-
Artykuły
Czytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać322 -
Artykuły
Weź udział w konkursie i wygraj pakiet książek Callie Hart!
LubimyCzytać24 -
Artykuły
„Odpowiedź kryje się w tobie” – Katarzyna Wolwowicz zdradza, jak ją odnaleźć
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nowa karkonoska powieść Sławka Gortycha! „ŚWIĘTO KARKONOSZY”- już wkrótce! KONKURS
LubimyCzytać131
forum Oficjalne Akcje i konkursy
[Zakończony] Korporacyjny świat - wygraj książkę "Joy"
Korporacje jednym kojarzą się ze stresem, nadgodzinami i anonimowością, dla innych to dobre pieniądze i możliwość rozwoju zawodowego. Jedno jest pewne - w dzisiejszym (zachodnim) świecie to miejsce zatrudnienia największej liczby młodych ludzi. Opiszcie jeden dzień z pracy w korporacji. Czekamy na teksty o objętości do 2000 znaków ze spacjami.
Nagrody
Autorzy pięciu najlepszych tekstów otrzymają po egzemplarzu książki.
Joy
Autor : Jonathan Lee
Regulamin
- Konkurs trwa od 7 do 13 lutego włącznie. W konkursie mogą wziąć udział jedynie osoby posiadające adres korespondencyjny w Polsce.
- Odpowiedzi muszą być napisane samodzielnie. Kopiowanie części lub fragmentów tekstów, recenzji innych osób jest zabronione. Teksty nie mogą przekraczać 2000 znaków ze spacjami.
- Każdy użytkownik może zgłosić tylko jedną pracę.
- Zwycięzców wybiera administracja serwisu lubimyczytać.pl. Decyzja jest nieodwołalna.
- Dane adresowe zostaną wykorzystane przez serwis lubimyczytać.pl i Wydawnictwo Muza.
- Adres zwycięzcy powinien zostać nadesłany do dwóch tygodniu od daty ogłoszenia wyników konkursu. Po tym terminie administracja lubimyczytać.pl dopuszcza wybór kolejnego laureata lub nieprzyznanie nagrody.
odpowiedzi [60]
Gratulacje! :)
Gratulacje! :)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamdziękuję za wyróżnienie:)
dziękuję za wyróżnienie:)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamTeatrzyk Korpo Gęś niebywale dziękuje i kłania się nisko :-)
Teatrzyk Korpo Gęś niebywale dziękuje i kłania się nisko :-)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamDziękuję i gratuluję pozostałym zwycięzcom. ;)
Dziękuję i gratuluję pozostałym zwycięzcom. ;)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamGratuluję wyróżnionym ;)
Gratuluję wyróżnionym ;)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Dziękujemy za wszystkie zgłoszone prace. Książki otrzymują:
Lei_Libros
Monika
Zielin
Elektroniczne-kiwi
soliloquium
Serdecznie gratulujemy. Skontaktujemy się z Wami poprzez PW.
Dziękujemy za wszystkie zgłoszone prace. Książki otrzymują:
Lei_Libros
Monika
Zielin
Elektroniczne-kiwi
soliloquium
Serdecznie gratulujemy. Skontaktujemy się z Wami poprzez PW.
Konkurs zakończony. Laureatów ogłosimy we wtorek.
Konkurs zakończony. Laureatów ogłosimy we wtorek.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Pani Katarzyno. Kontrahent nie wywiązał się z danej firmie umowy i w związku z tym chciałem, aby Pani została 4 godziny dłużej w pracy przez okres czasu do dwóch tygodni. Zapłacę podwójnie za Pani pracę. Z góry przepraszam za zachowanie mojego kontrahenta. Czekam na Pani odpowiedź dotyczącej mojej prośby związanej z nadgodzinami.
Pozdrawiam,
Marcel R.
Odpowiedź Pani Katarzyny:
W odpowiedzi na Pana Marcelu e-miala chce poinformować Pana,że się zgadzam. To moja codzienna praca, a jeśli będzie mi Pan chciał wynagrodzić to będę zadowolona z docenia mojej pracy.
Z poważaniem,
Pani Katarzyna X.
Przepraszam,że pracę oddaję teraz, ale wróciłam z teatru.Chciałam zdążyć zanim zakończy się konkurs.
Pani Katarzyno. Kontrahent nie wywiązał się z danej firmie umowy i w związku z tym chciałem, aby Pani została 4 godziny dłużej w pracy przez okres czasu do dwóch tygodni. Zapłacę podwójnie za Pani pracę. Z góry przepraszam za zachowanie mojego kontrahenta. Czekam na Pani odpowiedź dotyczącej mojej prośby związanej z nadgodzinami.
Pozdrawiam,
Marcel R.
Odpowiedź Pani...
- Pamiętasz, jak wyjeżdżałaś to miałaś zadanie czasowe z morskimi stworzeniami, a dzień przed wyjazdem Twym wyskoczyło zadanie z budową rzeźbiarza z lodu czy coś, co nie? no. to chwilę po tym wyskoczyło następne zadanie czasowe z wybudowaniem karmnika... debile, jakby nie mogli zrobić jakiegoś nie czasowego zadania, to nie... jebnęli 3 zadania czasowe, dodatkowo wyskoczyło takie zadanie fraszka, co jest do wybudowania skocznia, czy stok... sama nie wiem i jak się codziennie logowałam…. – przerwała pisanie, zrzucając okno komunikatora na pasek. Po chwili wróciła do swego zajęcia – Sorry, szef przechodził, musiałam zminimalizować :P, to słuchaj. dostawało się lód na to, czyli naprawdę zadanie nie wymagające czegokolwiek, a muszę Ci powiedzieć, że z tym zadaniem co się rzeźby z lodu robiło to się namęczyłam, widać tego skutki jak wygląda moje gospodarstwo... by nie wydawać kryształów nakupiłam masę rzeczy, by mi do zadań jakieś suweniry powypadały, teraz to nawet mysz się nie przeciśnie... – przerwał jej pisanie czyjś głos. To był klient. Odburknęła niemiło: „Tu się Panie pracuje! Nie przeszkadzać! Czekać, aż poproszę!” i wróciła do wirtualnego monologu skierowanego do koleżanki : - Za zadanie ze zwierzakami morskimi dostałam lwa morskiego bodajże, za zadanie z tymi rzeźbami z lodu jakiś lodowy domek, za zadanie z karmnikiem dostałam, hmmm.... co my dostaliśmy za to? nie mogę sobie przypomnieć. Ale chyba było to coś marnego.... a, za coś jeszcze dostaliśmy bałwana.... może za zadanie z karmnikiem? może... przedwczoraj na wieczór pojawiło się zadanie na walentynki....
Ktoś by mógł rzec, że wręcz utopijny obraz pracy, jednak ukryta jest w tym tragedia wielka życiowa. Bohaterka tego tekstu pracownikiem miesiąca nie zostanie, bowiem w bumelanctwie objawia się jej pasja życia, nie w prawdziwej interakcji z drugim człowiekiem…
- Pamiętasz, jak wyjeżdżałaś to miałaś zadanie czasowe z morskimi stworzeniami, a dzień przed wyjazdem Twym wyskoczyło zadanie z budową rzeźbiarza z lodu czy coś, co nie? no. to chwilę po tym wyskoczyło następne zadanie czasowe z wybudowaniem karmnika... debile, jakby nie mogli zrobić jakiegoś nie czasowego zadania, to nie... jebnęli 3 zadania czasowe, dodatkowo wyskoczyło...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Praca jak praca, dzień jak dzień - w moim życiu nie dzieje się nic niezwykłego.
