-
Artykuły
Czytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać322 -
Artykuły
Weź udział w konkursie i wygraj pakiet książek Callie Hart!
LubimyCzytać24 -
Artykuły
„Odpowiedź kryje się w tobie” – Katarzyna Wolwowicz zdradza, jak ją odnaleźć
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nowa karkonoska powieść Sławka Gortycha! „ŚWIĘTO KARKONOSZY”- już wkrótce! KONKURS
LubimyCzytać131
Biblioteczka
Wampir z Osielska
Przyznaję: nie jestem fanem true crime, w życiu czytałem może kilka tego rodzaju książek. Po „Wampira z Osielska” sięgnąłem z dwóch powodów. Po pierwsze wysoko cenię rzadką dzisiaj umiejętność opowiadania o trudnych, czasem bardzo skomplikowanych sprawach prostym i atrakcyjnym językiem, a w tej kategorii Krzysztof Drozdowski jest naprawdę niezły. Po drugie jestem niereformowalnym tubylcem: szalenie mnie interesują meandry regionalnej historii, a tytułowy Wampir mieszkał i krzywdził właśnie tutaj, nieopodal, za rogiem.
Kiedy Stefan Rachubiński został powieszony za swoje zbrodnie, jeszcze mnie nie było na świecie. Druga połowa lat 60. obfitowała w mroczne historie, może tak objawiały się skutki uboczne pozornie wygranej wojny i komunistycznej beznadziei? Nie wiem, faktem jest, że ludzie do dzisiaj opowiadają historię faceta, który na tle seksualnym zamordował dwie kobiety i nie ma chyba nikogo, kto miałby wątpliwości, czy gdyby nie zawisł, nie zabiłby znów. Historię zbrodni, śledztwa, procesu i postać samego Rachubińskiego można było opowiedzieć na wiele sposobów. Umiem wyobrazić sobie świetną powieść, pisaną zarówno z perspektywy detektywa, milicjanta, sędziego, jak i zbrodniarza lub jego żony. Ja pewnie mając dostęp do dokumentów postanowiłbym napisać reportaż, w którym opowiedziałbym tę historię z różnych punktów widzenia, chciałbym porozmawiać ze świadkami (na pewno jeszcze żyje ktoś, kto to pamięta). Ciekawe byłoby studium przypadku w konwencji pracy naukowej: historycznej, kryminalistycznej, medioznawczej, psychiatrycznej. Krzysztof Drozdowski postawił na true crime. Surową opowieść o zbrodni, śledztwie, procesie i motywacjach sprawcy. Wyszło świetnie!
Zastanawiam się, ile trzeba mieć pokory, dając w kolejnej obszerne fragmenty dokumentacji śledczej i sądowej bez większych ingerencji? Przecież napewno autora nęciło, żeby puścić publicystyczne wodze fantazji. Mnie by kusiło, nie ukrywam, ale Drozdowski ma za duże doświadczenie z pracami naukowymi i dzięki temu potrafił napisać coś, co porywa historią, co fascynuje tajemnicą, a samemu schować się w cień. Na początku książki mamy co prawda pewne elementy reportażu, we fragmentach, w których autor opowiada o perypetiach towarzyszących otrzymaniu zgody na wgląd do akt, ale później jest już samo mięso.
W historii Rachubińskiego fascynuje mnie to, czego wciąż nie wiemy i czego już nigdy się nie dowiemy. Bez wątpienia to on był sprawcą, motywy zbrodni są w miarę oczywiste, choć można pytać, czy nie ma czegoś głębiej. Ale co się stało, że zwykły chłopak wyrósł na kogoś takiego? Ojciec kilkorga dzieci, niewyróżniający się mąż i pracownik, morduje, gwałci, bezcześci ciało. Dlaczego? Czy jest to jakaś trauma z wojny, podczas której nie wiemy co robił i co widział? Sąd dostał dwie sprzeczne ekspertyzy dotyczące jego zdrowia psychicznego, która była bliższa prawdzie?
Jestem przekonany, że w „Wampirze z Osielska” znajdą coś dla siebie zarówno fani kryminału, historii, jak i psychologii, a dla wielbicieli true crime to lektura obowiązkowa. Pełnokrwista opowieść o człowieku, który do samego końca nie umiał powiedzieć, dlaczego robił tak straszne rzeczy, pokazuje nam, że nie wszyscy są tacy, jacy się wydają, a potwory żyją między nami.
Wampir z Osielska
Przyznaję: nie jestem fanem true crime, w życiu czytałem może kilka tego rodzaju książek. Po „Wampira z Osielska” sięgnąłem z dwóch powodów. Po pierwsze wysoko cenię rzadką dzisiaj umiejętność opowiadania o trudnych, czasem bardzo skomplikowanych sprawach prostym i atrakcyjnym językiem, a w tej kategorii Krzysztof Drozdowski jest naprawdę niezły. Po...
Nasi przyjaciele z Frolixa 8
Kolejna z powieści Philipa Dicka, która ma w sobie tyle aktualności, że zapiera dech w piersiach.
Akcja dzieje się w przyszłości, kiedy na Ziemi żyją trzy gatunki człowieka: Starzy, czyli tacy jak my, standardowi ludzie, Nowi - o powiększonych przyspieszoną ewolucją mózgach i Niezwykli, posiadający dodatkowe umiejętności, takie jak choćby telepatia. Nowych i Niezwykłych jest raptem kilka tysięcy, a Starych sześć miliardów. To nie przeszkadza, by trzymać ich w ryzach totalitarnego, obejmującego całą galaktykę państwa. Znów widzimy obozy koncentracyjne, podziemny ruch wyzwoleńczy, tajną policję, ale wszyscy czekają na mesjasza, człowieka, który dziesięć lat wcześniej urwał się ze smyczy i poleciał w kosmos szukać pomocy dla ludzkości. I właśnie wraca, ale nie sam.
Fabuła, jak to u Dicka, przykuwa od pierwszych do ostatnich stron, ale tutaj mamy coś więcej niż standardowy u tego autora miks futurystycznej ewangelii i twardego science fiction podlane testowaniem człowieczeństwa w konkretnym egzemplarzu homo sapiens. W powieści pojawia się rzadki u Dicka wątek romantyczny, na który warto zwrócić uwagę. Bo może on także jest tylko grą pozorów, by pokazać świat od jeszcze innej strony?
Nasi przyjaciele z Frolixa 8
Kolejna z powieści Philipa Dicka, która ma w sobie tyle aktualności, że zapiera dech w piersiach.
Akcja dzieje się w przyszłości, kiedy na Ziemi żyją trzy gatunki człowieka: Starzy, czyli tacy jak my, standardowi ludzie, Nowi - o powiększonych przyspieszoną ewolucją mózgach i Niezwykli, posiadający dodatkowe umiejętności, takie jak choćby...
Socjologia religii
Bogu dzięki, że są i takie książki naukowe, które czyta się z wypiekami od pierwszej do ostatniej strony. Wydana w mrocznych czasach stalinowskiej walki z wiarą „Socjologia religii” niemieckiego religioznawcy Joachima Wacha jest jedną z takich właśnie pereł. To książka, która nie tylko zawiera niewyobrażalny ogrom wiedzy, ale także ma w sobie siłę, która daje czytelnikowi coś więcej niż informacje: pozwala zrozumieć zjawiska wcześniej niejasne lub w ogóle niezauważalne.
Doświadczenie sacrum jest według profesora Wacha fundamentem każdej religii, która składa się z trzech obszarów: doktryny, kultu i organizacji. Według tej, powszechnie dzisiaj uznawanej, definicji religii można analizować każde dzisiejsze społeczeństwo. Gdyby ta książka powstawała dzisiaj, a nie w pierwszej połowie lat 40., z pewnością autor rozszerzyłby koncepcję religii na twory mniej oczywiste. Czy nie odnajdujemy dzisiaj w przestrzeni kulturowej i politycznej postaci wypełniające definicje założycieli, proroków, mesjaszy? Czy niejedna sfera życia publicznego nie jest zorganizowana na wzór formacji religijnej?
