Czarne karty Kościoła Vittorio Messori 6,1

ocenił(a) na 226 tyg. temu Tytuł miał być przewrotny i bardzo się autorowi udał, zresztą moim zdaniem tylko tytuł. Odniosę się do fragmentów, które bardziej zapadły mi do głowy, nie ma się co oszukiwać, nie wszystkie poruszane aspekty mnie interesowały i zainteresowały, a fragmentarycznie były po części zwyczajnie nudne i pisane ze sztuczną żarliwością.
Autor udowadnia rozmaite tezy m.in. o tym, że tam gdzie w imię instytucji kościoła popełniono zbrodnie to ich nie popełniono, o nienawiści antykatolickiej i spisku przeciw wierze, o np. celowym zniszczeniu klasztoru Monte Cassino przez nacierające wojska alianckie, nie jako potencjalnego punktu oporu, ale jako miejsca kultu, generalnie jest tego całkiem sporo. Udowadnia często używając kiepskawych argumentów, w toku swoich przydługich i nudnych wywodów wyciąga na wierzch epizod - spotkanie Ghandiego z Mussolinim w 1931 roku, tajemniczy opis, że połączenie tych dwóch osób stwarza kłopoty każdemu kto w Ghandim chciałby widzieć kwintesencje pacyfizmu. Kontekst czasowy powinien uzmysłowić, że w 1931 roku Mussolini to polityk innego kalibru niż 10 lat później. Bynajmniej ani nie zamierzam tłumaczyć z tego spotkania Ghandiego, ani udowadniać, że Mussolini nie zaatakował jeszcze wtedy Abisynii i nie dokonał wielu innych rzeczy, które później obciążą jego konto w nieodległej przyszłości. Taką sytuację wyciągnął autor … żeby udowodnić swoje tezy, bratanie się z faszystami jest zawstydzające i może rzutować na karierę, światopogląd i słabo się sprzedaje, zgadzam się tutaj z autorem. Zapomniał jednakże o tym, że kiedy ktoś chce wybić się na niepodległość szuka sojuszników wśród wrogów swojego wroga.
I co mamy dosłownie parę stron dalej, otóż dalej pojawia się postać „obrońcy skarbów i kultury łacińskiej z klasztoru Monte Cassino” – marszałka III Rzeszy Alberta Kesselringa, możemy przeczytać: „(…) marszałek polny, Albert Kesselring, bawarski katolik, pochodzący ze starej, przednazistowskiej kasty wojskowej, która łączyła wojskowy dryl ze szczególnym pojęciem honoru, nie umiał się zdecydować na ufortyfikowanie tego miejsca ponieważ byłoby to równoznaczne z wystawieniem go na zniszczenie. Niemcy (mimo wszystko potomkowie jednego z najbardziej oświeconych krajów świata i katolicy przynajmniej w jednej trzeciej swej ludności) dobrze wiedzieli, co oznacza dla powszechnej cywilizacji miejsce, w którym razem ze św. Scholastyką spoczywają szczątki świętego Benedykta z Nursji, nie bez przyczyny głównego patrona Europy (…).”
Już początek, tego haniebnego zdania powinien u każdego mojego rodaka spowodować zapalenie się „czerwonej lampki” o bardzo ostrej barwie. Samo stwierdzenie, że pochodzi ze starej przednazistowskiej kasty wojskowej powinno nas zmrozić, tzn. że jest oficerem ze starej pruskiej szkoły tradycyjnie nienawidzącej Polski i Polaków, no tak, ale jest z Bawarii to uspokaja …, jednak to nie pogranicze, gdzie emocje i nienawiść były jednak kilka poziomów wyżej. To katolik i do tego honorowy, ale jednak … to wyznawca szczególnego pojęcia honoru, a co to może być ? Otóż moim zdaniem „honor szczególny” różni się tym od zwykłego, że dotyczy jakiejś wybranej grupy, podczas kiedy nie stosuje się go do innych grup.
To teraz cytat z tego hitlerowskiego marszałka, kreowanego na bohatera: „Krążąc nad miastami i polami wroga, winniście zdławić w sobie wszelkie uczucia. Musicie powiedzieć sobie, iż istoty, które widzicie, nie są ludźmi. Ludźmi są bowiem tylko walczący Niemcy. Dla niemieckiej Luftwaffe nie istnieją ani tak zwane obiekty niewojskowe, ani względy uczuciowe. Kraje nieprzyjacielskie winny zostać starte z powierzchni ziemi.” To teraz zgadujemy…, kiedy to ten bawarski katolik wypowiedział te słowa … ?