Stanowisko w korporacji? - ryzyko przewlekłego stresu, ale ja nie narzekam. Piąta rano pobudka - nie wolno marnować dnia. Dwie godziny dla ciała: makijaż, fryzura, zawsze schludnie dobrane ubranie, a przy lustrze mały doping motywacyjny: "Dasz rade, jesteś najlepsza!"
W biurze witają mnie uprzejme uśmiechy (nie pytaj, ile z nich jest szczerych...). Minuta na sprawdzenie grafiku, zdjęcie płaszcza, a potem pewnym krokiem przez korytarz, wprost po upragnione espresso.
Praca jest żmudna - nic ciekawego. Szef niezadowolony, wszystkich goni czas, a może to my gonimy terminy? W każdym razie robię, co do mnie należy, zawsze najlepiej jak potrafię, i wspinam się powoli po prywatnej drabinie kariery.
Koleżanki patrzą na ręce - trzeba uważać, by nie dać się ściągnąć w dół.
Nauka nowego języka, kolejna podyplomówka - podnoszenie kwalifikacji więcej niż mile widziane.
Jeszcze przed dwunastą jestem zmuszona do udziału w kolejnym szkoleniu - korporacyjne hieny dbają, byśmy dobrze zarządzali naszym (czyli ich) czasem.
W południe na lunch idę z Piotrkiem, słucham, gdy przedstawia mi kolejne projekty. Po czternastej są już tylko spotkania z klientami. Trzeba wyprzedzać ich myśli, wiedzieć czego chcą zanim sami zdadzą sobie z tego sprawę. Potem szybki posiłek – wszystko, co lekkostrawne i powrót do firmy. W międzyczasie telefon nie przestaje dzwonić.
Życzliwa z sąsiedniego działu mówi, że szykują się zwolnienia, ale ja się nie martwię – dopiero co wypracowałam certyfikat znajomości hiszpańskiego, a szef przydzielił mi sporą inwestycję.
Do osiemnastej nie dzieje się nic ciekawego. Wszyscy zajęci są swoimi sprawami, więc idę wykorzystać moją godzinę, w tym tygodniu, na korporacyjnej siłowni – zarząd dba, żeby każdy z pracowników był w dobrej formie. Wysiłek dobrze mi robi, więc decyduję się zostać po godzinach – „Lepiej skończyć sprawę dziś, niż jutro” – myślę. Gdy wkładam kluczyki do stacyjki samochodu, jest już ciemno - 21.15 - informuje mnie zegarek.
Praca, jak praca a dzień jak dzień. W moim życiu nie dzieje się nic niezwykłego…
Praca jak praca, dzień jak dzień - w moim życiu nie dzieje się nic niezwykłego.
Stanowisko w korporacji? - ryzyko przewlekłego stresu, ale ja nie narzekam. Piąta rano pobudka - nie wolno marnować dnia. Dwie godziny dla ciała: makijaż, fryzura, zawsze schludnie dobrane ubranie, a przy lustrze mały doping motywacyjny: "Dasz rade, jesteś najlepsza!"
W biurze witają mnie...
6:00 Pobudka. Trzeba wstawać!- powtarzam w myślach mając nadzieję, że ten moment jednak nie nastąpi. Spoglądam na leniwie wyciągniętego kota. Ten to ma dobrze.
6:15 Szybki prysznic. Do kuchni! Śniadanie!! Jeszcze kawa! Kawa, gdzie moja kawa?! cukier, szybko! Nie wyrobię się!
6:25 Zakładam spodnie. Znów pomięta bluzka! Nieważne. Zapnij się. Głupi zamek. Szybko nowe spodnie. Pędem biegnę do łazienki. Zapomniałam podłączyć prania. Może mam w szafie jakąś spódnice. Kurcze! Jakoś się wcisnę. Ałć. Koniecznie trzeba zrobić coś z tym progiem.
6:50 Będę spóźniona. Jeszcze kanapki dla dzieci! Szybko, szybko!
7:00 Biegnę na parking. Kluczyki Boże! Znowu zapomniałam no i jeszcze nie mam torebki, świetnie!
7:15 Wbiegam do pracy. Od razu witają mnie groźne miny koleżanek.
-Spóźniłaś się! - woła pracodawca
-Tak, tak wiem. To się więcej nie powtórzy. - kieruję się w stronę swojego biurka i spoglądam krzywo na stos piętrzących się papierów.
-Do 16 ma to być wypełnione.- krzyczy szefowa. Jasne, bo ja się wyrobie! siadam na fotelu natychmiastowo odpalając komputer.
7:30 Kawa!! Nie przeżyję bez kawy. O! Nowa informacja. Boże! Mam zadzwonić do 5 inwestorów.
-Umów nas z Panem Markiem, tym biznesmenem. Tylko migiem! - słyszę zdenerwowany głos. Dlaczego to ja zawsze jestem od telefonów? - Zadręczam się w myślach.
-Halo! Ale jak to nie macie funduszy. Bankructwo?! Halo, halo...
Jezu! I co ja teraz powiem szefowej?
10:00 Nareszcie wykonałam telefony i uregulowałam sprawę. Do kwitnących stokrotek, kto dołożył mi papierów?! Kawa! Potrzebuję kawy!
12:00 W końcu przerwa. Jakoś te dokumenty mi idą… Hej moja kawa! Biegiem do kawiarni!
15:30 Jeszcze pół godziny. Nie zdążę!
16:00 Jeszcze trzy papierki.
16:10 Uff. Skończyłam. Szefowo… ale jak to po godzinach mam zostać. Muszę dzieci ze szkoły odebrać!!! Boże!
18:00 Wpadam, jak szalona do domu. Robię kolację i…. znów kawę.
19:00 – 23:00 Siadam przed laptopem i wysyłam e-maile, dzwonię i załatwiam inne sprawy dotyczące pracy
01:00 zasypiam. W końcu!
6:00 Pobudka. Trzeba wstawać!- powtarzam w myślach mając nadzieję, że ten moment jednak nie nastąpi. Spoglądam na leniwie wyciągniętego kota. Ten to ma dobrze.
6:15 Szybki prysznic. Do kuchni! Śniadanie!! Jeszcze kawa! Kawa, gdzie moja kawa?! cukier, szybko! Nie wyrobię się!
6:25 Zakładam spodnie. Znów pomięta bluzka! Nieważne. Zapnij się. Głupi zamek. Szybko nowe spodnie....
Myślę, że powinnam Wam powiedzieć na początku, że już w poniedziałek rano marzę o popołudniowym piątku. Pracuję w korporacji. Poznajcie mój – ekhm – fascynujący dzień.
Sterta papierów przede mną.
Po lewej biurka.
Po prawej, dla odmiany, biurka.
I wszechogarniający, wypełniający całą przestrzeń stukot klawiatury. Aż głowa boli!
A za oknem piękna pogoda – promienie Słońca nieśmiało przebijają się przez chmury i roztapiają śnieg.
Witajcie w korporacji!
Krajobraz korporacyjny od 8 do 20 pozostaje niezmienny. Selekcji i rotacji podlegają jedynie pracownicy, którzy wymieniają się niczym zaprogramowane maszyny.
Jak się odnaleźć w świecie, który działa jak w szwajcarskim zegarku? Jak nie zwariować?
Przychodzę do pracy. Zaparzam kawę. Czytam poranną prasę. Dopiero potem zabieram się do pracy. Przekopuję się przez sterty papierów, które każdego dnia wydają się być coraz wyższe. Po popołudniu czas na kolejną przerwę. Pogaduszki z kolegami z pracy. Uszczypliwe i ironiczne uwagi, które powodują, że nie popadamy w rutynę. Następnie kolejne druczki do wypełnienia. Ach ta biurokracja! Życie mogłoby być o wiele prostsze, naprawdę.