„Socjologia religii” trafia na moją listę książek, które trzeba regularnie, co kilka lat odświeżać, by na poważnie podejmować próby zrozumienia świata.
Socjologia religii
Bogu dzięki, że są i takie książki naukowe, które czyta się z wypiekami od pierwszej do ostatniej strony. Wydana w mrocznych czasach stalinowskiej walki z wiarą „Socjologia religii” niemieckiego religioznawcy Joachima Wacha jest jedną z takich właśnie pereł. To książka, która nie tylko zawiera niewyobrażalny ogrom wiedzy, ale także ma w sobie siłę,...
Jarosław Jakubowski jest twórcą operującym słowem na wielu płaszczyznach: jest poetą, dramaturgiem, prozaikiem i dziennikarzem - kolejność jak sądzę jest dyskusyjna, inaczej niż sama lista talentów, którymi został obciążony. Bo talent, uzdolnienie na wyjątkowym poziomie, to w sferze języka nie jest żaden dar, to raczej zobowiązanie do opisu świata takim, jak on jest naprawdę, a nie takim, jakim może się wydawać. Dla Pawła Drzazgi, który nie zabił Adama Zubowicza, rzeczywistość przypomina żywołapkę wyłożoną przynętami, którymi są ponętne kobiety, wirtuozeria języka pozwalająca w miarę sprawnie ślizgać się przez życie i rozbuchane ego. Gdzie nas to prowadzi? Do powieści, od której nie sposób się oderwać!
Śledzę twórczość Jakubowskiego od kiedy pamiętam. I zawsze jest tak, że dochodzę do momentu, w którym już wiem jak, co i dla kogo on pisze. A potem pojawia się coś, co wyrywa mnie z fotela i każe na nowo spojrzeć na jego twórczość. Najgorsze (i najlepsze!) jest to, że Jarek za każdym razem podnosi poprzeczkę do jakiegoś absurdalnego poziomu, żeby za kilka lat z lekkością dwudziestolatka ją przeskoczyć. Tak stało się i teraz.
„Żywołapka” jest wszystkim tym, co najbardziej lubię, cenię i co mnie przeraża w literaturze. Nie ma tu żadnych fajerwerków formalnych, nie ma fabularnej żonglerki i palety zaskoczeń. To byłoby niegodne poważnej relacji, w jaką wikła czytelnika Jakubowski. „Żywołapka” jest prostą historią człowieka, który zrobił coś złego (zabił czy nie zabił?) i opowiada swoje życie - trochę cudownej porucznik Jedynak, więziennej psycholog, a trochę mi, czytelnikowi, który podgląda tę gawędę (czy raczej bajerę) przez judasza.
Paweł Drzazga jest człowiekiem, który przez życie płynął na fali kobiecych zachwytów, retorycznej wirtuozerii i szczęścia, zwykłego fuksa, ratującego go od wielu opresji i dającego mu handicap w niezliczonych perypetiach biznesowo-towarzyskich. Drzazga był dziennikarzem, piarowcem, człowiekiem zarabiającym na życie językiem. A przecież skoro - o ile wierzyć Ludwigowi Wittgensteinowi - nie ma nic oprócz języka, nasz bohater był królem świata. Może nie całego, bez przesady, ale tego małego, własnego, ograniczonego do Ciemnej Doliny, jak nazywała się ta podbydgoska mieścina, w której widzimy skondensowany mikroklimat Rzeczpospolitej niewyrwanej z przeszłości, osadzonej w szalonych i mrocznych latach 90.
W „Żywołapce” fascynuje język, który oplata czytelnika niczym bluszcz, toksyczny gaz odbierający kontakt ze światem pozaliterackim, o ile wierzyć, że coś takiego istnieje. Jakubowski wyłącznie trzyma lustro, w którym przegląda się głównie Drzazga, ale przecież nie tylko, regularnie zerka w zwierciadło także jego mama, spoglądają kolejne kobiety, wpatruje się Profesor, rzuca okiem porucznik Jedynak. Ba: całe miasto odbija się w tym nieco przykurzonym szkle.
A czytelnik? Przecież on też nie potrafi się oprzeć i raz za razem odkrywa, że żywołapka przyciąga także i jego. Wszak przynęty, które porozkładał w niej Jakubowski są uniwersalnej natury: któż nie bywa chorobliwie zapatrzony w siebie, któż nie czerpie paliwa z zachwytów otoczenia i nie miewa poczucia wszechwładzy? I tak dochodzimy do kolejnego, tym razem przerażającego, poziomu tej powieści: bez żadnego nadęcia i zapowiedzi Bóg wie jakiej wiwisekcji stanu naszego narodowego ducha, „Żywołapka” zaczyna opowiadać rzeczy, których niekoniecznie chcielibyśmy słuchać. Mówi o nieprzerwanej transmisji wad i wdrukowanej usterce, niemożliwej do usunięcia. Jedyne co można zrobić, to wycofać się na bezpieczną pozycję obserwatora cynicznej Drzazgi w cudzym oku.
„Żywołapka” to bez wątpienia powieść wybitna. Jedna z najlepszych, które ukazały się w ostatnich latach na polskim rynku. Powieść mocna, pełna, a przy tym niesamowicie dobrze napisana. Jakubowski na pełnych żaglach.
Jarosław Jakubowski jest twórcą operującym słowem na wielu płaszczyznach: jest poetą, dramaturgiem, prozaikiem i dziennikarzem - kolejność jak sądzę jest dyskusyjna, inaczej niż sama lista talentów, którymi został obciążony. Bo talent, uzdolnienie na wyjątkowym poziomie, to w sferze języka nie jest żaden dar, to raczej zobowiązanie do opisu świata takim, jak on jest...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMamy tutaj bajki i baśnie polskie, rosyjskie, kaszubskie, bośniackie, bułgarskie i inne. Niektóre zajmują kilkanaście stron, ale są też i takie na jedną stronę. Każda z nich, obok warstwy oczywistej - fabularnej, pokazuje jeszcze coś: słowiańską wrażliwość, konstrukcję kanonu etyki i wiary w siły nadprzyrodzone. Doskonale się to czyta i pięknie ogląda.
Mamy tutaj bajki i baśnie polskie, rosyjskie, kaszubskie, bośniackie, bułgarskie i inne. Niektóre zajmują kilkanaście stron, ale są też i takie na jedną stronę. Każda z nich, obok warstwy oczywistej - fabularnej, pokazuje jeszcze coś: słowiańską wrażliwość, konstrukcję kanonu etyki i wiary w siły nadprzyrodzone. Doskonale się to czyta i pięknie ogląda.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-11-14
Magia w życiu człowieka
Lubię czasem poczytać marksistowskich filozofów. Serio: Henryk Swienko skończył filozofię na Uniwersytecie Leningradzkim w 1955 roku, gdzie specjalizował się w religioznawstwie. Obok ekonomii to była chyba najbardziej ideologiczna armata marksizmu-leninizmu. Tym niemniej trzeba oddać człowiekowi szacunek, bo w latach sześćdziesiątych badał - także praktycznie! - tematy syberyjskiego szamanizmu, a i później miał odwagę naruszać nie tylko komusze tabu.
Wydaje mi się, czytając dzisiejszych obserwatorów zachowań społecznych, że dawniej naukowcy mieli szerzej otwarte umysły w kontekście magii, religii, tabu, rytuałów itp. Dziś tak zwane autorytety, a w ich ślad także „zwykli ludzie”, żyją w cieplutkim przekonaniu, że ich decyzje są racjonalne, zachowania oparte wyłącznie na rozsądku, a poglądy ufundowane na klasycznej logice. Zabawne, prawda?
