liczby uszczypliwych uwag" (291).

Ruch gwiazd
"Ruch jakiegoś obiektu w przestrzeni, rozpatrywany z Ziemi [...] można zawsze rozłożyć na dwa ruchy: na ruch ku obserwatorowi i na ruch w kierunku prostopadłym do linii łączącej obserwatora z danym obiektem. Ruch ku obserwatorowi nazywamy ruchem radialnym, a więc ruchem wzdłuż promienia widzenia, ruch w kierunku prostopadłym nazywamy ruchem tangencjalnym, czyli stycznym (od wyimaginowanego sklepienia nieba). Odpowiednie prędkości obu ruchów nazywamy prędkością radialną i prędkością styczną. [...] Przesuwanie się gwiazd na sklepieniu nieba może zatem być wynikiem - jeśli abstrahować od ruchu naszego globu - posiadania przez obiekt jakiejś prędkości stycznej. Obserwacje przesunięć gwiazd na sferze niebieskiej informują przeto tylko o prędkościach stycznych. Prędkości radialne trzeba wyznaczać na innej drodze" (294).

"W 1783 roku wspomniany [...] William Herschel znał ruchy własne tylko 13 gwiazd. [...] Słońce jest wszakże również jedną z gwiazd, można więc przypuszczać, że ma także jakiś 'własny' ruch w przestrzeni. Otóż Herschel podjął próbę wyznaczenia ruchu Słońca w stosunku do grupy tych 13 gwiazd. Innymi słowy, przyjął on, że chociaż porusza się każda z tych 13 gwiazd, to grupa jako całość jest nieruchoma. Analogicznie można np. uznać za nieruchomy tłum zalegający plac, mimo iż jednostki wchodzące w skład owego tłumu poruszają się bez przerwy. Jeśli ktoś będzie przechodził przez taki plac, zauważy nie tylko indywidualne przemieszczenia ludzi, ale również zwróci uwagę na fakt, że tłum jako całość przesuwa się podczas jego ruchu do tyłu. [...] Wyznaczenia te ponawiane są stale i w dobie obecnej. Stale bowiem dochodzą nowe gwiazdy o znanych prędkościach przestrzennych, a posługiwanie się maksymalnie dużą liczbą gwiazd decyduje o dokładności wyznaczania" (307).

"Z reguły więc w Galaktyce spełniony jest warunek, że najbliższe sąsiadki gwiazdy są tak daleko, iż siły przyciągania od nich pochodzące są nieporównywalnie mniejsze od siły przyciągania Galaktyki jako całości. [...] Gwiazda musi krążyć wśród swych sąsiadek przez długie biliony lat, aby w końcu z którąś się zderzyć. Ponieważ wiek galaktyki [...] ocenia się na kilkanaście miliardów lat, zatem większość gwiazd nie miała dotychczas szans zderzenia się i na pewno nie ulegnie zderzeniu w ciągu następnych kilkunastu miliardów lat. Sytuacja jest zatem taka, że każda gwiazda w Galaktyce krąży jako całość niezależnie od swoich sąsiadek, 'nie wiedząc' w ogóle, że istnieją inne gwiazdy" (311).

"W szczególności Stromberg badał rozkład prędkości gwiazd. [...] Definitywne rozstrzygnięcie przyniosły w 1926 roku prace Oorta" (312-313).

"Było to wynikiem głęboko zakorzenionego przekonania, że w przestrzeni między gwiazdami panuje 'doskonała próżnia'. Pogląd ten dotrwał w zasadzie aż do XX wieku. W 1904 roku astronom niemiecki Hartmann, badając spektroskopowo ruchy składników gwiazdy podwójnej gwiazdozbiorze Oriona, stwierdził, że podczas gdy linie widmowe pierwiastków takich, jak wodór, hel, magnez i innych przesuwały się periodycznie do ku czerwieni, to ku fioletowi [...] to linie wapnia nie wykazywały najmniejszych ruchów. [...] linie wapnia nie powstają w atmosferze gwiazdy, ale w jakimś obłoku gazu niezwiązanym z gwiazdą i leżącym między nami a badanym układem [...]. [...] Przełomowe znaczenie miały tu prace [...] Trumplera. [...] Rezultat tych praw był niespodziewany. Okazało się mianowicie, że im dalej od Słońca, leży dana gromada [gwiazd], tym przeciętnie większa jest jej średnica. Ponieważ Słońce nie zajmuje w przestrzeni żadnego uprzywilejowanego położenia, zaobserwowany efekt musi być efektem pozornym. Najprościej można go wytłumaczyć, jeśli przyjąć, że wyznaczone metodą paralaks fotometrycznych odległości są przeceniane, i to tym bardziej, im dalej od nas dana gromada leży. [...] powodem może być np. wygaszanie światła dalekich gwiazd przez materię międzygwiazdową. Gwiazdy są wtedy pozornie słabsze i metoda paralaksy fotometrycznej daje odległości stale za duże, i to tym bardziej, im większy jest wypływ wygaszania, czyli im dalej gwiazda leży. [...] Trumpler doszedł do wniosku, że przestrzeń międzygwiazdowa jest wypełniona materią wygaszającą promieniowanie gwiazd. Zjawisko wygaszania gwiazd przez materię międzygwiazdową nazwano 'ekstynkcją międzygwiazdową' (od łac. etinguare - zgasić, wygaszać). Rozprzestrzenił się też bardzo termin 'absorpcja międzygwiazdowa'. Jest on o tyle niesłuszny, że wygaszanie następuje na skutek rozpraszania światła, nie zaś pochłonięcia (absorpcji) przez materię" (319-321).

