Dzienniki 1909-1917

Okładka książki Dzienniki 1909-1917 autorstwa Zofia Nałkowska
Okładka książki Dzienniki 1909-1917 autorstwa Zofia Nałkowska
Zofia Nałkowska Wydawnictwo: Czytelnik biografia, autobiografia, pamiętnik
511 str. 8 godz. 31 min.
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Data wydania:
1976-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1976-01-01
Liczba stron:
511
Czas czytania
8 godz. 31 min.
Język:
polski
Zofia Nałkowska prowadziła dzienniki niemal przez całe życie: od 1899 do 1954 roku, czyli przez 55 lat. Zawierają nie tylko zapis prywatnego życia pisarki, ale również precyzyjny i często krytyczny opis czasów, w których żyła.
Średnia ocen
6,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Dzienniki 1909-1917 w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Dzienniki 1909-1917

Średnia ocen
6,5 / 10
35 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Dzienniki 1909-1917

avatar
3071
755

Na półkach: , , ,

Darowałam sobie pierwszy tom dzienników Nałkowskiej, bo była panną straszliwie (i to w żenującym młodopolskim stylu) egzaltowaną. Tak więc ten jest pierwszym, który przeczytałam.

Kontrast z zapiskami Dąbrowskiej, które skończyłam niedawno - ogromny. To niesamowite, że kobieta, od kilku lat mężatka, wychowana w inteligenckim, kulturalnym domu, tak dużo uwagi poświęca mężczyznom. A to brzydki, a to "śliczny", a to spojrzał, nie spojrzał, pociąga ją, nie pociąga... litości! Jak piętnastolatka i to jakaś nadpobudliwa! W rozpaczliwym doszukiwaniu się w każdym męskim spojrzeniu aprobaty, cytowaniu prawdziwych czy rzekomych zachwytów i wyznań, Nałkowska przypomina mi współczesne celebrytki, totalnie poprzerabiane przez chirurgów plastycznych, schowane za instagramowymi filtrami, w gruncie rzeczy zakompleksione i nie akceptujące siebie. Jakże inna była Dąbrowska, która miała wywalone na stroje i makijaż, nie rozpatrywała każdego znajomego jako potencjalnego kochanka, a i tak jej życie uczuciowe było dużo bardziej udane niż Nałkowskiej, a związki głębokie i trwałe. Ot, ironia losu.

Nie dałoby się tego zdzierżyć, gdyby nie arcyciekawy obraz rozwoju intelektualnego i pracy twórczej. To była, przy całej tej obsesji na punkcie własnej i cudzej powierzchowności tudzież flirtów i potencjalnych romansów, bardzo inteligentna i wrażliwa osoba. Od dziecka miała kontakt z pisarzami, artystami, którzy byli znajomymi jej rodziców, dzieki temu bardzo wcześnie zaczęła aktywnie uczestniczyć w życiu kulturalnym.

Ciejawe są także jej uwagi dotyczące książek, a czytała bardzo dużo i w kilku językach. Wiele z nich to powieści czy zbiory wierszy dziś już nie do zdobycia, bo nie wznawiane lub w ogóle nigdy na polski nie tłumaczone. Jako że była na etapie rozwijania się jako pisarka, patrzyła na nie pod kątem warsztatu i rozwiązań fabularnych. Niektóre z tych książek to modne czytadła, o których dziś nikt już nie pamięta, ale także dużo wartościowej literatury polskiej i światowej (szczególnie wysoko oceniała Dostojewskiego).

Recenzując "Dzienniki" nie sposób nie docenić doskonałego opracowania przez Hannę Kirchner - przypisy są genialne i umieszczane na bieżąco (nie na końcu książki).

Dąbrowską polubiłam od razu, do Nałkowskiej przekonywałam się powoli, brnąc dzielnie przez pretensjonalne romansowe historie. Irytowało mnie także jej ciągłe utyskiwanie jaka to już jest "stara" i psychiczne katusze, które odczuwała obchodząc kolejne urodziny - 26, 27 itp.

Liczę, ze kolejne tomy będą ciekawsze: 5/10

Darowałam sobie pierwszy tom dzienników Nałkowskiej, bo była panną straszliwie (i to w żenującym młodopolskim stylu) egzaltowaną. Tak więc ten jest pierwszym, który przeczytałam.

Kontrast z zapiskami Dąbrowskiej, które skończyłam niedawno - ogromny. To niesamowite, że kobieta, od kilku lat mężatka, wychowana w inteligenckim, kulturalnym domu, tak dużo uwagi poświęca...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
854
136

Na półkach: , , ,

Wątki miłosne, romansowe niezwykle męczące i przytłaczające. Znacznie ciekawszy jest proces dojrzewania intelektualnego zapisany w dzienniku. Warte uwagi są fragmenty poświęcone Wielkiej Wojnie, jak dotknęła zwykłych mieszkańców Warszawy.

Wątki miłosne, romansowe niezwykle męczące i przytłaczające. Znacznie ciekawszy jest proces dojrzewania intelektualnego zapisany w dzienniku. Warte uwagi są fragmenty poświęcone Wielkiej Wojnie, jak dotknęła zwykłych mieszkańców Warszawy.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
566
228

Na półkach:

Po cóż kontynuować w tak absurdalny sposób czytanie tak monstrualnych rozmiarów dziennika, skoro walory literackie są tu raczej niskie, a charakter autorki jeszcze niższy? Po pierwsze zajrzałem sobie do jednego z powojennych tomów (interesują mnie decyzje pisarzy i intelektualistów u zarania PRL) i wydało mi się to ekstremalnie ciekawe, w sensie absolutnego poziomu ślepoty Nałkowskiej i zakłamania redaktorki dziennika (redakcji/cenzury). Po prostu mam zamiar zrozumieć jak dochodzi się do miejsc takich, do jakich doszli np. Iwaszkiewicz i Nałkowska. Wydaje się, że ich dzienniki są ku temu dobrą okazją. Drugi powód, dla którego kontynuuję czytanie, to dość jasne przeczucie, że warto poznawać świat widziany oczami ludzi odległych nam światopoglądowo, wyzwalając się trochę z groźnego układu mistrz/uczeń, który w moim przypadku szybko się pojawia, gdy czytam kogoś, kogo podziwiam. Po trzecie - skala historyczna dziennika Nałkowskiej, a w szczególności objęcie przez autorkę właśnie tego czasu (unikatowego przekroju!) od początku XX wieku do pierwszych lat PRL - mam nadzieję co nieco dzięki temu zrozumieć. A po piąte przez dziesiąte.. na rynku czytelniczym uda się zdobyć pozycję wyróżniającą, bo rzadko kto ma na koncie taką zramolałą kobyłę... Nie polecam więc.