Szeroko rozumiana magia była, jest i bez wątpienia będzie obecna w życiu człowieka, który bez niej prawdopodobnie by przeszedł na drugą stronę rozumu. Oczywiście można i trzeba pokazywać i piętnować przesądy, zwłaszcza te, których konsekwencjami jest realna krzywda drugiego człowieka, ale nie da się żyć w oparciu wyłącznie o naukowo zweryfikowane dane. Zresztą nauka dowiodła wielokrotnie, że nic bardziej zmiennego niż właśnie „dowody naukowe”. A magia? Tutaj kłania się nisko zakład Pascala: jeśli w piątek trzynastego powstrzymamy się od przechodzenia pod drabiną, zwłaszcza jeśli przebiegnie nam drogę czarny kot, to przecież nic złego się nie stanie, prawda?
Wróćmy do książki. Swienko opowiada o różnych przestrzeniach magicznych, źródłach i funkcjach magii w życiu człowieka XX wieku - nie tylko Europejczyka, ale także Afrykanina, Azjaty, Amerykanina. Autor dotyka w swoim opracowaniu takich obszarów jak magia łowiecka, rybacka, rolnicza, meteorologiczna, lecznicza, wojenna, ale nie zapomina również o magii życia rodzinnego. Bo przecież, jeśli głębiej się zastanowić, praktycznie w każdej sferze naszego życia istotny - a czasem decydujący - głos mają elementy magiczne. Jestem przekonany, że nie ma sensu i nie warto z nimi walczyć, ale z pewnością nie zaszkodzi mieć ich świadomość.
A książka „Magia w życiu człowieka” jest jak sądzę do dostania za grosze w antykwariatach. Zdecydowanie warto ją mieć na półce.
Magia w życiu człowieka
Lubię czasem poczytać marksistowskich filozofów. Serio: Henryk Swienko skończył filozofię na Uniwersytecie Leningradzkim w 1955 roku, gdzie specjalizował się w religioznawstwie. Obok ekonomii to była chyba najbardziej ideologiczna armata marksizmu-leninizmu. Tym niemniej trzeba oddać człowiekowi szacunek, bo w latach sześćdziesiątych badał - także...
2025-11-09
Łowisko z dala od cywilizacji. Piękna noc, pełnia. A rano okazuje się, że pięć osób nie żyje. Bez śladu ingerencji osób trzecich. Po prostu: pięć zawałów serca. Zwłoki mają zamknięte oczy, ułożone elegancko ręce. Tylko trudno uwierzyć w naturalne przyczyny, mimo że nie ma absolutnie żadnych dowodów na zabójstwo. Oprócz jednego: zniknął współwłaściciel łowiska.
Kalina Jaszczur Autorka przebojem wdarła się na kryminalną scenę pokazując wrażliwą, kobiecą stronę tego gatunku. Pozornie Jaszczur trzyma się konwencji: sponiewierana przez życie pani komisarz próbuje rozwiązać zagadkę. Nikogo nie zaskoczy fakt, że nasza bohaterka jest stosuje niekonwencjonalne metody, ma ciemne karty w swojej przeszłości i nie zawsze potrafi oddzielać życie prywatne od zawodowego. Tym niemniej nieczęsto spotykamy bohatera (czy bohaterkę), który jest tak delikatny jak komisarz Stefa Zarzycka.
"Ukojenie" przykuło mnie do siebie jak rzadko która powieść: każda przerwa w lekturze sprawiała, że wciąż myślałem o fabule. Intryga trzyma w napięciu od pierwszych stron. Świetnie - jak na kryminał rzecz jasna - zarysowane są postaci, wszystkie wydają się bardzo wiarygodne, logicznie osadzone w swoich rolach. Dialogi momentami wydają się dość sztuczne, ale to drobiazg wynikający raczej z perfekcjonizmu autorki: ludzie aż tak poprawnie nie konstruują zdań. Jeśli mowa o kwestiach językowych, to momentami miałem wrażenie, że narracja jest prowadzona zbyt dobrze. Paradoks? Niekoniecznie. Gdyby wziąć do ręki podręczniki pisania powieści, to w „Ukojeniu” znaleźlibyśmy doskonały przykład ich realizacji. Wszystko jest dokładnie takie, jakie być powinno: odwoływanie się do poszczególnych zmysłów, cliffhangery, zmiany tempa. Na mój gust w niektórych scenach po prostu brakuje duszy, którą przytłoczył warsztat. Tam, gdzie autorka pozwala sobie na większą swobodę, narracja porywa i hipnotyzuje dużo mocniej.
Jeśli chodzi o kompozycję finału, to muszę zgłosić poważne zażalenie: tak nie wypada! Mogę zrozumieć, że miało być zaskakująco - i było! - ale pozostało wrażenie, jakby autorce w pewnym momencie pisanie przestało sprawiać radość, jakby chciała już szybko skończyć. I może zabrać się za kolejny tom opowieści o komisarz Zarzyckiej? Jeśli tak, to zrozumiem.
„Ukojenie” zdecydowanie jest jednym z lepszych polskich kryminałów, jakie czytałem w tym roku. Jest to zdecydowanie jeden z lepszych debiutów, jakie czytałem w ogóle. Już teraz ustawiam się w kolejce po kolejną książkę Kaliny Jaszczur, bo jestem pewny, że będzie pocisk, a Stefa na stałe wejdzie do grona moich ulubionych bohaterek.
Łowisko z dala od cywilizacji. Piękna noc, pełnia. A rano okazuje się, że pięć osób nie żyje. Bez śladu ingerencji osób trzecich. Po prostu: pięć zawałów serca. Zwłoki mają zamknięte oczy, ułożone elegancko ręce. Tylko trudno uwierzyć w naturalne przyczyny, mimo że nie ma absolutnie żadnych dowodów na zabójstwo. Oprócz jednego: zniknął współwłaściciel łowiska.
Kalina...
2025-11-03
Doktor Bluthgeld
Mówi się, że to najsłabsza powieść Philipa K. Dicka. Daj Boże wszystkim pisarzom, nie tylko SF, pisać prozę na takim poziomie…
„Doktor Bluthgeld” to opowieść o postapokaliptycznym świecie, w którym każdy musi od nowa odnaleźć sens. Zwykle pisarze w takich sytuacjach uwypuklają zło, przemoc, wszystko to, co dochodzi do głosu w chwili, gdy zasady i prawo odchodzą w niebyt. Dick pokazał inną stronę człowieka: tęsknotę za normalnością, wcale nie Arkadią, a momentami szarą i beznadziejną normalnością. O takim przecież świecie w skrytości ducha marzy większość bohaterów tej powieści.
Wielkością „Doktora Bluthgelda” jest olbrzymia paleta postaci i wątków drugoplanowych i epizodycznych. Tutaj żaden bohater nie jest płaski, wszyscy mają coś ważnego do pokazania, rzadziej do powiedzenia, bo słowa w świecie poapokaliptycznym znaczą jeszcze mniej niż dzisiaj.
Urok Dicka polega właśnie na wyjątkowym talencie, to jest coś, czego nie można się nauczyć. Przecudowny splot wątków obyczajowych, filozoficznych, katastroficznych, psychologicznych, w sosie fantastyki naukowej - to znaki rozpoznawcze prozy Philipa K. Dicka. „Doktor Bluthgeld” jest tego świetnym przykładem.
Doktor Bluthgeld
Mówi się, że to najsłabsza powieść Philipa K. Dicka. Daj Boże wszystkim pisarzom, nie tylko SF, pisać prozę na takim poziomie…
„Doktor Bluthgeld” to opowieść o postapokaliptycznym świecie, w którym każdy musi od nowa odnaleźć sens. Zwykle pisarze w takich sytuacjach uwypuklają zło, przemoc, wszystko to, co dochodzi do głosu w chwili, gdy zasady i prawo...
2025-10-28
Tajemnice XX wieku
Krzysztofa Bochusa znam z prozy, którą lubię, z przyjemnością czytam i uważam, za jedną z ciekawszych na polskim rynku wydawniczym. Po książkę „Tajemnice XX wieku. Ludzie, sensacje, wydarzenia” sięgnąłem z dużą rezerwą. Nie jestem fanem tego rodzaju kompilacji tekstów publicystycznych.