Poprawki na ekstynkcję światła.

Pył międzygwiazdowy (ale nie gaz międzygwiazdowy - to co innego).
"Ziarenka pyłu składają się z maleńkiego jądra grafitowego (o rozmiarach rzędu 10 do minus szóstej) otoczonego płaszczem lodowym o kilkakrotnie większej grubości. [...] [Jego gęstość] jest niezwykle mała. W objętości zajmowanej przez Pałac Kultury i Nauki w Warszawie znajdowałoby się przeciętnie jedno takie mikroskopijne ziarenko. Jednak odległości do gwiazd są tak wielkie, że światło, nim dobiegnie od nich z Ziemi, napotka olbrzymią ilość takich ziarenek. Przeciętnie na drodze 1 kps w pobliżu płaszczyzny równika galaktycznego osłabienie światła [ekstynkcja światła] wywołane rozpraszaniem na pyle jest kilkakrotne, co oznacza, że z tej odległości dociera do Ziemi tylko 20-30% światła wysyłanego przez gwiazdę, Reszta rozprasza się 'na boki' i błąka w przestrzeni, powodując niezmiernie słabe świecenie warstw pyłu jako całości. [...] gęstość jego maleje wraz z odległością od płaszczyzny. [...] pył występuje w postaci skupisk (obłoków) i gęstość pyłu w tych skupiskach jest 10-20 razy większa od gęstości średniej. Przeciętny rozmiar takich obłoków jest rzędu kilku parseków" (326-327).

Gaz międzygwiazdowy (ale nie pył - to co innego). Wyróżnia się obłoki gazu H I (niezjonizowane) oraz obłoki gazu H II (zjonizowane).
"Stwierdzono, że skład chemiczny gazu międzygwiazdowego jest podobny do składu chemicznego przeciętnej gwiazdy" (328).
"[...] rozległe przestrzenie wokół jasnych, gorących gwiazd wczesnych typów widmowych świecą światłem odpowiadającym (co do długości fali) wodorowej linii widmowej H-alfa, leżącej w czerwonej części widma. [...] Bengt Georg Daniel Strömgren podał interpretację teoretyczną zjawiska. [...] Świecenie wodoru wyjaśnić można efektem jonizacji atomów wodoru przez promieniowanie krótkofalowe jasnych gorących gwiazd [...]. krótkofalowe promieniowanie gwiazdy będzie wybijać elektron z atomów wodoru (jonizacja). [...] W czasie łączenia się jąder i swobodnych elektronów emitowana jest energia promienista, w szczególności pojawia się linia wodorowa H-alfa. [...] Nazywamy je obszarami H II [dwa]. Obłoki wodorowe, które nie leżą w pobliżu jasnych gorących gwiazd nie będą zjonizowane i nie będą emitować linii wodorowej H-alfa. Nazywamy je obszarami H I [jeden]. Nie możemy ich oczywiście tak łatwo zaobserwować, jak obszarów H II" (328-329).
"Cała przestrzeń w pewnym pasie wokół płaszczyzny jest wypełniona gazem i pyłem międzygwiazdowym, na ogół niewidocznym, a tylko te spośród obłoków gazowo-pyłowych, które przypadkowo znajdą się w pobliżu dostatecznie jasnej gwiazdy - będą świeciły jako jasne mgławice" (330).
Linie wodoru 21-centymetrów.
"Ilość energii niesionej przez pojedynczy kwant tego promieniowania jest tak mała (około 10 do minus piątej elektronowolna),że może je wysyłać wodór w temperaturze niemal zera bezwzględnego. Tak więc w praktyce [nawet] chmury niezjonizowanego wodoru zawsze powinny 'świecić' w linii 21 cm, niezależnie od tego, jak niska byłaby ich temperatura" (331).
"Szerokość warstwy wodoru w okolicy Słońca ocenia się na około 300 ps, a średnia jego gęstość wynosi około 1 atom/cm3, co odpowiada mniej więcej masie jednego miligrama rozprowadzonej w sześcianie o boku 80 kilometrów. Warstwa neutralnego wodoru nie zalega przestrzeni równomiernie. Podobniej jak pył międzygwiazdowy [...] występuje w przestrzeni w postaci mniejszych lub większych chmur, między którymi rozciąga się rozrzedzony ośrodek międzyobłoczny o gęstości prawdopodobnie 10 razy mniejszej od średniej gęstości materii międzygwiazdowej" (331).
"Jeśli przyjąć [istnieje taka możliwość] że gros wodoru jest związana w praktycznie nieobserwowalnych cząstkach H2, to wszystkie oszacowania masy materii międzygwiazdowej, oparte na pomiarach lini 21 cm, byłyby błędne: naprawdę materii międzygwiazdowej byłoby znacznie więcej niż przypuszczamy" (333).
"[...] jasne i gorące gwiazdy oraz obszary H II występują zawsze wzdłuż ramion spiralnych. Efekt ten jest tak widoczny, że może stanowić wyróżnik przebiegu ramienia spiralnego" (367).
"[...] materia międzygwiazdowa układa się przede wszystkim wzdłuż ramion spiralnych" (368).
"Okazało się, że istotnie wodór neutralny układa się w naszej Galaktyce wzdłuż wydłużonych 'rękawów' przypominających ramiona spiralne innych galaktyk" (369). Rotacja różniczkowa.
"Stało się to dzięki temu, że promieniowanie radiowe [np. 21 centymetrów] nie jest praktycznie pochłaniane przez materie międzygwiazdową i drogą jego analizy możemy wnioskować o rozmieszczeniu obszarów zupełnie niedostępnych obserwacjom wykonanym w świetle widzialnym" (370).