O 16 zaczynam myśleć, co muszę jeszcze dzisiaj skończyć. Zabieram się do tego z pełnym zaangażowaniem. Angażuję się i z upływem 20, punktualnie kończę wyznaczą dla mnie pracę. Nie biorę się za nią wcześniej, bo i tak muszę siedzieć w pracy do ósmej, a nie chcę dostać kolejnego, jakże interesującego polecenia służbowego. Z upływem dnia, jestem zadowolona, ale co z tego? Jestem wykończona. Nie mam siły żyć.
Spędzam w pracy cały dzień. Mój dom stał się dla mnie tylko i wyłącznie noclegownią. Nie mam czasu na nic więcej niż sen, sen i jeszcze raz sen. Nienawidzę dźwięku budzika.
Muszę to zmienić. Tylko od czego zacząć? Muszę mieć plan – o ironio – plan jak w korporacji i wypełniać go niczym kolejne zlecenie.
Myślę, że powinnam Wam powiedzieć na początku, że już w poniedziałek rano marzę o popołudniowym piątku. Pracuję w korporacji. Poznajcie mój – ekhm – fascynujący dzień.
Sterta papierów przede mną.
Po lewej biurka.
Po prawej, dla odmiany, biurka.
I wszechogarniający, wypełniający całą przestrzeń stukot klawiatury. Aż głowa boli!
A za oknem piękna pogoda – promienie Słońca...
Jadąc główną aleją, zerkam nerwowo na zegarek. 8.05. Cholera, szef znowu się będzie wściekał. A tutaj korki, jakby zaraz miał nastąpić atak zombie. Gdzie oni wszyscy akurat dzisiaj muszą jechać z samego rana. No nareszcie. Wpadam do biura, ledwie zdążyłam zdjąć płaszcz a już dzwoni telefon. Jeden, drugi. O nie szef na horyzoncie. Tyle zaległej pracy. Dlaczego nie mogę wszystkiego robić od razu? Znowu telefon. Zaraz się wścieknę. Kolejny. Ile to jeszcze godzin do końca? Ach, tylko 5. Tylko? Aż 5. Jak ja nienawidzę tej pracy. Telefon. "Tak, słucham...". Jakim cudem udaje mi się wydobyć z siebie taki spokojny głos? Niepojęte. 13.00 - nareszcie chwila dla siebie. O nie ten okropny typ znowu się tu kręci, pewnie kolejny raz będzie chciał zaprosić mnie na lunch. Wiem, przecież mam tyle zaległości. Będę udawała strasznie zajętą, to może sobie pójdzie. I znowu przerwę diabli wzięli. I kiedy ja mam poznawać tych cudownych mężczyzn, którzy będą się we mnie zakochiwać? A może rzucę tą robotę i tak jej nie cierpię. Hmmm....całkiem niezła myśl! Nie, jednak nie. Kredyt do spłacenia. Ile to jeszcze godzin?
Jadąc główną aleją, zerkam nerwowo na zegarek. 8.05. Cholera, szef znowu się będzie wściekał. A tutaj korki, jakby zaraz miał nastąpić atak zombie. Gdzie oni wszyscy akurat dzisiaj muszą jechać z samego rana. No nareszcie. Wpadam do biura, ledwie zdążyłam zdjąć płaszcz a już dzwoni telefon. Jeden, drugi. O nie szef na horyzoncie. Tyle zaległej pracy. Dlaczego nie mogę...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Teatrzyk Korpo Gęś zaprasza: „Dzień, jakich wiele”.
- Hmm, outlook nie działa...
- No, mi też; i jeszcze dysk sieciowy jest nieodstępny...
- Dobra, niech IT się teraz martwi – idziemy na kawę?
***
- Skandal –ludzie w kosmos latają, a tu woda w czajniku nie może się zagotować od 10 minut!
- A o prawach fizyki słyszałeś?
- Nie pier...l, można coś wymyślić, żeby w minutę dochodziła... ta woda, hehe.
***
- Kiedy będą kanapki?
- Już były.
- Cholera. Może na open space mają jakieś ciastka?
***
- Przepraszam Was, mail mi dzwoni.
***
- Gdzie jest Olka?
- Siedzi na kurze (Q&R - Query&Report)
- Aaa, to na to spotkanie robiła one page dla management'u. I co udało jej się opisać wszystkie case’y w paru bullet’ach?
***
- Skupmy się – czy jak przechodnia przejedzie samolot, to taki przypadek wejdzie pod definicję zgonu w wyniku katastrofy lotniczej?
***
- Chodźcie! Znalazłam profil tego klienta na facebook!
- Pokaż... ej, przystojny... z łóżka bym nie wyrzuciła.
***
- Ile razy, k...a, mam prosić o nanoszenie uwag w trybie zmian?! Teraz za ch..j tego nie ogarnę!
- A masz chociaż wsad od merytorycznych?
- Taaak- wstawili dwie kropki i przecinek.
***
- Słuchajcie, bo my w tym informatorze nie możemy umieścić reklamy, tak? To nie napiszemy, że jesteśmy najlepsi, tak? A jak wskażemy, że jesteśmy ostatni w rankingu najgorszych, to będzie ok?
***
- Kotek, kiedy wracasz do domu?
- Jeszcze chwila, muszę tylko zaraportować, co dzisiaj zrobiłem.
Teatrzyk Korpo Gęś zaprasza: „Dzień, jakich wiele”.
- Hmm, outlook nie działa...
- No, mi też; i jeszcze dysk sieciowy jest nieodstępny...
- Dobra, niech IT się teraz martwi – idziemy na kawę?
***
- Skandal –ludzie w kosmos latają, a tu woda w czajniku nie może się zagotować od 10 minut!
- A o prawach fizyki słyszałeś?
- Nie pier...l, można coś wymyślić, żeby w minutę...
By zrozumieć pracę w korporacji należy prześledzić dzień zwykłego pracownika. My nazwijmy go panem X. Pobudka pana X wbrew pozorom nie jest zwykła. Pracownik ten budzi się zazwyczaj koło godziny 7 rano. Temu codziennemu rytuałowi towarzyszy stres oraz kilka siarczystych przekleństw. Siadając do śniadania ze swoją rodziną pan X próbuje zachować pozory normalnego życia oraz tego, że dżungla jaką jest korporacja nie odebrała mu jeszcze ludzkich cech. Próba ta kończy się zazwyczaj fiaskiem. Podczas gdy dzieci kłócą się o ostatni rogalik a żona krzyczy do męża by ten jakoś ich uspokoił, pan X uświadamia sobie że właśnie stał się biurowym zwierzęciem i próbując wybrnąć z tej sytuacji spokojnym głosem oznajmia, że zje na mieście. Gdy wypowiada te słowa dociera do niego fakt, iż jest spóźniony. Głód w żołądku zastępuje głód pieniądza. Pan X dumnym krokiem wkracza do firmy, na swoje piętro jedzie windą, jest dumy z faktu, iż pracuje w tak wielkiej korporacji . Jego entuzjazm zabija jednak szef który wita go słowami "JESZCZE JEDNO SPÓŹNIENIE A CIĘ ZWOLNIĘ!". Słowa te wbijają pana X w szarą rzeczywistość. Zasiada za swoim biurkiem, które jest jednym z 30 biurek znajdujących się w ciasnej sali. Praca pana X rozpoczyna się od próby włączenia komputera, następnie większość czasu zajmuję mu przepisywanie sterty papierów, które codziennie zdobią jego biurko. Momentem oddechu w tym turnieju pływania w biurowym basenie jest lunch. Lunch to czas na papierosa, rozmowę z kolegami oraz podrywanie pań na stołówce. To krótkie naładowanie sił jest pozorne, pan X traci je gdy odkrywa kolejną stertę papierów. Mimo iż w firmie znajduję się wiele osób, pan X z imienia i nazwiska zna tylko kilka i są to zazwyczaj osoby poznane w palarni. Praca pana X kończy się o godzinie 18 często jest ona jednak przedłużana do godziny 20. Nie wynika to jednak zazwyczaj z polecenia szefa a z chęci oderwania się z kolegami przy piwie. Po powrocie do domu pan X zamyka się w pokoju tłumacząc to ciężkim dniem.
