cytaty z książki "Dół"
katalog cytatów
- Postawmy pytanie: skąd się wziął naród rosyjski? I odpowiedzmy: z burżuazyjnego głupstewka! Może by się wziął i skądinąd, ale nie było miejsca.
Leżał w suchym napięciu przytomności i nie wiedział, czy jest potrzebny na świecie, czy też wszystko bez niego i tak się pomyślnie odbędzie.
Jako ktoś żyjący zaocznie Woszczew odbywał swoje przechadzki między ludźmi, czując wzbierającą sile zasmuconego umysłu, coraz samotniejszy w ciasnocie swojej zgryzoty.
Nikt o niczym nie śnił i nie rozmawiał ze wspomnieniami – każdy istniał bez żadnej nadwyżki życia.
Woszczew dostał łopatę i z zajadłością rozpaczy własnego życia zacisnął ją w rękach, jakby chciał wydobyć prawdę ze środka ziemskiego prochu.
Pracował niepomny czasu ani miejsca, oddając resztkę swoich ciepłych sił kamieniowi, który rozbijał – kamień się rozgrzewał, a Kozłow stopniowo chłódł.
Zamiast nadziei pozostało mu jedynie trwanie.
Z postanowieniem skonania położył się do łóżka i zasnął w szczęśliwej obojętności dla życia.
Kiedyś w taki właśnie wieczór dom jego dzieciństwa minęła dziewczyna, a on nie mógł sobie przypomnieć ani jej twarzy, ani roku owego wydarzenia, odtąd jednak wpatrywał się we wszystkie twarze kobiece i w ani jednej nie rozpoznawał tamtej, która choć znikła, pozostała jego jedyną ukochaną, co przeszła obok niego tak blisko i nie przystanęła w drodze.
Nieznany, zmęczony człowiek siedział przy kociołku w oczekiwaniu wieczerzy, zdeterminowany ścierpieć swoje życie do końca.
No cóż - mawiał zwykle w okresie trudności – tak czy owak, historycznie nadejdzie szczęście”.
Jeżeli patrzeć tylko z dołu, w suche głupstwo gleby i trawy, żyjących w ścisku i w biedzie, to w życiu nie było nadziei.
Szykując się na noc jak na zimę, włożył swój waciak żółtotyfusowej barwy, który był jedynym jego okryciem od czasu ujarzmienia burżuazji.
- Zgaś światło - powiedziała stara kobieta – bo wciąż cie widzę i żyję. Tylko nigdzie nie odchodź – pójdziesz kiedy umrę. (…)
- Mamo, jesteś jeszcze żywa czy już ciebie nie ma? – zapytała dziewczynka w ciemnościach.
- Jeszcze trochę – odparła matka – Kiedy odejdziesz, nie mów, że tu zostałam nieżywa. Nie opowiadaj nikomu, że to ja cię urodziłam, bo cię zamęczą. Idź stąd jak najdalej, wtedy pozostaniesz przy życiu.
- Mamo, a na co ty umierasz – na to, że jesteś burżujką, czy na śmierć?
- Obrzydło mi. Umordowałam się – powiedziała matka.
- Bo ty się urodziłaś dawno, dawno temu, a ja nie.
Bał się zapomnieć o obowiązku radości.
Ta istota, pełna życia świeżego jak mróz, będzie musiała się męczyć bardziej i dłużej niż on.
Wcale nie chciałam się urodzić, bałam się, że będę miała matkę burżujkę (…). Kiedy ich (Stalina i Budionnego) nie było, a żyli sami burżuje, to się nie rodziłam, bo nie chciałam! A teraz, jak się stał Stalin, ja też się stałam!
Żeby nie myśleć dalej, chłop położył się w dół i płakał jak najszybciej płynącymi łzami, niecierpiącymi zwłoki łzami.
Zasiadł do sporządzenia projektu własnej śmierci, żeby zapewnić ją jak najszybciej i najnieomylniej.
– Mamy ich zlikwidować ni mniej, ni więcej tylko jako klasę, byleby wrogowie osierocili cały proletariat i stan parobczański!
- To co wam zostanie?
- Cele, twarda linia dalszych przedsięwzięć, rozumiesz?
- Tak – odpowiedziała dziewczynka. – To znaczy pozabijać wszystkich złych ludzi, bo dobrych jest bardzo mało”
- W pełni klasowe z ciebie pokolenie – ucieszył się.
Niech przyszłość będzie obca i pusta, a przeszłość spoczywa w grobach.
- Babę ma? – zapytał Czyklin Jelisieja.
- Sam pozostawał – odparl Jelisiej.
- To po co był?
- Bał się nie być.
- A co to za jeden nadmiarowy tutaj leży?
- Tego to ja wykończyłem - objaśnił Czyklin. – Myślałem, że ścierwo się zjawił i uprasza się o cios. Przylałem mu, a ten osłabł.
- Przyłóż mu! – powiedział Woszczewowi Czyklin. Woszczew podszedł do szkodnika i wykonał uderzenie w twarz. Szkodnik więcej nie zabierał głosu. Woszczew wrócił do Czyklina ze zwykłym sobie zdumieniem nad otaczającym go życiem.
Bodajbym się urodził komarem; ten ma żywot krótki.
- Umarli nie robią hałasu – powiedział chłopu Woszczew.
- Już nie będę – skwapliwie odparł leżący i zamarł szczęśliwy, że dogodził władzy.
- Stygnie – Woszczew dotknął szyi chłopa.
Słowami wytycza się linie i hasła, twardy znak jest nam potrzebniejszy do miękkiego. To miękki należy zlikwidować, a twardy jest dla nas nieodzowny: to on zapewnia twardość i jasność formuł.
Bez najmniejszego ruchu tułowiem wymierzył popu świadome uderzenie w policzek.
Dzieciak rozgryzł ze zdziwieniem całkowicie kamienisty cukierek, który błyszczał jak rozcięty lód, a w środku nie miał nic prócz twardości. Chłopiec oddał z powrotem pół cukierka aktywiście.