-
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać436 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać8 -
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać16 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać13
forum Oficjalne Akcje i konkursy
[Zakończony] Gotycki kicz - wygraj książkę "Pustki".
„Pustki” to powieść grozy, która zdobyła tytuł Książki Roku w Zjednoczonym Królestwie, rekomendowana przez mistrza gatunku – Stephena Kinga. Odludne rejony angielskiego wybrzeża skrywają mroczną tajemnicę. Tok corocznej wielkanocnej pielgrzymki zostaje niespodziewanie przerwany. Po trzydziestu latach narrator powieści powraca wspomnieniami do wydarzeń z sanktuarium. Jak cienka jest granica między wiarą a fanatyzmem? Co wydarzyło się w Pustkach, miejscu o fascynującym i niepokojącym krajobrazie?
Andrew Michael Hurley z powodzeniem sięgnął po motywy znane z gotyckich powieści, żeby zbudować klimat grozy. Nie od dziś wiadomo, że najlepszym przepisem na dobrą książkę gatunkową jest wyczucie i umiar. Wystarczy jedno nieostrożne pociągnięcie piórem i… wychodzi kiczowata opowieść. Oto wyzwanie dla Was – stwórzcie właśnie taką historię z wykorzystaniem skrzypiących schodów, pełni księżyca i chmar nietoperzy, wylatujących ze starych trumien. Im więcej gotyckich elementów, tym lepiej! Nie znajcie umiaru
Czekamy na teksty o długości nieprzekraczającej 1500 znaków ze spacjami.
Nagrody
Autorzy pięciu najciekawszych tekstów otrzymają egzemplarz książki.
Pustki
Autor : Andrew Michael Hurley
Regulamin
- Konkurs trwa od 31 sierpnia do 7 września włącznie. W konkursie mogą wziąć udział jedynie osoby posiadające adres korespondencyjny w Polsce.
- Odpowiedzi muszą być napisane samodzielnie. Kopiowanie części lub fragmentów tekstów, recenzji innych osób jest zabronione. Teksty nie mogą przekraczać 1500 znaków ze spacjami.
- Każdy użytkownik może zgłosić tylko jedną pracę.
- Zwycięzców wybiera administracja serwisu lubimyczytać.pl. Decyzja jest nieodwołalna.
- Dane adresowe zostaną wykorzystane przez serwis lubimyczytać.pl i Wydawnictwo W.A.B.
- Adres zwycięzcy powinien zostać nadesłany do dwóch tygodniu od daty ogłoszenia wyników konkursu. Po tym terminie administracja lubimyczytać.pl dopuszcza wybór kolejnego laureata lub nieprzyznanie nagrody.
odpowiedzi [42]
Konkurs został zakończony. Za wszystkie odpowiedzi dziękujemy!
Wybraliśmy zwycięskie prace:
elektrofumigator
evi
klaudia1312
KartaGie
Rose
Serdecznie gratulujemy! Z laureatami skontaktujemy się bezpośrednio.
Konkurs został zakończony. Za wszystkie odpowiedzi dziękujemy!
Wybraliśmy zwycięskie prace:
elektrofumigator
evi
klaudia1312
KartaGie
Rose
Serdecznie gratulujemy! Z laureatami skontaktujemy się bezpośrednio.
Samochód zawsze psuje się w najmniej odpowiednim miejscu. Wiocha zabita dechami, a nawet gorzej - nie widać żadnego domu w zasięgu naszego wzroku.
-Wysiadamy - rezolutnie zapodał mój zapobiegawczy (mamy w ch** paliwa. Dojedziemy bez tankowania) i elokwentny małżonek.
Drzewa, chaszcze, zielsko do kolan. Natura pełną gębą - czyli coś czego typowy mieszczuch (czyli ja) nie cierpi. Szkoda, że atmosfera nie przesycona została zapachem obornika, a w dali nie słychać chrumkania świnek. Tfu, Tfu, lepiej nie. Wiadomo co za stworzenia w tej głuszy żyją, może jakieś ludzio-żerne dziki??? W oddali słychać było krakanie wrony/kruka/gawrona/sroki (nie odróżniam dziadostwa)
-Widzę jakiś dom... a raczej zamek. Spójrz tam! - wskazał ręką mąż. Zza wielkich iglaków wyłonił się obraz wielkiego, zniszczonego domostwa. A raczej, jak powiedział mąż - podupadłego pałacu. Zardzewiała, kuta brama, była piękna, ale sprawiała niepokojące wrażenie. Na lekkim wietrze poruszał się szyld na łańcuchach "Państwo Drawkulowie" oraz sympatyczne "Nieupoważnionym wstęp wzbroniony". Połowa okien zabita była deskami. Nad jedna z wież latały te krające ptaki.
Nie mieliśmy innego wyboru, i zadzwoniliśmy dzwonkiem (dałabym sobie rękę uciąć, że będzie kołatka... a tu takie zaskoczenie - dzwonek, i do tego działający). Po chwili wielkie bramy jęły się powoli otwierać, z głośnym i bardzo nieprzyjemnym skrzypieniem, które od zawsze kojarzy się z tarciem nauczycielskiego paznokcia o tablice w szkole. Czem prędzej pobiegliśmy do drzwi wyjściowych, gdyż pierwsze krople deszczu i ewidentnie zbliżającej się burzy zmoczyły nasze gołe ramiona.
Przy drzwiach (ha! wiedziałam, że gdzieś musi być kołatka) czekał już na nas mężczyzna, którego można byłoby opisać jednym słowem - kamerdyner. Typowy przedstawiciel swego zawodu, blady, bardzo stary, chudy - wręcz zasuszony. Stał sztywno, patrzył przed siebie, nieznacznie skinął głowa i zaprosił nas gestem dłoni do środka, jakby od dawna na nas czekał i się nas spodziewał. Co potwierdziły jego słowa
- Hrabia Drawkula oczekuje na Państwa w sali jadalnianej. Proszę się najpierw odświeżyć w swojej komnacie i wówczas zapraszamy na wieczerzę.
Czy to lodowate zimno, jakie wkradało się w każdy zakamarek mego ciała, czy specyficzna atmosfera - pustki, nierealności tego domu, czy brak jakichkolwiek odgłosów - głucha, nieprzenikniona cisza, może to wszystko razem sprawiło, ze zaczęłam się bać. Mąż wgapiał się we wszystkie mijane przez nas portrety - mroczne, przerażające i sprawiające wrażenie...jakby postaci na nich namalowane podążały za nas swoim martwym wzrokiem.
W "komnatach" nie było lepiej. Wielkie łózko z baldachimem, misa z wodą do "odświeżenia się", wielka puchowa kołdra, wielki puchaty dywan, kandelabry zamiast włączacznikow (a przecież dzwonek był elektryczny!). Na dodatek za oknem rozpętała się prawdziwa burza ze spektakularnymi piorunami, i co gorsza, z grzmotami.
- Podziękujemy za wyżerkę i spierdziealmy. Ja się zaraz zleję ze strachu - podsumował me rozterki inteligentny mąż.
Zeszliśmy wielkimi dwustronnymi schodami do sali głównej, tam, przy stole czekał na nas elegancki jegomość, trzymał w dłoni kryształowy kieliszek i na nasz widok uśmiechnął sie szeroko. Jego stalowoniebieskie oczy, sprawiały niepokojące wrażenie. Elegancki strój gospodarza, suto zastawiony stół, oraz jego miękki głos: -zapraszam na posiłek...prawie nas przekonał i odegnał dziwne omamy strachu, dopóki niewiadomo skad nie nadleciała na nas chmara stworzeń. To było tak niespodziewane, ze nasze krzyki i niekontrolowane machanie rękoma aby odgonić stwory zupełnie zagłuszyły głęboki i niepokojący smiech jakim hrabia Drawkula wybuchnął zaraz po ataku tych dziwnych latających stworzeń.
-To nietoperze - krzyknął mąż - wiejemy!!!
Tak szybko jak pozwalała nam nasza zaniedbana kondycja fizyczna pędziliśmy przed siebie. Drzwi na szczescie nie były zabarykadowane, a i brama okazała sie uchylona. Nietoperze goniły nas bardzo długo, ale zdecydowanie dłuzej towarzyszył nam ten pusty dudniący, krtaniowy smiech Drawkuli. Przedzieraliśmy sie przez gąszcz roslinnosci. Krzewy raniły nasze policzki, krew mieszała sie ze łzami. Nagle moj maz padł. Ze zmeczenia, z niemocy i zwymiotował z wysiłku. Jego tłuste ciało trzęsło sie jeszcze w konwulsjach, kiedy przytulałam sie do niego i starałam i uspokoic nasza dwojkę. Kiedy wyrównalismy oddechy cisze lasu przeszyło głosne wycie. Moze gawrona od kruka nie odrozniam, ale głos wydany przez wilka poznam od razu...
-Aaaaaaaa! zaczęlismy sie drzeć na całe gardło...
...
...AAAAAA...
...
-Anka! obudz się! cos Ci się sniło! - czuje szarpanie mojego ramienia. Budze się. Leze w swoim łózku. Spocona, zdezorientowana...ale w swoim domu! to był tylko sen!
-Jejuś, ale miałam sen! Straszny!- wyskoczyłam z łozka i pobiegłam do łazienki, aby obmyc twarz z resztek snu i dorowadzic sie do jako-takiej stabilnosci psychicznej. Nie udało sie. W lustrze dostrzełam moja zmeczoną twarz, która bła niemal cała podrapana, we włosach tkwiły liście, iły i inne leśne chwasty.
-O Ratunku! wrzasnęłam z całych sił. Do łazienki niespiesznym krokiem wszedł mój mąż. Usmiechnął sie szeroko...a jego nienaturalnie długie górne czwórki zdawały sie przyciagac moje spojrzenie
- Nie martw sie kochanie - powiedział moj maz - zaboli tylko na poczatku...i niespiesznym krokiem ruszył w moja stronę...
Samochód zawsze psuje się w najmniej odpowiednim miejscu. Wiocha zabita dechami, a nawet gorzej - nie widać żadnego domu w zasięgu naszego wzroku.