Po cóż kontynuować w tak absurdalny sposób czytanie tak monstrualnych rozmiarów dziennika, skoro walory literackie są tu raczej niskie, a charakter autorki jeszcze niższy? Po pierwsze zajrzałem sobie do jednego z powojennych tomów (interesują mnie decyzje pisarzy i intelektualistów u zarania PRL) i wydało mi się to ekstremalnie ciekawe, w sensie absolutnego poziomu...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

117 użytkowników ma tytuł Dzienniki 1909-1917 na półkach głównych
  • 58
  • 56
  • 3
20 użytkowników ma tytuł Dzienniki 1909-1917 na półkach dodatkowych
  • 12
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Zofia Nałkowska
Zofia Nałkowska
Polska pisarka, publicystka i dramatopisarka, posłanka do Krajowej Rady Narodowej oraz na Sejm Ustawodawczy i Sejm PRL I kadencji, członek Polskiego Komitetu Obrońców Pokoju w 1949 roku. Ukończyła pensję w Warszawie. Studiowała historię, geografię, ekonomię i językoznawstwo na tajnym Uniwersytecie Latającym. Działaczka organizacji kobiecych. Od 1933 członkini Polskiej Akademii Literatury, działaczka PEN Clubu i ZZLP, Towarzystwa Opieki nad Więźniami Patronat, współzałożycielka i członkini grupy literackiej Przedmieście (1933–1937). W latach 1939–1944 współdziałała z podziemiem kulturalnym. W latach 1945–1947 posłanka do Krajowej Rady Narodowej, w latach 1947–1952 posłanka do Sejmu Ustawodawczego (bezpartyjna),działaczka Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce Oddział Łódzki, redaktorka tygodnika Kuźnica. Zadebiutowała w 1898 na łamach Przeglądu Tygodniowego jako poetka. W 1906 ogłosiła powieść Kobiety. Nałkowska debiutowała jako poetka, mając 14 lat w Przeglądzie Tygodniowym z 1898 wierszem Pamiętam. Wiersze swoje zamieszczała w warszawskich czasopismach, m.in. w modernistycznej Chimerze. Szybko jednak porzuciła poezję dla prozy. Jej debiut prozatorski przypada na rok 1904, kiedy to ukazuje się jej powieść Lodowe pola (pierwsza z trylogii Kobiety) drukowana w Prawdzie. Od połowy pierwszej dekady XX wieku publikowała swoje powieści – Kobiety, Książę. Ich tematyka była silnie związana z nurtem młodopolskim – było to najczęściej teoretyzowanie na tematy niemające bliższych związków z rzeczywistym życiem. Z czasem jednak autorka zaczęła coraz większą wagę przywiązywać do strony psychologicznej człowieka, do ludzkich uczuć w różnych sytuacjach życiowych. Momentem zwrotnym w twórczości pisarki był czas I wojny światowej. Szczególne dążenie do poznania psychiki ludzkiej ujawniła Nałkowska w Charakterach – cyklu szkiców, które kontynuowane były przez wiele lat – pierwsze ukazały się w 1922, kolejne – w 1948. Autorka została nagrodzona wieloma wyróżnieniami. Za swoje najsłynniejsze dzieło okresu międzywojennego – Granicę (główny bohater: Zenon Ziembiewicz) – otrzymała w 1935 Państwową Nagrodę Literacką. Powtórnie przyznano jej tę nagrodę w 1953. Otrzymała też Złoty Wawrzyn Akademicki Polskiej Akademii Literatury. Została pochowana w Alei Zasłużonych na cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Decyzją Międzynarodowej Unii Astronomicznej jeden z kraterów na Wenus został nazwany Nałkowska, a w Lublinie (na Wrotkowie) upamiętniono jej nazwisko w nazwie spółdzielni mieszkaniowej (Spółdzielnia Mieszkaniowa im. Wacława i Zofii Nałkowskich),w nazwie osiedla mieszkaniowego (Osiedle Nałkowskich) i ulicy (ul. Nałkowskich). W nazwie innej ulicy w tej samej dzielnicy upamiętniono jej ważne dzieło Medaliony (ul. Medalionów). W różnych miastach i wsiach Polski znajdują się ulice nazwane jej imieniem i nazwiskiem. W Wołominie pod Warszawą znajduje się Muzeum im. Zofii i Wacława Nałkowskich.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Hania i Jarosław Iwaszkiewiczowie: esej o małżeństwie Piotr Mitzner
Hania i Jarosław Iwaszkiewiczowie: esej o małżeństwie
Piotr Mitzner
Książka przede wszystkim dla tych, którzy Iwaszkiewicza uważają za jednego z największych polskich pisarzy ubiegłego wieku, czyli mówiąc językiem tego tysiąclecia - dla jego fanów. "Esej o małżeństwie" to historia jednego z najdziwniejszych związków miłosnych w XX wieku. W polskiej literaturze na pewno. Ona - egzaltowana i uduchowiona panna z dobrego domu. Córka polskiego przemysłowca. On - pochodzący z Ukrainy poeta, niezbyt bogaty, o nieskrywanych skłonnościach homoseksualnych. Związek niezwykły. Nie dość, że przepowiadano krótki żywot małżeństwu (Lechoń twierdził, że to ślub na sześć tygodni),to w podróż poślubną zabrał żonę i swojego ówczesnego swojego "chłopca". A mimo to, małżeństwo przetrwało, chociaż problemów nie brakowało. Anna miała depresje, posiadała problemy psychiczne, Iwaszkiewicz pisał, prezesował w ZLP, poza tym bardzo emocjonalne związki z Błeszyńskim i innymi mężczyznami, ale po kilkudziesięciu latach małżeństwa powiedział, że "...nie mogę sobie wyobrazić życia, gdybym nie był żonaty". Szczególny okres w ich życiu to okres II wojny, kiedy Stawisko stało się niemalże państwową instytucją, łącząca w jednym ministerstwo kultury i opieki społecznej z departamentem opieki nad mniejszością żydowską. Ich związek, konkludując książkę, autor określił tak: "Ich małżeństwo przetrwało ponad pół wieku. Pomimo tylu sprzeczności i przeciwności - poczynając od erotyki, poprzez dysproporcje finansowe, poglądy polityczne, na sprawach wiary kończąc. Bo po prostu kochali się i... zawsze mieli o czym rozmawiać". Książka zawiera bardzo dużo zdjęć. Oczywiście kolorowych, ale są tylko dwa kolory: biały i czarny. Poza tym książka bardzo dobra, ale w moim przypadku wszystko co się kojarzy z Iwaszkiewiczem jest bardzo dobre... no chyba, że jest wybitne.
werblista - awatar werblista
oceniła na71 rok temu
Na zakręcie. Agnieszka Osiecka we wspomnieniach Bartosz Michalak
Na zakręcie. Agnieszka Osiecka we wspomnieniach
Bartosz Michalak
