cytaty z książki "Osiem gór"
katalog cytatów
(...) każdy z nas ma w górach swoje ulubione piętro, krajobraz, który odpowiada jego duszy, miejsce, gdzie czuje się najlepiej.
Czasem trzeba zrobić krok w tył, żeby pójść naprzód. Pod warunkiem że ma się dość pokory, by to uznać.
- Słuchaj, nieważne, ile czasu nam to zajmie - powiedział. - Przy tej pracy nie możesz myśleć za bardzo do przodu, bo zwariujesz.
- No to o czym mam myśleć?
- O dniu dzisiejszym. Popatrz, jaki piękny dzień.
Rozejrzałem się. Trzeba było nadmiaru dobrej woli, by tak go zdefiniować.
-Do baru też chodziłem. Teraz koniec z barem, las jest lepszy.
Zdejmowałem plecak, siadałem na ziemi - popełniałem więc wszystkie błędy, których swego czasu ojciec uczył mnie nie popełniać - i czekaliśmy w milczeniu, starając się nie patrzeć na siebie, aż moje serce się uspokoi.
-Jaką średnicę powinna mieć belka stropowa, w jakiej odległości od siebie należy je umieścić, jaki rodzaj drewna najlepiej się nadaje. Jodła nie, bo to miękkie drewno. Modrzew jest twardszy. Nie wystarczyło, że mu to powiedziałem, chciał zawsze znać przyczyny. A rzecz w tym, że jedno rośnie w cieniu, drugie na słońcu: to słońce sprawia, że drewno jest twarde, cień i woda je rozmiękczają, a to nie jest dobre dla belek.
Człowiek powinien robić to, czego życie go nauczyło.
(...)wy, miastowi, nazywacie to wszystko „naturą”. Jest dla was czymś tak samo abstrakcyjnym jak jej nazwa. My tutaj mówimy „las”, „pastwisko”, „potok”, „skała” – to są rzeczy, które możesz wskazać palcem. Rzeczy, które do czegoś służą. A jeśli do niczego nie służą, wcale ich nie nazywamy, bo to się na nic nie przydaje.
Nauczyłem się już, że nie da się przekazać własnych przeżyć stamtąd tym, którzy pozostali w domu.
Zakochani, pomyślałem: wspaniałe, że są na świecie, ale tam, gdzie przebywają, każde pomieszczenie robi się za ciasne.
(...)czuć było od niego oborą, sianem, zsiadłym mlekiem, wilgotną ziemią i drzewnym dymem – zapachem, który od tamtej pory już na zawsze stał się dla mnie zapachem gór i który odnajdywałem we wszystkich górach świata.
Odkrywałem w skale coś elastycznego: nie pochłaniała energii stąpnięcia jak trawa czy ziemia, ale oddawała nogom taką samą siłę, z jaką została naciśnięta, i niczym trampolina popychała ciało do następnego kroku. Gdy już raz postawiłem nogę na skale i odbiłem się naprzód i w górę, krok coraz bardziej mi się wydłużał: nagle zacząłem biec i skakać po kamienisku, a po chwili przestałem kontrolować ruch stóp i pozwoliłem, by same mnie niosły. Czułem, że mogę im zaufać i że nie zbłądzą. Przypomniałem sobie ojca i radość, jaka go ogarniała, gdy przekraczaliśmy poziom pastwisk i wkraczaliśmy w świat skał. Może to była ta sama radość, którą teraz czułem w swoim ciele.
Ujadanie owczarków, protestujące muczenie krów i tępy brzęk ich dzwonków zagłuszały wszystkie inne dźwięki, a ja miałem takie uczucie, jakby góra na nowo wypełniała się życiem. Stado wspinało się w górę, mijając rozwalające się szałasy, murki rozsadzone korzeniami krzewów, szare pnie padłych modrzewi, było niczym krew, która zaczynała na nowo krążyć w żyłach na wpół obumarłego ciała, przywracając je do życia. Zastanawiałem się, czy lisy i sarny, które z pewnością obserwowały nas z lasu, też potrafią na swój sposób uczestniczyć w atmosferze święta, której doświadczałem.