-Wysiadamy - rezolutnie zapodał mój zapobiegawczy (mamy w ch** paliwa. Dojedziemy bez tankowania) i elokwentny małżonek.
Drzewa, chaszcze, zielsko do kolan. Natura pełną gębą - czyli coś czego typowy mieszczuch (czyli ja) nie...
Oddycham ciężko. Mam przeczucie, że zbliża się coś niespodziewanego. Pomyślałam co za noc. Trzeba sprawdzić co się dzieje. Idąc korytarzem pokonuje drogę zbudowaną ze schodów, których nie lubię osobiście tzw. kacze schody. Lądowanie twarde zaliczone po schodach, obolała wstaje. Nie poddaje się. Pomyślałam jakaś magia dzisiejszej nocy. Słyszę muzykę, głośną. Uszy moje nie znoszą tego rodzaju dźwięku. Chcąc sprawdzić co się dzieje w ciemności z szybkości znowu czuje ,że grunt mam pod nogami. Patrzę ,a tu trumna z niespodziewanie się pojawia. Do tego nietoperze latają wokół mnie. Jeszce brakuje trupa i będzie zabawa na 102. Nagle czuje, że ktoś mnie dotyka. Dotyk nieskazitelny, ale nie zapamiętałam twarzy danej osoby. Zamknęłam oczy. Urwał się film. Obudziłam się rano. Głos nagle powiedział: " Mógł bym tak na Panią patrzeć przez całą noc, ale czas do pracy".
Ja: Co się wydarzyło w nocy?
On: Impreza studencka była, a wie Pani co trumnę usunąłem. Następnym razem będę jako trup i wpadnie mi Pani jeszcze w oko.
Ja: Dziękuje za rozmowę. Za dużo wrażeń jak na nockę. Wracam do domu, gdyż jestem poobijana.
On: Mam Pani pomóc?
Ja: Tak.
Oddycham ciężko. Mam przeczucie, że zbliża się coś niespodziewanego. Pomyślałam co za noc. Trzeba sprawdzić co się dzieje. Idąc korytarzem pokonuje drogę zbudowaną ze schodów, których nie lubię osobiście tzw. kacze schody. Lądowanie twarde zaliczone po schodach, obolała wstaje. Nie poddaje się. Pomyślałam jakaś magia dzisiejszej nocy. Słyszę muzykę, głośną. Uszy moje nie...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejObudziła mnie istnie pogrzebowo - szatańska muzyka, która dochodziła z ogrodu. Strasznie kręciło mi się w głowie, wszystko wirowało. Nie wiedzieć czemu, na szyi miałam zawieszone ząbki czosnku i wielki, srebrny krzyż. - Idealny zestaw dla pogromcy wampirów - pomyślałam. Z dłoni wypuściłam ogromny kryształowy kielich z czerwonym, dziwnie pachnącym płynem. Wstałam. Wokół dostrzegłam różne dziwne postacie, które leżały w każdym kącie mrocznego salonu. Ten widok był niczym z horroru - niektóre z nich miały czerwone rogi, inne długie czarne szpony, a jeszcze inne groźne białe kły połyskujące w blasku wypalających się świec. Mimo że wszyscy i wszystko było pokryte czerwoną substancją (najprawdopodobniej krwią), nie czułam strachu. Przechodząc przez hol dostrzegłam stojące na komodzie porcelanowe lalki. Były całe w pajęczynie i miały przerażające blade twarze - niczym siostry laleczki Chucky. Ich oczy wpatrywały się we mnie, a kiedy wmówiłam sobie, że jedna z nich mrugnęła, w pośpiechu wyszłam do mrocznego ogrodu. Noc była bardzo mroźna, mimo że był to koniec października. Jednak wszystko wynagrodził księżyc, który chwalił się swym wspaniałym blaskiem. Muzyka się zmieniła i w tle usłyszałam głos Marylina Mansona. Poszłam w tym kierunku. Zobaczyłam dj'a, który zasnął za konsolą. Mimo że powoli dopadał mnie kac a ból głowy nie odpuszczał, stwierdziłam, że moja własna impreza halloweenowa udała się w stu procentach ;)
Obudziła mnie istnie pogrzebowo - szatańska muzyka, która dochodziła z ogrodu. Strasznie kręciło mi się w głowie, wszystko wirowało. Nie wiedzieć czemu, na szyi miałam zawieszone ząbki czosnku i wielki, srebrny krzyż. - Idealny zestaw dla pogromcy wampirów - pomyślałam. Z dłoni wypuściłam ogromny kryształowy kielich z czerwonym, dziwnie pachnącym płynem. Wstałam. Wokół...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Była to niezwykle cicha noc, którą przerwało żałosne wycie dzikiego zwierzęcia. Pełnia.
"Już czas" pomyślał i wyciągając dłoń w czeluściach ciemności, pchnął wieko drewnianej trumny. Skrzypienie odbiło się echem po pustej komnacie. Podniósł się i dostojnym krokiem podszedł do okna.
- W samą porę... Księżyc już dawno nie świecił tak jasno. - wyszeptał niemal bezgłośnie i spojrzał w lustro. Mosiężna, złota rama pokryta kurzem i pajęczą siecią ukazywała jego własne odbicie. Długie, czarne włosy w niezwykły sposób kontrastowały z jego nadnaturalnie bladą skórą. Jednak jego oczy... Czerwone, niczym świeżo zerwana róża i czarne cienie pod nimi wskazywały na niezaspokojone łaknienie.
- Krew. Tego mi potrze... - przerwał mu hałas dobiegający z zewnątrz. Wtem drzwi do komnaty otworzyły się, wpuszczając do środka zabójcze światło.
- Synku.. Obiad na stole!
- ... Już idę mamo!
- I odsuń w końcu te zasłony... Ciemno tu jak w jakichś lochach. Znowu bawisz się w wampiry?!
- Ja...
- Za dużo telewizji oglądasz. Mówiłam, że ten "Zmierzch" to nie dla dzieci.
Była to niezwykle cicha noc, którą przerwało żałosne wycie dzikiego zwierzęcia. Pełnia.
"Już czas" pomyślał i wyciągając dłoń w czeluściach ciemności, pchnął wieko drewnianej trumny. Skrzypienie odbiło się echem po pustej komnacie. Podniósł się i dostojnym krokiem podszedł do okna.
- W samą porę... Księżyc już dawno nie świecił tak jasno. - wyszeptał niemal bezgłośnie i...
Na tej zapomnianej przez Boga wsi miało być sielsko, anielsko. Tak bukolicznie, żeby Marianne zregenerowała siły. Dom miał mieć pobielone ściany, uroczy ogródek z malwami i różami zapraszać na jego ganek. Niestety gdy wysiadła z samochodu, osłupiała. Ponure, zasnute pajęczyną wybite szyby, jakby oczy ociemniałego domu, jakieś uschłe badyle straszące na progu, skrzypiące ze starości drzwi. Gdy wchodziła, coś otarło się o jej łydki, aż przeszył ją impuls elektryczny, jakby najeżone kocie futro, więc z wrażenia aż krzyknęła. Jej krzyk obudził śpiącego u powały małego nietoperza, który z piskiem zapikował w dół, chcąc najwidoczniej wkręcić się w jej włosy. Oślepiona nagłym atakiem błoniastego stwora, wypuściła z rąk latarkę. Jej stopa obsunęła się i dziewczyna runęła w dół. Sturlała się po schodach do piwnicy,a wtedy całym domem zatrzęsło i piekielna błyskawica rozdarła powietrze. Gdy Marianne mozoliła się by wstać, aż ciarki przebiegły jej po plecach, bo grzmotnęło w pobliżu.
W piwnicy strasznie śmierdziało zgnilizną i butwiejącymi szczątkami, stały tam jakieś słoiki, a w nich wypatroszone węże, ropuchy, a nawet LUDZKIE OKO! Zgroza i panika zaczęły ją obezwładniać. Marianne nie mogła przecież dłużej tu zostać... bo na podłodze ku swemu przerażeniu dojrzała jakieś zwierzęce kości i rdzawe plamy zaschłej krwi. Te grzmoty, te pajęczyny, ten rozwścieczony nietoperz- ile jeszcze można znieść?
Jakiś skarlały, zgarbiony kształt niespodzianie wyrósł nad nią, taszcząc świeżo oheblowaną trumnę akurat w jej rozmiarze.
"Igor wita swą panią na włościach" - zaskrzeczał upiorny kamerdyner o bladej twarzy i wykonał parodię ukłonu.
"Istna rodzina Addamsów"- przemknęło jej przez myśl, gdy świat zawirował i pochłonęła ją czarna czeluść.
Na tej zapomnianej przez Boga wsi miało być sielsko, anielsko. Tak bukolicznie, żeby Marianne zregenerowała siły. Dom miał mieć pobielone ściany, uroczy ogródek z malwami i różami zapraszać na jego ganek. Niestety gdy wysiadła z samochodu, osłupiała. Ponure, zasnute pajęczyną wybite szyby, jakby oczy ociemniałego domu, jakieś uschłe badyle straszące na progu, skrzypiące ze...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejZa oknem księżyc w pełni. Nieruchomy, złowrogi. Jego wpływ powoduje koszmary senne. Jeden z nich sprawił, że obudziłam się zlana potem. Poczułam przemożną potrzebę pójścia na strych. Na TEN strych, na który nigdy nie wolno nam było wchodzić. Wchodzę schodami na górę. Skrzypią niemiłosiernie. Muszę uważać, jak stawiam stopy, żeby nikogo nie obudzić. Wilki wyją jak opętane. Im jestem bliżej strychu, tym bardziej na zewnątrz zmienia się aura. Zrywa się wiatr. Gałąź jabłoni uderza znienacka w szybę mijanego przeze mnie na półpiętrze okna. Prawie dostaję zawału. Małe gałązki wyglądają jak rozczapierzone palce przerażającej zjawy. Jeszcze kilka kroków. Zbliża się burza. W oddali słychać grzmoty. Błyska się. Jestem na miejscu. Atmosfera zagęszcza się. Czuję, jak napiera na mnie ze wszystkich stron. Powietrze staje się duszne. Kręci mi się w głowie. Zaczyna padać. Wielkie krople deszczu uderzają o parapet. A może to grad. Naciskam klamkę. Drzwi są zamknięte. Na szczęście wiem, gdzie jest klucz. Przekręcam go w zamku, drzwi otwierają się powoli, wchodzę. Ciemność, ciemność, ciemność…i NAGLE przede mną pojawia się ta twarz, zniekształcona, szpetna, czerwone oczy, otwarte usta i ten przeraźliwy pisk… Moje serce przestało bić. Otwarłam szeroko oczy, ciężko dysząc. Serce waliło mi jak młotem. Byłam w łóżku. Za oknem księżyc w pełni. Nieruchomy, złowrogi. Jego wpływ powoduje koszmary senne. Jeden z nich sprawił, że obudziłam się zlana potem. Poczułam przemożną potrzebę pójścia na strych…
Za oknem księżyc w pełni. Nieruchomy, złowrogi. Jego wpływ powoduje koszmary senne. Jeden z nich sprawił, że obudziłam się zlana potem. Poczułam przemożną potrzebę pójścia na strych. Na TEN strych, na który nigdy nie wolno nam było wchodzić. Wchodzę schodami na górę. Skrzypią niemiłosiernie. Muszę uważać, jak stawiam stopy, żeby nikogo nie obudzić. Wilki wyją jak opętane....