"Na pewno za 100 lat hipotezy te wydadzą się czymś prymitywnym, pocieszmy się jednak, że są one koniecznym krokiem na drodze poznania" (380).

###

Włodzimierz Zonn

Kopernik "zapewne sam dostrzegał te argumenty, bo pisząc o sferze gwiazd stałych, w pewnym miejscu dodaje: 'A zatem pytanie, czy świat jest skończony, czy nieskończony, zostawmy do dyskusji filozofom'. Dyskusja ta trwa do dzisiaj, i to nie wśród filozofów, lecz astronomów, którzy mają niezbędne dane "z pierwszej ręki". Do nich też należy zapewne ostatnie słowo w tym sporze" (382-383).

"Bo prawa fizyki czy chemii [raczej matematyczne odzwierciedlenia takich praw] nie są absolutnie nieomylne, po pierwsze dlatego, że formułują je ludzie, nie bogowie, po drugie zaś i dlatego, że odkrywa je się je najczęściej w laboratoriach ziemskich, a więc w warunkach odmiennych od tych, jakie panują we wszechświecie" (384).

"[...] astronomowie starożytni wykorzystali pewne twierdzenie, którego słuszność udowodniono dopiero w XIX wieku, mianowicie słynne twierdzenie Fouriera. Orzeka ono, że każdy ruch periodyczny można przedstawić w formie sumy nieskończenie wielu ruchów jednostajnych kołowych. [...] które głosi, że każdą krzywą okresową można przedstawić jako sumę nieskończonej liczby sinusoid, oczywiście odpowiednio dobranych. Inaczej mówiąc, ruch każdej planety, obserwowany z Ziemi, można przedstawić jako sumę ruchów kołowych o różnych okresach i różnych promieniach kół. Liczbę ruchów uzależniamy od dokładności obserwacji" (388-389).

"Współczesna dynamika nie wyróżnia żadnego układu we wszechświecie (wbrew temu, co twierdził Newton i do czego jeszcze powrócimy). Wolno nam zatem i dziś uczynić Ziemię początkiem układu współrzędnych, tworząc geocentryczną dynamikę ruchów ciał w układzie planetarnym, tak jak Newton w swoim czasie stworzył dynamikę heliocentryczną. Nie bylibyśmy wcale w błędzie, mielibyśmy jedynie znacznie więcej kłopotów i trudności matematycznych niż w przypadku dynamiki heliocentrycznej. [...] Ta krótka dygresja nie ma oczywiście na celu jakiejś rehabilitacji modelu geocentrycznego, której moim zdaniem wcale on nie potrzebuje. Chodzi jedynie o to, żeby na tę sprawę mieć pogląd współczesny, a nie osiemnastowieczny, który dominował i niestety niekiedy dominuje jeszcze w szerokiej opinii publicznej" (391-392).

Dlatego wiara w istnienie pewnych przez naturę uprzywilejowanych układów odniesienia jest po prostu grzechem antropocentryzmu. W dziedzinie kinematyki grzech ten zmazano jeszcze za czasów Galileusza. W innych dziedzinach dokonał tego Einstein" (393).

Wszechświat hierarchiczny.
"Nie sposób było przecież wyobrazić sobie wszechświata skończonego, przynajmniej w normalnej geometrii trójwymiarowej. Podział nieskończonej przestrzeni na pewien obszar, w którym coś jest, i drugi obszar, w którym wszechświata nie ma, jest w istocie czymś tak dalece zaprzeczającym zdrowemu rozsądkowi, że myśl te należało odrzucić. [...] C. W. Charlier. [...] Idee Chariela są znane pod nazwą modelu wszechświata hierarchicznego. Zakłada się w nim, że gwiazdy tworzą układy [...] które noszą nazwę galaktyk. Z kolei owe układy [...] tworzą układy trzeciego rzędu - gromady galaktyk. Układy trzeciego rzędu wchodzą w skład układów jeszcze wyższego rzędu, a więc gromad [gromad] galaktyk, i tak w nieskończoność. Najistotniejsze w tym modelu jest założenie, że układach coraz to wyższego rzędu średnia gęstość materii [...] stale maleje, a zatem gęstość wszechświata nieskończonego dąży do zera, aczkolwiek ani wewnątrz żadnego z układów niższego rzędu, ani wewnątrz układów wyższych nigdy tej wartości nie osiąga. [...] Wiemy też, że w tym małym zakresie naszych danych spełniony jest warunek, o którym przed chwilą była mowa. Istotnie, średnia gęstość materii w gwiazdach przewyższa setki tysięcy razy średnia gęstość materii w przeciętnej galaktyce, równą około 10 do -24 g/cm3. Natomiast średnia gęstość materii w gromadach galaktyk jest jeszcze o kilka rzędów wielkości mniejsza, wynosi bowiem [między] 10 do -28 - 10 do -29 g/cm3. Możemy zatem powiedzieć, że to, co dzisiaj wiemy o budowie wszechświata, nie przeczy idei Charliera" (400-401).

"[...] prędkości oddalania się galaktyk od naszej Galaktyki muszą być proporcjonalne do odległości, w przeciwnym bowiem wypadku nasze miejsce we wszechświecie byłoby miejscem wyróżnionym, co jest sprzeczne z naszymi podstawowymi wyobrażeniami o wszechświecie" (403).