"Mój osobisty stosunek do Agnieszki był różny. Dawno, dawno temu darzyłem ją sympatią chyba zbyt wielką, a potem, przez lata, chyba zbyt małą. Ale niezmienny był we mnie zawsze mój podziw dla tej niezwykłej osobowości. Dla jej inteligencji i mądrości, poczucia humoru i autoironii, celności słowa, kiedy mówiła, i lotności pióra, kiedy pisała swoje niezwykłe śpiewane wiersze. Podziwiałem też jej wielką ciekawość świata i ludzi, których nie segregowała według opcji, postaw i środowisk. Wielką i odwzajemnioną sympatią darzyli ją Giedroyc i Hertz, jak i - Mieczysław F. Rakowski, księstwo Sapiehowie z Londynu, jak i faceci spod budek z piwem, o których zwykła mówić: "Z takimi to ja się mogę ugadywać cały godzinami". Agnieszko! Używając Twojego ulubionego zwrotu z tamtych, esteesowskich Twoich lat, wyznam Ci coś szczerze, jak "bezpartyjny bezpartyjnej". Wiesz, że zawsze byłem wdzięcznym odbiorcą Twojego dowcipu, choć bywał on czasem "dotkliwy". I to więc, że piszę dziś do Ciebie w czasie przeszłym, mogę potraktować jako Twój żart, ale tym razem - bardzo okrutny. Jestem przecież starszy od Ciebie o dwadzieścia lat... Nigdy, co prawda, nie miałaś szacunku dla starszych wiekiem autorytetów". - JEREMI PRZYBORA Nigdy wcześniej nie zagłębiałam się za bardzo w Osiecką. Owszem, przeczytałam swego czasu "Neponset", słuchałam jej piosenek. Kto ich nie słuchał, zresztą. Teraz siedzę po przeczytaniu tych wspomnień przyjaciół, rodziny, osób, z którymi pracowała, i czuję, że fakt jej bycia, sama ona, jej odejście ugodziło w jakąś sferę mojej prywatności. Dotknęło mnie, osobiście, precyzyjnie celując, wywołując jakieś echo bólu. Siedzę i próbuję to rozgryźć. Nie znałam jej, gdy zmarła miałam zaledwie 2-3 lata, jej twórczość znam powierzchownie, owszem, trafiała w mój gust literacki, poetycki, ale też z drugiej strony nie zachwycałam się nią przesadnie, a mimo tego wszystkiego - czuję jakieś ukłucie. Bardzo autentyczne. Nad wyraz autentyczne. Może na tym polega fenomen Osieckiej, o którym mówili jej przyjaciele? Może chodzi o to ciepło, którymi obdarzała ludzi. O to ognisko, którym się stała, do którego wszyscy lgnęli, które, jak widać, nawet po jej śmierci na straciło nic na sile. Wciąż ogrzewa, wciąż nęci, wciąż chce się przy nim siedzieć. Może Osiecka tak naprawdę nigdzie nie odeszła. Bardzo chcę w to wierzyć.
Natalia - awatar Natalia
oceniła na98 lat temu
Dzienniki 1918-1929 Zofia Nałkowska
Dzienniki 1918-1929
Zofia Nałkowska
Trzeci tom dzienników Nałkowskiej to lata 20. Pisane były z różną częstotliwością, czasem przerwy w zapiskach są dłuższe (np. w roku 1923 dodała jedną tylko notatkę). Na początku tego okresu Zofia miała 34 lata i chociaż wciąż zajmowała się literaturą, najważniejsza była dla niej miłość do piłsudczyka Jana "Jura" Gorzechowskiego. Uczucie to, bardzo silne, od początku było skomplikowane. Jan był żonaty (w separacji),miał trudny charakter, mentalność żołdaka, nie lubił i nie rozumiał twórczości Zofii. Mnóstwo czerwonych flag, tym niemniej była ona tak zakochana, że nie tylko wyszła za niego za mąż, ale nawet porzuciła ukochaną Warszawę i wyjechała na Kresy, pod Wilno, a potem do Grodna. I nawet po rozstaniu, przynajmniej tym emocjonalnym, utrzymywała tego (świetnie zarabiającego) palanta. Pod względem językowym dzienniki 1918-29 czyta się lepiej niż poprzedni tom - pisarka porzuciła młodopolską manierę, pisała prościej i bardziej od serca. Był to dla niej czas intensywny. Prywatnie trudny. Natomiast literacko właśnie zaczęła wspinać się na szczyt. Sworzyła "Charaktery", a przede wszystkim "Dom kobiet", w którym wykorzystała osobiste przeżycia, toksyczny związek ze zdradzającą ją gnidą Gorzechowskim. Ten dramat w latach 30. odniesie ogromny sukces na scenach polskich I zagranicznych. Kolejny etap życia fascynującej kobiety - niełatwy, intensywny, pełen wzlotów i upadków: 7/10
Agata - awatar Agata
oceniła na73 miesiące temu
Dzienniki 1899-1905 Zofia Nałkowska
Dzienniki 1899-1905
Zofia Nałkowska
"Wszystko to napisałam dlatego, byście sądzili, że nie jestem tak głupią, jak by się to zdawało z tego dziennika (...) nie zapisuję tu mych myśli o życiu, ciekawych niekiedy spostrzeżeń, w ogóle nie widać tu wcale, że jestem wyjątkowo mądra". Po przeczytaniu ostatniego, zakończonego jej śmiercią, tomu dzienników Nałkowskiej, wypożyczyłam pominięte uprzednio jej najwcześniejsze zapiski z młodości 1899-1905 (15-21 rok życia). Nie chciałam sie jeszcze rozstawać z tą fascynującą osobą. Ciekawa byłam co ją ukształtowało, jak dorastała do pisarstwa. No cóż, Zosia była niesamowitą dziewczyną, jednocześnie mądrą i głupiutką. Flirty i faceci absorbowali ją w stopniu jak na piętnasto-, szesnastolatkę przedziwnie dużym. Ich rozwlekłe i strasznie egzaltowane opisy są męczące. Ale. Oprócz nich mamy tu bardzo interesujący opis dorastania na przełomie wieków. Portret niezwykłej rodziny: inteligenckiej, utrzymującej kontakty z ówczesną elitą kulturalną i naukową, kochającej się, ale borykającej z niedostatkiem. Rodzice - zasłużony geograf, nauczyciel, działacz społeczny Wacław i autorka podręczników do geografii Anna z Šafránków (Czeszka z pochodzenia) wychowywali córki nowocześnie i tolerancyjnie, dzięki czemu wyrosły na wyemancypowane, nieszablonowe, silne kobiety, oczytane i kulturalne. Obydwie wspierali w ambicjach twórczych, dzięki czemu jedna została pisarką, druga rzeźbiarką. Dzienniki młodziutkiej Zofii to mieszanina pretensjonalnych młodopolskich wzdychań i dojrzałych tekstów zdradzających duży talent literacki. Była to niezwykła dziewczyna: przedwcześnie dojrzała, bardzo w sobie zadufana, przekonana o swojej wyjątkowości i wielkiej urodzie, a jednocześnie faktycznie bardzo zdolna, pełna radości życia, ciekawa świata. Chadzająca na wystawy do Zachęty, na wykłady Uniwersytetu Latającego, współpracująca jeszcze w szkole z prasą literacką. Dzięki rodzicom od najmłodszych lat przebywała wśród ludzi tworzących elitę postępowej Warszawy, którzy bywali w domu Nałkowskich pod Wołominem odgrywającym rolę salonu literackiego. Dzienniki 1899-1905 (a tak naprawdę 1903) kończą się ślubem i deklaracją, że nie będzie już pisała - jak dobrze, że po kilku latach zmieniła zdanie! Cieszę się, że wbrew początkowym oporom przeczytałam ten tom dzienników Nałki, dokument jej intelektualnego rozwoju, ale i świadectwo epoki. Lektura skłoniła mnie do wspomnień, jaka ja byłam w tym wieku. To trudny okres życia dla młodych dziewczyn, bez dwóch zdań: 7/10
Agata - awatar Agata
oceniła na72 miesiące temu
Wysocki, czyli przerwany lot Marina Vlady
Wysocki, czyli przerwany lot
Marina Vlady