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Dlaczego zgodziłam się tutaj przyjechać? Ponieważ postanowiłam uczestniczyć w bardzo głupim planie Evy, który ma na celu zobaczenie wszystkich najdziwniejszych restauracji. Tak o to znalazłam się przed strasznym, podejrzewam, że nawiedzonym zamkiem. Poważnie!? Eva kazała mi jechać cztery godziny autostradą, abyśmy mogły zjeść śniadanie w ogromnym, kamiennym zamku, który w każdej chwili może się rozpaść na kawałki! Wiedziałam, że to zły pomysł, już kiedy kruki krążące wokół tego otóż miejsca zaczęły krakać, jakby chciały nas ostrzec. Mimo moich sprzeciwów wkroczyłyśmy do ciemnego, mrocznego, ale też odrobinę pięknego wnętrza. Moją uwagę przykuł fakt, że nie ma tu żadnych ozdób. Jedynie żyrandole z pajęczynami dawały minimalne światło, dzięki świecom. Wydawało mi się, że zbroje rycerzy stojące w każdym korytarzu zaatakują mnie. Rozmyślałam nad tym, jak szybko mogę uciec z tych zawiłych korytarzy i pokoi, kiedy w całym budynku rozbrzmiał dźwięk zniszczonego fortepianu. Przeraziłam się tym bardziej. Eva wydawała się urzeczona nawet wtedy, gdy weszłyśmy do rozległej sali jadalnej, której sufit zdobiły nietoperze. Mam nadzieję, że nie są prawdziwe. Pojawili się kelnerzy ubrani w czarne wdzianka ze srebrnymi tacami. Ścisnął mi się żołądek, kiedy zdałam sobie sprawę, że każdy z mężczyzn ma sztuczne kły. To jest przesada! Do teraz byłam przerażona całą scenerią tej restauracji, ale wszystko zostało zniszczone przez plastikowe kły!
- Eva, wychodzę – krzyknęłam i zbudziłam nietoperze.
Dlaczego zgodziłam się tutaj przyjechać? Ponieważ postanowiłam uczestniczyć w bardzo głupim planie Evy, który ma na celu zobaczenie wszystkich najdziwniejszych restauracji. Tak o to znalazłam się przed strasznym, podejrzewam, że nawiedzonym zamkiem. Poważnie!? Eva kazała mi jechać cztery godziny autostradą, abyśmy mogły zjeść śniadanie w ogromnym, kamiennym zamku, który w...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Obudziło mnie trzaśnięcie drzwi. Zerwałam się z łóżka ale nogi zaplątały mi się w pościel i runęłam jak długa na posadzkę. Była 5:00 RANO (!). Z parteru dobiegł mnie dziwny szmer. Co u licha?! – pomyślałam. Skrzypnęła podłoga. Ktoś tu jest – przeraziłam się. Zeszłam cichutko po schodach. Nikogo nie było. W powietrzu unosił się dziwny, mdły zapach wodorostów.
Na zakurzonym blacie komody dostrzegłam podłużną, narysowaną jakby palcem kreskę. Co jest ? – struchlałam i zamarłam. Drzwi do piwnicy były uchylone, ktoś tam był i sapał. Gdy się zbliżyłam nagle wpadło na mnie z piskiem pół tuzina nietoperzy, które wyleciały oknem. Przerażona zaczęłam biec po schodach do sypialni, potykając się o pozostawione na schodach buty, książki i kubki po herbacie. Nie mogłam zamknąć drzwi bo tarasowała je sterta niewyprasowanych ubrań. Kto je tu położył?! Jeszcze przed chwilą ich nie było – zmartwiałam.
W domu zapanowała martwa cisza. Nagle w ogródku dało się słyszeć uderzenia, jakby ktoś metalową łopatą kopał w ziemi. O nie! To coś na pewno kopie dla mnie grób – wystraszyłam się. Uzbrojona w miotłę poszłam na spotkanie z przeznaczeniem. Pochylona nad świeżo skopaną ziemią postać odwróciła się. O jesteś Serdeńko! Wracamy z ryb to wpadliśmy – zaszczebiotała – O, sprzątasz? – wskazała na miotłę – Jak miło! Nie zapomnij porządnie odkurzyć, z tego się astma robi – Tadzio w piwnicy szuka kosiarki, ja plewię, kto to widział mieć takie chaszcze! Zrób mi kawki! – dodała, cmokając na mnie Pani Teściowa.
Obudziło mnie trzaśnięcie drzwi. Zerwałam się z łóżka ale nogi zaplątały mi się w pościel i runęłam jak długa na posadzkę. Była 5:00 RANO (!). Z parteru dobiegł mnie dziwny szmer. Co u licha?! – pomyślałam. Skrzypnęła podłoga. Ktoś tu jest – przeraziłam się. Zeszłam cichutko po schodach. Nikogo nie było. W powietrzu unosił się dziwny, mdły zapach wodorostów.
Na zakurzonym...
Siedział na brzegu ławki. Przekrwione, podpuchnięte oczy, rozmazany wzrok. Cała jego postać wyglądała, jakby ktoś zapomniał dodać kolorów, jakby ktoś napoczął jego wizerunek, ale o nim zapomniał.
- Czasem mam wrażenie, że wyglądasz jak gość z moich koszmarów - Weronika nie widziała, jak uśmiecha się kątem ust, próbując odnaleźć w jego oczach odpowiedź. - Tak czy inaczej, nie chciałabym cię spotkać niespodziewanie w nocy.
- Ja sam raczej też odmówiłbym sobie tej wątpliwej przyjemności. Wracam. - Zanim Weronika zdążyła zapytać o to, dokąd wraca, widziała już jego postać z oddali. A może wydawało jej się, w końcu nie potrafiła rozróżnić jego sylwetki.
Tej nocy śnił jej się pogrzeb. Pogrzeb w parku, w którym często bywała. Mnóstwo ubranych w czerń ludzi pochylało się nad dziwnie zdobioną trumną. Ludzie mieli ciemne makijaże, starannie dobrane do ich czarnych włosów fryzury, nosili wiele ozdób, dziwnie powyginanych, przypominających gałęzie drzew, których cienie wchodzą przez okna w horrorach. Było bardzo ciemno, choć wszystkiemu towarzyszyła poświata, jakby bijąca wprost z ciał tych ludzi. W pewnym momencie rozeszli się, jakby było to z góry ustalone, jakby wszyscy nagle bardzo spieszyli się do swoich domów. Weronika postanowiła podejść do trumny, która była otwarta. Wtedy przeleciało nad nią mnóstwo nietoperzy, zasłaniając to, co było w środku. Wtedy się obudziła.
- Bardzo źle spałam, znów miałam koszmary. Jestem taka zmęczona... - Siedzieli na tej samej ławce, na której on poprzedniego dnia tak źle wyglądał. W parku z sennych koszmarów. - Ale nigdy do końca nie pamiętam tych snów.
Siedzieli w ciszy. W pewnym momencie Weronika lekko zasnęła. Stała za drzewem w parku. Znów ten pogrzeb! Ci sami ludzie, ta sama trumna. Trumna zdobiona jak dzieło sztuki. Mimo nocy znów ta dziwna poświata. Tym razem biła także z trumny. Weronika postanowiła odczekać do momentu, w jakim ludzie pójdą, zostawiając otwarte wieko. Była dziwnie przekonana, że tak właśnie się stanie. Kiedy ten moment nastąpił, podeszła do trumny. W środku zauważyła nie do końca wyraźny kształt. znów nad trumną przeleciało stado nietoperzy. Lecz ona zaczekała. Tym razem też sen nie dobiegł końca. Kształt wyglądający, jakby ktoś zapomniał dodać kolorów. Jakby ktoś zaczął pracować nad tym wizerunkiem, ale o nim zapomniał...
- To nie jest sen. - Powiedział, wpatrując się w nią rozmytym wzrokiem.
Siedział na brzegu ławki. Przekrwione, podpuchnięte oczy, rozmazany wzrok. Cała jego postać wyglądała, jakby ktoś zapomniał dodać kolorów, jakby ktoś napoczął jego wizerunek, ale o nim zapomniał.
- Czasem mam wrażenie, że wyglądasz jak gość z moich koszmarów - Weronika nie widziała, jak uśmiecha się kątem ust, próbując odnaleźć w jego oczach odpowiedź. - Tak czy inaczej,...
- Witamy w zamku naszej pani.
Stoję oniemiała wpatrują się w ogromne czarne skrzydła. To coś niemal przypomina człowieka z dwoma wyjątkami…Z pleców tego osobliwego jak mniemam lokaja wyrastają wcześniej wspomniane błoniaste skrzydła a na miejscu głowy znajduje się również głowa z tym wyjątkiem, że to głowa nietoperza.
