rozwiń zwiń
rudakociaraczyta

Profil użytkownika: rudakociaraczyta

Szczecin Kobieta
Status Czytelniczka
Aktywność 6 tygodni temu
314
Książek na półce
przeczytane
545
Książek
w biblioteczce
195
Opinii
889
Polubień
opinii
Szczecin Kobieta
Dodane| Nie dodano
Cześć! Jestem Karolina, od 33 lat mieszkam w Szczecinie i od pewnego czasu zaczytuję się w książkach. Zaczęło się czysto terapeutycznie, przerodziło w prawdziwą pasję, co skończyło się internetową działalnością na rzecz czytelnictwa. Swoje opinie wrzucam przede wszystkim na instagramie, gdzie można mnie znaleźć pod tym samym nickiem. Z największą ochotą sięgam po polskich autorów, uwielbiam wyszukiwać raczej niszowe perełki, a książki będące w szeroko pojętych topkach często okazują się być sporym zawodem dla mnie. Uwielbiam fantastykę, horrory, thrillery, kryminały, true crime, science fiction. Lubię też czasem sięgnąć po coś dla młodszego odbiorcy. Jestem kocią mamą, czarownicą, uwielbiam kawę, świeczki i herbatę. Zbieram książki, kubki i pluszowe pokemony. 💚

Opinie


Na półkach:

Po znakomitym "Strażniku Piekła" Maksa Dietera, czekałam na tę książkę niczym na pierwszą gwiazdkę, a oczekiwania miałam dość spore. Tym bardziej, że tematyka jest taka jaką lubię: czarownice, całość, choć fabularyzowana, to jednak o faktach nie zapomniano, okrutne praktyki kościoła... a jak było rzeczywiście?

W swojej kolejnej książce, "In nomine diaboli" Maks Dieter zabiera czytelnika do siedemnastowiecznej Polski, w której wciąż istnieje to, co dzisiaj jest dla wielu z nas nie do pomyślenia. Młoda, ledwie wchodząca w dorosłość Dorota jest zagorzałą chrześcijanką. Dziewczyna intensywnie praktykuje, jest bogobojna, stara się żyć w zgodzie z naukami swojej wiary i samym Bogiem. Podczas jednego z nabożeństw stara się być jak najbliżej duchownego, w pierwszym rzędzie. Mszę odprawia sam biskup Teodor Walasek, który przybył z wizytą do Częstochowy.

Dorota jako jedna z niewielu żałowała, że nabożeństwo w kościelnym zaduchu potęgowanym przez upał, właśnie się kończy. Ta ledwie siedemnastoletnia dziewczyna łakomie chłonie każde słowo ceremonii i nie przeszkadza jej nawet brak zrozumienia dla łaciny. I nawet gdy msza dobiega końca, ta wciąż klęka modląc się gorliwie. W końcu, ksiądz poleca jej udać się do zakrystii, gdy ta tylko skończy. Dziewczyna zafascynowana przekonaniem o dobroci duchownego nie jest w stanie zauważyć niecnych zamiarów w jego przelotnym uśmiechu. Jest tak szczęśliwa z biegu wydarzen, że zapomina nawet o swoim zmartwieniu, poważnej chorobie matki. Niedługo później nasza główna bohatera zostaje zgwałcona przez duchownego.

Dorota to młoda dziewczyna o dobrym sercu, jednak jako półszlachcianka pada ofiarą docinek, nie cieszy się sympatią wśród mieszkańców. Choć jest skromna i nigdy się nie wywyższa to jednak pochodzenie w oczach mieszkańców ją definiuje, nie ma nawet bliższych koleżanek. W rzeczywistości wierzy, że tytuły to żaden przywilej. Życie tej dziewczyny nie rozpieszcza, a umierająca matka za chwilę okaże się ledwie początkiem jej problemów.

Młoda, skrzywdzona kobieta, pomimo ogromnego strachu postanawia wymierzyć sprawiedliwość i postawić Walaska przed sądem. Brzmi dobrze, prawda? No tak, tylko że nie w tej Polsce, o której ta powieść traktuje.

I tu zaczyna się prawdziwy rollercoaster wydarzeń i emocji. Podczas gdy Dorota będzie walczyć o siebie, czytelnik również będzie walczył... żeby książką nie rzucić. Bo to, co spotka dziewczynę załamałoby niejednego psychicznie silnego. I tu ogromne słowa uznania dla autora, bowiem sama fabuła czy psychologia postaci to jedno, trzeba jeszcze umieć wyłuskać emocje. Maks Dieter robi to dobrze.