Bochus zebrał w jednym tomie kilkanaście artykułów dotyczących różnych tematów, osób i wydarzeń, których wspólnym mianownikiem jest wyłącznie II wojna światowa. No i może jeszcze jakaś nutka tajemniczości, choć przy ogromnej sympatii dla autora, należy uznać tytułowe tajemnice za średnio trafiony chwyt marketingowy. Niestety, nie ma w tej książce żadnych nowych informacji, które by mogły odrzeć z aury sekretu choćby jeden aspekt poruszany przez autora. Czy to zarzut? Paradoksalnie - niekoniecznie.
To co mnie zauroczyło w prozie Krzysztofa Bochusa, jest widoczne także w tym zbiorze artykułów. Mówię rzecz jasna o jego bogatej erudycji i ponadprzeciętnej wrażliwości językowej, które to obie cechy nader rzadko występują u polskich autorów łącznie. Bochus umie i ma co opowiadać. Jego wiedza idąc w parze z kunsztem literackim tworzą mieszankę, obok której trudno przejść obojętnie. Czy można dziennikarzowi robić wyrzuty z tego powodu, że wydał książkę z publicystyką historyczną na wysokim, ale wciąż atrakcyjnym dla masowego czytelnika poziomie? Broń Boże! Doskonale rozumiem zamysł autora i wydawcy, a choć - powtórzę - nie jestem wielbicielem tego rodzaju literatury, spędziłem na lekturze „Tajemnic XX wieku” kilka przyjemnych chwil. Czasem tylko i aż o to chodzi.
Tajemnice XX wieku
Krzysztofa Bochusa znam z prozy, którą lubię, z przyjemnością czytam i uważam, za jedną z ciekawszych na polskim rynku wydawniczym. Po książkę „Tajemnice XX wieku. Ludzie, sensacje, wydarzenia” sięgnąłem z dużą rezerwą. Nie jestem fanem tego rodzaju kompilacji tekstów publicystycznych.
Bochus zebrał w jednym tomie kilkanaście artykułów dotyczących...
2025-10-26
Zbrodnia w Kobierzynie
Niemieckie szaleństwo bardzo szybko dotknęło osoby niepełnosprawne intelektualnie. Kiedy tylko hitlerowcy wtargnęli na polskie ziemie, los pacjentów szpitali psychiatrycznych był przesądzony. Dramat jednego z takich miejsc stał się tematem książki Jarosława Molendy.
Nie jest łatwo napisać książkę o wydarzeniu, które miało miejsce jednego dnia. Molenda najpierw jednak pokazuje tło, przedstawia okoliczności, które doprowadziły Niemców do przekonania, że mordowanie chorych psychicznie jest dobre, właściwe, humanitarne, korzystne dla narodu. Kim byli ludzie, posiadający przecież tytuły naukowe, dorobek i doświadczenie, którzy owładnięci ideą wypaczonej eugeniki postanowili wymordować chorych? Ogromnym walorem książki Molendy jest ciągła próba zrozumienia: nie wytłumaczenia, bo tego co się stało nie można wytłumaczyć, ale zrozumienia, jakie czynniki musiały zaistnieć w tym samym czasie, żeby tak potworna zbrodnia mogła się wydarzyć.
W Kobierzynie 23 czerwca 1942 roku uzbrojeni żołnierze wyrzucili z łóżek 565 pacjentów. 35 najciężej chorych zabili na miejscu, a pozostałych przewieziono do Auschwitz, by tam zostali wymordowani. Sposób w jaki Molenda opowiada tę historię zasługuje na uznanie i szacunek, bo autor nie tylko oddaje cześć ofiarom niemieckiego szaleństwa, ale robi to z dbałością o prawdę historyczną. Dzięki temu „Zbrodnia w Kobierzynie” to nie tylko literatura faktu, ale przede wszystkim mocny apel dotyczący etyki w medycynie. Mam wrażenie, że to wciąż bardzo aktualny temat.
Zbrodnia w Kobierzynie
Niemieckie szaleństwo bardzo szybko dotknęło osoby niepełnosprawne intelektualnie. Kiedy tylko hitlerowcy wtargnęli na polskie ziemie, los pacjentów szpitali psychiatrycznych był przesądzony. Dramat jednego z takich miejsc stał się tematem książki Jarosława Molendy.
Nie jest łatwo napisać książkę o wydarzeniu, które miało miejsce jednego dnia....
2025-10-16
Tadeusz Oszubski (1958-2025) był jednym z najlepszych i najbardziej niedocenianych pisarzy przełomu wieków. Może wpływ na to miały jego zainteresowania ezoteryką oraz tematami z pogranicza science fiction, literatury faktu i horroru. Bydgoszcz ma szczęście do bardzo dobrych, czy wręcz ocierających się o geniusz pisarzy, którzy nie mogli przebić szklanego sufitu mainstreamowych kanałów dystrybucji i promocji swoich książek, żeby wymienić obok Oszubskiego choćby Krzysztofa Derdowskiego i przez parę chwil topowego polskiego fantastę Wiktora Żwikiewicza.
To w znacznej mierze właśnie dzięki temu ostatniemu Bydgoszcz przez kilkadziesiąt lat była i wciąż jest nieco bardziej fantastyczna. Tadeusz Oszubski dał się dawno temu ponieść urokowi świata, którego na pierwszy rzut oka nie widać, ale jeśli przyjrzeć się uważniej, zachwyca ogrom jego barwnej palety. Pisał dużo i… zawsze na bardzo wysokim poziomie. Od tekstów reportażowych, publikowanych zarówno w lokalnej prasie codziennej, jak i w periodykach literackich i tematycznych, przez opowiadania i inne krótkie formy prozatorskie, do powieści, które - jak „Sfora” - bywały zauważane prestiżowymi nagrodami.
Opublikowany przez Stalker Books w ubiegłym roku zbiór opowiadań „Drapieżnik. Monstrum” to monumentalny, blisko ośmiusetstronnicowy zbiór trzydziestu dwóch miniatur. PIerwsze dziesięć opowieści, zebranych pod wspólną klamrą „Drapieżnika”, ćwierć wieku temu, u progu XXI wieku, otrzymało tytuł Polskiej Powieści Współczesnej w konkursu Świata Książki i wydawnictwa Zysk. Do aktualnej wersji zostały przez autora nieco przeredagowane, choć moim zdaniem nie straciły nic na świeżości. „Drapieżnika” uzupełnia teraz wybór opowieści „Monstrum”, nawiązujący do tej samej konwencji miasta pełnego mrocznych legend, z których wiele okazuje się różnymi obliczami rzeczywistej bestii, jaką jest Bydgoszcz.
Bo to właśnie Bydgoszcz jest bohaterką opowiadań Oszubskiego. Mieszkańcy tego miasta doskonale odnajdują autentyczne adresy, wszystkim znajome zakamarki, a czasem nawet postaci. Miasto-potwór, miasto-bestia to znany motyw, eksploatowany zarówno w literaturze (choćby u Dostojewskiego), jak i w filmie („Sin City”). Ludzie w tej prozie są trybami w wielkiej maszynie zła i przemocy, jedni chcą się uwolnić, inni poddają się prądowi losu.
To doskonała, wybitna literatura zarówno ze względu na świeży temat, jak też język, którym z taką lekkością operuje autor. Widać w jego warsztacie ogromne doświadczenie tak literackie, jak też dziennikarskie. Oszubski nieprawdopodobnie plastycznie kreuje świat, w którym czytelnik czuje się zanurzony po sam czubek głowy.
Wciąż nie mogę uwierzyć, że Tadeusz już niczego nie napisze. Tym bardziej warto mieć na półce takie pozycje jak „Drapieżnik. Monstrum”. Dla Bydgoszczan to lektura obowiązkowa.