Otóż przed inwazją niemiecką na Polskę w 1939 roku, a zatem 5 lat przed bitwą o Monte Cassino. Ten wybitny obrońca kultury europejskiej był dowódcą operacji „Wasserkante”, czyli bombardowań Warszawy, w toku bombardowań zginęło ponad 10 tys. cywilów (szacunki sięgają 25 tys.),rannych zostało przynajmniej 50 tys., bombardowano m.in. szpitale, dzielnice mieszkaniowe, a sztandarowym wizerunkiem tej operacji jest płonący Zamek Królewski w Warszawie.
Marszałek polny Albert Kesselring dla autora - obrońca kultury europejskiej, bawarski katolik, honorowy oficer z przednazistowskiej kasty wojskowej, dla mnie Albert Kesselring - zbrodniarz wojenny, morderca i niszczyciel, kat niewinnych ludzi, zesłał nieszczęście na setki osób, aby zwyciężyć dla swojego fuhrera. Absolutnie odżegnuję się od takich wzorców wiary i kultury europejskiej. Nie powieszono go tylko ze względu na politykę, jak wielu innych niemieckich zbrodniarzy uniknął kary, pisał wspomnienia. Ironia losu, ale ten niemiecki bandyta został skazany za zbrodnie wojenne we Włoszech, kazał rozstrzelać cywilów, autorowi to nie przeszkadza, wszak dla niego katolicka rekomendacja anuluje te wszystkie drobne niedogodności.
Innym ciekawym aspektem jest rozdział o całunie turyńskim, nie odnoszę się do samego przedmiotu jako takiego, przemyślenia w tej kwestii pozostawię dla siebie, natomiast co do żarliwego „udowadniania” jego autentyczności przez autora, mogę stwierdzić, że jednak lepsi od niego mieli wątpliwości, a przeprowadzone badania naukowe nie przesądziły o jego autentyczności. Jednakże w całym tym rozdziale autor „zapomniał” wspomnieć, że średniowiecze było epoką kiedy handel relikwiami kwitł na potęgę, że handlowano głównie podróbkami, że nie kto inny jak Jan Kalwin skrytykował ten handel nie bezpodstawnie twierdząc, że do „(…) udźwignięcia wszystkich istniejących odłamków Krzyża (istniejących jako relikwie – przyp. mój) potrzeba by trzystu ludzi. I to mimo, że Chrystus niósł narzędzie swej kaźni w pojedynkę…”. I drugi aspekt tej sprawy, metodą radiowęglową określono pochodzenie całunu na okres średniowiecza - około XIII wieku, od tej mniej więcej pory zaczyna się też udokumentowana historia całunu. I tu chciałbym nadmienić, metoda radiowęglowa nie jest doskonała, ale nie ma błędów w granicach 1200 lat to jedna sprawa, druga chyba bardziej istotna to taka, że jest to metoda badawcza, stosowana w archeologii, którą autor stara się zdeprecjonować swoją „żarliwością”, nie tędy droga. Na marginesie warto również wspomnieć, że prawo kanoniczne zabrania handlu relikwiami, nie wiem czy dotyczy to także dostojników kościoła ? i jak należy rozumieć ten handel …
Na koniec zostawiłem sobie rzecz szczególnie bulwersującą – podbój nowego świata. W dużym uproszczeniu Indianie byli źli, wyznawali wielobóstwo, odprawiali krwawe obrzędy. Nikt inny tylko Hiszpanie pojawili się w Ameryce w celu szerzenia dobra, prawdziwej wiary, niemalże z gałązką oliwną w ręku, żeby nawrócić tych nieszczęśników i uczynić ich życie szczęśliwym. Tubylcy wyginęli na skutek bratobójczych walk i chorób. Jest to oczywiście pewne uproszczenie, ale mniej więcej tak wygląda narracja autora.