"Wciąż żywisz nadzieję, azali twój Bóg ci pomoże?"

Dieter doskonale ukazał powagę czynu wskazując na to, jaki wpływ może mieć na psychikę. Dorota, odkąd pada ofiarą, przechodzi przemianę, zaczyna mieć wątpliwości, przechodzi kryzys wiary. Co ważne, pomimo ogromnej traumy, wciąż walczy o swoje i sprawiedliwość. A warto wiedzieć, że otoczenie niczego jej nie ułatwia, bo jeśli myślicie, że teraz istnieje kult oprawcy, a obwinianie ofiar ma się dobrze to... macie rację. Wtedy było jednak znacznie gorzej. To czasy, gdy kobieta, która nie chce poddać się tyranii mężczyzny uznawana jest za wiedźmę, za przestępcę, a kara śmierci to coś co zapewne ją spotka, w tym właśnie palenie na stosie. Choć akurat wątek samej Doroty został zmyślony, to jednak podobne wydarzenia, jak te tutaj opisane, miały wówczas miejsce. Setki tysięcy kobiet ginęło z rąk katów.

"Dopiero teraz, w godzinę własnej śmierci, ta niewinna dziewczyna pojęła, jak zakłamany jest świat chrześcijan, jak plugawi i podli są ludzie wyznający Chrystusa, który umarł za nich na krzyżu."

To, na co warto zwrócić szczególną uwagę to język powieści. Zwłaszcza w dialogach zauważalny jest ten XVII wiek, co dodaje utworowi wiarygodności. Autor świetnie oddał klimat opisywanych czasów, bez zbędnego unowocześniania. Całość jest bardzo emocjonująca i angażująca, a jednocześnie jest historią, z której warto wyciągnąć pewne wnioski. Nie jest to tylko kolejna pusta historyjka, a solidna, wartościowa lektura.

Maks Dieter nie boi się poruszania tematów, które są trudne, a niekiedy ocierają się o tabu. Niestety wciąż istniejące. No bo jak to tak? Duchowny, ktoś kto do dziś w wielu miejscach jest praktycznie nietykalny dokonuje tak haniebnego czynu? Tylko że to niestety wciąż się dzieje, a ofiary wciąż boją się mówić. Choć na szczęście nie wygląda to już aż tak drastycznie, to jednak wciąż jest sporo do zrobienia.

Książkę pochłonęłam w chwilę. Wciąga, nie puszcza do ostatniej kropki. Ogromnie polecam.

Po znakomitym "Strażniku Piekła" Maksa Dietera, czekałam na tę książkę niczym na pierwszą gwiazdkę, a oczekiwania miałam dość spore. Tym bardziej, że tematyka jest taka jaką lubię: czarownice, całość, choć fabularyzowana, to jednak o faktach nie zapomniano, okrutne praktyki kościoła... a jak było rzeczywiście?

W swojej kolejnej książce, "In nomine diaboli" Maks Dieter...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Czy pewne schematy mogą być dobre? Okazuje się, że tak, i wcale nie muszą nudzić, rozczarowywać czy się przejadać, a Franek Piątkowski jest tego najlepszym przykładem.

"Zamawiacz" otwiera zupełnie nowych cykl słowiańskich opowieści, zupełnie niezwiązany z dobrze już wielu znanym "Powiernikiem". Zostawiamy Lichockiego w spokoju i tym razem będziemy przemierzać Lublin w towarzystwie Miłosza Siemiona. Ten facet uchodzi za głupca. Jednak w rzeczywistości jest inteligentny, oczytany, ma świetną pamięć. Dokonywane przez niego decyzje jednak... no tu jest sporo do życzenia. Z tego też powodu dla postronnych jest skończonym osłem. Miłością i jednym z niewielu dobrych wyborów Miłosza jest Bogna. To przy niej, po licznych złych wyborach i nieudanych związkach, w końcu odnalazł swoje miejsce. Tego dnia jednak, gdy wraca do domu, zastaje martwe ciało. A potem jest już tylko rozpacz.

Tylko że Bogna nie była byle kim, zatem ktoś, kto się jej pozbył nie może być jakimś losowym słabeuszem, czy seryjnym, który przypadkiem trafił właśnie na nią.