Tadeusz Oszubski (1958-2025) był jednym z najlepszych i najbardziej niedocenianych pisarzy przełomu wieków. Może wpływ na to miały jego zainteresowania ezoteryką oraz tematami z pogranicza science fiction, literatury faktu i horroru. Bydgoszcz ma szczęście do bardzo dobrych, czy wręcz ocierających się o geniusz pisarzy, którzy nie mogli przebić szklanego sufitu...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-10-05
Wciąż głęboko w klimatach kryminalnych, ale tych nieco mądrzejszych, niż „zabili go i uciekł”. Weronika Mathia to wschodząca gwiazda polskiej powieści łączącej wątki kryminalne z obyczajowymi. Czy ubiegłoroczny „Rój” ma szansę wyznaczyć standardy gatunku? Okładka wysoko stawia poprzeczkę: „najpiękniejsza z najmroczniejszych opowieści”, obiecuje blurb.
Pierwszy raz w polskim kryminale, a chyba w ogóle w polskiej powieści, zobaczyłem wątek osadzony w klimatach romskich. Może mało czytam, ale myślę, że wróciłbym uwagę, bo przecież tego rodzaju tło wręcz wymusza kwiecistą ornamentykę i egzotyczne obyczaje. Autorka „Roju” niestety nie wykorzystała tej okazji, by pokazać czytelnikowi świat, którego zazwyczaj nie widać gołym okiem. Szkoda, bo ewidentnie była do tego przygotowana: szczegółowy research z pewnością był zrobiony, co widać.
Narracja autorki jest bardzo gęsta. To miła odmiana, po autorach, którzy siadając okrakiem na czasem kompletnie nieokiełznanych dialogach pędzą od pierwszej strony do finałowych podziękowań. Patrząc na bestsellery polskie prozy popularnej można odnieść wrażenie, że czytelnicy zupełnie już odwykli od opisów miejsc, postaci, od budowania klimatu czymkolwiek innym niż dialogiem. Mam wrażenie, że Mathia dobrze się bawi pukając do grona bestsellerowiczek i bestsellerowiczów, ale jak już zarobi góry złota, to będzie miał ogromną ochotę napisać po prostu dobrą powieść i zrobi to! Bo potencjał ma ogromny. Jej sposób operowania napięciem, trzymanie w ryzach zdań i całych scen powieściowych, budzą respekt.
Tymczasem mogę polecić „Rój” tym, którzy są nieco zmęczeni łatwą i szybką prozą kryminalną, a szukają czegoś nieco głębszego. Nie zawiodą się.
Wciąż głęboko w klimatach kryminalnych, ale tych nieco mądrzejszych, niż „zabili go i uciekł”. Weronika Mathia to wschodząca gwiazda polskiej powieści łączącej wątki kryminalne z obyczajowymi. Czy ubiegłoroczny „Rój” ma szansę wyznaczyć standardy gatunku? Okładka wysoko stawia poprzeczkę: „najpiękniejsza z najmroczniejszych opowieści”, obiecuje blurb.
Pierwszy raz w...
2025-10-04
Ostatnio żaliłem się, że mam przesyt kryminałem, sensacją, thrillerem. Jak mówią, czym się strułeś, tym się lecz. Wziąłem więc do ręki „Mścicielkę” Pauliny Olczyk. Rzeczywiście: lekkostrawna opowieść o dziewczynie z bidula, która bierze sprawy w swoje ręce, dała radę odpędzić złe emocje.
W każdym z nas jest głęboko ukryta potrzeba sprawiedliwości, choćby w takim najbrutalniejszym wydaniu wprost ze Starego Testamentu. Bohaterka „Mścicielki” jest właśnie takim narzędziem w rękach Boga. Wyręcza opatrzność w sposób zaiste niecodzienny. Równolegle do narracji prowadzonej przez Magdalenę, snuje się opowieść policjanta, który próbuje rozwikłać zagadkę dziwnych, nietypowych, pozornie niepowiązanych ze sobą zbrodni. Oczywiście nitki te zbiegną się w finale, który - daję słowo - zaskoczy was srogo.
Nie jest to powieść, która przejdzie do historii polskiej literatury, ale chyba nie taki cel miała Paulina Olczyk. „Mścicielka” ma nam dać parę godzin emocji, dobrej zabawy i mimo wszystko szczyptę refleksji nad złem i jego konsekwencjami. I daje! :)
Ostatnio żaliłem się, że mam przesyt kryminałem, sensacją, thrillerem. Jak mówią, czym się strułeś, tym się lecz. Wziąłem więc do ręki „Mścicielkę” Pauliny Olczyk. Rzeczywiście: lekkostrawna opowieść o dziewczynie z bidula, która bierze sprawy w swoje ręce, dała radę odpędzić złe emocje.
W każdym z nas jest głęboko ukryta potrzeba sprawiedliwości, choćby w takim...
2025-10-01
Czasem bywa tak, że nadmiar wiedzy szkodzi. Oczywiście nie samemu tej wiedzy posiadaczowi, ale czytelnikom. Przypadek ten dotknął mnie podczas lektury książki profesora Jacka Wijaczki „Czarownicom żyć nie dopuścisz. Procesy o czary w Polsce w XVII-XVIII wieku”.
Pięknie wydana książka, mocna okładka, szacowna seria wydawnictwa Replika - co mogło pójść nie tak? Profesor Wijaczka niestety napisał książkę dla… nikogo. Eksperci, garstka najlepiej zorientowanych w temacie historyków z licznymi tytułami, uznała pewnie to opracowanie za wtórne, bo to przecież osiem artykułów, traktujących o sprawach, dla ekspertów oczywistych. Osoby, które są w kategorii średniozaawansowanych i chciałyby dowiedzieć się czegoś więcej, będą zawiedzione, bo profesorski język i skrupulatność godna rozprawy naukowej, raczej zniechęcają do lektury.
Dobra, czyli dla kogo jest ta książka? - zapytacie. Dalibóg nie wiem. Oczekiwałem jakiejś spójnej opowieści, a tu mamy naprawdę ciekawą historię rzekomej ostatniej europejskiej czarownicy z Reszla, którą profesor Wijaczka bohatersko odziera z romantycznie brzmiącej legendy, która sąsiaduje z… artykułem o „rzekomym mordzie rytualnym w Koźminie (i Kaliszu)”. Co ma piernik do wiatraka? Autor twierdzi, że i wiedźmy, i Żydzi byli obcy i ta właśnie cecha wystarczyła, by do książki włączyć tekst o wydarzeniach z 1763 roku. A co mi tam: rzucę brawurową tezę, że prawdziwym powodem była potrzeba zwiększenia objętości książki o czterdzieści stron :)
Czy te gorzkie żale wystarczą, by zniechęcić czytelników? Mam nadzieję, że nie! Zbiór artykułów profesora Wijaczki może być całkiem strawny, o ile podejdziemy do niego inaczej, niż ja to zrobiłem. Może warto rozłożyć lekturę na co najmniej osiem dni (jeden artykuł dziennie)? Myślę, że wówczas całość może sporo zyskać.
Czasem bywa tak, że nadmiar wiedzy szkodzi. Oczywiście nie samemu tej wiedzy posiadaczowi, ale czytelnikom. Przypadek ten dotknął mnie podczas lektury książki profesora Jacka Wijaczki „Czarownicom żyć nie dopuścisz. Procesy o czary w Polsce w XVII-XVIII wieku”.
Pięknie wydana książka, mocna okładka, szacowna seria wydawnictwa Replika - co mogło pójść nie tak? Profesor...
2025-09-30
Bogusław Gierlach napisał tę książkę dawno temu, w 1980 roku, a Replika wydała ją w 2024 roku. Czy to ma sens? Praca bądź co bądź naukowa, czy popularno-naukowa po tylu latach wciąż jest aktualna i zwyczajnie atrakcyjna dla czytelnika? Owszem!