10 gwiazdek bo Wysocki to idol mojego pokolenia, a autorki "koński ogon" siał zgorszenie w polskich szkołach. Zaczęło się od filmu "Przed potopem" (1954),polska premiera (chyba??) 1957 i fryzury Mariny Vlady; uczennice z "bardzo dobrych domów" (jak śpiewano w kabarecie Jerzego Dobrowolskiego "Owca") były masowo odsyłane do domu za ów "koński ogon" i skruszone wracały do szkoły wraz z wezwanymi rodzicami, tudzież warkoczykami na głowie, bo takiego zberezeństwa włosowego szkoła socjalistyczna tolerować nie mogła i nie chciała. Demoralizujący wpływ Vlady pogłębił następny jej film pt "Czarownica" (1956). To ponad 60 lat od tamtych dni, a ja je tak dobrze pamiętam! To ja tak długo żyję!! To dla młodych tak znajome, jak dla mnie Powstanie Styczniowe. Tyle, że ja wspomnę o wojnie koreańskiej. A teraz uporządkujmy bazę Marina Vlady właściwie Marina de Poliakoff – Baidaroff (ur. 1938) - francuska aktorka, której przodkami byli Rosjanie. Popularność w Polsce przyniosły jej filmy "Przed potopem" Cayatte'a i "Czarownica" Michela. "Przed potopem" to film o zbuntowanej młodzieży, która wobec wybuchu wojny koreańskiej zamierza uciec na wyspy Polinezji, a "Czarownica" to film, ktorym Marina Vlady oczarowala caly świat; Wysockiego też. Malgorzata Piwowar na http://www.rp.pl/artykul/1166381-Dokument-o-Wysockim-i-Vlady.html pisze: "Ich wspólna historia trwała 13 lat. To był czas szczęścia i rozpaczy. Tak wyglądała miłość Mariny Vlady i Włodzimierza Wysockiego. Poznali się w 1967 roku w Moskwie, gdy on był dobrze rokującym aktorem Teatru na Tagance, a ona – francuską aktorką znaną z filmu „Czarownica", budzącego w ZSRR zachwyt. Ten film zobaczył też Wysocki i powiedział o Marinie – „ona będzie moja" – tak twierdzi Jurij Lubimow, reżyser i przyjaciel aktora. A Marina, kiedy zobaczyła Wołodię grającego w jednym ze spektakli – też się nim zafascynowała. Potem dopomógł los. Po spektaklu znaleźli się na tym samym przyjęciu. .. ...Dalsze wydarzenia toczyły się szybko, bo uczucie okazało się tak gwałtowne, że szybko zdecydowali się na nowe życie. Nie było to proste, bo oboje byli już w związkach - ona była matką trojga dzieci, on – dwóch synów..." Wladimir Wysocki (1938 – 1980) - pieśniarz, poeta i aktor. Wg Wikipedii „Jako aktor zyskał sławę swoimi kreacjami w Teatrze na Tagance oraz kilkoma rolami filmowymi m.in. w serialu kryminalnym pt. „Gdzie jest czarny kot” Dla większości był przede wszystkim pieśniarzem. Śpiewał niskim, ochrypłym barytonem, przy akompaniamencie gitary (później również z orkiestrą)....” Najtrafniej ocenia go Marina w liście po śmierci Władimira, pełnym żalu i pretensji do teścia, przedstawiciela sowieckiego betonu, który nie chciał z synem się pojednać (s. 235): „...Ten pijak, element antyradziecki, odszczepieniec, nierób, wróg, szaleniec, zły ojciec, zły syn, ten człowiek upadły, który zadaje się z cudzoziemką - to pański syn, Siemionie Władimirowiczu.. Ten podziwiany aktor, powszechnie uznany twórca, człowiek namiętnie kochający ziemię ojczystą, niestrudzony w pracy, patriota, wizjoner, sfrustrowany ojciec, cierpliwy, pobłażliwy dla pańskiej głupoty syn, ten człowiek wyzwolony i szczęśliwy w życiu prywatnym - to także pański syn.....” Świetna książka, choć ujawnia poważny mankament, poważny problem autorki ze zrozumieniem istoty rosyjskiego pijaństwa. Mimo własnych rosyjskich korzeni, mimo znajomości faktów (s. 39): „...od trzynastego roku życia pijesz na umór...”, mimo poznania wielu Rosjan, mimo szczerej chęci pomocy mężowi, nie jest w stanie zrozumieć „rosyjskiej duszy”, która żąda alkoholu, by się otworzyć i móc tworzyć. Abstynencja alkoholowa spowoduje abstynencję twórczą, a tego właśnie ona nie jest w stanie pojąć. Czyż nie widać tego również na polskim podwórku? Przecież dla całej plejady polskich twórców alkohol to „condicio sine qua non”. Okresy wymuszonej abstynencji, to złuda, bo „kto pił, ten będzie pił”, a jak nie będzie, to straci zdolność tworzenia. Wskutek tej niemożności zrozumienia, kryzys w ich związku się pogłębiał, aż do tragicznego końca. C' est la vie! A obciążanie winą ojca czy systemu jest naiwne. Jeszcze jedna refleksja po zakończeniu lektury: poznajemy punkt widzenia Mariny, a ja podziwiam siłę jego miłości, chociażby wtedy, gdy zaszywa kolejne esperale, wiedząc, że je wydłubie. Marina pisze (s. 55): „.....Masz wolny wybór, nikt nie zmusza cię do wznowienia kuracji ale nawroty choroby skłaniają cię do podejmowania kolejnych prób. Okresy wytchnienia trwają coraz krócej: od półtora roku przy pierwszym zaszyciu do kilku tygodni przy ostatnim....” Wysocki nie zaszywa esperalu dla ratowania siebie, bo jest absolutnie pewien nieskuteczności tego; on rozpaczliwie próbuje ratować ich związek; on, w swoim mniemaniu, się poświęca.... I dlatego ten związek nie ma już szans, on chyba od początku ich nie miał... Zakończę trafnymi słowami Lubimowa (s. 218): „Pasternak, Achmatowa czy Wysocki wzbudzili swoimi wierszami więcej niż podziw - wzbudzili miłość” Łza w oku się kręci, więc wchodzę na https://www.youtube.com/watch?v=HbaZVb3ILD4 i słucham na początek „Ballady o miłości” PS Ciekawostka: Marina Vlady mieszkała w Maisons – Laffitte, jak Giedroyć i jego „Kultura”
Wojciech Gołębiewski - awatar Wojciech Gołębiewski
ocenił na109 lat temu
Wszystko, co najważniejsze Ola Watowa
Wszystko, co najważniejsze
Ola Watowa
To bardzo dobre uzupełnienie “Mojego wieku” Aleksandra Wata, nie sięgające jednak wyżyn tamtego arcydzieła, najlepszej książki o tym, jak się zostawało komunistą przed II wojną, i jak przechodziło się na przeciwstawne pozycje po poznaniu Sowiecji. Niesłabnącą wartością pozostaje opis dramatycznych losów na zesłaniu w Kazachstanie. Z oczywistych powodów Wat nie mógł ich opisać, siedząc wtedy na Zamarstynowie, a potem na samej Łubiance. Ale to również hymn na cześć piękna przyrody i urody świata, także tam, na gorących stepach - latem, a mroźnych - zimą Bardzo mi się to kojarzyło z dopiero co czytanymi wspomnieniami Nadieżdy Mandelasztam z tego samego czasu… To także kawał historii, takiej niekoniecznie znanej i uznawanej. Np. Andrzej, dziecko Watów, styka się z antysemityzmem już od maleńkości, na razie nieświadomie. “Bony, które przeważnie pracowały u Żydów, zbierały się w Parku Ujazdowskim, w pięknej alei bzowej, siadały na ławkach i rozprawiały na tematy żydowskie, a te dozorowane przez nie dzieci różnych adwokatów, inżynierów, lekarzy słuchały i nasiąkały tym wszystkim. I tak oto mój Andrzejek przyszedł zachwycony, że to świetnie, że wybijają szyby”. “+Czy kochasz mamusię?+. Odpowiedział: +Tak, bardzo+. +No to wiedz, że twoja mamusia jest Żydówką. No i co, kochasz Mamę?