By zrozumieć pracę w korporacji należy prześledzić dzień zwykłego pracownika. My nazwijmy go panem X. Pobudka pana X wbrew pozorom nie jest zwykła. Pracownik ten budzi się zazwyczaj koło godziny 7 rano. Temu codziennemu rytuałowi towarzyszy stres oraz kilka siarczystych przekleństw. Siadając do śniadania ze swoją rodziną pan X próbuje zachować pozory normalnego życia oraz...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejTkwię w tej norze, bo boję się zrobić coś dla siebie. Znam tą rutynę, znam te statystyki, słupki mają się zgadzać, tylko to się liczy! Nie ma co się starać, zabiegać, być miłym, zanim awansuje moje ciało nie będzie już tak efektywnie pracowało jak wtedy, kiedy przyszłam pierwszy dzień do tej "wymarzonej" pracy. Awansować to znaczy przejść etap dalej, może zamiast pakować będę układać na półkach i za to trzeba Bogu dziękować. Owszem do wszystkiego można się przyzwyczaić, bo jak nie za wolno się ruszasz, to zbyt wolno myślisz i tak na okrągło. Nawet kiedy wydaje mi się, że dzisiaj wykonałam kawał dobrej roboty, nikt człowieku mnie nie pochwali, to normalne. Zawsze wydawało mi się, że dobra atmosfera w pracy to połowa sukcesu firmy, zgrany zespół zrobi wszystko by zdobyć cel, piąć się w górę po to, by pracodawca był ze mnie dumny i zadowolony. A tutaj rzeczywistość wygląda trochę inaczej. Wstaję wcześnie rano, parzę kawę, bo w pracy raczej jej nie wypiję, robię kanapki i pędzę na autobus. W drodze myślę, co będę robiła już po pracy, uśmiecham się lekko na to popołudnie, lekko bo przede mną cały dzień w pracy. W trakcie lecą godziny, zawijam jak ten świstak złotka w reklamie, w kółko robiąc to samo aż do przyjścia kolejnej zmiany. Czasem pogadam z panią Zosią, ona jedyna pożartuje i na duchu podniesie. Ponarzekamy na zarobki, chociaż na rynku ludzie taniej pracują i tak leci dzień za dniem, bez zmian jak roboty wykonujemy to samo. Zapomniałam dodać, że mamy przerwę na siusiu, śniadanie i herbatę, jak nie zapomnę jej sobie przynieść w termosie z domu. Jedyny plus jest taki, że przelew na koncie jest pewny jak dwunasta w nocy.
Tkwię w tej norze, bo boję się zrobić coś dla siebie. Znam tą rutynę, znam te statystyki, słupki mają się zgadzać, tylko to się liczy! Nie ma co się starać, zabiegać, być miłym, zanim awansuje moje ciało nie będzie już tak efektywnie pracowało jak wtedy, kiedy przyszłam pierwszy dzień do tej "wymarzonej" pracy. Awansować to znaczy przejść etap dalej, może zamiast pakować...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
7.45 Pojawiam się w firmie. Zawsze wcześniej od szefowej. To moja wizytówka. Szybciutko podbijam kartę, włączam komputer, otwieram wczoraj zapisane pliki.
7.59 Zadowolona szefowa mija moje biurko z uznaniem patrząc jak ładnie moje palce śmigają po klawiaturze. Nie musi wiedzieć, że właśnie wrzuciłam na swojego bloga garść słodkich ploteczek z korporacyjnego życia. Od razu mam paręnaście lajków hehe.
8.18 Przecież dzień zaczyna się od kawy. Kurs: pokój socjalny oraz ekspres.
10.00 zebranie zespołu ds. Promocji. Wygłosiwszy prezentację o naszym najnowszym projekcie, stymuluję mój zespół by wpadł na jakieś ciekawe pomysły. Konstruktywna krytyka każdej propozycji pożera mi z kwadrans. Wreszcie dyskusja nad trzema najlepszymi wersjami.
11.30 Deleguję zadania
11.40 Deleguję zadania
12.00 Deleguję zadania i tłumaczę Kaśce o co chodzi z tym projektem.
12.30 Znów stoję w kilometrowym korku do żłobu. Czas oczekiwania w kolejce : 29 min Czas na spożycie posiłku: 1 minuta 15 sekund.
13.01 Telefonuję do klienta. Podczas rozmowy relaksuję się partią wirtualnych szachów.
13.30 Ponownie deleguję zadania i tłumaczę Kaśce co ma robić.
14.00 udaje się do punktu ksero by sporządzić kopie projektu. Długą drogę na piąte piętro ( bez windy i na 15centymetrowych obcasach) umilam wizytą na trzecim piętrze u kadrowej Marty. Obowiązkowo dzieli się swoimi przeczuciami o wysokości premii w tym kwartale.
15.30 z powrotem na stanowisku pracy. Długo się zeszło bo pan z ksero jak zwykle flirtował ze mną aż miło. Nawet kserokopiarka rozżarzyła się pod wpływem naszych pieprznych docinków i kawałów. Zrobiło się naprawdę interesująco jeśli chodzi o stosunki w pracy. Muszę zdać relacje żądnym pikantnych szczegółów internautom. A potem jeszcze jakieś psychotesty online lub postawię sobie tarota.
15.59 No niestety zaraz fajrant. Jak człowiek jest tak strasznie zajęty, to czas po prostu pędzi jak szalony.
16.07 W windzie tłumaczę Kaśce czego od niej oczekuję
7.45 Pojawiam się w firmie. Zawsze wcześniej od szefowej. To moja wizytówka. Szybciutko podbijam kartę, włączam komputer, otwieram wczoraj zapisane pliki.
7.59 Zadowolona szefowa mija moje biurko z uznaniem patrząc jak ładnie moje palce śmigają po klawiaturze. Nie musi wiedzieć, że właśnie wrzuciłam na swojego bloga garść słodkich ploteczek z korporacyjnego życia. Od razu...
Zajechałam oszkloną windą do mojego biura. Na swoich stanowiskach siedzieli już najwięksi pracoholicy. Cały czas myślę o tym jak wygląda ich życie prywatne i rodzinne, czy w ogóle je posiadają... Rozsiadłam się na swoim mało wygodnym krześle biurowym i spojrzałam na papiery leżące na moim biurku, a potem na kalendarz. Zadzwoniłam do kliku klientów, poumawiałam spotkania.Tak zeszły mi jakieś dwie godziny. Po segregacji tego co znajdowało się w mojej oklicy poszłam na kawę do małej kuchni. Przy aneksie stały już dwie najwieksze plotkary w firmie, ta serialowa z USA jest przy nich amatorką- pomyślałam czekajac na dźwięk ekspresu. Wróciłam do siebie. Wypiasałam kilka dokumentów, dałam kilka podpisów, uzupełniłam firmową bazę i wreszcie po 16.00 mogłam wyjść do domu.