„Sanktuaria słowiańskie” są swoistym esejem archeologiczno-antropologicznym. Autor przybliża specyfikę słowiańskich, przedchrześcijańskich świątyń, o których tak w latach 80., jak i dzisiaj - wiemy niewiele. Bo skąd mamy czerpać wiedzę? Główne źródło badań historycznych, czyli dokumenty i przekazy pisemne, jest wyczerpane dawno temu. Słowianie pisma nie znali, a wszystko co na temat ich wierzeń napisali obcy kronikarze i podróżnicy, jest powszechnie znane. Drugim istotnym źródłem są badania archeologiczne. Tutaj oczywiście dzieje się bardzo dużo, choć nie tyle, ile w latach osiemdziesiątych, kiedy wykopaliska nie były tak trudne formalnie i proceduralnie, jak dzisiaj. Trzecim natomiast źródłem wiedzy na temat duchowości Słowian są badania etnograficzne, bo przecież wiele elementów prastarej obrzędowości w różnej formie przetrwało w ludowej kulturze.
Wielu czytelników może być zawiedzionych dysonansem między tytułem książki, a jej rzeczywistą zawartością. Bo nie całe opracowanie dotyczy jedynie słowiańskich świątyń: też byłem tym przez parę chwil rozczarowany. Autor jednak lojalnie zastrzegł, że prezentuje całą, siłą rzeczy bardzo skromną wiedzę, jaką dysponujemy, czy dysponowaliśmy na początku lat 80. Rozdział poświęcony sanktuariom to niecałe osiemdziesiąt stron z trzystu, jakie liczy książka. A pozostałe? I tu zaczyna się ciekawa przygoda, bo profesor Gierlach pokazuje naprawdę szerokie tło kulturowe, historyczne, polityczne, gospodarcze i religijne przedchrześcijańskiej słowiańszczyzny i czasu przełomu, który tak wiele plemion i narodów przypłaciło całkowitym zniknięciem z mapy Europy.
Z czystym sercem polecam ten tytuł każdemu, kto chciałby nieco głębiej zajrzeć za kurtynę czasów i dowiedzieć się nieco więcej o duchowości Słowian.
Bogusław Gierlach napisał tę książkę dawno temu, w 1980 roku, a Replika wydała ją w 2024 roku. Czy to ma sens? Praca bądź co bądź naukowa, czy popularno-naukowa po tylu latach wciąż jest aktualna i zwyczajnie atrakcyjna dla czytelnika? Owszem!
„Sanktuaria słowiańskie” są swoistym esejem archeologiczno-antropologicznym. Autor przybliża specyfikę słowiańskich,...
2025-09-29
Wojna na Bałkanach z początku lat 90. jest wciąż relatywnie mało znanym fragmentem historii Europy. Tymczasem dopiero co oswobodzona z komunizmu Polska brała bardzo aktywny udział w tym konflikcie. Na miejscu działali nie tylko polscy politycy, ale także żołnierze i funkcjonariusze Straży Granicznej. Wciąż niewiele jest publikacji odsłaniających kulisy bałkańskiej wojny. Z tym większym zainteresowaniem powinna się spotkać książka oparta na wspomnieniach Janka Sanockiego, który widział to piekło na własne oczy.
O wojnie można pisać na różne sposoby. Jeśli ktoś lubuje się w metodycznych, statystycznych i chronologicznych relacjach, może się poczuć zawiedziony. „Misja kryptonim Yugo” jest napisana bardzo żywym, plastycznym językiem konkretnego człowieka, który znalazł się na froncie, choć zgodnie z umową powinien służyć z daleka od „linii konfrontacyjnej”. Wraz z kilkoma innymi pogranicznikami wylądowali na Bałkanach i… nikt na nich nie czekał. ONZ nie przypominało sobie, by prosiło Polaków o wsparcie, a przełożeni z Polski umywali ręce. Panowie musieli za własne pieniądze` wynająć hotel i czekać na rozwiązanie problemu. Ponad ich głowami ustalono, że albo wracają - znów za swoje - do kraju, albo zostają na Bałkanach i jadą tam, gdzie trwa walka. Zdecydowali się zostać.
Ta książka to niełatwa opowieść o emocjach człowieka, który chcąc dorobić parę złotych, trafia w środek piekła. Janek Sanocki nie ukrywa, że był człowiekiem stroniącym od przemocy. Może dzięki temu, że zastosował się do rady starszego stażem kolegi, by nie udawać bohatera i nie stać się celem, przeżył.
Dzięki pierwszoosobowej narracji widzimy grozę i groteskę wojny bez żadnej taryfy ulgowej. Widzimy ludzi drżących o swoich bliskich i czujemy nienawiść, jaka napędza niektórych. Widzimy też, jak wiele można poświęcić, żeby zapewnić sobie większe szanse na przeżycie.
To nie jest łatwa książka, choć czyta się ją szybko i z dużą przyjemnością. Dla osób interesujących się europejskimi konfliktami, lektura obowiązkowa. Tak samo dla tych, którzy chcieliby z pierwszej ręki otrzymać świadectwo traumy towarzyszącej ekstremalnym przeżyciom.
Wojna na Bałkanach z początku lat 90. jest wciąż relatywnie mało znanym fragmentem historii Europy. Tymczasem dopiero co oswobodzona z komunizmu Polska brała bardzo aktywny udział w tym konflikcie. Na miejscu działali nie tylko polscy politycy, ale także żołnierze i funkcjonariusze Straży Granicznej. Wciąż niewiele jest publikacji odsłaniających kulisy bałkańskiej wojny. Z...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025
Co za ulga! Istnieje w polskiej literaturze przestrzeń poza kryminałem, sensacją i thrillerem! Mało tego, wciąż powstają książki w nurcie powieści psychologicznej. Jeśli komuś sama ta nazwa kojarzy się z traumatyczną nudą i dłużyznami, koniecznie powinien sięgnąć po książkę „Za horyzontem zdarzeń” Radosława Rutkowskiego.
Nie znałem wcześniej tego autora, choć - jak sprawdziłem - miał on już trzy powieści na koncie, zanim zaczął pisać „Za horyzontem zdarzeń”. To wyjątkowa powieść, która powinna szeroko otworzyć autorowi drzwi do popularności, na którą zdecydowanie zasługuje. Biorąc do ręki tę książkę, nie wiedziałem czego się spodziewać. Wiecie jak to jest, kiedy czyta się kilka czy kilkanaście podobnych gatunkowo książek z rzędu i nagle kolejna kłuje w oczy innością. „Za horyzontem zdarzeń” zaczyna się bardzo schematycznie. Młody mężczyzna jest zaczepiany przez agresywnych i podpitych napastników tylko dlatego, że ma długie włosy. Od pierwszych zdań byłem rozczarowany. Miałem wrażenie, że to kolejna opowieść o niczym. Jednak po kilku stronach spostrzegłem się, jak bardzo się myliłem, a po kilkudziesięciu następnych nie mogłem przestać czytać. Rutkowski hipnotyzuje, wciąga i porywa myśli czytelnika do swojego świata.
Nie chcę zdradzić żadnych spojlerów, więc napiszę lapidarnie: główny bohater cierpi na zaburzenie psychiczne, których natury nie poznajemy, ale które objawiają się m.in. tym, że widzi i rozmawia ze swoim alter ego. Sokrates, bo tak ma na imię wyimaginowany rozmówca, zachowuje się wobec naszego bohatera dość agresywnie. Marcin postanawia wyruszyć w podróż do maleńkiej wioski, gdzie mieszka człowiek, który może mu odpowiedzieć na kilka pytań. Od tego spotkania zależy wszystko.
Jak na powieść psychologiczną, „Za horyzontem zdarzeń” jest napisana bardzo szybko: tutaj nie ma miejsca na dłużyzny, domysły, sugestie. Dzięki zastosowaniu trudnej, choć bardzo atrakcyjnej formuły narratora pierwszoosobowego widzimy tyle, ile nasz bohater. Musimy się w tym świecie odnaleźć tak samo, jak on. To świetny sposób na zanurzenie czytelnika w realia, które niekoniecznie są takie, jakimi je widzi nasz bohater.