+. Na co mój Andrzejek zastanowił się, zawahał się chwilę i odpowiedział: +Tobym ją kochał jeszcze bardziej, gdyby nie była Żydówką+”. W 1931 r. Wat trafił jako - wówczas - komunista do więzienia, ale wyszedł z niego dzięki pomocy przyjaciół. “Całe to więzienie polskie ja przynajmniej wspominam teraz jako wielką sielankę. Widzenia, wałówki, umowy, że o określonej godzinie będę chodziła Daniłowiczowską pod więzieniem, a on wtedy będzie wypatrywał mnie przed zakratowane okno. Nie to co Lwów, co więzienia sowieckie. To przepaść”. Bo z Sowietami Watowie spotykają się we wrześniu 1939 r., gdy zajmują oni Lwów. “Chleb zaraz następnego dnia po wkroczeniu Rosjan zawijano w gazetę. Następnego dnia nie było już papieru”. Wat zaczyna we Lwowie pracować w sowieckiej gadzinówce „Czerwony Sztandar”, gdzie robiąc nocną korektę, zawsze miał obsesję, żeby w druku zamiast Stalin nie wyszedł Sralin. „Bo za to rozstrzeliwano” . W 1940 r. Wat wraz m. in. z Broniewskim zostaje aresztowany przez NKWD. Jego żona z synem jako rodzina “wroga ludu” zostaje wywieziona do Kazachstanu. Inni deportowani biorą ją za donosicielkę, bo ktoś ją kojarzy jako żonę komunisty (wtedy - już byłego). W związku z tym jest szykowana przez prawdziwych Polaków, także jako Żydówka. “I chociaż byłam na tym samym co oni dnie nędzy i poniewierki, nie znalazł się ani jeden człowiek, który by usiłował bodaj sprawdzić to, co usłyszał, pomówić ze mną na ten temat, przekonać się że może się mylą, że jestem tak samo jak i oni więźniem”. “Najstraszliwsza tortura ludzkiej niechęci, straszliwych podejrzeń, z dodatkiem obrzydliwego na tym dnie niedoli ludzkiej i osamotnienia antysemityzmu”. “Stłoczeni w wagonie byli wrodzy nie tylko w stosunku do mnie. Po kilku dniach wspólnej jazdy zaczęły wybuchać o byle co awantury nawet pomiędzy członkami rodzin. Nikła warstewka kultury spełzła ze wszystkich w czasie nieprawdopodobnie krótkim”. A już na miejscu nie jest lepiej…. “Zbliża się do mnie pani pułkownikowa Wenclowa i przemiłym głosem proponuje, żebym so​bie poszukała innego miejsca w baraku, bo +tutaj będziemy się modlić, a to i nam, i zapewne pani będzie przeszkadzać+. Na miejscu ciężka praca w kazachskim stepie, marne warunki, głód, brud, ale i piękna natura. I miejscowi, do których Autorka generalnie nie odczuwa niechęć, bo nie ma podstaw. “Byli niewolnikami, każdej chwili zagrożeni więzieniem albo łagrem. Od tej pory twierdzę, że jest to jeden z najnieszczęśliwszych narodów na świecie, O czym świadczą miliony ludzi ginących w łagrach i w więzieniach (...). To nie naród, to ustrój jest zbrodniczy”. “Kazachowie mówili, jak żyją w strachu i nędzy i bez żadnej nadziei na lepsze jutro. Czuło się ich nienawiść do tego ustroju, do komunizmu. Nie tylko za utracony dobrobyt, ale przede wszystkim za utraconą wolność, tak pięknie teraz przez nich wspominaną. Czuło się ich bezsiłę. Zaraz po rewolucji znaleźli się w więzieniu, bo tym więzieniem stał się cały ich świat, te stepy, w których zdawało się, czuje się jeszcze ducha wolności i swobody”. “Nigdy się nie bałam spotkanego przypadkowo w stepie Kazacha. Bałam się natomiast ludzi sowieckich. Kazachowie, jak nauczyło mnie potem doświadczenie, mieli i zachowali swoją wiarę, swoje wierzenia, swoje przykazania moralne”. “Było południe, słońce piekło z okrutną obojętnością i nie było nadziei na błogosławieństwo ochłody świeżego wieczoru ani na rosę przedświtu. Stałam przed naszą lepianką i czekałam na powiew wiatru, który niezmiennie jest tu suchy i gorący, czekałam nieświadoma czasu, który mijał, ponieważ godziny przestały tu być realne, dnie przechodziły w mękę nocy, poranki w piekło południa i nic się nie zmieniało w tej ciekłej, nie kończącej się, żadnymi zmianami nie znaczonej egzystencji”. Albo taka czuła wzmianka o młodym Kazachu, który wrócił z wojny bez nogi : “Położono go na prawdziwym łóżku. Pierwszy raz w życiu leżał na prawdziwym łóżku, a nie na szmatach na klepisku. Leżał na białych prześcieradłach. Pielęgniarka w białym czepeczku i fartuchu podawała mu posiłki, jakich do tej pory nie jadał, opatrywała jego rany. Błogostan. Firanki w oknach. Ciepło, przytulnie, syto, pięknie. Jakiż piękny jest świat, gdzie się tak śpi, je mieszka i gdzie ludzie są tacy dobrzy i grzeczni jak jego pielęgniarka, jak jego lekarz. Bajka z tysiąca jednej nocy. Cudowne przeżycie. I gdyby nie wojna, nigdy by nie dowiedział się, że istnieje taki świat”. Potem już w Ałmaty, już po cudownym spotkaniu z mężem, grozi im śmierć głodowa Wtedy pomaga im Wiktor Szkłowski, ten sam który wspierał wcześniej Mandelsztamów, “przynosząc mi cały woreczek ryżu. Był to jego przydział na miesiąc. Nie śmiałam daru tego przyjąć, ale on ze łzami w oczach twierdził, że nie mam prawa mu tego odmawiać”. Są tam też Paustowski i Zoszczenko. “Pisarze o których wspominam, nienawidzili ustroju, w którym przyszło im życiu tworzyć”. Niestety, Autorka nie może powiedzieć wiele dobrego o miejscowej Delegaturze rządu RP w Londynie. “Ludzie tam pracujący wraz z naszym delegatem myśleli przede wszystkim o sobie, o swoich wygodach, a nawet o luksusie. Nie została tam poczęstowana niczym z suto zastawionego stołu. I co za paradoks: to pisarze, intelektualiści moskiewscy dokarmiali nas, przygarnęli nas do siebie jako współcierpiących z nimi ludzi”. To krótki czas, gdy Polacy związani z Delegaturą, w tym i Wat, relatywnie nie mieli źle, w przeciwieństwie do zwykłych Kazachów: “Na ulicy stał tłum ludzi w ogonku do jakiegoś sklepiku, w którym wydawano zgniłe pomidory. Sklep dla nas mieścił się w podwórzu w ukrytym lokalu. Trudno było uwierzyć w tym czasie, kiedy tylu ludzi umierało z głodu, co przydzielano uprzywilejowanym. Delegaturę w owym czasie zaliczano właśnie do tej kategorii.(..) Dostawało się absolutnie wszystko, łącznie z kawiorem, tortami, winem, czekoladą. (...) Na dnie tej szczęśliwości było prawie że uczucie wstydu, że korzystamy, że żywimy się z tego splugawionego nędzą powszechną źródła”. Po zerwaniu w 1943 r. przez Sowietów stosunków dyplomatycznych z RP wszystko wraca do “normy”, a nawet jest jeszcze gorzej…. Dramatyczny, znany szczegółowo z “Mojego wieku”, opis tak zwanej paszportyzacji czyli zmuszania Polaków w Sowietach do przyjmowania sowieckiego obywatelstwa po zerwaniu stosunków z rządem RP. I w tym kontekście Autorka wspomina o czymś, co nie jest powszechną wiedzą: “Wszyscy Polacy ze Związku Patriotów razem z całą armią i z całym sztabem tych wielkich patriotów weszli przecież do Polski jako obywatele sowieccy. Paszportyzacja i zalegalizowanie Związku Patriotów było jednoczesne i należało do jednego planu: obrócić milion czy półtora miliona Polaków w poddanych sowieckich i jednocześnie dać im nadzieję powrotu do Polski” I to nikt inny, tylko Wat - polski Żyd, zarządził wśród Polaków bojkot przyjmowania paszportów wroga. W reakcji Sowieci aresztują wszystkich. Trafiają do więzienia, gdzie kryminalne więźniarki biją Autorkę, wściekłe, że ma czelność gardzić