To teraz cytat jak wyglądał podbój Ameryki: „Konkwistadorzy byli niezwykle brutalni wobec tubylców. W ciągu kilkudziesięciu lat w walkach oraz z powodu chorób przywiezionych z Europy zginęła duża część rdzennej ludności Ameryki.” Idźmy dalej, jak wyglądała ich praca: „Indianie zmuszani przez osadników z Europy do niewolniczej pracy szybko umierali z wycieńczenia. Dlatego część plemion zaczęła przenosić się w rejony trudno dostępne dla konkwistadorów.(…)”. I dalsze konsekwencje podboju: „W tej sytuacji, aby zapewnić sobie tanią siłę roboczą, zaczęto sprowadzać do kolonii silnych i odpornych na choroby mieszkańców Afryki. (…) Doprowadziło to do rozwoju niewolnictwa na ogromną skalę.” Zgadujemy skąd te cytaty ? Otóż z podręcznika do historii dla klasy 6 szkoły podstawowej, nie do wiary ?, czyżby dzieci karmiono kłamstwem ? Nie…, książka posiada certyfikat MEN, a treść przetrwała dwie zmiany władzy.
Po prostu, autor najwidoczniej nie wiedział, że bitna szlachta hiszpańska, udała się do Nowego Świata, żeby zdobyć bogactwo, nie wiedział, że hiszpańska korona organizowała konwoje ze zrabowanymi kosztownościami, nie wiedział zapewne o tym, że zdobywcy gwałcili miejscowe kobiety, a mężczyźni byli zmuszani do niewolniczej pracy. Zapewne nie słyszał też o górze Cerro Rico, gdzie znajdowały się największe kopalnie srebra, ale ponieważ cytat osoby duchownej może być wyżej ceniony to pozwolimy sobie na taką perełkę: „misjonarz Rodrigo de Loaisa twierdził, że kopalnie były istnymi "czeluściami piekielnymi". Dopowiadał, że "jeśli dwudziestu zdrowych Indian zstąpi w nie w poniedziałek, w sobotę połowa z nich wyjdzie na powierzchnię okaleczona". Z kolei augustianin Antonio de la Calancha pod koniec lat 30. XVII stulecia stwierdzał, że "każda moneta wybita w Potosí kosztowała życie dziesięciu Indian, którzy umierali w otchłaniach kopalni". Dla Hiszpanów nie miało to rzecz jasna żadnego znaczenia. Gdy zaczęło brakować rdzennej ludności, sięgnięto po niewolników sprowadzanych z Afryki. (cytat za Rafał Kuzak „Przekleństwo hiszpańskiego srebra. Górnicy padali jak muchy”).
Podsumowując autor epatuje katolicyzmem, z którym się nie utożsamiam, cała jego książczyna jest jak jego bohater Kesselring, kto zrobił coś dla kościoła, dla instytucji, nie dla kościoła rozumianego jako wspólnota, nie dla wiary, nie dla wiernych tylko dla instytucji kościoła jest chwalony (liczba ofiar nie ma znaczenia),pod tym względem zastanawiam się czy nie powinien jednak zmienić wiary ? Wszak hasło „Grzesz jak najwięcej obyś wierzył jak najgoręcej, a będziesz zbawiony” nie jest hasłem katolików …
Zastanawiająca jest ta służalczość wobec instytucji, czyżby autor jako neofita chciał się szczególnie zasłużyć ? a może tak jak to czasem bywa, osoby wtapiające się w jakąś społeczność są bardziej wyróżniające się niż ona ? nowy Amerykanin, jest bardziej amerykański niż Ci „starzy” Amerykanie, nowy Rzymianin, jest bardziej rzymski, a nowy katolik bardziej katolicki… a może po prostu chciał otrzymać lukratywną synekurę, wszak w instytucji kościoła to nic nowego. Jeżeli pisał to coś dla kariery lub korzyści osobistych jestem w stanie to zrozumieć, nie ma wyznania, gdzie nie robiono by podobnych łajdactw, znacznie gorszą sprawą jest wg mnie wiara w to co napisał.
Janusz Szpotański pisał kiedyś, że pseudo nawróceni na wolność komunistyczni poeci, pisali swoje „odwilżowe książczyny”, i to jest taka książczyna, epatuje żarliwością dla nieuków i pseudo nauką, czytanie tych popłuczyn jest zwyczajnie stratą czasu.