Zajechałam oszkloną windą do mojego biura. Na swoich stanowiskach siedzieli już najwięksi pracoholicy. Cały czas myślę o tym jak wygląda ich życie prywatne i rodzinne, czy w ogóle je posiadają... Rozsiadłam się na swoim mało wygodnym krześle biurowym i spojrzałam na papiery leżące na moim biurku, a potem na kalendarz. Zadzwoniłam do kliku klientów, poumawiałam spotkania.Tak...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Opiszcie jeden dzień z pracy w korporacji.
Wydarzenia miały naprawdę miejsce/
O 5:00 budzę się. Dzisiaj jest pierwszy dzień mojej pracy. Pracy w fabryce czekolady. Ubieram się, zjadam lekkie śniadanie. O 5:30 wychodzę. Do bramy głównej zakładu słodyczy docieram po 15 minutach. Wchodzę, dostaję przepustkę i udaję się do szatni. Jakaś kobieta pali przed wejściem, mierzy mnie zaciekawionym spojrzeniem. Wchodzę do szatni i od progu dociera do mnie szum rozmów. Stare kobiety po 30-stce, 40-stce... Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Od kierownika dostaję buty. Ubieram się i idę za tłumem. Wpadam na produkcję. Słyszę dźwięk maszyn, widzę wszędzie wafelki, czekoladę oraz ludzi poubieranych na biało. Miesiączka czy nie i tak musisz ubrać się na biało. Przed minutą otrzymałam rozkaz iść na "triopack", maszyna do której wkłada się po 4-6 wafelków i ona dalej je pakuje w folię. Ktoś inny pakuje to do kartoników, odkłada na paletkę. Jak paleta jest gotowa, to paletowy zabiera ją na maszynę do zawijania. Tak owinięte palety dostają się do magazynu i oczekują na transport do sklepu.
- Skąd jesteś?
- Tutejsza... Jej mama kierowniczką była kiedyś...
- I ty tutaj na produkcji? No proszę...
- Te, kurwa, nie gadać, pracować, normę trza wyrobić...
Najgorsze wakacje ever! Ale szacunku do pieniądzy nigdy nie zapomnę i już teraz wiem, jak to jest pracować w "złotej klatce".
A J. Deep i Charlie w fabryce czekolady? To jest bajkowa idylla, w rzeczywistości odliczasz czas do opuszczenia zakładu, z którego dopiero po 8 godzinach wolno Ci wyjść.
Opiszcie jeden dzień z pracy w korporacji.
Wydarzenia miały naprawdę miejsce/
O 5:00 budzę się. Dzisiaj jest pierwszy dzień mojej pracy. Pracy w fabryce czekolady. Ubieram się, zjadam lekkie śniadanie. O 5:30 wychodzę. Do bramy głównej zakładu słodyczy docieram po 15 minutach. Wchodzę, dostaję przepustkę i udaję się do szatni. Jakaś kobieta pali przed wejściem, mierzy...
Kiedy jadę windą, w uszach dzwoni mi muzyka dziwnie przypominająca marsza pogrzebowego. Kiedy już jestem w tym przedsionku piekła i otwierają się drzwi windy, staję oko w oko z typem przypominającym Dartha Vadera. A może to moja wyobraźnia? No dobra, jestem w środku. A tu niskie ścianki działowe. Najlepsze miejsca (czyli te przy oknach albo przynajmniej ze ścianą za plecami) zajmują kierownicy, specjaliści i osoby z dłuższym stażem. A w naprawdę dużym pomieszczeniu siedzi tak na oko jakieś 40 gryzipiórków. O kurczę to też mam być ja! Każdy ma telefon stacjonarny z indywidualnym numerem, komputer lub dodatkowo laptop. Niektórzy pracują na dwóch komputerach jednocześnie! A najlepsze jest to, że co jakiś czas ktoś stale chodzi i zbiera brudne naczynia, zmywa, sprząta itp. Wszystko po to, by nikt nie tracił czasu i nie odrywał się od pracy. Słychać tylko szum telefonicznych rozmów lub dzwonki telefonów, ciche stukanie klawiszy, trzask drukarki. Wiele osób pracuje więc w słuchawkach, żeby choć trochę odizolować się do zgiełku. Boże, jak ja tu wytrzymam? Dostaję swoje biurko, komputer, telefon... Nikt nic mi nie tłumaczy. Radź sobie człowieku sam! Dobra, próbuję jakoś się ogarnąć. Może do kogoś zagadnąć, spytać co i jak? Obok za ścianką, siedzi wyglądająca na miłą młoda dziewczyna. Próbuję. Poszło. Może jakoś przetrwam. I oby ten pierwszy dzień pracy w korporacji już się skończył...
Kiedy jadę windą, w uszach dzwoni mi muzyka dziwnie przypominająca marsza pogrzebowego. Kiedy już jestem w tym przedsionku piekła i otwierają się drzwi windy, staję oko w oko z typem przypominającym Dartha Vadera. A może to moja wyobraźnia? No dobra, jestem w środku. A tu niskie ścianki działowe. Najlepsze miejsca (czyli te przy oknach albo przynajmniej ze ścianą za...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejKinga dotarła do pracy. Zmęczona jak zwykle, zdenerwowana jak zwykle i bez najmniejszej ochoty by wchodzić do budynku. Był to olbrzymi, czternastopiętrowy, biały wieżowiec. Kinga niechętnie weszła do pracy. Chciałaby ją zmienić, to oczywiste, kto chciałby harować tak jak ona, osiem godzin w pracy, cztery godziny w domu, plus dodatkowe spotkania z klientami. Gdyby to chociaż ona mogła dostosować godziny tych spotkań, a raczej meetingów, bo tak zwykli mówić jej koledzy z pracy, do swojego terminarza i planów. Nie mogła, to klient jest najważniejszy, a akurat złożyło się tak, że ten klient jest też nieustępliwy i korzysta ze swojego prawa bycia najważniejszym, no i on też ma jakieś plany. No tak, on ma prawo. Niestety ona nie. Podeszła do windy, która bardzo ją chyba lubiła, bo dała Kindze jeszcze więcej czasu do namysłu nad sobą i pracą, może winda również miała jakieś swoje plany lub spotkanie. Winda była nieczynna. Kinga nieraz myślała co ją trzyma w pracy. Odpowiedź była prosta – zatrudnienie i zarobek. Jak na samotną dziewczynę w wielkim mieście wypłata pozwalała jej pokryć koszty mieszkania, rachunków, życia. Miała też oszczędności na koncie bankowym, co w tym kraju jest rzadkością, bo niestety większość ma na koncie co najwyżej debet. Idąc po schodach, na piętro jedenaste, na którym pracowała, miała jeszcze bardziej wszystkiego dość i zastanawiała się – po co? Czy pieniądze naprawdę są tego warte – tego, że nią ma już przyjaciół, bo nie miała dla nich czasu, rodziny nie widuję, nie może mieć nawet psa, bo pies sam siebie nie wyprowadzi. Kinga chciała w końcu znaleźć porządnego faceta, założyć rodzinę, mieć dzieci. Pracując tutaj, nie ma na to czasu. Może by tak wykorzystać swoje oszczędności – pomyślała. Zawróciła będąc na pietrze numer osiem na piętro drugie gdzie znajdował się gabinet szefa. Przechodząc koło mówiącej do niej sekretarki, machnęła tylko ręką i weszła bez pukania do gabinetu mówiąc: ,,Odchodzę”.
Kinga dotarła do pracy. Zmęczona jak zwykle, zdenerwowana jak zwykle i bez najmniejszej ochoty by wchodzić do budynku. Był to olbrzymi, czternastopiętrowy, biały wieżowiec. Kinga niechętnie weszła do pracy. Chciałaby ją zmienić, to oczywiste, kto chciałby harować tak jak ona, osiem godzin w pracy, cztery godziny w domu, plus dodatkowe spotkania z klientami. Gdyby to chociaż...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Coś się nagle zmieniło. Czyżby autobus, którym dojeżdżam do pracy, rozbił się po drodze, a ja umarłam? Pewnie stąd to poczucie sensu. Szłam i uśmiechałam się, po raz pierwszy od bardzo dawna. Ot, lutowy poranek z siąpiącym deszczem nastroiły mnie optymistycznie.