- Dziękujemy, że zaczekała pani na swoja kolej.
Wzdycham oglądając się za siebie. Do długiego, wysokiego pomieszczenia wpadają jedynie pojedyncze smugi księżycowego blasku. Mimo tak małej ilości światła mój wzrok potrafi przebić się przez mrok. Zostawiam za sobą kolejkę trupiobladych…Ludzi? Nie jestem pewna czy ja i oni możemy się jeszcze tak nazywać. Idę w milczeniu za człowieko-nietoperzem po długich, stromych schodach. Ciszę przerywa tylko skrzypienie pod moimi stopami. Mnóstwo tu pajęczyn i ich małych wstrętnych właścicieli. Gdy docieramy do czarnych drzwi z kołatką w kształcie trupiej czaszki mój towarzysz zamienia się w normalnego nietoperza i znika w ciemności. Stukam trzy razy i drzwi się otwierają.
- Nie do wiary! Następna i to w dodatku taka młoda.
Niski melodyjny głos należy do wysokiej, nienaturalnie szczupłej kobiety, która w czarnej sukni z długimi rękawami sięgającymi ziemi stoi przy biurku pełnym starych książek. Obserwuje jak długie blade palce z ogromnymi pierścieniami prezentują się na jej fioletowym gorsecie.
- Witam. Jestem Śmiercią i zaraz przydzielę ci pracę, którą będziesz wykonywać w tej pośmiertnej czasoprzestrzeni.
- Witamy w zamku naszej pani.
Stoję oniemiała wpatrują się w ogromne czarne skrzydła. To coś niemal przypomina człowieka z dwoma wyjątkami…Z pleców tego osobliwego jak mniemam lokaja wyrastają wcześniej wspomniane błoniaste skrzydła a na miejscu głowy znajduje się również głowa z tym wyjątkiem, że to głowa nietoperza.
- Dziękujemy, że zaczekała pani na swoja kolej.
...
Szłam powoli kamiennymi schodkami. Każdy krok powodował przerażające echo. Idąc powoli ku górze, natknęłam się na coś, co leżało na jednym ze schodków. Podczas gdy schylałam się po znalezioną rzecz, wiatr skowytał piskliwie przez ubytki w ścianie nawiedzonego zamczyska, dodając grozy sytuacji. Dostałam ciarek na całym ciele gdy zrozumiałam co leży na ziemi. - Do stu tysięcy piorunów!- krzyknęłam i w tej samej chwili niebo przecieła samotna błyskawica.- to but od Coco Chanell!-podniosłam przedmiot mojego zachwytu, który znajdujdował się obok zakrwawionego kołka osikowego.
Rozglądałam się uważnie za drugim ale tylko znalazłam jakiegoś trupa w etapie rozkładu na czynniki pierwsze. Z ciężkim bólem serca wyrzuciłam buta.
-Auuu!!!- krzykneło coś za moimi plecami.
-Kto tam?- spytałam cała przerażona.
Usłyszałam ciche kroki zbliżające się w moją stronę i po chwili moim oczom ukazał się kwasimodo o ziemistej cerze i wysuniętej do przodu dolnej szczęki. Postać przybrała minę, która miała być chyba straszna i zaczął wyć przez okno do księżyca, zawiśniętego już od dawna na czarnym niebie.
- Jestem wampirrrr...- postać odezwała się, lecz nie mogła skączyć zdania gdyż zaczęła obficie kaszleć.
-Możesz powtórzyć? Mam wrażenie, że miało być strasznie.
Odkrząknął delikatnie lekko się rumieniąc.
"Wampiry się rumienią?"- pomyślałam.
Spojrzał na mnie spode łba, jakby czytał mi w myślach.
- Jezdem wa...
-Heh. To dopiero dialog grozy. Aż zamarłam ze strachu- powiedziałam sarkastycznie.
- No bo jestem wampirem i Cię zahipnotyzowałem.
-Aha. To jest hipnoza?- zrobiłam krok do przodu- w takim razie to jest cud. A tak wogóle to skoro jesteś wampirem, to czemu nie jesteś tak przystojny jak Ian Somerhalder? Czemu nie masz czerwonych oczu? Czemu nie chodzisz bezszelestnie jak skradasz się do ofiary? I czemu tak chodzisz- przybrałam postawę goryla i zaczęłam inscenizować pochód mojego oprawcy.
- Z kim ja muszę obcować?- zaczął mamrotać pod nosem łapiąc się za głowę. Chwilową ciszę po wywodzie myśliciela, przerwał przeraźliwy dźwięk, który wydawał się być głosem otwieranych drzwi piekielnych.- No i masz Ci pasztet. Tylko chciałem szybko rzucić coś na ząb i iść z kumplami na miasto. A mama mówiła: " Nie wchodź w dialog ze śniadaniem, bo dostaniesz biegunki"- złapał się za brzuch i zaczął powoli go gładzić.
- Ja się focham- skrzyżowałam ręce na brzuchu i odwróciłam się do wampira plecami, oburzona jego niekompetencją do swojego fachu.- Czuję się obrażona i niewyobrażam sobie być nie przeproszona.
- Heh. Kobiety!- krzyknął wampierz- Idę zjeść na mieście.
Rzuciłam mu nienawistne spojrzenie przez ramię.
-Idź i przemyśl swoje zachowanie. Do widzenia- powiedziałam i ruszyłam dalej, w górę schodów.
- Krucefiks!Oby nieeee...!- rozległ sie krzyk przerażonego wampierza, który wywabił ze swoich gniazd, chyba wszystkie nietoperze z okolicy - Prędzej się spale na słońcu niż Panią ponownie spotkam.
I wtedy ostatni raz go widziałam " żywego". Krucefiks...
Szłam powoli kamiennymi schodkami. Każdy krok powodował przerażające echo. Idąc powoli ku górze, natknęłam się na coś, co leżało na jednym ze schodków. Podczas gdy schylałam się po znalezioną rzecz, wiatr skowytał piskliwie przez ubytki w ścianie nawiedzonego zamczyska, dodając grozy sytuacji. Dostałam ciarek na całym ciele gdy zrozumiałam co leży na ziemi. - Do stu tysięcy...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Wilfried de Baskerville wyłączył budzik w kształcie czaszki i powoli zwlókł się ze swojego kupionego w Ikei łóżka, do którego dorobił karmazynowy baldachim. Jak co dzień zjadł na śniadanie krwistą baraninę z czerwonym winem, wpatrując się w ogniki na srebrnym świeczniku. Co prawda była to kradziona Menora, ale lubił myśleć, że to pamiątka z XVIII wieku. Za oknami powoli przechodziła kolejna jesienna nawałnica. Przeglądając smsy na trumiennym telefonie, nakarmił swojego wiecznie nienasyconego kruka Lovecrafta. Z przepastnej szafy wyjął surdut, nałożył na kwadratową szczękę puder, podmalował się tu i ówdzie. Jeszcze tylko czarny prochowiec, cylinder i parasol (nie zgadniecie w jakim kolorze) i jazda do roboty.
Wsiadł do matowo czarnego kombiaka, którego wykupił po znajomości z zakładu pogrzebowego i ruszył prawie przejeżdżając czarnego kocura. „Bloody hell!” – zaklął z coraz lepiej brzmiącym akcentem cockney, przy okazji zezując na staromodną „cebulę”. Piszczelowe wskazówki na pokrytym pajęczyną cyferblacie pokazywały 7:30.
Trzeba przyznać, że nietypowy wygląd napędzał klientelę w jego sklepie z akcesoriami BDSM, a nastoletnie fanki gotyckiego rocka spod znaku Cradle of Filth często podrzucały mu wyuzdane liściki z opisem przeżyć lekko wampirycznych. Lubił swoją pracę – pozwalała zapomnieć o tym, że jego wycieczki na cmentarz, rozkopywanie grobów i „rozmowy” ze zmarłymi, to chyba jednak nie do końca normalna rzecz.
Wilfried de Baskerville wyłączył budzik w kształcie czaszki i powoli zwlókł się ze swojego kupionego w Ikei łóżka, do którego dorobił karmazynowy baldachim. Jak co dzień zjadł na śniadanie krwistą baraninę z czerwonym winem, wpatrując się w ogniki na srebrnym świeczniku. Co prawda była to kradziona Menora, ale lubił myśleć, że to pamiątka z XVIII wieku. Za oknami powoli...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Schowałam się za starym, gotyckim krzyżem. Zaraz wybije północ, pora zjaw i upiorów. Po latach badań odkryłam, że tu, na zapomnianym cmentarzu, w pierwszy piątek listopada spotykają się strachy z okolicy.
Północ wybiła. Zaczęły schodzić się różne dziwy: strzygi, wampiry, duchy, rusałki, nieumarli… Cmentarz zaroił się od wszelkiego stworzenia. Na podwyższenie zrobione z kilku nagrobków wkroczył osobnik przypominający Nosferatu i rzekł:
– Wtam Państwa na dorocznym sympozjum naukowym poświęconym sprawom potworów. Temat tegorocznego spotkania to „Miejsce nieludzi w XXI wieku”.
Rozległy się brawa i wiwaty. Czy ja śnię? To nie tak miało wyglądać!
–Pierwsza referat wygłosi profesor…
Nie wytrzymałam.
– Nie! To wszystko nie tak!
Wszystkie oczy zwróciły się na mnie.
– Lata badań poświęconych potworom, żeby udokumentować nie krwawą ucztę a jakieś sympozjum naukowe? To kpina! Ze mnie, z wizerunku potwora…
Strzyga leniwie podrapała się po żebrach i zaczęła oglądać swoje paznokcie. Rusałki ziewały. Moje przemówienie na nikim nie zrobiło wrażenia. Gdzie wściekłe spojrzenia i żądza mordu?
– Cóż… – zaczął Nosferatu – Cywilizujemy się. Stare wizerunki są dla nas bardzo krzywdzące. – Ma Pani może dziennikarską akredytację? – jego uśmiech wyglądałby niemal przyjaźnie, gdyby nie długie kły.
– Nie…
– Ochrona!