sowieckim paszportem. Po tym kobiety biorą paszporty obcego, wrogiego państwa - ale nie sam Wat. A to dzięki hersztowi bandytów którzy mieli go bić do skutku, wrzuconego im przez NKWD do celi “na pożarcie”. Ruski kryminalista Walentyn na to jednak nie pozwolił - zaimponowała mu postawa Wata, który powiedział przed frontem kryminalnych, że woli zginąć niż wziąć sowiecki paszport. Zdaje się, że jako jedyny Polak na coś takiego się poważył…. Ostatecznie Watowie wracają do Polski w 1946 r. i od razu deklarują niezainteresowanie budowaniem komunizmu. O dziwo, jest to uszanowane, prawdopodobnie z powodu jego przedwojennej działalności. Po 1956 r. Watowie coraz więcej czasu spędzają na Zachodzie, w związku z leczeniem jego ciężkiej choroby. W tych staraniach zahaczają m. in. o osławionego Padre Pio. “Wydał mi się prymitywny, brutalny, a także w uśmiechu jego było coś chytrego. Następnego dnia Aleksander miał stawić się w kościele do spowiedzi. Na pierwsze pytanie, kiedy się spowiadał po raz ostatni, odpowiedział, że do tej pory nigdy. I wtedy Padre Pio ujrzał jakby piekło, które się przed nim rozwarło i szatana w postaci Aleksandra. Zaczął się od niego opędzać i po prostu wypędzać z kościoła”. Taki to był z niego święty… Niezwykłą osobą była siostra Wata Seweryna Broniszówna, aktorka i wielbicielka Piłsudskiego. Jak pisze Autorka, miała ona przyjaciół wśród najbliższych mu ludzi, Wieniawa-Długoszowski, Stpiczyński, Beck, Miedziński i inni. “Przygotowania do wypadków majowych w 1926 roku odbywały się w jej mieszkaniu. +Byli moimi przyjaciółmi do objęcia władzy+. Potem odeszła od nich. +Nie lubię ludzi sprawujących władzę, a poza tym wiedziałam, że się nie nadają się do rządzenia Polską+”. W młodości była ona zaręczona z Andersem. Przebywając na Zachodzie, Watowie mieli problemy z przedłużaniem paszportów, w końcu wybrali wolność. “Zmuszono nas do tego, jak tylu innych Polaków, którzy gdyby mieli swobodę wyjazdów i powrotów do kraju, na pewno nie musieliby tej wolności wybierać, ponieważ byliby po prostu wolni. Zresztą zerwanie z komunizmem nie wiązało się z +wybraniem wolności+. Zerwanie z komunizmem nastąpiło wiele lat wcześniej”. Nie ma tego dobrego, co by na dobre nie wyszło: wszak dzięki temu z rozmów z Czesławem Miłoszem nagrywanych w Ameryce powstał “Mój wiek”, jedna z najlepszych książek nt. komunizmu. Książce Watowej tylko niewiele ustępuje znakomity film Roberta Glińskiego z niezapomnianym Krzysztofem Globiszem w roli Wata. Wstyd powiedzieć, odtwórczyni roli jego żony zupełnie już nie kojarzę, bo i aktorka chyba jej nie udźwignęła…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na81 miesiąc temu
Spiżowa brama Tadeusz Breza
Spiżowa brama
Tadeusz Breza
Maraton po Watykanie O książce Tadeusza Brezy „Spiżowa brama”, wydanej w 1960 roku, słyszałam już w szkole średniej, zatem przed potopem to było. Chyba nawet znałam ludzi, którzy ją czytali lub próbowali czytać. Na studiach gdzieś mi mignęła, by wreszcie w XXI wieku trafić do moich rąk. Książka w wersji „kieszonkowej” z 1968 liczy sobie ponad 700 stron małej czcionki. Jestem szczęśliwa, że dobrnęłam do końca. To był istny maraton, z punktami spożywczymi na trasie. Tu człek się zatrzymał, tu uzupełnił płyny, zjadł batona energetyzującego (tak to się nazywa?),przyśpieszył i metę osiągnął. Ale powoli… wszystko powoli. Zacznijmy od formy. Podtytuł książki „Notatnik rzymski”, prolog „Od autora” i pierwsza data „6 czerwca 56” od razu sugeruje, że nie będziemy mieć do czynienia z tradycyjną powieścią. To rzeczywiście zbiór różnego typu tekstów. Mamy więc klasyczne notatki jak w klasycznym „dzienniku” dzień po dniu, krótkie, bez komentarzy albo same komentarze na określony temat (np. relacje z pobytu w Fiuggi). Są też reportaże, obszerne opisy wydarzeń minionych i w miarę współczesnych (np. historia krwi św. Januarego w Neapolu),powroty do historii (np. dzieje obrazu „Uczta w domu Leviego” Veronese’a),liczne rozważania filozoficzne, ale przede wszystkim mamy tu obraz Watykanu z ostatnich lat panowania papieża Piusa XII, który „sprzyjał Hitlerowi i potępiał komunistów”, ale sporo dobrego też zrobił. Nie, o religii, wierze, Bogu niczego w tej książce nie znajdziecie. Przespacerujecie się natomiast po siedzibach papieży, bo do Castel Gandolfo też zajrzycie. Poznacie schemat zależności patriarchalnej, kto komu podlega i dlaczego. Poznacie wielu ówczesnych duchownych na różnych stopniach owej zależności. Pojawi się też kardynał Wyszyński, ale… uwaga… niewiele o nim. Po wypuszczeniu z internowania dogadał się przecież z komunistami, a komunizm w ujęciu watykańskim, był złem najgorszym. Jednym słowem – ziemski świat katolickiego państwa. Narrator wydaje się być nim nawet zafascynowany. Spotyka się z księżmi, bierze udział w wielu uroczystościach, zwiedza zakony. I notuje. Każdy swój krok, każdą znaczniejszą rozmowę. Bardzo stara się być obiektywny, ale nie do końca mu to wychodzi. Liczne dygresje w trakcie snucia opowieści np. o małżeństwie Bellandii powodują, iż książka rozrasta się do dużych rozmiarów i chwilami czytelnika nuży… Ale wyobraźmy sobie początek lat sześćdziesiątych, kiedy ukazuje się na rynku czytelniczym…. Zapewne jest wielkim wydarzeniem. Opisuje niedostępny dla przeciętnego Polaka Watykan. Wprowadza w tajniki zarządzania, mianowania, ba, opisuje cały przebieg czynności związanych ze śmiercią papieża, z balsamowaniem na czele, które praktycznie jest jedynym skandalem w całej opowieści. Nie spodziewajcie się zatem rewelacji, jak to bywa we współczesnych książkach o Kościele Katolickim. Nie spodziewajcie się udokumentowanych przypisami drastycznych sytuacji, opinii czy słów. To nie dokument. To epicka relacja o tym, co się komuś zdarzyło, co ktoś pomyślał, zapisał. I przygotujcie się na trudne czytanie….
gks - awatar gks
ocenił na810 miesięcy temu
Alfabet wspomnień Antoni Słonimski
Alfabet wspomnień
Antoni Słonimski