Eh, aż trudno pisać o fabule tej książki, żeby nie zepsuć przyjemności z lektury. Dwie rzeczy mogę obiecać: wciąga jak cholera, a finisz zaskoczy nawet wytrawnych czytelników Dana Browna.
Fabuła jest niesamowicie zaskakująca i atrakcyjna, ale dorównuje jej język, którym operuje Radosław Rutkowski. „Za horyzontem zdarzeń” jest napisana niesamowicie lekko. Widać, że autorowi język nie sprawia najmniejszych problemów: bawi się nim, tak samo jak jego bohaterowie. Odnajdziemy w powieści masę lingwistycznych zaczepek i erudycyjnych mrugnięć okiem do czytelnika, ale co najważniejsze: język jest pasem transmisyjnym opowieści o Marcinie i jego świecie, nie przytłacza i nie dominuje.
Podsumowując: „Za horyzontem zdarzeń” Radosława Rutkowskiego to dla mnie absolutnie cudowny oddech od tego, co dzisiaj sprzedaje się najlepiej, a co już dawno zaczęło gonić własny ogon i - póki co - murowany pretendent do pierwszej dziesiątki tegorocznych premier.
Co za ulga! Istnieje w polskiej literaturze przestrzeń poza kryminałem, sensacją i thrillerem! Mało tego, wciąż powstają książki w nurcie powieści psychologicznej. Jeśli komuś sama ta nazwa kojarzy się z traumatyczną nudą i dłużyznami, koniecznie powinien sięgnąć po książkę „Za horyzontem zdarzeń” Radosława Rutkowskiego.
Nie znałem wcześniej tego autora, choć - jak...
2025-09-22
Jest jeden, ale za to bardzo istotny, kluczowy powód, dla którego nie byłem fanem Krzysztofa Bochusa: nie znałem jego twórczości. W ogóle przez długi czas stroniłem od literatury rozrywkowej, szukając wielkich prawd w literaturze bardziej wyrafinowanej. Teraz znów potrafię czerpać ogromną przyjemność z czytania powieści, które mają proste, choć szalenie trudne do realizacji, aspiracje: porwać czytelnika do swojego świata, oczarować go realiami, a zaintrygowanego uwodzić i zwodzić aż do ostatniej strony. I taki właśnie jest Bochus!
„Hipnoza” dzieje się w Gdańsku na początku XIX wieku. Już na tym etapie kręciłem nosem: nie przepadam za tymi wszystkimi rażącymi cepelią opowieściami wciśniętymi w jakieś historyczne realia. Naprawdę, obojętnie czy jest to Wrocław, czy Bydgoszcz, uważam, że autor powinien mieć cholernie mocny powód, żeby wydziwiać z osadzaniem akcji w egzotycznych realiach. Bo umówmy się: okres francuskich rządów w Gdańsku jest dla dzisiejszego czytelnika taką samą egzotyką co obrzędowość Pigmejów. Przezwyciężyłem pierwsze dąsy, zacząłem czytać i nie mogłem przestać.
Oto w Gdańsku, który dopiero co przeszedł z pruskich rąk pod zarząd Francuzów, giną oficerowie. Są mordowani w iście rytualnych okolicznościach: co tydzień, konkretnego dnia tygodnia znajdowane są ofiary z odrąbanymi głowami, odciętymi uszami i wyciętym językiem. Francuska policja nie daje rady, więc zmusza do współpracy młodego Polaka, który trochę się zna na medycynie, bo jego ojciec jest lekarzem, a zarabia na życie prowadząc seanse hipnotyczne. Brzmi ciekawie?
Z okładki dowiadujemy się, że jest to „rasowy kryminał noir”. I to prawda! Nie chodzi już nawet o samą fabułę, która jest generalnie nieodbiegająca od standardu gatunku: morderstwa, szpiedzy, upadłe damy i brawurowi kawalerowie, a na to wszystko nasz główny bohater, który ma umiejętność dedukcji i dar intuicji. Takich kryminałów jest pewnie sporo, choć i na tym już etapie „Hipnoza” pewnie mocno by się wyróżniała konsekwencją budowania fabuły i zaskakującymi zwrotami akcji. Najlepsze jest jednak to, że Bochus naprawdę napisał kryminał noir!
„Hipnoza” jest świetnym przykładem literatury rozrywkowej, której nie zaszkodził ponury romans z bardziej ambitną siostrą: literaturą piękną pisaną wielką literą. Zostawmy już fabułę, która wydaje mi się ogromnie atrakcyjna, i na moment spójrzmy na to, jak ta powieść została napisana. Bochus bez żadnego krygowania się szlaja się po mrocznych rewirach, w których czuć jeszcze obecność bohaterów Chandlera, a sam Gdańsk momentami przypomina nieco Miasto Grzechu. Zawiedzie się jednak ten, kto będzie szukał prostych inspiracji i przeróbek, „Hipnoza” jest świeżym, oryginalnym produktem, robionym na oczach czytelników. Chce się czytać, chciałoby się obejrzeć, bo to przecież gotowy pomysł na świetny film.
Jest jeden, ale za to bardzo istotny, kluczowy powód, dla którego nie byłem fanem Krzysztofa Bochusa: nie znałem jego twórczości. W ogóle przez długi czas stroniłem od literatury rozrywkowej, szukając wielkich prawd w literaturze bardziej wyrafinowanej. Teraz znów potrafię czerpać ogromną przyjemność z czytania powieści, które mają proste, choć szalenie trudne do...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025
Tajemnica tajemnic
Nie będę ukrywał, że jestem fanem Dana Browna: nikt inny nie potrafi tak uroczo żonglować faktami naukowymi i teoriami spiskowymi. Na „Tajemnicę tajemnic” czekałem z wypiekami, a kiedy dostałem do ręki tę cegłę (siedemset stron!) czułem, że czeka mnie kilka niesamowitych wieczorów. Czy się zawiodłem? Może trochę. Ale i tak było warto!
Jak pisze Brown, wie chyba każdy. Każda jego książka sprzedała się chyba w większej liczbie egzemplarzy, niż łączny nakład wszystkich powojennych Noblistów :) Wszystkie powieści Browna opierają się na podobnym schemacie: jest jakaś tajemnica, którą może rozwiązać wyłącznie nieco ekstrawertyczny, obdarzony pamięcią ejdetyczną profesor Langdon. Żeby pokonać złych ludzi i rozwiązać zagadkę profesor będzie musiał zanurzyć się w odmęty historii, historii sztuki, religii, ale też bardzo nowoczesnej nauki. Nie jest w tym wszystkim sam, towarzyszy mu urocza pani doktor, z którą od niedawna łączy go coś więcej niż tylko fascynacja nauką.
„Tajemnica tajemnic” oferuje wszystko to, do czego Dan Brown nas przyzwyczaił, a nawet więcej, bo pierwszy raz nasz dzielny profesor zdradza ludzkie odruchy w przestrzeni intymnej relacji z panią doktor :) Więc skąd u mnie ten nieco chłodny ton? No właśnie.
Jak ktoś napisał takie powieści jak „Kod Leonarda da Vinci” i „Inferno”, to sam sobie zrobił krzywdę zawieszając poprzeczkę pod sufitem. Gdyby „Tajemnicę tajemnic” sygnował ktokolwiek inny, byłbym zachwycony, ale od Browna oczekuję ciągłego przekraczania niemożliwego :) Nie ukrywam też, że wolę jego powieści, w których tłem są historia sztuki i religii, niż nowoczesna nauka. Wolę też, kiedy mocniejszy nacisk autor kładzie na wyścigi intelektualne, niż dosłowne konfrontacje dobrych ze złymi.
Tak czy inaczej, jest to świetna powieść. Brown ma lepsze, oczywiście, ale „Tajemnica tajemnic” zapewnia kilka wieczorów doskonałej i inspirującej zabawy. A czegóż więcej oczekiwać od literatury popularnej?