Dwóch rosłych wilkołaków z hukiem wyrzuciło mnie za bramę cmentarza. Cóż, chyba praca doktorska będzie musiała zaczekać do przyszłego roku. Tylko jak, do diaska, załatwić tę akredytację?!
Schowałam się za starym, gotyckim krzyżem. Zaraz wybije północ, pora zjaw i upiorów. Po latach badań odkryłam, że tu, na zapomnianym cmentarzu, w pierwszy piątek listopada spotykają się strachy z okolicy.
Północ wybiła. Zaczęły schodzić się różne dziwy: strzygi, wampiry, duchy, rusałki, nieumarli… Cmentarz zaroił się od wszelkiego stworzenia. Na podwyższenie zrobione z...
Dom ten został wybudowany w 1843r. Wprowadził się do niego mężczyzna wraz ze swoją żoną, która spodziewała się dziecka. Był to wielki dom z dębowych desek z kamiennymi fundamentami. Wszyscy myśleli, że była to normalna rodzina. Kilka miesięcy później, miesiąc przed narodzinami dziecka stało się coś niewyobrażalnie strasznego. Oni nie chcieli tego dziecka dla siebie. Chcieli je oddać demonom. Ustawili łóżko na środku salonu, a na podłodze dookoła łóżka narysowane białą kredą było koło z różnymi symbolami. Mężczyzna wszedł do pomieszczenia. Był ubrany w czarną togę z kapturem, a twarz pomalowaną miał na biało. Kobieta leżała związana na łóżku. Mężczyzna wyjął nóż i rozpoczął modlitwę. Mówił nieludzkimi słowami. Kiedy kobiecie odeszły wody rozpoczął się poród, lecz chwilę przez dziecko zostało naznaczone. Gdy dziecko już wyszło mężczyzna odciął pępowinę, a później nią zjadł. Kobieta mimo iż wyczerpana podniosła się na chwilę tylko po to, aby splunąć dziecku w twarz. Mężczyzna zaczął wcierać jej ślinę, a potem sam splunął. Dziecku już nikt nie mógł pomóc. Podał je kobiecie i uniósł nóż do góry. Odmówił niezrozumiale modlitwę, po czym wbił nóż w dziecko. Chwilę pomachało jeszcze rękoma i nogami, a potem przestało. Zaczęli je jeść. Po kilku minutach została już tylko głowa, w którą kobieta się wtuliła i zaczęła się śmiać. Mężczyzna rozlał naftę i spalił się razem z kobietą. Dom ocalał. Dziś dziecko przyjmuje różne formy ludzie i wypija krew swych ofiar. Stał się wampirem.
Dom ten został wybudowany w 1843r. Wprowadził się do niego mężczyzna wraz ze swoją żoną, która spodziewała się dziecka. Był to wielki dom z dębowych desek z kamiennymi fundamentami. Wszyscy myśleli, że była to normalna rodzina. Kilka miesięcy później, miesiąc przed narodzinami dziecka stało się coś niewyobrażalnie strasznego. Oni nie chcieli tego dziecka dla siebie. Chcieli...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejAntek stał niezdecydowany przed mostem zwodzonym. Jeszcze kilka metrów i znajdzie się na podwórku. Pan Zenon, kościotrup, który pracuje u nich od tygodnia, z klekotem otworzy przed nim trzeszczące drzwi i będzie w domu. Bał się. Postanowił bowiem, że DZIŚ jest ten dzień, kiedy powie rodzicom… no, powie, że jest abstynentem. Ojca, pięćsetletniego wampira, przyprawi o drżenie kłów. Matka teatralnym gestem złapie się za serce i osunie na fotel ze skór dziewic, który dostarczono wczoraj. O reakcję babki Wiesławy nie musiał się martwić, bo wyprowadziła się trzy wieki temu z głośnym szelestem tysiąca skrzydeł chmary nietoperzy. Było to wtedy, gdy w rodzinie czystej… krwi wampirów narodziła się mała wilkołaczka – takiej hańby babka znieść nie mogła. Crvistoniusowie! Czystej krwi ród! Pradziadek matki Antka osobiście znał Vlada Palownika! Babka w czarnej, atłasowej torebce, którą zawsze miała pod ręką, nosiła kość łódeczkowatą pradziadka (zginął tragicznie przebity osikowym kołkiem). Antek dobrze wiedział, że narodziny Nastki były szokiem dla ojca i prawie zabiły matkę. Ale jakoś oboje z tego wyszli. Ojciec, cóż, zakochał się w swojej córeczce, której pokój udekorował najbardziej niezwykłymi pajęczynami, jakie zdołał znaleźć, a matka… cała wieś poszła z dymem (właściwie to została opróżniona z krwi, gdy matka w popołogowym szale wyszła na kolację), a po tym szybko wróciła do równowagi. A teraz on, Antek – abstynent! Odetchnął głośno, a wilki w ogrodzie zaczęły wyć. Ruszył przez most.
Antek stał niezdecydowany przed mostem zwodzonym. Jeszcze kilka metrów i znajdzie się na podwórku. Pan Zenon, kościotrup, który pracuje u nich od tygodnia, z klekotem otworzy przed nim trzeszczące drzwi i będzie w domu. Bał się. Postanowił bowiem, że DZIŚ jest ten dzień, kiedy powie rodzicom… no, powie, że jest abstynentem. Ojca, pięćsetletniego wampira, przyprawi o drżenie...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Wśrod ponurego wzgórza rozniosła się mgła. Nie zasłoniła jednak ponurego zamczyska, które zdawało się wyrywać niczym statek spomiędzy niespokojnego morza traw. Na niebie wisiał nisko księżyc w pełni. W odpowiedniej odległości od zamku płoneło pojedyńcze ognisko. Przy nim siedzieli właśnie pasterz i jego nowo poznany towarzysz, jak się okazało dziedzic okolicznych pastwisk z kasztelem włącznie.
-Co wam wiadomo o zamku panie?
-Nic, poza tym, że według miejscowych jest nawiedzony. A owce się do niego nie zbliżają.
-Ano nie. Bo nie mają co tam żreć. Widzicie panie wkoło tylko ugór i krzewy róź. Co to je wasz przodek zasadził. Twierdza tysiąca róż - tak się to miejsce nazywało. Czy ich jest tysiąc to nie wiem, ale jest ich tyle co mrówków. Owce nie lubią.
-O moich krewnych coś więcej wiesz?
-Ano wiem. Trzech ich było braci. Pierwszy rzucił się z wieży i umarł. Przedtem na głowę zaniemógł. Po cmentarzach ganiał baby i krzyczał, że jest panem mroku i, że je na swoje oblubienice weźmie. Bracia jego zresztą też pod wieżą skończyli.
-Co się z nimi stało?
-Drugi też rzucił się z wieży. Nieszczęśliwa miłość. Mleczarka nie doceniła pisanych przez niego wierszy. Ale to jeszcze nic. Najgorsze spotkało trzeciego z braci.
-Spadł z wieży?
-Nie. Odwiedzając miejsce śmierci braci dostał bardzo gwałtownej sraczki.
Wśrod ponurego wzgórza rozniosła się mgła. Nie zasłoniła jednak ponurego zamczyska, które zdawało się wyrywać niczym statek spomiędzy niespokojnego morza traw. Na niebie wisiał nisko księżyc w pełni. W odpowiedniej odległości od zamku płoneło pojedyńcze ognisko. Przy nim siedzieli właśnie pasterz i jego nowo poznany towarzysz, jak się okazało dziedzic okolicznych pastwisk z...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Dzisiaj wcielam mój plan w życie.Chcę spełnić moje marzenie:zostać ugryzioną przez wampira!Wszystko już jest przygotowane.Jest pełnia.Ubrałam czarny strój eksponujący szyję. Zrobiłam odpowiedni makijaż,w skutek czego sama wyglądam jak wampir. Oplotłam się nićmi pajęczyn,które cały dzień zbierałam ze strychu. Czuję,jak do ucha wchodzi mi włochaty pająk. Użyłam ekskluzywnych perfum o zapachu krwi.
Ostatnie spojrzenie w lustro i jestem gotowa do drogi.
Na dworze panuje ciemność. Księżyc jest zasłonięty przez czarne chmury. Niech to! Muszę zatem wyjąć smartfon i wpatrywać się w zdjęcie księżyca na ekranie. Idąc przez ciemny park,powoli zbliżam się do cmentarza. Jest za cicho,dlatego na zmianę puszczam z telefonu krzyki,dźwięk wyjącego wiatru,odgłos łamanej gałązki i pohukiwanie sowy. Wyjmuję z torby maskotkę nietoperza i macham nią w nadziei,że zwrócę na siebie uwagę wampira. Docieram do cmentarza. Brama otwiera się bezdźwięcznie,dlatego mocno zgrzytam zębami,imitując dźwięk jej skrzypienia. Cmentarz jest mały. Gdzieś niedaleko odbywa się głośna impreza. No nie! W takich warunkach nie usłyszy mnie żaden wampir! Muszę zatem wylać na siebie całą zawartość flakonu perfum o zapachu krwi,co czynię niezwłocznie. Otumaniona tym zapachem idę przez cmentarz jak zombie. Potykam się o zaniedbane pokruszone groby,ale nie przestaję wymachiwać pluszowym nietoperzem. Docieram w końcu do krypty,skąd powinien wyskoczyć z trumny wampir. Kurczę! Ominął mnie ten fascynujący moment! Spóźniłam się,bo on stoi już na zewnątrz. Długa peleryna powiewa na wietrze. Blada skóra odbija się na tle ciemności, a usta szepczą coś jakby modlitwę. Z ekscytacji cała drżę! Rzucam się wampirowi w ramiona. Widzę,jak marszczy nos pod wpływem mojego oszałamiającego zapachu. Jak opętana krzyczę,żeby ugryzł mnie tu i teraz,ale on odpycha mnie od siebie. W sumie myślałam,że będzie silniejszy,a on nawet nie jest w stanie oderwać moich dłoni ze swoich ramion. Głos ma piskliwy i przestraszony,dłonie spocone i gorące. Odsuwam się i wtedy mój wzrok pada na biały element przy kołnierzu jego stroju.Koloratka! Spotkałam księdza, a nie wampira! Rozczarowana patrzę, jak ucieka,potykając się o swoją sutannę.Jestem załamana! Odechciewa mi się żyć! Chcę podciąć sobie żyły,ale plastikowe pazury pluszowego nietoperza nie bardzo się do tego nadają.Ze łzami w oczach kieruję się ku bramie.Nie zauważam wykopanej dziury i wpadam do niej.Kiedy zdaję sobie sprawę,gdzie się znajduję,jaram się jak wampir na słońcu.Jestem w grobie! Otulam się zatem płaszczem z pajęczyn i zapadam w błogi sen o kłach zatapianych w mojej szyi i śnię tak do rana w najlepszym łóżku na świecie!