"Istnieje jeszcze sprawa wzbudzająca czasami pewne nieporozumienie. Otóż proporcjonalność prędkości ucieczki galaktyk do zmiany długości fali ich światła jest tylko pierwszym przybliżeniem opisującym efekt Dopplera, stosowanym w fizyce klasycznej. Przy dużych prędkościach efekt Dopplera ma inną postać, wynikająca z teorii względności. Nie wolno zatem wprost ekstrapolować zależności v=Hr [dla olbrzymich odległości], z której wynikałoby, że przy dużych r prędkość ucieczki galaktyki mogłaby przewyższyć prędkość światła" (406).

"Jeżeli istotnie nasze domysły w tym względzie są słuszne, ucieczka (oddalanie się od siebie) galaktyk powinna 'likwidować' paradoks grawitacyjny, podobnie jak grawituje paradoks fotometryczny. Oddalanie się galaktyk musi wywoływać zmniejszenie natężenia pola grawitacyjnego ([...]energii każdego grawitonu),a zatem dalsze obszary wszechświata będą przyciągały każdy punkt materialny z siłą mniejszą, niż to wynikało z rozważań dawnych, nie uwzględniających ucieczki galaktyk" (412).

H. Bondie: "[...] proces nieustannego tworzenia się, wymagany przez teorię stanu trwałego [stacjonarnego] przewiduje powstanie w przestrzeni o objętości równej normalnemu pokojowi tylko jednego atomu wodoru w ciągu kilku milionów lat. Jasne, że taki proces nie przeczy doświadczeniom, na których oparto zasadę zachowania materii. Zaprzecza jedynie temu, co uważamy za najprostsze sformułowanie tej zasady, orzekające, iż suma masy i energii jest zachowana w sposób absolutny" (Bondi, H; Bonnor, W.B; Lyttleton, R.A. & Whitrow, G.J., RIVAL THEORIES OF COSMOLOGY, Published by Oxford University Press, United Kingdom, 1960) (419-420).

"Istnieją przy tym przypuszczenia, że poczerwienienie należy tłumaczyć pewnymi zmianami stałej Plancka. Owa stała występuje w związku między energią E kwantu a jego częstością v: E=hv, gdzie h jest właśnie stałą Plancka. Jeśli istotnie wartość h maleje z czasem, ten sam kwant energii wypromieniowany dzisiaj będzie miał większą częstość niż wypromieniowany przed iluś milionami lat. Promieniowanie galaktyk odległych musiało powstać znacznie wcześniej niż bliskich i wobec tego częstości promieniowania tych galaktyk powinny być mniejsze niż bliskich" (420-421).

"E. A. Milne [...] nie jest wykluczone, że nasz czas grawitacyjny przebiega w sposób niejednostajny w stosunku do czasu atomowego. [...] Ponieważ galaktyki widzimy takimi, jakimi były one przed milionami lat, różnica dwóch czasów sprawi, że równania [...] słuszne dla czasu np. grawitacyjnego, ulegną pewnej modyfikacji wtedy, gdy ten czas grawitacyjny zastąpimy czasem atomowym. To, co inni uważają za zmianę stałej Plancka w czasie, jest w istocie tylko zmianą tej wartości w wyniku zastąpienia w odpowiednim równaniu czasu grawitacyjnego odpowiednim odstępem czasu atomowego" (421).

"Oto udało się wyznaczyć poczerwienienie galaktyk również dla fal o długości znacznie większej niż długość fal widma widzialnego. Chodzi tu o linię 21 cm wodoru neutralnego [...]. Badając to promieniowanie przychodzące od dalekich galaktyk, przekonano się, że przesunięcie w kierunku fal dłuższych jest dokładnie takie samo [...] jak i w dziedzinie widzialnej. W całym interwale przesunięcie ma charakter dopplerowski, co niewątpliwie jest bardzo poważnym argumentem na rzecz interpretacji poczerwienienia jako wyniku ekspansji wszechświata" (427).

"Jeśli więc idzie o gwiazdy absolutnie najjaśniejsze [...] dzielą się one na dwie wyraźne grupy - niebieskie olbrzymy i nadolbrzymy, należące do I populacji i będące niewątpliwie gwiazdami bardzo młodymi, oraz czerwone olbrzymy i nadolbrzymy, znacznie od nich starsze i będące gwiazdami populacji II" (439).

