cytaty z książek autora "Wiesław Wernic"
Świtało. Cisza okryła ziemię, wiatr zwinął skrzydła. Żałosny głos sowy rozpłynął się bez echa. Dalekie, przeciągłe wołanie niewidocznego drapieżnika urwało się w pół dźwięku. Gwiazdy przygasły, a mrok pojaśniał. Tylko w głębi posępnego matecznika świerków – tajemniczej wyspy wśród bezleśnej równiny – nadal kłębiła się czerń nocy.
Potem wschód zapłonął purpurą. Drżące igiełki czerwieni pojawiły się ponad linią horyzontu i po chwili rąbek słonecznej tarczy dźwignął się nad ziemią. Ścieżka jasności pobiegła chyżo, znacząc swój szlak rodzącymi się cieniami drzew, krzewów, pagórków i dolin. W zielonej gęstwinie zaśpiewał pierwszy ptak, na łodygach traw rozbłysły krople rosy. Rodził się dzień.
Słońce zachodzi, ucicha wiatr,
Samotne ognisko płonie.
Pod ręką strzelba - trapera brat,
Po niebie obłoki gonią.
Chciałbym z obłokiem popłynąć w dal,
Do miejsc, gdzie nikt mnie nie czeka,
Gdzie preria śpi, a pluskiem fal
Podzwania nieznana rzeka.
I dotrzeć tam, gdzie rośnie bór
W zadumie swej mrocznej ciszy
I w grzmocie pian, gdzie spada z gór
Potok ze skalnej niszy.
A kiedy wreszcie zróżowi świat
Zorza, gdy wstanie na wschodzie,
Chcę patrzeć, jak bóbr - nasz młodszy brat,
Opuszcza swój dom na wodzie.
Pochwycić chmurę, okiełznać ją
Niczym dzikiego konia,
Wskoczyć na grzbiet i przez mil sto
Prerii przemierzać błonia!
Już zasnął wiatr, na szczytach drzew
Ostatnie gasną zorze,
Szarego wilka tęskny zew
Rozlega się po borze.
Wędrowcy nocy, lasów, pól
Szykują się na łowy,
Więc dorzuć drew, sprawdź zapas kul
I derkę wsuń pod głowę
A jutro świtem błyśnie dzień
I słońce znowu wstanie.
Obudzi cię wśród cieni drżeń
Dalekich wzgórz wołanie,
Dalekich wzgórz wołanie!
- Mgła zawsze otacza dzień jutrzejszy, nawet każdą godzinę, nawet każdą minutę.
- A przewidywanie?
- To tylko ta krótka przestrzeń, jaką można ogarnąć wzrokiem z wyżyn kapitańskiego mostku i to nawet nie zawsze dokładnie. Naszą lornetą - mózg, kompasem - serce, ale jakżeż często nas zawodzą ci pomocnicy.
Wszedłem do wagonu i zatrzasnąłem drzwi. Za oknem zaczęła się przesuwać zielona preria.
Oczy przesłoniła mi wilgotna mgiełka. Kiedy znikły już w dali sylwetki przyjaciół, odwróciłem się i poszedłem w głąb wagonu. Nie trzeba się rozczulać jak dziecko. Niemęski to zwyczaj. Howgh!
Wpatrzony w mroczny las i w rzekę księżycowego światła wypełniającego dolinę, rozmyślałem nad dziwnym zbiegiem okoliczności, które poprzedziły moją wyprawę na prerię. Długi szereg przyczyn i skutków przywiódł mnie aż tutaj, do Doliny Siodła. Ileż doświadczeń, ileż cennych prawd o człowieku, ileż wiedzy o życiu zdobyłem na tych pozornych pustkowiach Kanady!
Było ciemno i w górze zaczęły przebłyskiwać gwiazdy. Wkrótce ukazał się księżyc i rozświetlił daleki obszar prerii. Zrobiło się widno jak w dzień. Powędrowałem na grzbiet wzniesienia, poniżej którego bezszelestnie toczył swe wody strumień. Tuż przy brzegu czerniała masa bizoniego mięsa. Jeszcze nie gromadzili się przy nim nocni biesiadnicy. Wiedziałem, że na pewno przyjdą, znęceni zapachem, który ja już czułem. Zatoczywszy krąg wróciłem do ogniska żarzącego się wiśniową barwą nadpalonych drewien. Odwiązałem od siodła derkę, siodło ustawiłem jako oparcie dla pleców i w ten sposób ulokowałem się przy ognisku. Dokoła było cicho i ta cisza podziałała na mnie usypiająco. Kiedy zbudziłem się, nadal trwała noc, ale już nie tak spokojna. Od rzeki niosły się naszczekiwania kujotów. Nocne bractwo ucztowało. Czy tylko preriowe psy?
Nocował poza granicami osady, nad strumykiem, który płynął u jej krańców. Za skarby świata nie zostałby w Lonely Valley. Carr nie lubił tajemnic. Mimo woli kojarzyły się w jego umyśle ze sprawami nadprzyrodzonymi. Podejrzewał, że opuszczona, martwa osada kryje w sobie ponure sprawy. Może w nocy krążą po niej widma dawnych mieszkańców? Carr, chociaż w towarzystwie innych pokpiwał sobie z wszelkich duchów, w samotności Dalekiego Zachodu przykładał inną miarę do wydarzeń, których nie potrafił w prosty i logiczny sposób sobie wytłumaczyć. A zniknięcie bez śladu całej ludności Lonely Valley wyjaśnić nie umiał. Sen miał niespokojny, co jakiś czas budził się, nasłuchiwał. Dlaczego nie odjechał dalej?
- Kiedy cię ujrzę znowu, mój bracie?
To było ostatnie pytanie, jakie Karol zdołał wymówić przez ściśnięte gardło. Ale nie otrzymał odpowiedzi.
- Żegnaj - usłyszał tylko.
Karol obrócił koniem, a kiedy odjechał kilkanaście jardów, spojrzał za siebie. To - imniża tkwił nieruchomo na grzbiecie mustanga jak posąg odlany z brązu. Widząc, że Karol zatrzymał się, podniósł otwartą dłoń - na znak pokoju i przyjaźni - i wspiął konia do skoku. Daleka chmurka kurzu poniosła się za nim, a Karol czekał, aż postać jeźdźca zmaleje do wielkości szpilki i wreszcie zniknie.
Carr początkowo niemal nie uświadomił sobie ogromu nieszczęścia. Po raz pierwszy w życiu odczuł stratę konia przede wszystkim jako stratę... przyjaciela. Rozżalony bardziej losem konia niż swoim własnym, spoczywał przytulony do skały, maltretowany uderzeniami wichru. Lecz opanował się, zebrał myśli. Rozumiał, że nie wolno mu ulec panice ani desperackim nastrojom i że w tym miejscu nie można pozostawać dłużej - szybko skostniałby z zimna i już nie powstał.