Wjechałam windą na dziesiąte piętro. Przyjemna podróż – ludzie wspaniałomyślnie zostawili mnóstwo wolnej przestrzeni wokół mnie. Nucąc, pokonałam korytarz wśród nastrojowych rozbłysków jarzeniówek.
Kawa jeszcze nigdy nie była tak smaczna.
Współpracownicy tak życzliwi.
I nie pamiętam kiedy tak szczerze rozmawiałam z kontrahentami. Znaczy do południa rozmawiałam. Potem zostałam pilnie oddelegowana do archiwum. Jednak dowiedziałam się więcej niż przez całe pół roku pracy tutaj! Tyle fascynujących ludzkich historii czai się za tymi kolumnami cyfr! O, chociażby pani prowadząca lokal WZ-0376 w Galerii Złotonośnej kompletnie zapomniała o płatnościach, bo jej synek – Ksawery zachorował, stąd opóźnienia. Oczywiście, że poparłam jej wniosek o umorzenie odsetek. O ile tak można nazwać zrobienie z noty odsetkowej konfetti, którym obrzuciłam siedzące na parapecie gołębie, udzielając im ślubu. Piękna uroczystość. Krótka, ale piękna.
Potem poszłam do archiwum. Brak kurzu. Szkoda. Kiedyś chciałam być archeologiem.
Więc pokręciłam się, powprowadzałam dane, posprawdzałam. Aż nadszedł koniec dnia. Mój przełożony, Grzegorz, sam pofatygował się, sugerując, że na mnie już pora.
Drzwi windy otworzyły się.
- Kate chyba dopadło – szepnął Grzegorz konspiracyjnym szeptem do Marka, mojego współpracownika.
- Kaśka tak mówią mi! – zaśpiewałam na nutę przeboju Maryli Rodowicz
- Szit, znowu braki w teamie. Czy zdążymy ją zwolnić zanim… - Troska Marka była wprost wzruszająca.
- Wywinie się bez trudu. Leczenie zamknięte jak nic… - orzekł Grzegorz.
Nacisnęłam błyskawicznie chyba z pięć przypadkowych pięter. W ostatniej chwili wyskoczyłam z windy. Ciekawe kto będzie pierwszy na dole? Wiem, wiem, mam pewne fory.
Coś się nagle zmieniło. Czyżby autobus, którym dojeżdżam do pracy, rozbił się po drodze, a ja umarłam? Pewnie stąd to poczucie sensu. Szłam i uśmiechałam się, po raz pierwszy od bardzo dawna. Ot, lutowy poranek z siąpiącym deszczem nastroiły mnie optymistycznie.
Wjechałam windą na dziesiąte piętro. Przyjemna podróż – ludzie wspaniałomyślnie zostawili mnóstwo wolnej...
- Gdzie jest, do cholery, ta umowa z Terran International?! Johnson! Do mnie! – krzyczał otyły mężczyzna, idąc szybkim krokiem przez ogromne pomieszczenie, w którym ogromna ilość ludzi siedziała przy ogromnej ilości biurek. Mężczyzna wszedł do swojego biura i zatrzasnął za sobą drzwi. Jego zachowaniem przejęło się zaledwie kilka osób, które uniosły głowy zza swoich biurek. Jedynie jedna osoba zareagowała na wezwanie szefa. Sara Johnson była niską blondynką, ubraną w elegancki strój. W związanych włosach i okularach wyglądała niezwykle inteligentnie i poważnie, pomimo młodego wieku.
- O co chodzi, panie prezesie? – zapytała drżącym głosem. Zazwyczaj to właśnie jej obrywało się za błędy innych pracowników. W końcu stanowisko dyrektora kadrowego do tego zobowiązywało.
- Co ty sobie do cholery myślisz? Że dostałaś ciepłą posadkę w moim biurze to już możesz się całymi dniami opierdalać?! – krzyczał rozwścieczony szef. – Jesteś zwykłą szarą suką, jak wszyscy oni. – skinął głową na innych pracowników. – Jeśli za godzinę ta umowa nie będzie leżeć na moim biurku to wypierdolę cię na szary bruk. Zjeżdżaj.
Sara drżącymi rękami zamknęła za sobą drzwi do pokoju szefa. „Sama przywiozę tę umowę.” Podeszła do swojego biurka, wzięła torebkę i skierowała swoje kroki do łazienki. „Jedna tabletka może nie wystarczyć” – pomyślała, popijając wodą tabletkę na uspokojenie, po czym wysypała na dłoń jeszcze kilka i wszystkie naraz wpakowała do ust. Po chwili jechała już w kierunku współpracującej korporacji. Gdy wsiadała do samochodu jej nerwy były pod kontrolą, jednak po paru minutach ręce od nowa zaczęły drżeć ze zdwojoną siłą, a serce przyspieszyło bieg. Powieki stawały się coraz cięższe a kształty za szybą zaczęły się wydłużać i zmieniać kolory. Sara stopniowo traciła kontrolę nad prowadzonym samochodem. Ostatnią rzeczą, jaką miała przed oczami, były przybliżające się reflektory nadjeżdżającej ciężarówki.
- Gdzie jest ta suka?! – krzyczał szef, wychodząc za godzinę ze swojego biura.
- Gdzie jest, do cholery, ta umowa z Terran International?! Johnson! Do mnie! – krzyczał otyły mężczyzna, idąc szybkim krokiem przez ogromne pomieszczenie, w którym ogromna ilość ludzi siedziała przy ogromnej ilości biurek. Mężczyzna wszedł do swojego biura i zatrzasnął za sobą drzwi. Jego zachowaniem przejęło się zaledwie kilka osób, które uniosły głowy zza swoich biurek....
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
8:00 Przed nami kolejny emocjonujący dzień w korpo. Jak zawsze przysyłajcie najnowsze smaczki na mojego maila: plotkara@korpo.pl
9:00 Podejrzani faceci w czerni kręcą się po firmie. Czyżby chcieli dziś kogoś zwolnić?
10:00 Jak na razie wszyscy cali. P.S. Jadzia z działu IT ubrana w to samo, drugi dzień z rzędu.
11:00 Widziano! Dyrektor Generalny przyszedł w towarzystwie tajemniczej brunetki. Czyżby nasz firmowy Grey został postrzelony strzałą Amora?
12:00 Faceci w czerni (FWC) upolowali pierwszą ofiarę. Marek z działu Marketingu został zwolniony dyscyplinarnie. Co takiego przeskrobał? Piszcie!
13:00 LUNCH TIME Gruby zamówił hamburgera z dietetyczną kolą. Czyżby dietka?
14:00 Samotny chłopiec wdał się w romans z sekretarką?
15:00 Grey opuszcza lokal wyjątkowo wcześnie. Czyżby tajemnicza brunetka potrzebowała pomocy?
16:00 Dzięki, że byliście ze mną. Udanego weekendu i zaczynamy zabawę już w poniedziałek. XOXO Wasza Plotkara
8:00 Przed nami kolejny emocjonujący dzień w korpo. Jak zawsze przysyłajcie najnowsze smaczki na mojego maila: plotkara@korpo.pl
9:00 Podejrzani faceci w czerni kręcą się po firmie. Czyżby chcieli dziś kogoś zwolnić?