###

Marcin Kubiak i Kazimierz Stępień

"Gaz składa się ze swobodnych atomów, których jądra otaczają elektrony na określonych poziomach energetycznych. Rozkład poziomów energetycznych w atomie jest charakterystyczny dla każdego pierwiastka i różnice między poziomami [energetycznymi] są na ogół różne dla różnych pierwiastków. Aby przeskoczyć z niższego poziomu na wyższy, elektron musi pochłonąć ilość energii równą różnicy poziomów energetycznych, a przy przeskoku z wyższego poziomu na niższy wysyła tę ilość energii w postaci kwantów światła o określonej długości fali. Wśród powodzi kwantów o różnych długościach fal, oświetlających [...] gaz, znajdują się również i takie, których energia jest równa dokładnie różnicy określonych dwóch poziomów energetycznych. Jeżeli więc w gazie istnieją atomy , w których elektrony znajdują się na niższym z dwu poziomów, mogą one pochłonąć te kwanty i elektrony przeskoczą na wyższe z poziomy energetyczne. Oczywiście atom nie będzie długo trwał w stanie wzbudzonym; za chwilę elektron przeskoczy znów na dolny poziom, emitując taki sam kwant. Pozornie nic się nie zmienia; tak jednak nie jest. Atomy wychwytują kwanty ze strumienia światła biegnącego w jednym kierunku [...] emisja kwantów odbywa się natomiast w sposób losowy - atom może wysyłać kwant światła w dowolnym kierunku. [...] Ilość kwantów wysyłanych w [konkretnym kierunku] będzie [...] znacznie mniejsza niż w świetle [bezpośrednim: bez pośrednictwa gazu]. [...] w miejscu odpowiadającym tej właśnie długości fali zauważymy deficyt kwantów, wyrażający się obecnością ciemnej linii na tle jasnego paska. Taką linię nazywamy linią absorpcyjną. Podobny mechanizm występuje w atmosferach gwiazd, z tym że wskutek istnienia szeregu innych procesów, a przede wszystkim zderzeń między cząstkami gazu, część energii zostaje wypromieniowana również w innych długościach, głównie w postaci promieniowania w widmie ciągłym, i w efekcie sumaryczna ilość aktów emisji w danej linii widmowej (we wszystkich kierunkach) jest mniejsza niż ilość aktów absorpcji" (498).
"[...] linia absorpcyjna powstaje wtedy, gdy gaz obserwujemy na tle źródła wysyłającego promieniowanie o różnych długościach fal (widmo ciągłe),a linia emisyjna wówczas, gdy obserwujemy gaz oświetlony z boku źródłem emitującym widmo ciągłe" (499).
"Oczywiście im więcej atomów pierwiastka znajduje się w atmosferze, tym silniejsze powinny być linie charakterystyczne dla niego. Tak też sadzono przez długie lata i ponieważ widma różnych gwiazd różnią się między sobą, astronomowie sadzili, że skład chemiczny gwiazd jest również bardzo różnorodny. Dopiero w 1924 hinduski uczony M. N. Saha ogłosił swoją słynną teorię jonizacji, z której wynikało, że różnice w wyglądzie widm wynikają przede wszystkim z różnic w temperaturach. [...] [Jeżeli atomy nie mają elektronów na skutek jonizacji] nie będziemy wówczas obserwowali danej linii absorpcyjnej, mimo ze pierwiastek [jego jon] jest obecny w atmosferze [gwiazdy]. Dla przykładu: przejścia z drugiego poziomu na wyższe w atomie wodoru dają kolejne linie serii Balmera - linie o długościach fal z zakresu widzialnego. Jeżeli jednak wszystkie lub prawie wszystkie elektrony znajdują się na jeszcze niższym, pierwszym [podstawowym [...] poziomie energetycznym, linie Balmera powinny być bardzo słabe lub wręcz nie powinno ich być. [...] ale przecież przejścia z pierwszego poziomu energetycznego na wyższe powinny dać inne linie, które powinniśmy wykryć. To prawda. Tylko że przejścia z pierwszego poziomu wymagają kwantów o większej energii i odpowiadające im linie (tzw. seria Lymana) leżą daleko w nadfiolecie, w części widma nieobserwowalnej z Ziemi. A co będzie, jeśli elektrony nie będą się znajdować na żadnym z poziomów energetycznych, tylko będą niezwiązane w ogóle z atomem? Wodór będzie wówczas zjonizowany i oczywiście nie zaobserwujemy żadnych linii absorpcyjnych [mimo że będzie on jako taki w atmosferze gwiazdy]. [...] NATĘŻENIE DANEJ LINII WIDMOWEJ JEST ZALEŻNE NIE TYLKO OD ZAWARTOŚCI DANEGO PIERWIASTKA, ALE TEZ OD PARAMETRU RZĄDZĄCEGO OBSADZANIEM KOLEJNYCH POZIOMÓW ENERGETYCZNYCH I STANEJ JONIZACJI. TYM PARAMETREM JEST TEMPERATURA. W bardzo wysokiej temperaturze (np. dla wodoru w t. rzędu kilkudziesięciu tysięcy stopni) wszystkie atomy danego pierwiastka są zjonizowane. W widmie gwiazdy będziemy więc obserwowali tylko linie pierwiastka, który wymaga do całkowitej jonizacji jeszcze wyższej temperatury (np. helu) (500).

Jan Gadomski

"Oczywiście astronautyka rozwija się nie dla osiągnięcia jakichś cudownych celów w oderwaniu od macierzystej planety. Chodzi tu zawsze przede wszystkim o korzyści dla nas, ludzi. Nadzwyczaj ważne jest rozszerzanie wiedzy o materii, o otaczającym wszechświecie. Wiedza stanowi przecież podstawę techniki. W istocie jednak wiedza nie jest celem samym w sobie. Chodzi o to, by człowiek mógł żyć jak najlepiej i doskonalej, by w coraz większym stopniu zdobywał władzę nad otaczającą go materią" (693-694).

Praca zbiorowa. Olbrzymia księga: w zasadzie kilka książek w jednej.

###

Jan Godomski.

"[...] w 1966 odkrył planetę astronom polski K. Rudnicki" (83).

"Jeszcze za czasów Kopernika wielki popłoch w Europie spowodowały 3 jasne komety z lat 1531, 1532, 1533, zwłaszcza, że ostatnia z nich przemierzyła firmament ruchem wstecznym, a więc z zachodu na wschód. Dla uspokojenia...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo tovideo - opinia

avatar
131
15

Na półkach: , ,

To właśnie TA, z mojego opisu:-)

To właśnie TA, z mojego opisu:-)

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

43 użytkowników ma tytuł Astronomia popularna na półkach głównych
  • 29
  • 11
  • 3
26 użytkowników ma tytuł Astronomia popularna na półkach dodatkowych
  • 17
  • 3
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Astronomia popularna