Tajemnica tajemnic
Nie będę ukrywał, że jestem fanem Dana Browna: nikt inny nie potrafi tak uroczo żonglować faktami naukowymi i teoriami spiskowymi. Na „Tajemnicę tajemnic” czekałem z wypiekami, a kiedy dostałem do ręki tę cegłę (siedemset stron!) czułem, że czeka mnie kilka niesamowitych wieczorów. Czy się zawiodłem? Może trochę. Ale i tak było warto!
Jak pisze Brown,...
Wspólnota śmiertelnych
Kiedy zobaczyłem gdzieś w internecie tytuł „Wspólnota śmiertelnych. Tanatologia zwierząt towarzyszących w perspektywie etnografii międzygatunkowej”, kupiłem od razu. Pasjonują mnie poszukiwania tożsamości, ludzkiej odrębności i wspólnotowości z innymi stworzeniami w czasach, kiedy kryzys filozofii widoczny jest gołym okiem. Książka Małgorzaty Roeske przykuła mnie na długie godziny i nie pozwoliła oderwać się, póki nie zamknąłem ostatniej strony.
„Wspólnota śmiertelnych” to - jak dowiadujemy się z jej treści - doktorat. Ale nietypowy, bo przecież nie jest to klasyczne opracowanie naukowe, a ostatni rozdział śmiało mógłby zostać zgłoszony jako samodzielny tytuł do Nagrody Kapuścińskiego.
Autorka postawiła szereg pytań, sprowadzających się do jednej kwestii: jakiego rodzaju relacja tworzy się między człowiekiem i zwierzęciem towarzyszącym? Rozsądnie postanowiła przyjrzeć się tej relacji w sytuacji granicznej: śmierci zwierzęcia. Uniknęła przy tym pułapki zastawionej przez Wittgensteina i jego kontynuatorów, nie ugrzęzła w terminologii. Natomiast same rozważania dotyczące tego, czym jest śmierć dla zwierzęcia i dla człowieka są wyborne.
Prawdą jest, że śmierć jest wyjątkowo ludzką cechą. Tylko człowiek śmierć traktuje jak część życia, tylko on ma świadomość nieuchronności śmierci i tylko on o tej śmierci jest w stanie rozważać, przygotowywać się, nadawać jej sensy. Zwierzęta tego nie potrafią, to fundamentalna różnica międzygatunkowa - powie wielu filozofów przywoływanych przez autorkę. Inni jednak zepsują tę oczywistość twierdzeniem trudnym do obalenia: ani człowiek, ani żadne zwierzę (nie powiem „inne”, bo tutaj akurat z autorką się nie zgadzam - uważam, że sprowadzanie człowieka do biologicznej kategorii „jednego ze zwierząt”, być może nawet „primus inter pares”, jest zwyczajnie nadużyciem etycznym) nie jest w stanie doświadczyć własnej śmierci. Mam jednak znów poważny dylemat, czy tak jest naprawdę. Oczywiście w znaczeniu dosłownym nie jesteśmy w stanie doświadczyć własnej śmierci, bo ona stanowi kres doświadczenia, ale przecież - i na tym polega ludzka wyjątkowość - potrafimy przeżywać wiele duchowych wydarzeń wykraczających poza doświadczenie empiryczne, na tym przecież polega działalność artystyczna i intelektualna. W skrajnym przypadku jesteśmy w stanie kontemplować własną śmierć. Zwierzęta są tej umiejętności pozbawione. A przynajmniej nie istnieją jak dotychczas żadne przesłanki, by sądzić inaczej.
Znaczną część swojej pracy Małgorzata Roeske poświęciła kwestii empatii, tej wyjątkowej relacji, więzi, która istnieje między wieloma opiekunami (bo przecież nie jedynie właścicielami), a zwierzętami towarzyszącymi. Jest to relacja, jak twierdzi autorka i jak mówi nam doświadczenie, niejednostronna. W sytuacjach granicznych, jakimi są przypadki ciężkich chorób i cierpienia, człowiek i zwierzę dają sobie wzajemne wsparcie. Jak można je okazywać? Jak daleko można się posunąć w rytualizacji procesu odchodzenia? O tym także pisze Roeske, na podstawie obserwacji, pracy teoretycznej, ale również relacji osób, które towarzyszyły odchodzeniu zwierzęcia.
Bardzo ciekawe rozważania autorka oparła na koncepcji - nieco infantylnej, ale przecież wyraźnie obecnej w przestrzeni wirtualnej i coraz częściej także rzeczywistej - „tęczowego mostu”, jako świeżej, relatywnie nowej próby stworzenia swoistej eschatologii międzygatunkowej. Osobiście mam dużą rezerwę do tego zjawiska, stojąc dość uparcie na stanowisku uwzględniającym konieczność wyraźnego rozdzielenia sfery sacrum i profanum, ale także doceniając ogromną rolę tabu w konstruowaniu bezpiecznego świata rytuałów. Nie można jednak odwracać głowy od czegoś, co od kilkudziesięciu lat tak dynamicznie podgryza fundamenty znanej nam teologii tworząc konstrukt stojący niejako z boku. „Tęczowy most” to koncepcja, która jest bliska wschodniej sztuki retoryki - proponuje dramatyczny zwrot narracji dotyczącej życia pośmiertnego, ale uchyla się od ideologicznego zderzenia z eschatologią zastaną, chowając się w mgle kiczu, pastiszu, gry pozorów. Pod tym względem to arcyciekawy temat i doskonale opisany przez autorkę „Wspólnoty śmiertelnych”.
Rytuały związane z umieraniem i śmiercią zwierzęcia stanowią istotną część rozważań Małgorzaty Roeske. Próby, czasem bardzo rozpaczliwe, wyjścia z żałoby, przeżywanie straty, recepcja społeczna żałoby po zwierzęciu, aż wreszcie tabu emocjonalnej analogii między śmiercią zwierzęcia a utartą bliskiego człowieka to tematy, z którymi autorka mierzy się bez uciekania w patos, technikalia i emocjonalność - kiedy trzeba oddaje głos badanym przez siebie osobom, a kiedy może próbuje opartych na badaniach uogólnień. Finalnie dostajemy naprawdę poważną analizę, z której wnioski są w znacznym stopniu zależne od naszego własnego doświadczenia i światopoglądu. Na tym polega siła „Wspólnoty śmiertelnych”.
I wreszcie ostatni rozdział. Perła tej książki. Rasowy reportaż zatytułowany „Hospicjum dla bezdomnych kotów”. Autorka pojechała do Torunia, gdzie Agnieszka Szubert prowadzi fundację, która daje bezdomnym, terminalnie chorym kotom odejść z godnością (rozważania dotyczące tego, czym jest godność w kontekście zwierzęcia i czy termin ten przynależy wyłącznie człowiekowi, znajdziemy we wcześniejszych partiach książki). W doskonałej formule dziennikarskiego lustra Roeske pokazuje nam kobietę, która odarta z patosu stanowi definicję tego, co zapowiadał tytuł książki.
Nie spodziewałem się, że „Wspólnota śmiertelnych" tak bardzo we mnie będzie pracowała, że tak bardzo zainspiruje do rozmyślań o relacji miedzy człowiekiem a zwierzęciem, o umieraniu i śmierci, o traumie, tabu i rytualizacji. Ogromna w tym zasługa nie tylko tematu, który jest mi dość bliski z racji „zwierzyńca” jaki mamy w domu, ale też bogatej bazy źródeł filozoficznych, socjologicznych, antropologicznych i innych, z których z dużą swobodą korzystała autorka. Świetna rzecz, którą warto mieć w swoich zbiorach.
Wspólnota śmiertelnych
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKiedy zobaczyłem gdzieś w internecie tytuł „Wspólnota śmiertelnych. Tanatologia zwierząt towarzyszących w perspektywie etnografii międzygatunkowej”, kupiłem od razu. Pasjonują mnie poszukiwania tożsamości, ludzkiej odrębności i wspólnotowości z innymi stworzeniami w czasach, kiedy kryzys filozofii widoczny jest gołym okiem. Książka Małgorzaty Roeske...