Trudno nie polubić „Alfabetu wspomnień”, w którym autor robi subiektywny przegląd swoich bliższych i dalszych znajomych, uwzględniając też paru takich, których osobiście nie spotkał lecz wspomnienia są warci, na przykład w anegdocie. Anegdot zresztą - jak to u Słonimskiego - jest sporo, a bardzo osobiste podejście do przywoływanych osób i zjawisk, od laurek poprzez wątpliwości aż po potępianie w czambuł, stanowią o atrakcyjności książki. Czy mam jakieś zastrzeżenia - owszem, pominięcia, choćby wynikające z przyjętej przez autora zasady, że nie będzie pisał o nadal, czyli w roku 1975, żyjących ludziach. Czyli na przykład o Jarosławie Iwaszkiewiczu, Irenie Krzywickiej i kilku innych, także z młodszych pokoleń, których aktywność na pewno śledził i wiele ciekawego miałby do powiedzenia. Natomiast fakt, że osobnego hasła nie ma w „Alfabecie” Maria Morska* po prostu mnie wkurzył, zwłaszcza że wzmianki o niej są, a jej zdjęcie otwiera sekcję Pikadorczycy i Skamandryci. Nie chodzi jedynie o ich wieloletnią miłość, o której wiedzieli wszyscy im współcześni - choć niektórzy utrzymywali, że była platoniczna - ale o jej rolę aktorki, feministki i środowiskowej Muzy. Chętnie poczytałabym też o zdolnej plastyczce, Janinie Konarskiej, ale prawdę mówiąc na obecność żony Słonimskiego w jego „Alfabecie” za bardzo nie liczyłam. Hasła są bardzo różnej długości. Do tych najkrótszych należy Beck Józef. Słonimski przyznaje, że się z nim przyjaźnił, pisze: „… zerwaliśmy przyjaźń po sprawie brzeskiej. Po sprawie Zaolzia napisałem w Kronice ‚Mądry Polak po S k o d z i e’. Gdy Beck miał swoje słynne przemówienie w maju 1939r., uściskałem się z nim serdecznie. Nie piszę historii. Sprawy to dawne, zawiłe, bolesne. Nie mnie sądzić o nim jako o polityku.” Jest to, moim zdaniem, przykład tego, co wówczas o Becku można było napisać, dotykając choć nie interpretując zawirowań epoki. Z kolei inne króciutkie hasło, „Czeszer Mec. Pierwszy Polak pochodzenia mojżeszowego, który dostał literacką nagrodę Nobla: ożenił się z wdową po Reymoncie” ma enigmatyczno-sarkastyczny posmak. Jest wyrazem uszczypliwości pod adresem nagrody dla Reymonta (a nie dla Żeromskiego, któremu zdaniem środowisk literackich Nobel dużo bardziej się należał). Ale wobec zamordowanego w getcie żydowskiego prawnika, Czeszera, taki wpis specjalnie elegancki nie jest. Zwłaszcza że zanim trafił do getta, zapobiegawcza żona zdążyła się już z nim, swoim trzecim małżonkiem, rozwieść. W każdym razie Mecenas Czeszer literatem nie był. Za to z dużą estymą pisze Słonimski w „Alfabecie” o Itziku Mangerze, poznanym w Londynie, jak go nazywa „najwybitniejszym liryku piszącym w języku jidysz”. Pięknie opisuje jak się porozumiewali - on nie znał żydowskiego, Manger polskiego, choć kiedyś obaj mieszkali w tym samym mieście, Warszawie, jak tłumaczył jego lirykę, jak go ekspediował do Polski na uroczystość odsłonięcia pomnika bohaterów getta. Manger należał „do nie istniejących już plemion małomiasteczkowych Żydów Europy wschodniej”. Trochę o nim myślałem - wyznaje Słonimski - gdy w Elegii miasteczek żydowskich (1947 rok) pisałem: „Już nie ma tych miasteczek, gdzie szewc był poetą, zegarmistrz filozofem, fryzjer trubadurem”. Sam Słonimski duszy sentymentalnego liryka chyba nie miał. Był przede wszystkim, jak trafnie go nazwała autorka jego doskonałej biografii, heretykiem na ambonie.** Lubił pouczać, wyzłośliwiać się, dogryzać, wykłócać się o swoje … Nawet jeśli kogoś darzył głęboką sympatią, starał się nadmiernie nie rozczulać. Czy kogoś w „Alfabecie” skrzywdził? No cóż, pisząc na przykład o Ferdynandzie Goetlu nie szczędzi słów obrzydzenia przytaczając jego faszystowskie pogróżki, kierowane bezpośrednio do niego. Ale choć o kolaborację z hitlerowcami go wprost nie oskarża, także go z tego zarzutu nie oczyszcza, jak robi to na przykład hasło w Wikipedii. Ograniczyłam się do paru, nietypowych moim zdaniem, przykładów, bo „Alfabet” każdy musi sam smakować, najlepiej wielokrotnie, po pewnym czasie - już niekoniecznie ciągiem, lecz wedle zapotrzebowania, na wyrywki. Na koniec jeszcze dwa cytaty z dość obszernego hasła Powrót. Dlaczego po jedenastu latach emigracji, pod koniec pobytu piastując prestiżowe i intratne funkcje w UNESCO i w londyńskim Polskim Instytucie, podjął Antoni Słonimski decyzję o przeprowadzce do zrujnowanej i nie całkiem niepodległej ojczyzny? Jest to interesująca, wieloaspektowa opowieść. Wybrałam z niej argumenty dla mnie bardzo przekonujące: „Obracałem się w Londynie w środowisku ludzi wybitnych i atrakcyjnych, ale nie jako partner równorzędny, lecz jako intruz. Niebłahą stanowiła przeszkodę bariera językowa. Mówiłem po angielsku poprawnie, ale bez finezji” „Przez pięć lat od 1946 do 1951 r. nie pisałem. Pogrążałem się coraz beznadziejniej w rutynę i obowiązki życia urzędniczego. Czułem, że jeszcze rok, dwa a zabraknie mi nie tylko siły wyrwania się z tego trybu życia, ale przestanę być pisarzem.” * Moją irytację na nieobecność w „Alfabecie wspomnień” Marii Morskiej (1895-1945) wzmogły daremne próby dotarcia do jej jedynej biografii, Hanna Faryna-Paszkiewicz: Opium życia. ** Joanna Kuciel-Frydryszak: Słonimski. Heretyk na ambonie.
Nina - awatar Nina
oceniła na81 rok temu
Kręgi obcości. Opowieść autobiograficzna Michał Głowiński
Kręgi obcości. Opowieść autobiograficzna
Michał Głowiński
Bardzo lubie tego autora, przeczytalem "Czarne sezony" i "Carska filizanke" i uwazam go za niedoscignionego mistrza jezyka polskiego. "Kregi obcosci" sa troche inne, to nie jest literatura, to sa po prostu dosc pokazne pamietniki. W roku 2010 z pewnoscia odbilo sie duzym echem to, ze autor dokonal w pamietnikach "coming outu", i, choc temat jest traktowany powaznie, jednak ciagle tylko pobieznie. Najwyrazniej, tak jak wszystkie osoby z tego pokolenia oraz generalnie wiekszosc ludzi w Polsce, nie wiedzial jak o tym opowiedziec, czul sie w temacie niezrecznie, to sa wlasnie te kregi obcosci w Polsce. Natomiast, jak sam zauwazyl, dyskusje na tematy zydowskie juz sa w Polsce znormalizowane, akurat w tych sprawach jestesmy juz na innym etapie. Pamietniki Glowinskiego to podroz w wiekszosci po Polsce Ludowej, wspanialy choc "dołujący" przekroj tego co tam sie dzialo, szczegolnie wartosciowy dla osob ktore urodzily sie po 1980. Ta epoka nie byla jednolita i warto miec tego swiadomosc. Generalnie, wydaje mi sie jednak, ze Glowinski planowal cos bardziej osobistego i nie calkiem mu sie to udalo, owszem, te osobiste momenty sa, ale jednak autor zawsze zachowuje elegancki dystans. Jego zaufanie do czytelnika jest ograniczone przez jego wlasne doswiadczenia zyciowe. Poniewaz jest profesorem polonistyki nie czuje sie "uprawniony" by pisac np. o muzyce klasycznej czy sztuce, a wielka szkoda, bo wlasnie w ten sposob poznalibysmy go blizej. Czytelnik musi wczuc sie w jego sytuacje, dziecka ocalonego z Zaglady, potem wyrastajacego w stalinizmie. I zawsze te na kazdym kroku powracajace (i jakze bardzo polskie!) przykrosci ktore go spotykaja, nawet w okresie w ktorym otrzymywal nagrody.
Witoldzio - awatar Witoldzio
ocenił na81 rok temu