Inne książki autora

Okładka książki Kopernik, astronomia, astronautyka. Przewodnik encyklopedyczny Marek Abramowicz, Barbara Bieńkowska, Antoni Czacharowski, Jerzy Dobrzycki (astronom), Jan P. Lasota, Grażyna Rosińska, Grzegorz Sitarski, Magdalena Sroczyńska, Jerzy Stodółkiewicz, Olgierd Wołczek, Janusz Ziółkowski, Włodzimierz Zonn
Ocena 6,9
Kopernik, astronomia, astronautyka. Przewodnik encyklopedyczny Marek Abramowicz, Barbara Bieńkowska, Antoni Czacharowski, Jerzy Dobrzycki (astronom), Jan P. Lasota, Grażyna Rosińska, Grzegorz Sitarski, Magdalena Sroczyńska, Jerzy Stodółkiewicz, Olgierd Wołczek, Janusz Ziółkowski, Włodzimierz Zonn
Olgierd Wołczek
Olgierd Wołczek
dr Olgierd Wołczek - polski specjalista w dziedzinie astronautyki. Urodził się w Toruniu, ale dzieciństwo i okres dojrzewania spędził na Śląsku, w Katowicach. W czasie II wojny światowej działał w konspiracji. Po ukończył Politechnikę Łódzką (chemia). Pracował w takich miejscach jak: Uniwersytet Warszawski, Politechnika Warszawska, Instytut Badań Jądrowych oraz Wojskowy Instytut Medycyny Lotniczej. Założyciel Polskiego Towarzystwa Astronautycznego (PTA),którego był sekretarzem a potem wiceprezesem. Autor ponad 50 książek popularnonaukowych, w tym wielu z dziedziny astronautyki. Napisał m.in. biografię Marii Skłodowskiej-Curie. Udzielał się także aktywnie na łamach periodyku "Astronautyka", gdzie często podpisywał się "mgr Jan Molski". Wybrane publikacje autora: "1000 słów o rakiecie i kosmosie" (Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, 1969),"Strumienie cząstek kosmicznych" (Wiedza Powszechna, 1971),"Człowiek i tamci z kosmosu" (Ossolineum, 1983),"Maria Skłodowska-Curie" (Interpress, 1985),"Narodziny i rozwój Układu Słonecznego" (Wydawnictwo Alfa, 1985).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Astronomia dla każdego Detlev Block
Astronomia dla każdego
Detlev Block
Jest to dosyć ciekawa książka o astronomii. Jej tytuł jest bez wątpienia zwodniczy. Ja osobiście mam spore wątpliwości czy jej lektura jest dla każdego. Są w niej zawarte podstawowe informacje, które można uważać za dosyć dobre wprowadzenie do szerszego poznania astronomii jako nauki, jednak uważam, że aby w pełni ją zrozumieć i nie umrzeć z nudów w potoku terminów astronomicznych i naukowych, należy mieć już jakąś elementarną wiedzę na poruszany temat. Oprócz historii astronomii, opisu Słońca, księżyca czy innych planet znajdziemy w niej wiedzę na temat gwiazd wraz z ich układami, podstawowe informacje na temat obserwacji astronomicznej, informacje dotyczące sprzętu oraz mnogość tabel, które niedoświadczonemu czytelnikowi nic a nic nie powiedzą. Ja sam w niektórych momentach lektury czułem się przytłoczony tymi informacjami. Kolejnym problemem tego typu publikacji jest to, że wraz z rozwojem nauki, który de facto jest niezwykle dynamiczny, książki dezaktualizują się. Dla przykładu można podać, że w tej książce Pluton uważany jest za planetę oraz to, że naukowcy podejrzewali istnienie 10 planety w Układzie Słonecznym. Dzisiaj oczywiście wiele informacji zmieniło się nieco, ale nie można powiedzieć, że książka w całej rozciągłości jest przestarzała. Warte podkreślenia jest jeszcze to, że w książce znajduje się wiele schematów i fotografii co pozwala na lepsze zrozumienie tematu. Reasumując - dla laików w temacie astronomii proponowałbym najpierw jakąś nieco prostszą w odbiorze książkę. Tą książkę można uznać za podręcznik dla osoby wprawdzie początkującej, jednak już z pewną wiedzą.
maly1394 - awatar maly1394
ocenił na64 lata temu
Niebo na dłoni Eduard Pittich
Niebo na dłoni
Eduard Pittich Dušan Kalmančok
Powyższa książka zdecydowanie należy do jednych z najlepszych i najciekawszych pozycji ,którą można polecić początkującym miłośnikom astronomii,pragnącym poznać :kształt ,zasady funkcjonowania i podstawowe teorie opisujące wszechświat."Niebo na dłoni" to książka,która w zrozumiały i przystępny sposób wprowadza w arkana wiedzy o wszechświecie.Dzięki tej książce dowiemy się w jaki sposób gwiaździste niebo jest podzielone na gwiazdozbiory,skąd wzięły się nazwy gwiazdozbiorów,poznamy początki formowania się Układu Słonecznego ,w którym przyszło nam mieszkać,dowiemy się o warunkach panujących na planetach w tymże Układzie Słonecznym ,jak również poznamy komety,planetoidy i wiele innych obiektów krążących wokół Słońca.Kolejnym krokiem będzie przyjrzenie się gwiazdom i galaktykom ,stanowiącym olbrzymie skupiska miliardów gwiazd,gromad kulistych,pulsarów i mgławic planetarnych,będących pozostałościami po wybuchu gwiazdy supernowej.Obecnie z sentymentem wracam do tej pozycji,była to jedna z pierwszych poważniejszych pozycji poszerzających moją wiedzę o wszechświecie i przyczyniła się w dużej mierze do mojego umiłowania astronomii stawiając ją w pierwszym rzędzie moich zainteresowań.Choć minęło wiele lat od ukazania się tej książki na rynku wydawniczym,ona o dziwo tylko w niewielkim stopniu się zdezaktualizowała ,ukazuje bowiem wszechświat w ogólnym zarysie i wyjaśnia zasady ,wokół których to wszystko się kręci i funkcjonuje .Polecam