Dzisiaj wcielam mój plan w życie.Chcę spełnić moje marzenie:zostać ugryzioną przez wampira!Wszystko już jest przygotowane.Jest pełnia.Ubrałam czarny strój eksponujący szyję. Zrobiłam odpowiedni makijaż,w skutek czego sama wyglądam jak wampir. Oplotłam się nićmi pajęczyn,które cały dzień zbierałam ze strychu. Czuję,jak do ucha wchodzi mi włochaty pająk. Użyłam ekskluzywnych...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Młoda zgrabna dziewczyna patrzy na jedyne źródło światła, jakim jest księżyc i zastanawia się, czy wybrała odpowiednią noc na zwiedzanie tego gotyckiego kościoła, o którym ludzie we wsi powiadają, że jest nawiedzony. Podchodzi do wielkich drzwi i napiera na nie całym ciałem, niestety ani drgną, obchodzi ostrożnie budowlę i dostrzega małe drzwiczki, popycha je, wydają nieprzyjemne skrzypienie, które przeszywa ją na wskroś. Ostrożnie zagląda do środka, przez ciemność niczego nie dostrzega, wchodzi do pomieszczenia i pokonuje kilka kroczków na przód, słyszy jak za nią z trzaskiem zamykają się drzwiczki. Dziewczyna idzie dalej, dostrzega rzędy ławek oraz ołtarz, a na nim widzi otwartą trumnę, nigdy jeszcze nie widziała, aby na ołtarzu była pozostawiona trumna. Podchodzi do niej pomału, gdy już jest całkiem blisko słyszy w oddali wycie dzikiego psa, zatrzymuje się, jej ciało zadrżało ze strachu, mimo tych złowrogich sygnałów podchodzi do trumny, zagląda do jej wnętrza, niczego jednak nie dostrzega. Nagle słyszy za sobą głos:
- Czego szukasz w moim łożu?
Przerażona kobieta chce uciekać, krzyczeć, jednak nie jest w stanie wykonać żadnego ruchu, całe jej ciało zdrętwiało ze strachu. Czuje na swoim ramieniu dotyk chłodnej kościstej dłoni, zerka w jej kierunku i dostrzega długie pazury, które zaciskają się na jej wątłym ciele. Dziewczyna czuje, że jej ciało odżyło, rusza biegiem w kierunku skrzypiących drzwiczek, nie odwracając się za siebie, dopada ich i wydostaje się na zewnątrz.
Młoda zgrabna dziewczyna patrzy na jedyne źródło światła, jakim jest księżyc i zastanawia się, czy wybrała odpowiednią noc na zwiedzanie tego gotyckiego kościoła, o którym ludzie we wsi powiadają, że jest nawiedzony. Podchodzi do wielkich drzwi i napiera na nie całym ciałem, niestety ani drgną, obchodzi ostrożnie budowlę i dostrzega małe drzwiczki, popycha je, wydają...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Cmentarz nocą, w ciemnościach ledwie można było dostrzec sylwetki dwóch postaci dźwigających wielką skrzynię.
-Jacek, strasznie ciężka ta trumna!
-Ciężka, bo Pierwszy Sekretarz ciężko grzeszył. Myślisz, że dlaczego został wilkołakiem?
-Ale ciemno, nic nie widzę!
-Placek ty matole! Jest tak ciemno bo ukradliśmy księżyc. To dla bezpieczeństwa. Bez księżyca nie ma pełni. Wilkołaki śpią i ten nasz też się nie zbudzi.
-A może osikowym kołkiem go zaciukać?
-Nie znamy się na drewnie, co jeśli okaże się sosnowy?
-Racja, wilkołak rozerwałby nas na strzępy.
-Znam lepszy sposób, przeczytałem o nim w nowym numerze „Młodego egzorcysty”
Bracia po krótkiej, lecz męczącej wędrówce dotarli do dzwonnicy. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem, kawałek drutu i spryt potrafią zdziałać cuda. Chłopcy zaczęli morderczą wspinaczkę spiralą trzeszczących schodów. Trumna raz za razem zgrzytała o ściany, spłoszone stado nietoperzy poderwało się do lotu. Do pisku zwierząt dołączył dźwięk głośnego pierdnięcia.
-Wisisz mi pięć złotych Placek, przegrałeś zakład! Zesrałeś się pierwszy!
To rozładowało napięcie i podniosło morale, chwile później byli już na górze. Do poruszenia dzwonu służyły dwie liny. Na jednej z nich chłopcy zawiązali pętlę, którą założyli na szyję truposzowi, a sami skoczyli chwytając drugą z lin. Zwłoki poderwane do góry przy pierwszym uderzeniu dzwonu pokryła sierść, przy drugim zaczęły puchnąć.
Trzecie uderzenie...
-On zaraz eksploduje! Wiejemy Placek!
Plackowi dwa razy nie trzeba było tego powtarzać.
Cmentarz nocą, w ciemnościach ledwie można było dostrzec sylwetki dwóch postaci dźwigających wielką skrzynię.
-Jacek, strasznie ciężka ta trumna!
-Ciężka, bo Pierwszy Sekretarz ciężko grzeszył. Myślisz, że dlaczego został wilkołakiem?
-Ale ciemno, nic nie widzę!
-Placek ty matole! Jest tak ciemno bo ukradliśmy księżyc. To dla bezpieczeństwa. Bez księżyca nie ma pełni....
Turek w słoneczne dni wygląda pięknie. Kolorowe kamieniczki na rynku, szum fontanny, dźwięk rozmów...to wszystko sprawia, że miasto żyje. Nad tym całym pięknem czuwa niewzruszony kolos – kościół, w którym swoje polichromie zostawił sam wielki Mehoffer. Ale kiedy nadchodzi burza, i zrywa się silny wiatr, uliczne latarnie nie są w stanie przegonić mroku, który wkrada się i drąży miasto jak choroba zakaźna.
Tak było i tego feralnego dnia. Znikąd zerwał się wiatr, płosząc kruki i wrony z drzew w parku. Zaczęły zataczać na niebie kręgi, wyglądając z oddali jak czarny żagiel falujący na wietrze. Nagle miasto utonęło w mroku. Wichura musiała zerwać linie elektryczne. Nie bacząc na nic ruszyłam w stronę parku, żeby choć trochę skrócić sobie drogę do domu i osłonić się przed ulewnym deszczem, który lada chwila miał spaść.
Park wyglądał upiornie. Drzewa osnute tajemniczą mgłą wyginały się na wietrze jak szkaradne baletnice, a przygrywały im kruki i wrony, wrzeszczące zawzięcie. Bryła kościoła zaczęła wyglądać jak stare, zrujnowane zamczysko. Szłam szybko. Jednak nie dość. Przez okrzyki ptaszysk dotarł do mnie zduszony kobiecy krzyk. Przystanęłam nasłuchując, jednak nie wołanie nie powtórzyło się. Otaczająca mnie ciemność wydała mi się nagle o wiele bardziej upiorna. Zaczęłam biec. Byłam już prawie u wyjścia, gdy runęłam jak długa na ziemię. Kobiecy krzyk ponowne rozciął ciszę. Brzmiał jednak zacznie bliżej niż wcześniej. Po omacku zaczęłam szukać przyczyny mojego upadku. I trafiłam. Owalny kształt w moich dłoniach poruszał się..oddychał. Na raz przez ciemność przebiło się światło latarni ulicznych. Przymknęłam oczy, aby przyzwyczaić się do tego nagłego i niespodziewanego blasku. A kiedy je otworzyłam, głowa kobiety ponownie rozwarła usta i rozdarła powietrze przeraźliwym wrzaskiem.
Turek w słoneczne dni wygląda pięknie. Kolorowe kamieniczki na rynku, szum fontanny, dźwięk rozmów...to wszystko sprawia, że miasto żyje. Nad tym całym pięknem czuwa niewzruszony kolos – kościół, w którym swoje polichromie zostawił sam wielki Mehoffer. Ale kiedy nadchodzi burza, i zrywa się silny wiatr, uliczne latarnie nie są w stanie przegonić mroku, który wkrada się i...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejOto ona- zafascynowana tym, co tajemnicze, niesamowite, pełne grozy i patosu zarazem. Ogląda Nosferatu Herzoga i dziwne, niepokojące filmy Lyncha, namiętnie czyta Draculę. Obowiązkowym kolorem jest czarny- najbardziej mroczny z kolorów. Co roku, latem jeździ do zamku Bolków. Tam spotykają się setki wampirów, upiorów i dam o bladych twarzach, słuchających swojej mrocznej muzyki i tańczących przy świecach. Kocha noc, bo ona służy przemyśleniom. A listopadowe noce są najdłuższe w roku... Pewnej takiej nocy o pełni księżyca, wybrała się do średniowiecznego zamku. Jego nieodgadnione ruiny pełne sekretnych zakamarków robiły na niej ogromne wrażenie. Mimo strachu, postanowiła tam iść. Ach, gdyby jeszcze jakiś zakapturzony mnich, wampir, czarownica przemknęli za filarem czy pomiędzy drzewami- rozmarzyła się. Ostrożnie wchodziła po skrzypiących schodach. Nagle poczuła chłodny powiew na swoich policzkach. Było ciemno, a ona trzymała w ręku tylko świeczkę, która dawała jasną strużkę światła na podłogę. Nagle zobaczyła przed sobą starą, spróchniałą trumnę. Ostrożnie odchyliła wieczko. Z trumny wyleciała cała chmara nietoperzy, ale żadnego wampira w niej nie było. Rozczarowana postanowiła wrócić z powrotem do domu, by dalej rozmyślać nad sensem życia i patrzeć na świat za oknem własnego pokoju....