Cytaty z książki Dzienniki 1909-1917

Więcej

Chciałabym przemóc siebie i drogą samokształcenia wyrobić w sobie obojętność na stosunek ludzi do mnie. Zawsze jeszcze nie znoszę, gdy mnie ktoś nie lubi, gdy robię komuś sobą zawód lub przykrość. To sprawia, że nudząc się z czyjejś winy, cierpnę na myśl, że on się tego domyśli. Muszę się koniecznie nauczyć być nieuprzejmą - w celach po prostu samoobrony. Zupełnie nie uznaję walorów owego altruizmu, który sprawia, że ważniejsze jest dla mnie niezadowolenie cudze niż własne.

Chciałabym przemóc siebie i drogą samokształcenia wyrobić w sobie obojętność na stosunek ludzi do mnie. Zawsze jeszcze nie znoszę, gdy mnie ...

Rozwiń
Zofia Nałkowska Dzienniki 1909-1917 Zobacz więcej

Cierpię to wszystko, aby po dwóch latach nieruchomości dać sobie możność uzbierania trochy wrażeń na później. Należę do przeżuwających i w notorycznym smutku łykam wrażenia po to tylko, by kiedyś potem, w pogodnej samotności, rozgryzać je i paść nimi swój głód.

Cierpię to wszystko, aby po dwóch latach nieruchomości dać sobie możność uzbierania trochy wrażeń na później. Należę do przeżuwających i w n...

Rozwiń
Zofia Nałkowska Dzienniki 1909-1917 Zobacz więcej

Jak zwykle w stosunku do ludzi, którzy mię pociągają w sposób nienawistny, byłam chłodna i że tak powiem wielkopańska, zamiast zalotna

Jak zwykle w stosunku do ludzi, którzy mię pociągają w sposób nienawistny, byłam chłodna i że tak powiem wielkopańska, zamiast zalotna

Zofia Nałkowska Dzienniki 1909-1917 Zobacz więcej
Więcej