Gdy zginą ludzie, słowiańskie stwory zginą razem z nimi. Matoha, jako jedna z bardzo niewielu, wydaje się to rozumieć. Tylko że nawet ta demonica nie potrafi ogarnąć tej dziwnej, niszczycielskiej siły... ku niezrozumieniu jej podobnych do pomocy zamiesza człowieka. Wiadomo już którego, prawda?

Do tego wszystkiego dochodzi nam prokurator Michał Grela, który wraz z Agatą Modrzejewską będzie prowadził śledztwo w tej wybitnie niewdzięcznej sprawie. I tu chcę zauważyć, że rozpisanie postaci szanownego prokuratora wyszło mocno na plus. Pewnie kojarzycie tych pierwszoplanowych typów zajmujących się sprawami z najbardziej poczytnych kryminałów. No to Franek wykreował kogoś takiego właśnie... tylko lepiej. Wiadomo. Nie zabrakło też fajnej, pewnej siebie babki w postaci Agaty, co też istotne. Jednak to Dalebora zaskarbiła sobie najwięcej mojej sympatii.

Rzecz dzieje się w naszym świecie, zatem bez trudu można wsiąknąć, zaginąć i świetnie się bawić.

Generalnie sam koncept to to, co znamy z "Powiernika", czyli główny bohater, który wchodzi do słowiańskiego świata, odkrywa kolejne jego zakamarki. Wszystko to w naszym świecie. Jednak... moim zdaniem jest lepiej niż w "Powierniku". Wiadomo, że tamto Uniwersum to sentyment, miłość totalna i absolutnie komfortowa rzecz dla mnie, jednak "Zamawiacz" to kolejna poprzeczka, którą Franek stawia samemu sobie. Jest lepiej językowo, jest też odważniej, ale nic dziwnego, przecież "Powiernik" to debiut, a tutaj mamy już pisarza z kilkoma książkami na koncie. No i to widać, widać, że to stary (na szczęście tylko na rynku literackim, bez urazy xD) wyjadacz, który doskonale wie co robić, jak robić i o czym pisać.

Ewidentnie widać też, że Franek lubi w schematy, bo faktycznie "Zamawiacz", podobnie jak "Powiernik" to wciąż użycie motywów od zera do bohatera, przeznaczenia, bohatera rozprawiajacego się z całym złem tego świata, czy final bossa, którego w danym tomie trzeba pokonać. Tylko że to schematy po frankowemu, mamy ustalony plan, który ponownie nie nudzi i wciąga. Doskonale znane, przeorane na wszelkie mozliwe sposoby, motywy Franek wykorzystuje po swojemu dając tym samym odrobinę świeżości. To o tyle bezpieczne miejsce, że wiadomo czego mniej więcej można się spodziewać, jednak gdzieś tam zawsze coś zaskoczy.

"Zamawiacz" to książka typowo rozrywkowa, zapewniająca dobrze spędzone godziny, ale to też znowu spora dawka cennej słowiańskiej wiedzy, a emocji na pewno nie zabraknie. Jest lekko, miło, przyjemnie, ale też krwawo, brutalnie i straszno. Wszystko jest wyważone, a autor zgrabnie lawiruje między powagą, a humorem. Bardzo dobrym humorem z resztą.

"Zamawiacz" to rzecz, którą można, a nawet trzeba czytać niezależnie z "Powiernikiem". To około 300 stron doskonałego, słowiańskiego fantasy ze sporą dawką kryminału.

Jak zawsze w przypadku tego autora: uwielbiam, kocham, polecam!

Czy pewne schematy mogą być dobre? Okazuje się, że tak, i wcale nie muszą nudzić, rozczarowywać czy się przejadać, a Franek Piątkowski jest tego najlepszym przykładem.

"Zamawiacz" otwiera zupełnie nowych cykl słowiańskich opowieści, zupełnie niezwiązany z dobrze już wielu znanym "Powiernikiem". Zostawiamy Lichockiego w spokoju i tym razem będziemy przemierzać Lublin w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Patryk Żelazny znowu to zrobił. Jego opowieść ponownie igra z najgłębszymi, emocjonalnymi zakamarkami. Wyciska łzy. To jak ten autor opisuje wydarzenia jest co najmniej niezwykłe... dla mnie to mistrz kreowania emocji.

Po zachwytach jakie wzbudziła "Między nami jest śmierć" (która wciąż jest jedną z moich najukochańszych książek, i na pewno jedną z najważniejszych) oczekiwania względem kolejnej książki Patryka Żelaznego niskie być nie mogły. I nie były. I tak jak często okazuje się to błędem, szczególnie w przypadku autora ledwo co debiutującego tak tutaj zostałam mile zaskoczona. No bo oczekiwania były spore, a "W imię nadziei" mocno je przerosła. Oczywiście na swoją korzyść.