Oto ona- zafascynowana tym, co tajemnicze, niesamowite, pełne grozy i patosu zarazem. Ogląda Nosferatu Herzoga i dziwne, niepokojące filmy Lyncha, namiętnie czyta Draculę. Obowiązkowym kolorem jest czarny- najbardziej mroczny z kolorów. Co roku, latem jeździ do zamku Bolków. Tam spotykają się setki wampirów, upiorów i dam o bladych twarzach, słuchających swojej mrocznej...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Wigilia Bożego Narodzenia. Rok 1938. Pozornie dzień pojednań. Pojednań z kim, skoro jej rodzice zmarli w niewyjaśnionych okolicznościach? Chce móc odezwać się do kogokolwiek. Postanawia wyjść wieczorową porą w miasto w poszukiwaniu kompana do rozmów. Na ulicy nie spotyka nikogo. Dostrzega jednak pewną postać ubraną w krwistoczerwony strój. Postać miała bladą cerę z wyraźnie zaznaczonymi cieniami pod oczami i zmarszczkami. Kobiety jednak to nie zraża. Podąża za tajemniczą postacią, która zaprowadza ją na obrzeża miasta. Znajduje się tam stary poniemiecki cmentarz. Nagle postać zatrzymuje się i zapala świeczki na niewielkim, niedbale usypanym kopcu. Wyciąga stary, drewniany krzyż i zaczyna się modlić. Po chwili daje się słyszeć przeraźliwe skrzypienie. Są to postacie podobne do tej modlącej się. Klękają wokół kopca. Zza ich pleców wylatują nietoperze, które gaszą świeczki. Kobieta postanawia wrócić do domu, jednak coś trzyma ją za rękę. Jedna z postaci zapala świeczkę i mówi:
Tu znajdują się ciała twoich rodziców, a ich dusze w zaświatach. Nie są jeszcze gotowi, aby je opuścić i być tu z tobą. Ziemia to nasz czyściec. Aby trafić do raju, musimy się tu dobrze sprawować. Ściągnięcie ciebie było jednym z naszych zadań.
Kobieta chcąc pochylić się nad kopcem słyszy pohukiwania sowy, a następnie czuje silne uderzenie w tył głowy. Kolejna zbrodnia zostaje popełniona w niewyjaśnionych okolicznościach.
Wigilia Bożego Narodzenia. Rok 1938. Pozornie dzień pojednań. Pojednań z kim, skoro jej rodzice zmarli w niewyjaśnionych okolicznościach? Chce móc odezwać się do kogokolwiek. Postanawia wyjść wieczorową porą w miasto w poszukiwaniu kompana do rozmów. Na ulicy nie spotyka nikogo. Dostrzega jednak pewną postać ubraną w krwistoczerwony strój. Postać miała bladą cerę z wyraźnie...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Tej nocy deszcz nie padał. On lał się z nieba, jak gdyby bogów nawiedziła powódź i próbowali pozbyć się wody, wiadrami wylewając ją na Ziemię. Mr Strange wspinał się, krętą ścieżką przeklinając ulewę i tworzące się błoto. Sprawdził godzinę, a następnie szczelnie owinął się płaszczem. Zgodnie z planem, 15 minut do północy. Wybrał się późno, choć ludzie omijali posiadłość nawet za dnia, uważając ją za przeklętą. W tej chwili błyskawica, oświetliła wielkie, ponure domostwo na wzgórzu. Potem zadudnił grzmot. John był specjalistą od zjawisk paranormalnych. Wydał już wiele książek, ale ostatnio pracował nad dziełem swojego życia- spisem i charakterystyką nawiedzonych domów w Anglii. Willa Maxwellów miała być wisienką na torcie jego opus magnum. Plotki głosiły, że w domu straszy, giną tu zwierzęta, a nocą słychać przerażające dźwięki- jęki, krzyki i płacz dziecka. John spojrzał na kołatkę i popchnął drewniane drzwi. Podłoga zaskrzypiała przy pierwszym kroku, a buty zostawiły ślad na zakurzonej posadzce. Przez wybite okno, wpadało światło księżyca, oświetlając schody prowadzące na górę. W środku odgłosy smagającego deszczu i wiatru ucichły, ale nie zniknęły, przez co wydawało się, że dom żyje. John nie bał się, ale był czujny. Nagle coś zaszeleściło po jego prawej stronie, obrócił się i zobaczył tylko przebiegającego szczura. W tym samym momencie wyczuł jednak na sobie czyiś wzrok. Spojrzał do tyłu i skamieniał z otwartymi ustami i szeroko otwartymi oczami.
- To ty...!-powiedział.
Tej nocy deszcz nie padał. On lał się z nieba, jak gdyby bogów nawiedziła powódź i próbowali pozbyć się wody, wiadrami wylewając ją na Ziemię. Mr Strange wspinał się, krętą ścieżką przeklinając ulewę i tworzące się błoto. Sprawdził godzinę, a następnie szczelnie owinął się płaszczem. Zgodnie z planem, 15 minut do północy. Wybrał się późno, choć ludzie omijali posiadłość...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
- Chyba sobie żartujesz... - spojrzałam z niedowierzaniem na Aśkę.
- Nie no! Na poważnie, coś tam słyszałam. - szepnęła mi do ucha, stojąc za mną.
- Nie ma mowy żebym tam weszła!
- Dlaczego nie?
- Bo to stary, ciemny i przerażający strych! Horrorów nie oglądasz?!
Obie ze strachem zerknęłyśmy na otwartą klapę prowadzącą w najgorsze możliwe miejsce w całym domu. Nie licząc oczywiście piwnicy. Stałyśmy w kompletnej ciszy a dziwne zimno jakie się stamtąd wydobywało sprawiło, że dostałam gęsiej skórki. Miałam wrażenie, że w ciemnościach poruszył się jakiś kształt. Tego było za wiele.
- Co ty?Ej! Czekaj!
- Jestem mądrzejsza od tych wszystkich amerykańców, wiem czym to się skończy!
- Pocze...Aaa!
Nie zdążyłam odejść daleko, gdy za sobą usłyszałam pisk Aśki. Odwróciłam się tylko po to, żeby zobaczyć jak olbrzymi nietoperz wylatuje ze strychu, porywa moją jedyną siostrę i zaciąga z powrotem.
-Nie!
Klapa zamknęła się za nimi z głuchym trzaskiem.
- Oddawaj moją siostrę, draniu!
Zajęło mi trochę czasu, zanim - z pomocą siekiery - udało mi się utorować sobie drogę na górę. Tam moim oczom ukazał się obraz, który do tej pory śni mi się po nocach. Na samym środku, w mlecznej poświacie księżyca jakiś porąbaniec wgryzał się w szyję Asi.Była śmiertelnie blada, oczy miała szkliste i nieprzytomne. Krew ściekała po jej szyi i kapała na podłogę.
Coś we mnie pękło. Poczułam żądzę mordu, zew krwi. Nie myśląc dużo rzuciłam się na intruza z wrzaskiem. Wbiłam w jego pierś osikowy kołek, który nagle pojawił się w mojej ręce zamiast siekiery. Wampir puścił Aśkę, spojrzał na mnie z nienawiścią, lecz zamiast zaatakować przemienił się, zasyczał i wyleciał chwiejnie przez otwarte okno. Znów było cicho. Adrenalina zaczęła mnie opuszczać. Poczułam się strasznie zmęczona.
- O, raaany!
Spojrzałam nieprzytomnym wzrokiem na siostrę. Podeszła do mnie, oglądając się z każdej strony. Co prawda stała o własnych siłach, ale cóż..Pomijając fakt, że miała na sobie ohydną, staroświecką koszulę nocną, jej ciało było przejrzyste jak mgła i świeciło lekkim zielonym blaskiem. Gdy próbowałam jej dotknąć, ręka przeszła na wylot. Stałyśmy przez chwile w ciszy wpatrzone w moje przedramię, które tkwiło w jej brzuchu.
- I co my teraz zrobimy? - spytała w końcu, patrząc na mnie z chorą fascynacją w oczach.
- Na pewno nie powiemy rodzicom.
- Chyba sobie żartujesz... - spojrzałam z niedowierzaniem na Aśkę.
- Nie no! Na poważnie, coś tam słyszałam. - szepnęła mi do ucha, stojąc za mną.
- Nie ma mowy żebym tam weszła!
- Dlaczego nie?
- Bo to stary, ciemny i przerażający strych! Horrorów nie oglądasz?!
Obie ze strachem zerknęłyśmy na otwartą klapę prowadzącą w najgorsze możliwe miejsce w całym domu. Nie licząc...
- Tchórz! - piskliwe głosy grupki czwartoklasistów pobrzmiewał na skraju małego miasteczka.
Domek Mateczki G., stara, rozpadająca się chata była przerażająca nawet parę minut po dwudziestej, gdy słońce schowało się już za horyzontem, a temperatura spadała coraz szybciej.
- Nigdy nie będziesz szanowany, jeżeli nie wejdziesz do środka i nie krzykniesz trzy razy „Mateczko G., wzywam cię!”. Bo powiemy całej klasie, że miałeś pietra!
Nowy, bo tak na niego wołali, stał przerażony przed strasznym budynkiem. Poruszenie starymi, skrzypiącymi drzwiami wiązało się z wkroczeniem do jego osobistej krainy koszmarów; zrezygnowanie – z niekończącymi się drwinami i kawałami ze strony rówieśników.
Wszedł do środka na trzęsących się nogach.
Obskurne, odchodzące tapety przykryte były warstwą kurzu i pajęczyn, zbutwiała podłoga pełna odchodów niezidentyfikowanych zwierząt. Jedynie cienka ścieżka wydeptana przed uczniów pobliskiej szkoły potwierdzała, że raz na jakiś czas ktoś zapuszczał się w to miejsce.