10:00 Jak na razie wszyscy cali. P.S. Jadzia z działu IT ubrana w to samo, drugi dzień z rzędu.
11:00 Widziano! Dyrektor Generalny przyszedł w towarzystwie...
7.00 – jedną ręką suszę włosy, a drugą próbuję się umalować. Jestem spóźniona.
7.30 – przekraczam prędkość, aby zaraz potem utkwić w korku. Wyklinam na czym świat stoi, przyzywając kobietę lekkich obyczajów.
7.59 – wykonuję w stronę czytnika popisowy pad w stylu Ikera Casillasa, a głośne bip obwieszcza, że zdążyłam odbić się jeszcze przed 8.00.
8.05 – stoję w kilometrowej kolejce do ekspresu z kawą i zastanawiam czy naprawdę jest mi ona niezbędna.
8.15 – sprawdzam pocztę, ogromna ilość maili powoduje ponowne przywołanie nierządnej kobiety.
8.30 – pracuję. Ciągle ktoś dzwoni i czegoś chce. Nie mogę się skupić. Otaczają mnie dręczyciele i inni namolni czepiacze. W pierwszym rzędzie dobija się boss, wyrażający uprzejmą troskę o moją zdolność szybkiego załatwiania spraw (patrz na wczoraj) i sugerujący czy przypadkiem nie powinnam poszukać mniej stresującego zajęcia (patrz nauka koronkarstwa). Nienawidzę go.
10.30 – wiadomość z recepcji. Przyjechały kanapki. Ruszam pędem na parter. Chcę zdobyć kanapkę z pastą jajeczną (których nie wiedzieć czemu jest zawsze za mało) zamiast tej z salami (których jakby na przekór zawsze jest podwójna ilość).Tłok na schodach uświadamia mi jeszcze wyraźniej popularność kanapek z pastą i zmusza do przyśpieszenia kroku. Mężczyźni mają fory. Obuci w wygodne cichobiegi szybciej docierają na miejsce. Balansując w przepisowych szpilkach przeklinam tę niesprawiedliwość.
11.00 – bez entuzjazmu żuję kanapkę z salami.
11.30 – 16.00 – do końca pracy nie mam czasu się wysikać. Przemieszczam się miedzy piętrami z prędkością syberyjskiego husky ciągnącego zaprzęg i tak też się czuję (patrz naręcze dokumentów). Wszystko załatwiam w tak zwanym trybie „now”, toteż pod koniec język wisi mi do kolan.
16.05 – odbijam się ponownie, tym razem bez sportowych popisów. Wychodzę i siadam za kierownicą. Przez chwilę rozkminiam co powinnam zrobić, aż w końcu dociera do mnie żeby odpalić silnik. Jestem wyczerpana i kompletnie odmóżdżona, a to dopiero poniedziałek.
7.00 – jedną ręką suszę włosy, a drugą próbuję się umalować. Jestem spóźniona.
7.30 – przekraczam prędkość, aby zaraz potem utkwić w korku. Wyklinam na czym świat stoi, przyzywając kobietę lekkich obyczajów.
7.59 – wykonuję w stronę czytnika popisowy pad w stylu Ikera Casillasa, a głośne bip obwieszcza, że zdążyłam odbić się jeszcze przed 8.00.
8.05 – stoję w kilometrowej...
Czwarta pięćdziesiąt pięć dzwoni budzik.
Pięć minut później jestem już na nogach. Prysznic, fryzura, makijaż i najważniejszy posiłek dnia: kawa. Mocna. Koniecznie z ekspresu. Ekspres kupiony za pierwszą wypłatę.
W firmie jestem wpół do siódmej. Jeszcze jedna kawa, w kubku termicznym, żeby nie wylała się na dokumenty i nie wystygła.
Kilkoro zapaleńców już pracuje, chyba będę musiała przyjeżdżać jeszcze wcześniej. Może w ogóle nie powinnam wracać do domu? Załatwi się dmuchany materac i można się zdrzemnąć na godzinkę czy dwie. Zaoszczędziłabym na dojazdach.
Otwieram kalendarz. Kur*a! Na śmierć zapomniałam, miałam dzisiaj oddać raport! Odpalam komputer, drukuję, co się da, dodaję parę wykresów, pakuję w teczkę i opisuję. W duchu liczę na to, że Prezes będzie dziś na tyle zajęty, żeby nie zagłębiać się w ten stek bzdur, a na jutro przygotuję nowy i podmienię. W końcu już nie raz tak robiłam. Okej, Prezesa nie ma. Działam dalej. Kilka spotkań, na których omawiam szczegóły projektów, które ani trochę mnie nie interesują. Nowe raporty do przygotowania, które wydają mi się całkowicie zbędne. Tona papierów do przejrzenia, ksero, maile, telefony do wykonania. Teoretycznie przysługuje mi przerwa, ale nie odważyłabym się z niej skorzystać i wyjść. Jem tylko bułkę i jogurt, który kupiłam po drodze. Plus obowiązkowa kawa.
Kiedy o osiemnastej wpada Prezes, jestem pogrążona w myślach o tym, co by było gdyby. Mogłabym rzucić tę pracę, sprzedać mieszkanie i samochód, kupić sobie mniejsze. Może nawet poznałabym miłego faceta i założyła rodzinę?
-Co to ma być? No co to jest?! - wrzeszczy Prezes. - Nie życzę sobie takiego chłamu! Natychmiast proszę to poprawić! No co tak patrzysz? Poprawiaj, ale już. Nie wyjdziesz stąd, dopóki nie dostanę dobrego raportu! - Rzuca mi na biurko teczkę. Jednak przejrzał. - Na pani miejscu pokazałbym wszystko, co mam do zaoferowania - dodaje, a ton jego głosu jasno sugeruje, czym jest "wszystko".
Chcę zaprotestować, że sobie nie życzę, i że już trzy godziny temu skończył się mój czas pracy, ale potakuję, przepraszam i z westchnieniem zabieram się do poprawiania dokumentu.
Przecież chcę robić karierę.
Czwarta pięćdziesiąt pięć dzwoni budzik.
Pięć minut później jestem już na nogach. Prysznic, fryzura, makijaż i najważniejszy posiłek dnia: kawa. Mocna. Koniecznie z ekspresu. Ekspres kupiony za pierwszą wypłatę.
W firmie jestem wpół do siódmej. Jeszcze jedna kawa, w kubku termicznym, żeby nie wylała się na dokumenty i nie wystygła.
Kilkoro zapaleńców już pracuje, chyba...
Jeszcze pięć minut i będę spóźniona. Wybiegam z samochodu i rzucam się w wir obrotowych drzwi naszego ekskluzywnego wieżowca. Nienawidzę poranków, które nadchodzą po czterech godzinach snu i zapowiadają kolejny maraton w pracy. Wjeżdżam szklaną windą na osiemnaste piętro. Po drodze gabinety szefów i prezesów, którzy spacerują dumni jak pawie po korytarzach gapiąc się na sekretarki- robi mi się niedobrze. Winda otwiera się i oto witają mnie moje cztery ściany, a raczej drewniane ścianki działowe obok stanowisk pozostałych szarych pracowników. Włączam komputer, idę do automatu po kawę. Tam jak zwykle poranna "zombie kolejka". Szare, zmęczone postacie czołgają się po czarny reanimujący płyn i już za pół godziny gotowi są do maniakalnego klikania w klawiaturę. Wszyscy zasiedli już do biurek- startujemy. Odebrać telefon, sprawdzić maila, napisać, raport, sprawozdanie, plan działania na najbliższy miesiąc, wnioski do urzędu, znów telefon...Nim się zorientowałam, nastała przerwa na obiad, który minął jak mrugnięcie okiem. I znów ta sama seria debilnych zadań, w kółko to samo, zwariować można. Byle do kolacji, potem już z górki. Klepię i klepię, odbieram telefony, słucham narzekań szefa- norma. Kolacja! Od tego momentu przynajmniej przestają dzwonić telefony, szanowni prezesi zbierają się do domów, a biurowi flirciarze ruszają na łowy. Nie mogę na nich patrzeć, więc z dwojga złego gapię się w ekran i wypełniam przeróżne rubryczki. Zaczynam coraz częściej zerkać na zegar. Jeszcze sześć wniosków...21.30, pięć 21.55, jeden 23.00. Koniec, w końcu. Szkoda tylko, że za siedem godzin znów będę tkwić w tej szalonej maszynce do zarabiania pieniędzy.