Bo "W imię nadziei" to książka dojrzalsza, odważniejsza pod względem pisarskim i światotwórczym, bardziej dopracowana i doskonale udowadniająca, że ten autor pięknie się rozwija. I tutaj bez wątpliwości możemy oczekiwać jeszcze wiele. Przyznaję, ja już teraz nie mogę się doczekać tego, co jeszcze Patryk nam wręczy.

Po setkach bitew Inkwizycja myślała, że tylko krok ją dzieli od całkowitego zwycięstwa nad magią, a wymordowanie wiedźm wydawalo się już tylko formalnością. Gdy już miała triumfować wydarzyło się cos nieoczekiwanego. Szala zwycięstwa znów się przechyliła, a magia zaczęła kwitnąć na nowo. W pamięci mieszkańców Królestwa Kortany wydarzenie to, zapisało się jako Niebieska Noc. Od tego momentu minęło 60 lat i znowu wydawało się, że wszyscy parający się magią zostali wytępieni. No prawie wszyscy, bo polowania na resztkę czarownic wciąż nie ustały.

Na dzień dobry trafiamy do wioski, która za chwilę zostanie okrutnie zniszczona przez Inkwizycję. Wszystko przez doniesienia o czarach, wioskę trzeba przeszukać. Tamtego smutnego dnia zginęli niemal wszyscy mieszkańcy. No właśnie, niemal wszyscy. Ocalała ledwie garstka. Wśród nich mała, dziesięcioletnia dziewczynka, córka chwilę temu zamordowanej kobiety, podejrzanej o czarostwo. Ocalała. Ojciec wyniósł ją do lasu, żeby uciekła. Tylko że ona wszystko widziała. Zostaje przepędzona, nie otrzymuje pomocnej dłoni, a gdy się broni na jaw wychodzi, że ona też dysponuje magią. Dziecko w końcu ucieka... zaczyna się prawdziwa walka o przetrwanie.

W końcu na drodze wystraszonej Felicii, bo tak młoda ma na imię, staje nieznajomy podróżny, by następnie odstawić dziecko do pałacu... a właściwie sierocińca. To tam będzie jej nowy dom.

Mijają kolejne lata, w których nie brakuje dziwnych wydarzeń, Felicia dorasta, zaczyna coraz więcej rozumieć, a jakiś cichy głosik w jej głowie nakazuje jej porzucić dotychczasowy dom i ruszać. I w końcu, kolejne dziwne i okrutne wydarzenia, ją do tego nie tyle zachęcą, co wręcz zmuszą...

W końcu Felicia trafia na Andara, co momentalnie zmieni jej zagubione życie.

Ogromnie spodobało mi się to, że dostajemy niemal całą historię dorastania głównej bohaterki. Poznajemy ją jakk dziesięciolatkę, by obserwować jak dociera do wieku nastoletniego, jak dorasta, jak podejmuje kolejne, często ogromnie trudne, decyzje. Z bezbronnej, wystraszonej dziewczynki wyrasta bohaterka, której nie sposób nie lubić: pyskata, coraz bardziej pewna swego, walcząca o swoje. Uczy się panowania nad emocjami, swojej mocy, historii magii, a przede wszystkim życia... powinna się też nauczyć gryźć w język, ale na to raczej nie ma co liczyć. I dobrze, Felicia to charakterna dziewczyna, odnajdująca siłę w swych słabościach, a z czasem poznaje też swoje niebylejakie przeznaczenie. Ona wciąż się rozwija, z czasem zachodzą wyraźne zmiany w jej glowie i zachowaniu, a ona zaczyna walczyć o siebie i swoje życie.

To nie jest powieść z tych radosnych, a już na pewno nie na początku. Jest głęboko odczuwalny smutek, tylko że z czasem coraz odważniej przebija się przez niego tytułowa nadzieja. Jakże ważna i jakże pięknie tutaj przedstawiona. Felicii towarzyszy emocjonalny rollercoaster, zagubienie, złość, goni ją śmierć... I czytelnik to wszystko będzie czuł niemniej niż ona, bo Patryk Żelazny to mistrz kreowania i wyciągania nawet najgłębiej schowanych emocji. To przy tej książce, drogi czytelniku, zapłaczesz, zaśmiejesz się, wkurzysz, a niekiedy nawet przestraszysz. W ogóle co do tego ostatniego, to ja jestem pod wrażeniem opisów sierocińca. No ciarki poczułam nie raz.