Bolesław Rychlik - awatar Bolesław Rychlik
ocenił na85 lat temu
Czarne dziury: koniec wszechświata? John Gerald Taylor
Czarne dziury: koniec wszechświata?
John Gerald Taylor
Jak na dzisiejsze czasy i stan wiedzy ta książka trąca już myszką. Przedstawia nieaktualne lub zdeformowane hipotezy naukowe w sposób na dzisiaj już nieco nużący. Sięgnąłem po tę książkę głównie dlatego, że tematyka czarnych dziur występujących we Wszechświecie jest niezwykle tajemnicza, a swoją zagadkowością i potęgą oddziaływania pobudza moją wyobraźnię. Na co dzień staram się być człowiekiem racjonalnym i sceptycznie podchodzę do większości informacji czy nowinek. Jednak świadomość, że istnieją w wielkim Uniwersum gigantyczne siły, które być może umożliwiają podróże w czasie lub przejście do innych wymiarów bardzo mnie ekscytuje. Współczesna astronomia co rusz odkrywa nowe tego typu „obiekty”. Są przypuszczenia, że w centrum naszej galaktyki istnieje gigantycznych rozmiarów (być może o masie 4 milionów słońc) czarna dziura, która oddziaływuje na całą Drogę Mleczną. To, co dzisiaj przyjmuje się jako pewnik to teza, że czarne dziury są wielkim skupieniem materii na małej przestrzeni, której grawitacja jest tak silna, że pochłania całe światło. Granicą czarnej dziury jest tzw. horyzont zdarzeń, po przekroczeniu którego nie ma już powrotu. Przyznam się, że bardzo mi jest trudno w pełni pojąć to, co spekuluje na ten temat współczesna nauka. Wszystko to, co wpadnie do czarnej dziury nie może się już z niej wydostać. Ponieważ wszystkie drogi czasoprzestrzeni są tak zakrzywione, że zawsze prowadzą do środka czarnej dziury. Obrazowo można to przedstawić próbą marynarza wypłynięcia statkiem na „koniec świata”, lecz po długiej podróży będzie on opływał coraz to nowe morza i oceany naszego globu, aby wreszcie powrócić do tego samego punktu. Gorzej idzie mi ze zrozumieniem teorii o spowolnieniu czasu w horyzoncie zdarzeń, gdzie na samej jego granicy upływ czasu nie istnieje. Ale dlaczego i jak nie umiem sobie tego wytłumaczyć. Czarne dziury najprawdopodobniej rodzą się z umierających gwiazd, gdy z powodu wypalonego wodoru zapadają się do swojego centrum tzw. zapadnięcie grawitacyjne. Temat jest fascynujący, ale niezwykle trudny do pojęcia przez człowieka żyjącego tu i teraz, borykającego się z problemami małymi i dużymi wynikającymi z codzienności. Trzeba naprawdę pozwolić swojemu umysłowi na wielkie abstrakcyjne wakacje, a i tak nie wiadomo dokąd taka wycieczka rozumowa prowadzi. Mam dość irytujące mnie przeświadczenie, że i naukowcy sami nie wiedzą jak to naprawdę jest z tą sprawą. Przerabiamy od 30-40 lat kolejne teoretyczne hipotezy lub oderwane od badań empirycznych matematyczne wyliczenia. Należy pamiętać, że tematyka czarnych dziur obejmuje zagadnienia, których nie można zmierzyć ani zważyć czy poddać jakimś testom. To jest cały czas czysta abstrakcja, wspomagająca się co najwyżej okruchami danych dostarczanych z ułomnych przecież ludzkich obserwacji Wszechświata.
Paweł - awatar Paweł
ocenił na67 lat temu
Granice kosmosu i kosmologii Michał Heller
Granice kosmosu i kosmologii
Michał Heller
To pierwsza książka Michała Hellera, jaką przeczytałem. Muszę przyznać, że to chyba najlepsza z ok. dwudziestu tego autora, jakie przeczytałem do tej pory. Zaryzykuję nawet opinię, że to może nawet jedna z kilku najlepszych spośród ponad 60, jakie autor napisał. Autor traktuje to dzieło i czytelnika bardzo poważnie i systematycznie wykłada ewolucję Kosmosu i kosmologii (tak brzmiał tytuł I wydania). Dzięki temu książka może być i dziełem popularnym, i podręcznikiem akadmickim z podstaw tematu. Chyba służyła w tej roli na Wydziale Fizyki UW, bo w bibliotece wydziałowej znalazłem bardzo dużo egzemplarzy. To o wiele bardziej systematyczne i rzetelne dzieło niż np. bestsellerowe książeczki Hawkinga (Kaku pewnie też). Są cenne, ale przez natłok błędów i osobistych komentarzy autorów potrafią laikowi dużo namieszać, a sensacyjne hipotezy (jak promieniowanie Hawkinga, kwantowa ochrona chronologii, brany kosmiczne itd.) przesłaniają cenne fakty (jak np. dzieje badania promieniowania tła). U Hellera jest odwrotnie. Nie brakuje prawie niczego (może poza hipotezami kosmologicznymi przed XX w., o których autor pissał w „Granicach nauki”). Pomagają też liczne ilustracje. Dla niecierpliwych śmiałe spekulacje (jak chaotyczna inflacja Lindego) są podane na końcu. We wspomnianych „Granicach nauki” autor