Jeszcze pięć minut i będę spóźniona. Wybiegam z samochodu i rzucam się w wir obrotowych drzwi naszego ekskluzywnego wieżowca. Nienawidzę poranków, które nadchodzą po czterech godzinach snu i zapowiadają kolejny maraton w pracy. Wjeżdżam szklaną windą na osiemnaste piętro. Po drodze gabinety szefów i prezesów, którzy spacerują dumni jak pawie po korytarzach gapiąc się na...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej6:30 dzwoni budzik. Myślę: znowu muszę tam iść. Udaję się do toalety, muszę doprowadzić się do porządku. Szybki prysznic, fryzura, makijaż i koszula z kołnierzykiem oraz ołówkowa spódnica. Zaszaleję- pomyślałam. Dziś zestaw oliwkowo- szary. Jest 7:05 wybiegam z domu i szpilkach na 10 centymetrowym obcasie przez 10 minut śpiesznie podążam na przystanek autobusowy. Czeka mnie dwudziestominutowa podróż. Znowu korki i stres, że nie zdążę. W tym czasie po raz enty zastanawiam się : czy wszyscy muszą zaczynać pracę właśnie o 8:00 rano. Jest! Z oddali przystanku widzę korporację, zaraz tam będę, 5 minut przed czasem. Przyklejam sobie uśmiech na 8 godzin, ok, sama w to nie wierzę, będę się pewnie musiała szczerzyć o wiele dłużej, jak zwykle. I rozpoczyna się wyścig, czekam w bloku startowym i wtedy rozdzwaniają się telefony. O 10 przyjeżdża prezes, o 11 spotkanie z kontrahentem, o 12 meeting grupowy, o 13 pora na lunch. Kawałki sałaty zostają mi na zębach, szybka wizyta w łazience i po problemie. Muszę napisać sprawozdanie z meetingu, potem z Asią (jak ja nie lubię tej dziewczyny) robimy prezentacje zysków i strat za ubiegły tydzień. Dołącza do nas Marek, ma problem, że tło prezentacji jest oliwkowe, tak jak moja bluzka, a powinno być białe i koniec. Zanim się obejrzę jest już 16, a o 17 jestem umówiona z osobą z działu reklamy, lokalnej gazety. Zostawiam Asię i Marka na pogotowiu, a sama pędzę na drugi koniec miasta. Jestem 3 minuty przed czasem, całkiem przystojny okazuje się pan, który na mnie czeka. Wypijamy kawę, ustalamy stawki za reklamy. Trwa to zaledwie 20 minut. Jakbym chciała się zasiedzieć w tej uroczej knajpce dłużej i pomyśleć o tym, jak pięknie wstało słońce i muskało moją twarz gdy byłam w łóżku, ale nie! Nie!, coś mi się pomyliło, nie mogę. Muszę wracać do biura. Asia będzie wściekła. Nie mylę się. Jest już po godzinach, prezentacja nie skończona, a prezes chce ją mieć na e-mailu o 20:00. Cudem się wyrabiamy. W końcu wychodzę, pan ochroniarz rzuca w moją stronę wymuszony uśmiech. Odwzajemniam go. Jutro zrobię to samo. W planach nie mam jednak spotkania z uroczym panem z działu reklamy.
6:30 dzwoni budzik. Myślę: znowu muszę tam iść. Udaję się do toalety, muszę doprowadzić się do porządku. Szybki prysznic, fryzura, makijaż i koszula z kołnierzykiem oraz ołówkowa spódnica. Zaszaleję- pomyślałam. Dziś zestaw oliwkowo- szary. Jest 7:05 wybiegam z domu i szpilkach na 10 centymetrowym obcasie przez 10 minut śpiesznie podążam na przystanek autobusowy. Czeka mnie...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Spódnica ołówkowa to mój najgorszy koszmar. Wczoraj były urodziny ojca i napchałam się jak dzika świnia, a teraz ta cholerna kiecka piła mnie w brzuch. Siedzenie za biurkiem było torturą.
Kadrowa przeszła przez salę, posyłając mi uśmiech, więc wykrzywiłam usta w grymasie zadowolenia, ale kąciki zaraz same opadły i wróciłam do swojej ponurej twarzy. Posmarowałam ręce kremem, gapiąc się tępo w przestrzeń. Oprócz mnie w sali siedziało jeszcze dwadzieścia jeden osób. Nienawidziłam ich wszystkich i oni z równym zaangażowaniem nienawidzili mnie, ale udawaliśmy, że panuje tu przyjazna atmosfera. Marek, który miał biurko najbliżej ksera był osobą, którą nienawidziłam najmniej, ale za to nie cierpiałam jego perfekcyjnej żony i piskliwych dzieci. Gdy przyszła pora lunchu podszedł do mnie i udawał, że strzela sobie w głowę z dłoni ułożonej jak pistolet.
Udałam, że się wieszam.
Na parterze naszego budynku znajdował się Sturbucks. Dwie kanapki kosztowały tutaj dwanaście złotych, ale mieliśmy zniżkę od Amrestu, a jedzenie z resztą na kantynie doprowadzało nas do szału.
Po lunchu wróciłam na konferencję. Prowadziła ją gruba Agnieszka. Gdyby za nudziarstwo dawali podwyżki, zarabiałaby więcej od szefa. Obserwowałam jak fałdy jej tłuszczu chyboczą się pod białą koszulą i niemal zasnęłam. Po tym cudownym wystąpieniu poczłapałam do biurka i zrzuciłam obcasy. Miałam do przepisania kilka faktur do systemu, ale nie miałam na to sił, więc zajęłam się raportem dla szefa. Kopiuj, wklej. Zaczęłam się zastanawiać nad sensem mojego życia, ale dotarło do mnie, że moje życie nie ma sensu. Kopiuj, wklej.
Wybiła piąta, a ja jak zombie powędrowałam za innymi na parking. Marek zatrąbił mijając mnie swoją hondą, a ja zastanowiłam się, dlaczego jeszcze nie rzuciłam się pod auto.
W swoim suvie, wreszcie rozpięłam przyciasną spódnicę i oparłam się o zagłówek. Żałowałam, że zeszłam z antydepresantów, ale przecież w domu czekała na mnie wódka.
Z uśmiechem na ustach wyjechałam z parkingu.
Spódnica ołówkowa to mój najgorszy koszmar. Wczoraj były urodziny ojca i napchałam się jak dzika świnia, a teraz ta cholerna kiecka piła mnie w brzuch. Siedzenie za biurkiem było torturą.
Kadrowa przeszła przez salę, posyłając mi uśmiech, więc wykrzywiłam usta w grymasie zadowolenia, ale kąciki zaraz same opadły i wróciłam do swojej ponurej twarzy. Posmarowałam ręce...
rano:"ciemność widzę ciemność"
wieczorem:"ciemność widzę ciemność"
rano:"ciemność widzę ciemność"
wieczorem:"ciemność widzę ciemność"