"W imię nadziei" nie jest książką czarno białą jedynie, pomiędzy odnajdziemy całą paletę kolorów. Ta książka ma zupełnie inny klimat niż "Między nami jest śmierć". Jest o wiele mroczniej, brutalniej. Praktycznie na wejściu dostajemy towarzystwo w postaci śmierci, która okaże się okrutną towarzyszką. Ale też coś je łączy. To to, że w całym tym okrucieństwie można odnaleźć ciepło, komfort i masę równie pozytywnych emocji.

Na Felicii oczywiście rzecz się nie kończy, bo ta książka to cała masa różnych postaci, przy czym każda wnosi dla powieści coś cennego. Tu nie jest tak, że dostajemy płaskie zapchajdziury bez charakteru, każde zachowanie czy charakter są czymś podyktowane. Postaci są bliskie zwykłemu śmiertelnikowi, łatwe do polubienia, a ich kolejne kroki angażujące. Psychologia postaci jest dopracowana i jest na wysokim poziomie, a autor krąży po jej najgłębszych zakamarkach wyciągając najbardziej skryte demony.

Żelazny dysponuje bardzo ładnym językiem, dzięki czemu podczas czytania tekstu można się rozpłynąć. A przynajmniej ja się rozpływam. Tak, to jest właśnie ta polszczyzna. Ta piękna, choć współczesna. Okazuje się, że wciąż można pisać pięknie, a wulgaryzmy nie są do niczego potrzebne, choć fajnie ich czasem użyć do podkreślenia sytuacji.

Gdybym miała odszukać coś odpowiedniego dla hasła "cosy" to zapewne ta książka by tym była. Patryk ma niebywały talent do opisywania nawet przykrych, trudnych i okrutnych rzeczy w sposób, który otula tlącą się nadzieją i ciepłem. Nie wiem jak to możliwe, ale... tak właśnie jest. Mnie to kupuje, chcę tego jak najwięcej.

Patryk Żelazny znowu to zrobił. Jego opowieść ponownie igra z najgłębszymi, emocjonalnymi zakamarkami. Wyciska łzy. To jak ten autor opisuje wydarzenia jest co najmniej niezwykłe... dla mnie to mistrz kreowania emocji.

Po zachwytach jakie wzbudziła "Między nami jest śmierć" (która wciąż jest jedną z moich najukochańszych książek, i na pewno jedną z najważniejszych)...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Więcej opinii

Aktywność użytkownika rudakociaraczyta

z ostatnich 3 m-cy
rudakociaraczyta
2026-03-01 18:41:13
rudakociaraczyta oceniła książkę In Nomine Diaboli na
8 / 10
i dodała opinię:
2026-03-01 18:41:13
rudakociaraczyta oceniła książkę In Nomine Diaboli na
8 / 10
i dodała opinię:

Po znakomitym "Strażniku Piekła" Maksa Dietera, czekałam na tę książkę niczym na pierwszą gwiazdkę, a oczekiwania miałam dość spore. Tym bardziej, że tematyka jest taka jaką lubię: czarownice, całość, choć fabularyzowana, to jednak o faktach nie zapomniano, okrutne praktyki kości...

Rozwiń Rozwiń
In Nomine Diaboli Maks Dieter
Średnia ocena:
8.1 / 10
64 ocen
2026-02-01 16:16:14
rudakociaraczyta Zagłosowała w plebiscycie "Książka Roku 2025"
2026-02-01 16:16:14
rudakociaraczyta Zagłosowała w plebiscycie "Książka Roku 2025"

ulubieni autorzy [41]

Lesław Chowaniec
Ocena książek:
8,1 / 10
6 książek
3 cykle
Pisze książki z:
5 fanów
Przemysław Piotrowski
Ocena książek:
7,5 / 10
22 książki
3 cykle
2009 fanów
Paulina Hendel
Ocena książek:
7,4 / 10
24 książki
5 cykli
738 fanów

statystyki

W sumie
przeczytano
314
książek
Średnio w roku
przeczytane
12
książek
Opinie były
pomocne
889
razy
W sumie
wystawione
298
ocen ze średnią 8,1

Spędzone
na czytaniu
1 762
godziny
Dziennie poświęcane
na czytanie
11
minut
W sumie
dodane
0
cytatów
W sumie
dodane
0
książek [+ Dodaj]