pisze, że przeczytał większość prac kosmologicznych napisanych do lat 60., bo była na tyle niszowa. Chyba mało który popularyzator może tym się pochwalić. Można powiedzieć, że ta książka to jednocześnie początek dwóch trylogii. Pierwsza z nich zawiera też książeczki popularne „Kosmologia kwantowa” (wspomniana w przypisie) i „Początek jest wszędzie”. Druga trylogia jest specjalistyczna: obejmuje też „Teoretyczne podstawy kosmologii” i „Osobliwy Wszechświat”, do których zrozumienia potrzeba chyba studiów doktoranckich z teorii względności. Jakimś uzupełnieniem dziejów kosmologii jest też malutka „Kosmologia Lemaître’a”. Ta siódemka tworzy pewien komplet, cenny w arsenale każdego kosmologa. To miłe, że autor doczekał się następców i tę siódemkę rozszerzają jeszcze trzy rztelne książki o Kosmosie: „Niedomknięty bilans Wszechświata” Pabjana oraz „Przekrój przez Wszechświat” i „Granice kosmosu – granice kosmologii” Lamży. Polecam każdemu: uczniom, studentom, dydaktykom, naukowcom, laikom. Szkoda, że książka nie doczekała się wydań zagranicznych, bo zasługuje na bycie bestsellerem i edukacyjnym klasykiem w tej dziedzinie.
Michał Tarnowski - awatar Michał Tarnowski
ocenił na89 lat temu
Pseudonauka i pseudouczeni Martin Gardner
Pseudonauka i pseudouczeni
Martin Gardner
W związku z tą książką miałem duże nadzieje na świetną lekturę, którą odkładałem przez lata. To tytuł bardzo znany, pojawiający się jako istotna referencja wielu nowszych publikacji. Autor z kolei to popularny demistyfikator i fan zagadek matematycznych. Jednak finalnie wyszło coś nie tak. Może to wina moich wygórowanych oczekiwań, a może i wiekowości tekstu (pierwsze wydanie amerykańskie było w 1952)? „Pseudonauka i pseudouczeni” Martina Gardnera to klasyk, który w dużych fragmentach chyba nie wytrzymał po prostu próby czasu. Teraz pisze się inaczej. Współcześnie pyta się o motywacje aktywności konkretnych ludzi, szuka powiązań w prezentowanych postawach. Autor opiniowanej książki takich tropów budowania lektury niemal nie wykorzystywał. Gardner założył, że czytelnik sam potrafi dokonać oceny stopnia bezsensowności pseudoteorii (co było może prawdą 60 lat temu, ale teraz to wątpliwe). Stąd często nie komentował bzdur rodzących się w głowach prezentowanych bohaterów. Tak było chociażby w przypadku Reicha, twórcy ‘energii orgonalnej’ – siły seksualnej uczestniczącej jakoby w tworzeniu życia. Podsumowując bezsensowny eksperyment Reicha z radem, pisze tak: „Jasne jest, że jedyną drogą, aby dokładnie wyjaśnić, co zaszło, byłoby zasięgnięcie opinii fizyka jądrowego, należy jednak wątpić, czy Reich uzna to za niezbędne. Przypuszczalnie sytuacja w końcu zostanie opanowana, tajemnica w pełni wyjaśniona i praca, miejmy nadzieję, ruszy dalej, z zachowaniem większej ostrożności.” Czy taki ukryty sarkazm jest wystarczająco czytelny dla polskiego współczesnego czytelnika? Nie wiem. Od strony formalnej „Pseudonauka i pseudouczeni” nie jest źle zbudowana. Są ufolodzy, różdżkarze, frenolodzy, zwolennicy Atlantydy, chiromanci i różnej maści samozwańczy ‘geniusze’ prezentujący, w swoich wielotomowych dziełach życia, ‘prawdziwe’ opisy świata. Coś mi jednak nie grało. Gardner zbyt szeroko rozpisał się nad treścią pseudo-publikacji całkiem niepotrzebnie. Mógł więcej miejsca poświęcić na percepcję społeczną pseudonauki i skupić się na syntezie mechanizmu ‘konkretnego pseudo’. Widać, nie takich detali oczekiwałem. Przykładowo zbyt wnikliwie i nużąco rozważył pseudo-badania nad materialnymi świadectwami zgodności z biblijnym przekazem. W ostatecznej ocenie istotny okazał się również wybór bohaterów. Zdecydowana większość to amerykańscy pseudouczeni z przełomu XIX/XX wieku. W dużej części to ludzie mi kompletnie nieznani. Było co prawda Łysenko, ale w polskim wydaniu (PWN 1966) nie mógł się pojawić z wiadomych powodów. Nieco ciekawsza okazała się końcówka. Gardiner opisał w niej słynne i wnikliwe parapsychologiczne zainteresowania Rhine’a. Przy okazji przybliżył techniki badawcze i szeroko zreferował własne wątpliwości wobec zastosowanej u niego metodologii. To dobry kawałek krytycyzmu. Niewątpliwym plusem było też zaprezentowanie prekursorów różnych popularnych i dziś trendów i mód pseudonaukowych. Dowiemy się z lektury o źródłach ufologicznych, sporo jest o pionierach negacji ewolucjonizmu czy teorii względności. Teraz już wiem, skąd czerpią tematy autorzy tekstów w czasopismach w stylu „Nie z tej ziemi”. „Pseudonauka i pseudouczeni” to lekkie rozczarowanie. Dłużyzny, choć i są perełki. Dla zainteresowanych tematyką to i tak lektura obowiązkowa. Czyli polecam raczej fanom.
Carmel - awatar Carmel
ocenił na66 lat temu

Cytaty z książki Astronomia popularna

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Astronomia popularna