Po znakomitym "Strażniku Piekła" Maksa Dietera, czekałam na tę książkę niczym na pierwszą gwiazdkę, a oczekiwania miałam dość spore. Tym bardziej, że tematyka jest taka jaką lubię: czarownice, całość, choć fabularyzowana, to jednak o faktach nie zapomniano, okrutne praktyki kościoła... a jak było rzeczywiście?
W swojej kolejnej książce, "In nomine diaboli" Maks Dieter zabiera czytelnika do siedemnastowiecznej Polski, w której wciąż istnieje to, co dzisiaj jest dla wielu z nas nie do pomyślenia. Młoda, ledwie wchodząca w dorosłość Dorota jest zagorzałą chrześcijanką. Dziewczyna intensywnie praktykuje, jest bogobojna, stara się żyć w zgodzie z naukami swojej wiary i samym Bogiem. Podczas jednego z nabożeństw stara się być jak najbliżej duchownego, w pierwszym rzędzie. Mszę odprawia sam biskup Teodor Walasek, który przybył z wizytą do Częstochowy.
Dorota jako jedna z niewielu żałowała, że nabożeństwo w kościelnym zaduchu potęgowanym przez upał, właśnie się kończy. Ta ledwie siedemnastoletnia dziewczyna łakomie chłonie każde słowo ceremonii i nie przeszkadza jej nawet brak zrozumienia dla łaciny. I nawet gdy msza dobiega końca, ta wciąż klęka modląc się gorliwie. W końcu, ksiądz poleca jej udać się do zakrystii, gdy ta tylko skończy. Dziewczyna zafascynowana przekonaniem o dobroci duchownego nie jest w stanie zauważyć niecnych zamiarów w jego przelotnym uśmiechu. Jest tak szczęśliwa z biegu wydarzen, że zapomina nawet o swoim zmartwieniu, poważnej chorobie matki. Niedługo później nasza główna bohatera zostaje zgwałcona przez duchownego.
Dorota to młoda dziewczyna o dobrym sercu, jednak jako półszlachcianka pada ofiarą docinek, nie cieszy się sympatią wśród mieszkańców. Choć jest skromna i nigdy się nie wywyższa to jednak pochodzenie w oczach mieszkańców ją definiuje, nie ma nawet bliższych koleżanek. W rzeczywistości wierzy, że tytuły to żaden przywilej. Życie tej dziewczyny nie rozpieszcza, a umierająca matka za chwilę okaże się ledwie początkiem jej problemów.
Młoda, skrzywdzona kobieta, pomimo ogromnego strachu postanawia wymierzyć sprawiedliwość i postawić Walaska przed sądem. Brzmi dobrze, prawda? No tak, tylko że nie w tej Polsce, o której ta powieść traktuje.
I tu zaczyna się prawdziwy rollercoaster wydarzeń i emocji. Podczas gdy Dorota będzie walczyć o siebie, czytelnik również będzie walczył... żeby książką nie rzucić. Bo to, co spotka dziewczynę załamałoby niejednego psychicznie silnego. I tu ogromne słowa uznania dla autora, bowiem sama fabuła czy psychologia postaci to jedno, trzeba jeszcze umieć wyłuskać emocje. Maks Dieter robi to dobrze.
"Wciąż żywisz nadzieję, azali twój Bóg ci pomoże?"
Dieter doskonale ukazał powagę czynu wskazując na to, jaki wpływ może mieć na psychikę. Dorota, odkąd pada ofiarą, przechodzi przemianę, zaczyna mieć wątpliwości, przechodzi kryzys wiary. Co ważne, pomimo ogromnej traumy, wciąż walczy o swoje i sprawiedliwość. A warto wiedzieć, że otoczenie niczego jej nie ułatwia, bo jeśli myślicie, że teraz istnieje kult oprawcy, a obwinianie ofiar ma się dobrze to... macie rację. Wtedy było jednak znacznie gorzej. To czasy, gdy kobieta, która nie chce poddać się tyranii mężczyzny uznawana jest za wiedźmę, za przestępcę, a kara śmierci to coś co zapewne ją spotka, w tym właśnie palenie na stosie. Choć akurat wątek samej Doroty został zmyślony, to jednak podobne wydarzenia, jak te tutaj opisane, miały wówczas miejsce. Setki tysięcy kobiet ginęło z rąk katów.
"Dopiero teraz, w godzinę własnej śmierci, ta niewinna dziewczyna pojęła, jak zakłamany jest świat chrześcijan, jak plugawi i podli są ludzie wyznający Chrystusa, który umarł za nich na krzyżu."
To, na co warto zwrócić szczególną uwagę to język powieści. Zwłaszcza w dialogach zauważalny jest ten XVII wiek, co dodaje utworowi wiarygodności. Autor świetnie oddał klimat opisywanych czasów, bez zbędnego unowocześniania. Całość jest bardzo emocjonująca i angażująca, a jednocześnie jest historią, z której warto wyciągnąć pewne wnioski. Nie jest to tylko kolejna pusta historyjka, a solidna, wartościowa lektura.
Maks Dieter nie boi się poruszania tematów, które są trudne, a niekiedy ocierają się o tabu. Niestety wciąż istniejące. No bo jak to tak? Duchowny, ktoś kto do dziś w wielu miejscach jest praktycznie nietykalny dokonuje tak haniebnego czynu? Tylko że to niestety wciąż się dzieje, a ofiary wciąż boją się mówić. Choć na szczęście nie wygląda to już aż tak drastycznie, to jednak wciąż jest sporo do zrobienia.
Książkę pochłonęłam w chwilę. Wciąga, nie puszcza do ostatniej kropki. Ogromnie polecam.
Po znakomitym "Strażniku Piekła" Maksa Dietera, czekałam na tę książkę niczym na pierwszą gwiazdkę, a oczekiwania miałam dość spore. Tym bardziej, że tematyka jest taka jaką lubię: czarownice, całość, choć fabularyzowana, to jednak o faktach nie zapomniano, okrutne praktyki kości...
Rozwiń
Zwiń