- Mmm... Maa.. Mateczko G., wzywam cccię!
- Głośniej!
- Mateczkogwzyamcięmateczkogwzyamcię!
Z sercem w gardle, po wykonanym zadaniu, Nowy kierował się w kierunku drzwi, gdy jego drogę zastąpiła postać w czerni. I nastąpiła ciemność.
…
Lokalna gazeta długo pisała o przerażonym uczniu, który wiele miesięcy musiał uczęszczać do psychologa. Domek Mateczki G. zrównano z ziemią. Uczniowie znaleźli sobie nowe wyzwania. Zaś nigdy nie wyjaśniono, kim była postać, którą Nowy spotkał na swojej drodze.
- Tchórz! - piskliwe głosy grupki czwartoklasistów pobrzmiewał na skraju małego miasteczka.
Domek Mateczki G., stara, rozpadająca się chata była przerażająca nawet parę minut po dwudziestej, gdy słońce schowało się już za horyzontem, a temperatura spadała coraz szybciej.
- Nigdy nie będziesz szanowany, jeżeli nie wejdziesz do środka i nie krzykniesz trzy razy „Mateczko G.,...
Dorwali go w środku nocy, podczas pełni księżyca. Rozkopany grób, otwarta trumna i on, nagi, sapiący jak zgoniony pies. A pod nim zwłoki pochowanej niedawno kobiety. To wszystko aż nadto dobitnie świadczyło o jego zamiłowaniach.
Pobili go i zaciągnęli do domu, którego sława była ponura jak oblicze wiedźmy. Ocknął się na drewnianej posadzce, zmurszałej i podziurawionej. Całe ciało bolało, ale zdołał wstać. Deski skrzypnęły głośno. Obrzucił pomieszczenie badawczym spojrzeniem. Wsączające się przez okna światło księżyca padało na zakurzone meble. Ściany straszyły pozdzieranymi tapetami, przodkowie dawnego właściciela z płócien patrzyli na intruza bezdusznymi oczyma. Z odsłoniętych krokwi zwisały girlandy pajęczyn.
Znał historię żyjącej tu rodziny. Ojciec, szlachcic, więził córkę w jednym z pokoi, bo zakochała się w chłopie. Skonała z głodu i pragnienia. Ponoć od tamtej pory zabijała każdego kto odwiedził to miejsce.
I oto teraz stanęła przed nim, by zatopić zęby w jego szyi. Gnijące ciało cuchnęło. Lecz zamiast przerazić, podnieciła go. Skoczyła ku niemu, ale on był zwinniejszy. Zrobił unik, zaszedł ją od tyłu i przywalił swym potężnym ciałem. Zdarł z nieumarłej resztki sukni, by po chwili zaciekłej szarpaniny zagłębić członek w rozkładającej się waginie. Stosunek był krótki, ale gwałtowny. Doszła, głośno wyjąc, i rozpadła się w proch.
- Baba bez bolca dostaje pierdolca – mruknął, po czym wyskoczył przez okno w noc.
Dusza dziewczyny nareszcie odnalazła spokój.
Dorwali go w środku nocy, podczas pełni księżyca. Rozkopany grób, otwarta trumna i on, nagi, sapiący jak zgoniony pies. A pod nim zwłoki pochowanej niedawno kobiety. To wszystko aż nadto dobitnie świadczyło o jego zamiłowaniach.
Pobili go i zaciągnęli do domu, którego sława była ponura jak oblicze wiedźmy. Ocknął się na drewnianej posadzce, zmurszałej i podziurawionej....
Za oknem było słychać pohukiwanie sów i piski nietoperzy, dopełniające się z cichą muzyką organów. Wnętrze oświetlało tylko migoczące światło świec i blask pełnego księżyca wpadający przez witraż.
Jej twarz była blada, oczy puste i martwe, z szyi płynęły zasychające strużki szkarłatnej cieczy. Z klatki piersiowej wystawał wielki hak. Strzępy sukni bezwiednie kołysały się w gorącym powietrzu.
Na ołtarz opadały tlące się kawałki białej tkaniny, zabarwionej przez krew zmieszaną z roztopionym woskiem. Ciecz kapała również do złotego kielicha. W powietrzu czuć było swąd palonego ciała.
Gdy krew dotarła do trumny stojącej u stóp ołtarza, skrzypiące wieko otworzyło się. Wyszedł z niej ON, przerażający, żądny krwi, który mścił się na wszystkim co żywe.
Wziął kielich do drżących rąk i opróżnił go jednym, łapczywym haustem. To postawiło GO na nogi. Ciało przestało drżeć, na twarzy zagościł złowieszczy uśmiech, rany natychmiastowo zagoiły się.
Wybiegł z kościoła po skrzypiących schodach, deszcz zmył brud z JEGO skóry. Płaszcz trzepotał MU na wietrze. „To już czas” pomyślał i podążył na cmentarz, by zbudzić swych towarzyszy. Razem poczęli przygotowywać się do Dzisiejszej Nocy.
Dzisiejsza Noc będzie zarazem święta i przeklęta.
Dzisiejsza Noc spłynie krwią, przyniesie wiele ofiar.
Dzisiejsza Noc pomoże odbudować upadłe królestwo.
Dzisiejsza Noc zbudzi władcę.
Dzisiejsza Noc będzie tą, na którą wszyscy czekali.
Dzisiejsza Noc...
Za oknem było słychać pohukiwanie sów i piski nietoperzy, dopełniające się z cichą muzyką organów. Wnętrze oświetlało tylko migoczące światło świec i blask pełnego księżyca wpadający przez witraż.
Jej twarz była blada, oczy puste i martwe, z szyi płynęły zasychające strużki szkarłatnej cieczy. Z klatki piersiowej wystawał wielki hak. Strzępy sukni bezwiednie kołysały się...
Dlaczego nie tankowałam? Z tymi i podobnymi myślami biję się po głowie. Bak pusty. Samochód staje. A ja jestem w lesie przy pełni księżyca. Wysiadam z auta, może jak pójdę wzdłuż drogi to będzie jakiś dom. Słyszę wycie watachy wilków niedaleko. Trochę to straszne. Wyciągam telefon z kieszeni spodni, na ściemnionym ekranie ledwo widzę 24 chwilę później telefon wyłącza się. No super, ciekawe co się jeszcze wyczerpie.....
Widzę w oddali jakiś wielki dom z jednym oświeconym oknem. Bięgnę w jego kierunku, gdy docieram okazuje się że to zapuszczony stary zamek, wchodzę po skrzpiących schodach, drzwi są uchylone, więc wchodzę i wołam w głąb budynku :
- Witam, jest tu ktoś?
Odpowiada mi cisza.
Obok drzwi stoi stolik ze świecą, biorę ją i zwiedzam. Wszystko jest zniszczone i powywracane widzę przed sobą szafę otwieram ją, a z niej wylatują nietoperze, ale ta szafa ma dziwny kształt, to..... trumna, śmiertelnie zaczynam się bać, to wszystko wygląda jak początek horroru gdzie występuję w roli głównej. Nagle otwierają się drzwi z sąsiedniego pokoju, a w drzwiach stoi jakiś mężczyzna i mówi:
- Kim jesteś?
Dlaczego nie tankowałam? Z tymi i podobnymi myślami biję się po głowie. Bak pusty. Samochód staje. A ja jestem w lesie przy pełni księżyca. Wysiadam z auta, może jak pójdę wzdłuż drogi to będzie jakiś dom. Słyszę wycie watachy wilków niedaleko. Trochę to straszne. Wyciągam telefon z kieszeni spodni, na ściemnionym ekranie ledwo widzę 24 chwilę później telefon wyłącza się....
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejTa gotycka kaplica stoi tu od kiedy pamiętam i nikt nie odważy się jej zburzyć. Zniszczono cmentarz, ekshumowano zmarłych na nowe miejsce, lecz kaplica stoi dalej. Najstarsi mieszkańcy opowiadają, że podczas II wojny światowej Niemcy dopuścili się tutaj strasznych rzeczy. W kaplicy pewnej sierpniowej nocy 1944 roku podczas „pełni księżyca” zagazowano setkę dzieci w wieku od 5 do 12 lat. Była to kara dla rodziców za ukrywanie Żydów. Dzieci wchodziły kolejno po „skrzypiących schodach” i krzyczały o ratunek, lecz każdy rodzic biegnący z pomocą został na ich oczach rozstrzelany. Zwłoki zostały wrzucone do podziemi pod kaplicą, jednak mieszkańcy próbujący po wojnie je pochować, ciał nigdy nie odnaleźli. Chodzili grupami po podziemiach i nawoływali imiona córek i synów, jednak poza „chmarami nietoperzy wylatujących ze starych trumien nie znaleźli nikogo”. Gdy Roma – studentka historii z Warszawy usłyszała te słowa od 89-letniej pani Zofii nie mogła w nie uwierzyć. Na całym ciele miała ciarki, a widok opuszczonej kaplicy stojącej na środku szczerego pola budził grozę wśród każdego kto poznał jej historię. Co mogło stać się z ciałami tych dzieci ? –zapytała w końcu. Cóż moje dziecko pod kaplicą są tunele, niektórzy żyjący jeszcze mieszkańcy wsi, którzy widzieli to na własne oczy, wierzą, że część dzieci uniknęła śmierci i uciekła do podziemi. Jednak nigdy, żadne dziecko nie wróciło. Wiem, ponieważ moja 5 letnia siostra była jedną z nich. – odparła staruszka ze łzami w oczach.
Ta gotycka kaplica stoi tu od kiedy pamiętam i nikt nie odważy się jej zburzyć. Zniszczono cmentarz, ekshumowano zmarłych na nowe miejsce, lecz kaplica stoi dalej. Najstarsi mieszkańcy opowiadają, że podczas II wojny światowej Niemcy dopuścili się tutaj strasznych rzeczy. W kaplicy pewnej sierpniowej nocy 1944 roku podczas „pełni księżyca” zagazowano setkę dzieci w wieku od...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej