-
Artykuły
Czytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać322 -
Artykuły
Weź udział w konkursie i wygraj pakiet książek Callie Hart!
LubimyCzytać24 -
Artykuły
„Odpowiedź kryje się w tobie” – Katarzyna Wolwowicz zdradza, jak ją odnaleźć
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nowa karkonoska powieść Sławka Gortycha! „ŚWIĘTO KARKONOSZY”- już wkrótce! KONKURS
LubimyCzytać131
Biblioteczka
Święta Małgorzata jest patronką kobiet ciężarnych. I właśnie w intencji spłodzenia potomka przybywa do pewnego dalmatyńskiego miasteczka zdesperowane małżeństwo. To tu mają się odbywać obchody ku czci świętej. Ich wątek przeplata się z innymi: syryjskiego imigranta, bankrutującego biznesmena, przedsiębiorczego policjanta mającego w planach sprzedawać ćevapy i mogącego poszczycić się piękną córką. Kibicuje im osioł pana Mikuli, który bezbłędnie potrafi wyczuć chemię między ludźmi i nie waha się głośnym rykiem obwieszczać o tym światu. Czy obchody ku czci świętej Małgorzaty będą owocne?
Ante Tomić swego czasu zauroczył mnie książka „Cud w Dolinie Poskoków”, więc bez wahana sięgnęłam po jego kolejną powieść, która na polskim rynku ukazała się dzięki oficynie literackiej Noir Sur Blanc. Ta zatytułowana jest „Dzieci Świętej Małgorzaty”. Chorwacki autor po raz kolejny serwuje nam satyrę i to nieco przaśną satyrę. I tu się na chwilę zatrzymam. Tomić pokazuje, że przaśność nie musi być wulgarna Że – pomimo iż – fabuła powieści kręci wokół robienia dzieci, można pisać o tym sympatycznie i zabawnie. Że seks może i jest tematem przewodnim, ale nie dominuje, nie przyćmiewa innych aspektów.
Miasteczko, w którym dzieje się akcja to takie miejsce, gdzie po prostu się żyje. Ludzie mają sporo wyrozumiałości wobec sąsiadów. Może nie zawsze rozumieją świat, ale biorą go takim jaki jest, nie komplikując sobie specjalnie życia. I ta prostolinijność urzeka czytelnika, a na satyrycznej kanwie tworzy swego rodzaju krzywe zwierciadło relacji międzyludzkich, miłości, kochania.
Po raz kolejny rewelacyjnie bawiłam się z książką tego chorwackiego pisarza. Tomić – trochę jak Mrożek – pokazuje, że satyra nie musi być skomplikowana. Ona nie musi przytłaczać czytelnika formą czy językowymi konstruktami. „Dzieci Święte Małgorzaty” to komedia pełną gębą. Komedia, która może być odświeżająca w świecie pełnym terminów i planowania. Czy jeszcze wiemy, co to spontaniczność?
Święta Małgorzata jest patronką kobiet ciężarnych. I właśnie w intencji spłodzenia potomka przybywa do pewnego dalmatyńskiego miasteczka zdesperowane małżeństwo. To tu mają się odbywać obchody ku czci świętej. Ich wątek przeplata się z innymi: syryjskiego imigranta, bankrutującego biznesmena, przedsiębiorczego policjanta mającego w planach sprzedawać ćevapy i mogącego...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Do Sklepu z Magicznymi Zwierzętami trafia niesforne jajo. Księżniczka Ala dokłada wszelkich starań, aby je ogrzać, ale jest to bardzo trudne, bo na dworze panuje zimowa aura. Do tego przed zbliżającą się Gwiazdką jest sporo pracy. Między innymi trzeba wybrać prezenty dla najbliższych. Ala nie wie, co mogłaby podarować mopsorożkowi. Wszak jej pupil zasługuje na wyjątkowy prezent.
Pierwsza część opowieści kręci się wokół tego, kto wykluje się z jajka. Jego zachowanie i – nie ukrywajmy tego – tytuł obdziera ją z tajemnicy. „Mopsorożek i śniegwinek” - taka konstrukcja pasuje do innych tytułów z tego cyklu, jednak kiedy zestawiamy niechęć jajka do ciepła z tytułem, książki szybko domyślimy się, jakie zwierzątko wykluje się z jaja.
Na szczęście nie chodzi tu tylko o tajemnicę, która tajemnicą – de facto – nie jest. Matilda Rose, autorka cyklu, zwraca w nim uwagę na tzw. chemię pomiędzy pupilami i właścicielami. Śniegwinek to nietypowe stworzenie, czy znajdzie się osoba, która je pokocha? Obok autorka snuje wątek dwóch sióstr. Dziewczynki wszystko robią razem, jednak okazuje się, że to jedna z nich ma silniejszą osobowość i narzuca tej drugiej swoje zdanie. I tu dochodzimy do morału z kategorii „możemy się różnić, ale dalej się lubimy”.
Nie mogę zapomnieć jeszcze o trzecim wątku, czyli poszukiwaniach idealnego prezentu. Akcja tej książki dzieje się w zimowo-świątecznej atmosferze. A jej bohaterowie poświęcają dużo uwagi wyborowi tego najlepszego prezentu. Dla wielu z nas to trudne zadanie. Chcielibyśmy, aby prezent był wyjątkowy, jednak brak nam pomysłów. Na co zwróciły uwagę postacie z bajki o mopsorożku i śniegwinku? Czy znają dla nas jakieś wskazówki?
Jedni lubią ciepło, a inni wolą chłodek. I to jest normalne. Pomimo różnic możemy się wspólnie bawić, możemy darzyć się sympatią. Każdy jest inny, wyjątkowy i to jest piękne. Dzięki temu życie jest ciekawsze.
Do Sklepu z Magicznymi Zwierzętami trafia niesforne jajo. Księżniczka Ala dokłada wszelkich starań, aby je ogrzać, ale jest to bardzo trudne, bo na dworze panuje zimowa aura. Do tego przed zbliżającą się Gwiazdką jest sporo pracy. Między innymi trzeba wybrać prezenty dla najbliższych. Ala nie wie, co mogłaby podarować mopsorożkowi. Wszak jej pupil zasługuje na wyjątkowy...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Mia bardzo potrzebuje pieniędzy. Tu chodzi o życie jej ojca. Nie jest łatwo zdobyć milion dolarów, a wierzyciele są bezwzględni. Na pomoc dziewczynie przychodzi ciotka, która proponuje jej pracę w charakterze ekskluzywnej dziewczyny do towarzystwa. Jeden rok, dwanaście miesięcy i dzięki swojej urodzie Mia może wykupić życie ojca. Stawka jest ogromna, a zajęcie wydaje się nawet przyjemne. Już pierwszy klient okazuje się niezłym ciachem, a do tego Mia ma zagwarantowane kosmetyczki, drogie ciuchy i spotkania pełne blichtru.
Audrey Carlan podzieliła cykl „Dziewczyna na miesiąc” właśnie na kolejne miesiące. Tom pierwszy to styczeń, luty i marzec. Schemat jest prosty. Klient wypożycza Mię na jeden miesiąc, gwarantuje jej miejsce zamieszkania, ciuchy, wyżywienie i opiekę, a także definiuje czego od niej oczekuje, a ta wciela się w zleconą jej rolę. Wszelkie inne usługi są płatne ekstra. Już w pierwszym tomie przekonamy się, że każdy z klientów będzie inny i będzie miał inne oczekiwania. Najpierw zadaniem Mii będzie odstraszanie nachalnych adoratorek od znanego reżysera filmowego, potem zostanie muzą wielkiego artysty, a w marcu będzie udawać narzeczoną spadkobiercy znanej sieci restauracji.
„Dziewczyna na miesiąc” to gorący cykl książkowy. Mnóstwo tu przytulasów, pieszczot i innych fiku miku. Można mieć wrażenie, że zdominowały one treść. Jednak Audrey Carlan nie chodzi tylko o seks. Stara się zbudować ciekawe postacie i całkiem dobrze jej to wychodzi. Ba, kiedy patrzyłam na główną bohaterkę czułam, że autorka musi tłumić jej inteligencję i charyzmę, żeby wpisać ją w konwencje powieści. Co ciekawe, w tego typu książkach zazwyczaj jest odwrotnie i kobiece bohaterki wypadają dość pusto. Nie Mia. Ona hardo stąpa przez życie i odważnie pokonuje przeszkody. Ma charakterek, co w duecie w urodą czyni ją wyjątkową kobietą.
Podoba mi się również, że każdy miesiąc, każdy klient to inna historia. I w ich przypadkach autorka zręcznie łączy cielesność (każdy z nich to Adonis) z pewną psychologią uczuć. A w każdym wątku wracamy do Mii, bo to ona coś z tych relacji wyciąga. Odnosi je do swoich dotychczasowych doświadczeń i chyba odrobinkę się zmienia. Jak na razie jestem fanką ekscentrycznego Francuza, artysty pełną gębą, który sprawia, że jego towarzyszka redefiniuje pojęcie miłości, kochania się. Być może nieco manipuluje słowami, ale zasadza w Mii ziarenko wątpliwości, jak powinno się patrzeć na te sprawy.
Powiem, wam, że ta książka mnie zaskoczyła. Właściwie, kiedy znajoma mi ją przyniosła, spojrzałam na nią niechętnie. A jak już ją miałam rękach to przeczytałam, żeby mieć o czym pogadać. Zdecydowanie jest to cykl wpisujący się w literaturę miłosną 18+. Jest gorący i namiętny. Ale też całkiem ciekawy. Carlan postawiła na skomplikowanych bohaterów, ale tak nieprzesadnie skomplikowanych. Na tyle, żeby czytelnik czuł się zaintrygowany tym, co przyniesie bohaterce kolejny miesiąc.
Mia bardzo potrzebuje pieniędzy. Tu chodzi o życie jej ojca. Nie jest łatwo zdobyć milion dolarów, a wierzyciele są bezwzględni. Na pomoc dziewczynie przychodzi ciotka, która proponuje jej pracę w charakterze ekskluzywnej dziewczyny do towarzystwa. Jeden rok, dwanaście miesięcy i dzięki swojej urodzie Mia może wykupić życie ojca. Stawka jest ogromna, a zajęcie wydaje się...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Wkrocz w magiczny portal i przenieś się do innego świata. Pamiętaj tylko, że obnaży on to kim jesteś. Jeżeli jesteś dzielny/a przywdziejesz szaty bohatera. Jeżeli drzemie w tobie jakaś skaza dostaniesz rolę czarnego charakteru. Charlie z powieści „O dziewczynce, która została Robin Hoodem” odkrywa takie przejście w szkolnej bibliotece. Okazuje się, że między światami odbywa się walka o władzę, a zły hrabia uwięził królową. Wygląda na to, że portal i jego strażniczka (bibliotekarka, a jakże) wybrali Charlie, aby pomogła przywrócić dobro w obu światach. Czy dziewczynka podoła zadaniu?
Charlie to nieśmiała, skryta bohaterka. Marzy o przyjaźni, ale nie umie ich nawiązywać. Boi się towarzyskiej kompromitacji, dlatego chowa się za okładkami książek. Do tego, pierwszego dnia w nowej szkole nie można zaliczyć do udanych. Od razu trafia na szkolnych dręczycieli, którzy wymyślają dla niej „śmieszne” przezwisko. I ta, nieco wystraszona dziewczynka, ma zostać bohaterką?
Ben Miller napisał rasową powiesić przygodową. Zaczyna od koleżeńsko-młodzieńczych dylematów i przy ich pomocy prezentuje bohaterów i ich charaktery. Balansuje na osi czarne-białe postacie, co w formule tej książki bardzo dobrze się sprawdza, ale jak zobaczycie w toku wydarzeń zainicjuje też pewne zmiany – oczywiście na lepsze.
Bez problemu zidentyfikujemy antagonistę. Do tego Miller jasno formułuje jego cele, jak i zadanie, jakie będzie stało przed Charlie. Dziewczynka przystępuje do niego z obawą, ale szybko przekonuje się, że portal uwypuklił wszystkie jej atuty, a do tego obsadził ją w roli postaci, która wyróżnia się wyjątkową odwagą i talentem. Autor mocno inspiruje się historia Robin Hooda, ale nie przekłada jej jeden do jednego. Raczej traktuje ja jako tło, ale też nawiązanie do literackich zainteresowań Charlie.
Aby uratować królową bohaterowie będą musieli współpracować, jak i wykazać się pomysłowością, co doprowadzi nawet do kilku zabawnych scen. W finałowej konfrontacji to Charlie będzie musiała zmierzyć się z hrabią, ale zanim do tego dojdzie bohaterowie zdążą zbudować dość silne więzi przyjaźni, a i każdy z nich będzie mógł wykazać się podczas misji.
„O dziewczynce, która została Robin Hoodem” to rewelacyjna powieść przygodowa dla dzieci i młodszej młodzieży. Ben Miller sprawnie wciąga czytelników w fabułę. Łączy wątki koleżeńskie, jak niezwykłą przygodę. Jego postaci nawet nie przypuszczają, jakie talenty w nich drzemią. Nie jest to może klasyczna powieść „od zera do bohatera”, ale pewne jej cechy możemy tu znaleźć. Ale przede wszystkim jest to emocjonująca przygoda, czytając którą świetnie się bawiliśmy.
Wkrocz w magiczny portal i przenieś się do innego świata. Pamiętaj tylko, że obnaży on to kim jesteś. Jeżeli jesteś dzielny/a przywdziejesz szaty bohatera. Jeżeli drzemie w tobie jakaś skaza dostaniesz rolę czarnego charakteru. Charlie z powieści „O dziewczynce, która została Robin Hoodem” odkrywa takie przejście w szkolnej bibliotece. Okazuje się, że między światami odbywa...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
David odsiaduje wyrok w więzieniu za zabójstwo własnego syna. On twierdzi, że nie mógł tego zrobić, ale dowody wskazują na coś innego. Na to, że ojciec w pijackim amoku zamordował dziecko. David adaptuje się do więziennego życia i odgradza się od natrętnych myśli. Po pięciu latach odsiadki dostaje znak, że jego syn żyje. Na zdjęciu zrobionym przypadkowo na rodzinnym festynie, w tle widnieje bardzo podobny chłopak. Czy to jego Matthew?
Ta książka Harlana Cobena zatytułowana jest „Za wszelką cenę”, bo bohater za wszelką cenę musi dotrzeć do chłopca ze zdjęcia, aby upewnić się, czy jest to jego syn. Autor zaczyna spokojnie, od pewnych przemyśleń bohatera, aby wrzucić nas i jego w na rollercoaster brawurowej ucieczki z więzienia. Akcja pędzi jak rakieta, a czytelnik raczony jest ekstremalnymi scenami rodem z produkcji sensacyjnych. Efekt – w moim odczuciu – jest nieco komiczny, jednak nie można powieści odmówić dynamiki.
Chciałabym napisać też emocji, jednak fabułą tej książki wydaje się słabo rozbudowana i naciągana. Jakby Coben skupił się na aspekcie sensacyjnym, przez co – owszem dzieje się – ale jakoś tak „po łebkach”. Za szybko, za dziwnie, za efektownie. Weźmy chociażby wątek, kiedy David zostaje napadnięty przez współwięźnia, który swoją drogą jest naprawdę intrygującą postacią – świr jakich mało. Zastanawiamy się jakie miał motywy, czy ktoś zlecił mu tę napaść. Historia zaczyna obudowywać się naprawdę fajnie. I nagle w ten mur wjeżdża auto porywając bohatera razem z więzienną bramą - dosłownie i w przenośni – a incydent w więzieniu zostaje zapomniany, bo trzeba przebierać się, zmieniać tablice rejestracyjne, bić się z policjantami, jeździć po USA w rożnych kierunkach (aby zmylić pościg, ofkors), a to wszystko po to, aby znaleźć Matthew.
Nie polecam, nie odradzam. „Za wszelka cenę” to powieść do przeczytania, ale nie znalazłam w niej niczego szczególnie ciekawego. Ot, szybka książka, która ma zapewnić rozrywkę. Przyznam, że mnie znudziła powierzchownością i efekciarstwem. Kto trochę zagląda do moich recenzji, wie że lubię emocje i elementy psychologiczne. U Cobena znalazłam tylko akcję.
David odsiaduje wyrok w więzieniu za zabójstwo własnego syna. On twierdzi, że nie mógł tego zrobić, ale dowody wskazują na coś innego. Na to, że ojciec w pijackim amoku zamordował dziecko. David adaptuje się do więziennego życia i odgradza się od natrętnych myśli. Po pięciu latach odsiadki dostaje znak, że jego syn żyje. Na zdjęciu zrobionym przypadkowo na rodzinnym...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Co tym razem przyszło do głowy Emi i jej przyjaciołom? Nauka jazdy konnej. Czy im się w głowach poprzewracało? Nie do końca. Wszystko zaczęło się od zaszyfrowanego listu. Co w nim było, że członkowie klubu koniecznie chcieli nauczyć się konnej jazdy? Ba, nawet zgodzili się dokładać do lekcji z kieszonkowego. W stadninie poznają różne zwierzęta m.in. klacz Bravę. Dowiadują się, że właściciel chce ją wykupić, a to nie wróży dla niej dobrego życia. Wkładają dużo starań, aby znaleźć dla Bravy inny, dobry dom.
Ech, ten Tajny Klub Superdziewczyn (i jednego Superchłopaka). Z nimi nie można się nudzić. Myślę, że tom „Źrebaki i rumaki” znajdzie wielu entuzjastów, bo... KONIKI. Dzieci uwielbiają koniki i wcale im się nie dziwię, bo jak nie podziwiać tych majestatycznych zwierząt. Agnieszka Mielech wyczarowuje okoliczności, w których będziemy mogli pomóc jednemu koniowi (a dokładniej klaczy). Czy to się uda? Obserwowanie poczynań Emi i przyjaciół na pewno będzie emocjonujące.
Super tematykę wybrała sobie autorka na ten tom przygód Tajnego Klubu Superdziewczyn. Zresztą z tymi bohaterami zawsze jest super. Oni zarażają pasją i entuzjazmem. Działają i robią to rozsądnie, pomysłowo. Z każdym przeczytanym tomem coraz bardziej ich lubimy.
Co tym razem przyszło do głowy Emi i jej przyjaciołom? Nauka jazdy konnej. Czy im się w głowach poprzewracało? Nie do końca. Wszystko zaczęło się od zaszyfrowanego listu. Co w nim było, że członkowie klubu koniecznie chcieli nauczyć się konnej jazdy? Ba, nawet zgodzili się dokładać do lekcji z kieszonkowego. W stadninie poznają różne zwierzęta m.in. klacz Bravę. Dowiadują...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Chciałabym wam dziś opowiedzieć o książce pt. „Pozwól mi wejść” Johna Ajvide Lindqvista. Z czym kojarzy się wam ten tytuł? Istnieje przekonanie, że aby pewne istoty mogły wejść do naszych domów, musimy je najpierw zaprosić. Tak jest w przypadku Eli, jednej z postaci z tej powieści. Chociaż właściwie powinnam zacząć od Oskara. Eli i Oskar to rówieśnicy, a także mieszkają na tym samym osiedlu, ale nie chodzą razem do szkoły. Poznają się na placu zabaw, kiedy po zmroku dziewczynka wychodzi z domu. On dziwny, ona dziwna. Łączy ich jakaś szczególna fascynacja, a nawet troska. Kiedy w okolicy dochodzi do kolejnych trudnych do wyjaśnienia i wyjątkowo makabrycznych zdarzeń, Oskar coraz baczniej przygląda się koleżance i jej ojcu. Czy mogą mieć z nimi coś wspólnego? Czy strach zacieśni, czy poluźni wieź, którą zbudowali?
Lindqvist oddał w ręce czytelników bardzo osobliwy horror. W przednim akapicie podjęłam próbę opisania fabuły ale jest ona bardzo powierzchowna. Autor wychodzi od maltretowanego w szkole chłopca, którego oprawcy dość mocno przesuwają granicę bezpieczeństwa. Chłopiec ten poznaje dziwną dziewczynkę. Eli staje się jego ostoją, przyjaciółką, ale tez fascynuje go jako dziewczyna. Taki wiek. Do tego Oskar interesuje się morderstwami – można powiedzieć, że to jak traktują go koledzy wywołuje w nim krwawe instynkty, które znajdują ujście w zbieraniu wycinków z gazet i snuciu scenariuszy zemsty – a w Blackbergu i okolicach dochodzi do kilku niewyjaśnionych morderstw. Niewątpliwie w tej sztokholmskiej dzielnicy zadomowiło się coś, co jest wyjątkowo żądne krwi.
Jak już wspominałam, „Pozwól mi wejść” to horror, ale wyjątkowo smuty horror. Mamy tu zjawiska nadprzyrodzone, ale Lindqvist nie idzie w efekciarstwo. Jego styl ma pewną surowość i oszczędność. Wyjątkowo dobrze widoczne są w dialogach – bardzo szybkich i konkretnych. Tu się nikt się nie tłumaczy ze swoich czynów. Mamy tu ludzi pogrążonych w swoim życiu i swoich problemach. Jasne, że się boją, bo ktoś/coś morduje za rogiem, ale – jak to się mówi – życie toczy się dalej. Morderca z pierwszych stron gazet nie zrobi za nich zakupów, ani nie zdyscyplinuje niepokornego nastolatka. Ta szarość niczym z PRL-owskiego blokowiska potęguje samotność bohaterów. Beznadzieję, poczucie, że i tak nie zostaną zrozumiani. W tym wszystkim więź jaką nawiązują Eli i Oskar jest niczym światełko. Ich połączyła inność. Czy to trwałe spoiwo?
Właściwie Lindqvist serwuje nam tu całą gamę szarości. W tej książce nie ma bohaterów do lubienia i do nielubienia. Weźmy chociażby Oskara. Jest ofiarą, więc powinniśmy mu kibicować, jednak w zależności od sceny – a czasami w ramach jednej sceny – chcemy dać mu siłę do postawienia się okrutnym kolegom, aby za chwilę wydał nam się obrzydliwy. I ta sinusoida sprawia, że w „Pozwól mi wejść” uwydatniają się pewne elementy psychologiczne. Zastawiamy się, jak wpłyną na bohaterów niecodzienne zdarzenia. Zmienią się, dorosną, a może będą dalej kroczyć obraną już drogą i pozostaną im jedynie sny o innym życiu? Bo w tej surowości Lindqvista próżno szukać efektownych przemian. Są natomiast wielkie postanowienia. Tylko ile procent takiego postanowienia uda się zrealizować?
Jestem oczarowana klimatem tej książki. Tym jak ona skromnie nadaje tempa i wciąga nas na sztokholmskie przedmieścia. Miejsce, gdzie ludzie są tak ukorzenieni, że nawet demon nie jest w stanie wzburzyć ich życiem. No może trochę przesadziłam z tą obojętnością. Mieszkańcy Blackbergu boją się, ale ten strach ich nie paraliżuje. To nie jest lokalna apokalipsa, a okoliczności, z którymi trzeba się uporać – a najlepiej jakby służby się tym zajęły. Wracając do wrażeń, jakie towarzyszyły mi podczas czytania. Autor porusza i obrzydza. Nie boi się wprowadzić bohaterów bardzo pogubionych, którzy nie potrafią walczyć z tym co ich trawi. Wyciąga zboczenia, używki, przemoc, brud i wplata je w szarość życia.
Chciałabym wam dziś opowiedzieć o książce pt. „Pozwól mi wejść” Johna Ajvide Lindqvista. Z czym kojarzy się wam ten tytuł? Istnieje przekonanie, że aby pewne istoty mogły wejść do naszych domów, musimy je najpierw zaprosić. Tak jest w przypadku Eli, jednej z postaci z tej powieści. Chociaż właściwie powinnam zacząć od Oskara. Eli i Oskar to rówieśnicy, a także mieszkają na...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Dom aukcyjny w Londynie. Tu dochodzi do brawurowej kradzieży. Przez okna wpadają ninja i kradną obrazy wystawione na licytację. Co ciekawe wcale nie są to najbardziej wartościowe dzieła z przygotowanych do sprzedaży. Co tak wyjątkowego w nich było? Co jeszcze bardziej podejrzane, w następnych dniach zostają skradzione kolejne japońskie obrazy. Młodzi Gardnerowie, pomimo zakazów rodziców, nie mogą oprzeć się pokusie przyjrzenia się tej sprawie. Do tego pojawia się tajemniczy człowiek, który interesuje się astrolabium zakupionym przez ich dziadka. Ślady prowadzą Gardnerów, a także ich przyjaciół z Polski, do kraju kwitnącej wiśni. Dzieci nawet nie przypuszczają, jak poważne niebezpieczeństwo czyha tam na nich.
Japońska przygoda Gardnerów i Ostrowskich została zatytułowana „Kroniki Archeo. Klątwa Złotego Smoka”. Agnieszka Stelmaszyk w pomysłowy sposób prezentuje nam tamtą kulturę i historię. Nawiązując do rozbudzającej wyobraźnię legendy kreuje sprawę kryminalną, a na jej tle czytelnicy dowiedzą się co nieco o samurajach, roninach, buddyjskich klasztorach, ceremonii picia herbaty czy japońskich domach. Moim zdaniem temat jest bardzo wdzięczy, bo japońska kultura jest tak inna od europejskiej. Dla młodego czytelnika to wszystko będzie nowe i – wierzę, że również – ekscytujące. Szczególnie, że autorka nie szczędzi akcji. Spójrzmy chociażby na scenę otwierającą tę opowieść. Czy ninja wskakujący przez okno, nie rozpalają wyobraźni?
„Kroniki Archeo” to generalnie bardzo ciekawy cykl powieści przygodowych dla dzieci nawiązujących do historii, a „Klątwa Złotego Smoka” to szczególnie godny uwagi tom. Zaskoczy on dzieci niezwykłą japońską kulturą, a niebezpieczne okoliczności opisanych wydarzeń, w których nie wiadomo, komu można zaufać, jak i niezwykli bohaterowie, sprawią, że książka ta okaż się wyjątkowo wciągająca.
Dom aukcyjny w Londynie. Tu dochodzi do brawurowej kradzieży. Przez okna wpadają ninja i kradną obrazy wystawione na licytację. Co ciekawe wcale nie są to najbardziej wartościowe dzieła z przygotowanych do sprzedaży. Co tak wyjątkowego w nich było? Co jeszcze bardziej podejrzane, w następnych dniach zostają skradzione kolejne japońskie obrazy. Młodzi Gardnerowie, pomimo...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Ósmy zeszyt z przygodami Toto zatytułowany jest „Miarka się przebrała”. Czyżby nasz zgrywus przegiął. Czytam, czytam i czytam, aby się przekonać.
Nie bez powodu na okładce jest gabinet lekarski, bo w tym tomie znajdziemy kilka historyjek, kiedy klasa Toto uczestniczy w bilansie. Jak możecie się domyślić chłopiec będzie chciał poprawić swoje wyniki, aczkolwiek chyba (tym razem) nie wypadnie tak źle. Natomiast zaskoczy lekarza swoimi odpowiedziami. Nie brak tu też wątków rodzinnych i koleżeńskich.
No właśnie. Czytając już ósmy zeszyt „Żarcików Toto” stwierdzam, że bardzo go lubię, świetnie się bawię, ale brakuje mi uporządkowania pewnych tematów. Chociażby sytuacji rodzinnej chłopca. Sami możemy wydedukować, że jego rodzice się rozwiedli. Ale na przykład trudno ocenić z kim chłopiec mieszka. Opowiastki z jego perypetiami zostały wydane raczej przypadkowo. Są takie, które są ze sobą powiązane, ale nie jest to reguła, obok komiksu o wizycie u lekarza może pojawić się taki o odwiedzinach u babci. Można bronić tego komisu, że chodzi w nim o żart, o śmieszną scenę, komentarz. Owszem. Ale taka formuła sprawdza się, kiedy trafiasz na pojedynczy tom. Przy dłuższym czytaniu, chciałoby się wiedzieć coś więcej o tych bohaterach.
Moje uwagi nie zmieniają faktu, że z Toto niezły żartowniś, a komiksy z jego udziałem to kopalnia żartów. Idealna publikacja dla tych, którzy mają ochotę się pośmiać.
Ósmy zeszyt z przygodami Toto zatytułowany jest „Miarka się przebrała”. Czyżby nasz zgrywus przegiął. Czytam, czytam i czytam, aby się przekonać.
Nie bez powodu na okładce jest gabinet lekarski, bo w tym tomie znajdziemy kilka historyjek, kiedy klasa Toto uczestniczy w bilansie. Jak możecie się domyślić chłopiec będzie chciał poprawić swoje wyniki, aczkolwiek chyba (tym...
Jest takie powiedzenie: „znalezione nie kradzione”. Zazwyczaj jest używane przez znalazcę, aby usprawiedliwić jego prawa do znalezionego przedmiotu. Jednak czasami warto poszukać właściciela, bo nawet pozornie mało warta rzecz, może dla kogoś wiele znaczyć. Białe liski ze Szmaragdowego Lasu znajdują w śniegu dzwonek. Ponieważ mają detektywistyczne zacięcie zaczynają szukać śladów i pytać. Są zdeterminowane, aby znaleźć właściciela.
Właściwie nie wiem, dlaczego książka Barbary Wicher „Zima w Szmaragdowym Lesie” ma podtytuł „Zimowe opowiadania” bo to pełnoprawna powieść dla dzieci. Cała ta historia skupia się na szukaniu właściciela rzeczonego dzwonka. Można wskazać w niej kilka punktów, kiedy liskom już wydaje się, że go znalazły, jednak trop okazuje się fałszywy. Natomiast rozdziały następują po sobie i jeden wynika z drugiego.
Jest tu też wyraźny wątek świąteczny. Pokazuje się święty Mikołaj, wielka choinka, a także świąteczne marzenia, a w wśród nich jedno szczególnie wyjątkowe, nawiązujące do przyjaźni. Wszystko odbywa się w miłej, pełnej troski atmosferze. Dodać też muszę, że jest to dość intensywna historia. Dużo w niej postaci, a i tempo jest szybkie. Rozdział są krótko, a w każdym dzieje się coś. Nie ma tu chwili na odpoczynek. Czytelnik musi być w ciągłym skupieniu, bo sytuacja ciągle się zmienia.
Moim zdaniem podtytuł sugerujący, że są to opowiadania jest mylący. „Zima w Szmaragdowym Lesie” to książka dla dzieci, które już są w stanie śledzić fabułę w dłużej historii. Wydarzenia następują po sobie i, aby rozkoszować się tą opowieścią, trzeba je śledzić. Co prawda Barbara Wicher w kolejnych etapach zamyka pewne epizody, jednak nie można patrzeć na nie wybiórczo. Ta książka funkcjonuje jako całość i tak powinna być czytana.
Jest takie powiedzenie: „znalezione nie kradzione”. Zazwyczaj jest używane przez znalazcę, aby usprawiedliwić jego prawa do znalezionego przedmiotu. Jednak czasami warto poszukać właściciela, bo nawet pozornie mało warta rzecz, może dla kogoś wiele znaczyć. Białe liski ze Szmaragdowego Lasu znajdują w śniegu dzwonek. Ponieważ mają detektywistyczne zacięcie zaczynają szukać...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Detektywowi Misiowi Zbysiowi żadna misja nie straszna. W jednym z tomów pt. „Gdy cię wita kosmita, a rakieta rozbita” wyrusza, razem ze swoim kompanem borsukiem Mrukiem i małym dinozaurem Ząbkiem, w kosmos. Ktoś sabotuje przygotowania do turnieju Galactic Open, który odbywa się na Marsie. To wielkie wydarzenie i organizatorom zależy, aby odbyło się bez problemów. Kiedy detektywi przybywają na miejsca ginie puchar. To chyba jeden z najgorszych scenariuszy. Jak uhonorować zawodników bez pucharu?
W tym komiksie zobaczymy różne oblicza rywalizacji. I te dobre, motywujące, jak i to negatywne, niszczące. To właśnie niezdrowa rywalizacja doprowadzi do tego, że fani sportu nie będą mogli się nim cieszyć. Mogło być coś, ale przez zazdrość nie będzie niczego. Chyba, że bohaterowie dowiedzą się, kim są sabotażyści. Dla Zbysia jest to szczególnie trudna sprawa. Bardzo boi się, że zawali, przez co nie może logicznie myśleć. Czy detektyw weźmie się w garść? W końcu w nim cała nadzieja.
Kosmiczna przygoda Zbysia i Mruka bardzo nas wciągnęła. Z tym niezwykłym tłem szaleństwo tego komiksu jest jeszcze bardziej widoczne. Dziwne postaci, inne zasady fizyki i zabawne komentarze. Generalnie „Detektyw Miś Zbyś na tropie” to barwny komiks, ale wyprawa w kosmos dała autorom szczególe pole do popisu. Tu nie musieli trzymać się żadnych zasad.
Bardzo fajny jest morał tego zeszytu. Sprowadźmy do powiedzenia: „Zgoda buduje, niezgoda rujnuje”. Wydarzenia z „Gdy Cię wita kosmita...” wspaniale pokazują, że zamiast psuć lepiej rozmawiać i współpracować. Mówią też o tym, że nie wolno się poddawać. Co z tego, że raz nam coś nie wyszło. Kolejne podejście to inne, nowe możliwości. To szansa na rewanż. Jesteśmy mądrzejsi o stare błędy i możemy lepiej podejść do naszego wyzwania.
Nie mogę zapomnieć o interaktywności tego komiksu. Bohaterom zdarza się zwracać bezpośrednio do czytelników, a nawet mają dla nich pewne zadania. Tak, tak kochani. W też będziecie mogli się wykazać w kosmicznym śledztwie.
Ja i moje dzieciaki polecamy wam „Detektywa Misia Zbysia na tropie”. Widzę, jak „młodzież” świetnie bawi się przy czytaniu tego komiksu. To taka lektura „z jajem”, która dodatkowo intryguje tajemnicą i prowadzonym śledztwem. Zaznaczyć też muszę, że świetnie się go czyta dzieciom (w sensie: ja czytam, oni słuchają), co w przypadku komiksów nie zawsze jest łatwe. Dlatego można go pokazać już przedszkolakom. Przynajmniej ja tak zrobiłam. I to był strzał w dziesiątkę.
Detektywowi Misiowi Zbysiowi żadna misja nie straszna. W jednym z tomów pt. „Gdy cię wita kosmita, a rakieta rozbita” wyrusza, razem ze swoim kompanem borsukiem Mrukiem i małym dinozaurem Ząbkiem, w kosmos. Ktoś sabotuje przygotowania do turnieju Galactic Open, który odbywa się na Marsie. To wielkie wydarzenie i organizatorom zależy, aby odbyło się bez problemów. Kiedy...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
„Rozważania niepoważne” czyli impresje Umberto Eco o filozofach i pisarzach. On sam pisarz i filozof – czy nie będą to złośliwe pamfleciki? Nie. Chyba powinnam zacząć, że ta książka powstałą z nudy. Dobrze słyszycie. Nawet profesorowie nudzą się na wykładach i bazgrają po marginesach zeszytu. Umberto Eco nabazgrał serię satyrycznych obrazków nawiązujących do postaci wielkich filozofów. Następnie został namówiony do napisania tekstów na ich temat. I tak powstała poezja figlarna, zadziorna i do tego inteligentna.
Umberto Eco absolutnie mnie zachwycił. Oddał w ręce czytników przesympatyczne satyryczne teksty, gdzie bawi się i słowem i wiedzą. Przekornie opowiada o wielkich umysłach, wcale nie zrzucając ich z piedestału. Aby rozkodować jego wierszyki coś tam wypada o tych ludziach wiedzieć. I na to wydawca znalazł sposób. Tomasz Stawiszyński przygotował sylwetki tych postaci już „na poważnie”, co zostało opublikowane w drugiej części książki. W razie wątpliwości można zerknąć, doszkolić się i dalej świetnie się bawić.
Kant, Hegel – jeszcze mnie wzdryga na ich wspomnienie. Joyce, Mann – czytało się, albo lepiej powiedzieć próbowało. Kafka, Arystoteles – spotkanie z nimi nie było aż tak dramatyczne Umberto Eco podchodzi do tych wybitnych postaci z dystansem. Widać, że bawi się wybornie.
„Rozważania niepoważne” czyli impresje Umberto Eco o filozofach i pisarzach. On sam pisarz i filozof – czy nie będą to złośliwe pamfleciki? Nie. Chyba powinnam zacząć, że ta książka powstałą z nudy. Dobrze słyszycie. Nawet profesorowie nudzą się na wykładach i bazgrają po marginesach zeszytu. Umberto Eco nabazgrał serię satyrycznych obrazków nawiązujących do postaci...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Akcja książki „Jestem Wandzia. Wesołych Psiąt” zaczyna się już w listopadzie. Śnieg spadł dość szybko, co wprawiło rodzinę Wilków w iście świąteczny nastrój. Wandzia pamięta, żeby napisać list do Mikołaja, co wywołuje dyskusję, czy staruszek w ogóle istnieje. Im bliżej wigilii, tym więcej jest do zrobienia, a my będziemy obserwować to urocze zamieszenie. Również w szkole Wandzi postanowiono zrobić coś dobrego. Zorganizowano pomoc dla czworonogów w potrzebie, w co bohaterka się angażuje. W końcu podczas andrzejek wywróżyła sobie psa.
Jest to jedna z tych książek, które skupiają się na przygotowaniach, a kulminacja jest wigilijny wieczór. Trochę ciężko jest opisać mi fabułę, bo nie ma jednego punktu zaczepienia. Barbara kwinta po prostu opisuje okres przedświąteczny w rodzinie Wandzi. Akcentuje, ile rzeczy jest do dopilnowania, ale też rozdziela obowiązki. Nie wszystko idzie zgodnie z planem – w pewnym momencie nawet wigilijna kolacja „wisi na włosku” - jednak bohaterowie nie boja się improwizować. Wiedzą, że najważniejsza nie jest równa choinka i idealny papier do zapakowania prezentów, a druga istota.
Poza członkami swojej rodziny pamiętają też o innych potrzebujących. I tak dochodzimy do tematu, jaki sugeruje nam tytuł, czyli piesków. Mam wrażenie, że różnego rodzaju akcje pomagające schroniskom i azylom dla zwierząt to już przedświąteczny standard. Coraz więcej osób angażuje się w nie. Barbara Kwinta opisuje inicjatywę zorganizowana przez szkolę i to, ile radości miały dzieci zanosząc wsparcie dla porzuconych psów.
Wcześniej nie znaliśmy cyklu autorstwa Barbary Kwinty, ale córka uparła się właśnie na tą świąteczną powieść. Czy „miała nosa”? Jest to to na pewno ciepła książka, która uczy radości z małych rzeczy i uwrażliwia na bliźniego. Bohaterowie to duża rodzina, która na co dzień trochę wchodzi sobie w drogę, ale więzi ich łączące są wyczuwalne. Nie zapominajmy też o pomocy czworonogom, która jest jednym z wątków tej powieści. No właśnie, jednym. Kilka razy już o tym pisałam, że ja wolę powieści z wyraźnym przewodnim tematem. W „Wandzi” tych tematów jest kilka. Wszystkie okołoświąteczne. A autorka niejako podsumowała je wigilijnym spotkaniem.
Akcja książki „Jestem Wandzia. Wesołych Psiąt” zaczyna się już w listopadzie. Śnieg spadł dość szybko, co wprawiło rodzinę Wilków w iście świąteczny nastrój. Wandzia pamięta, żeby napisać list do Mikołaja, co wywołuje dyskusję, czy staruszek w ogóle istnieje. Im bliżej wigilii, tym więcej jest do zrobienia, a my będziemy obserwować to urocze zamieszenie. Również w szkole...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Mówi się, że wiara czyni cuda. Mówi się też, że w czasie świat dzieje się magia. Połączmy wiarę z magia i otrzymujemy... Nową powieść Magdaleny Kordel pt. „Wzgórze Aniołów”. Jej bohaterowie pragną zacząć od nowa. Jedni są już zdecydowani, drudzy stanęli pod ściana, a inni jeszcze się wahają, boja się nieznanego. Ich drogi krzyżują się w kawiarni prowadzonej przez ekscentryczną Lolę. To tam odbędzie się zlot aniołów.
Nie mogę zaprzeczyć, że jest to piękna powieść. Kordel wybrała poruszające wątki i wykorzystała jesienno-zimowe tło, a także czas przygotowań do świat Bożego Narodzenia, aby pokazać, że warto wierzyć w dobro i szerzyć dobro. Szczególnie poruszający jest wątek przemocy w rodzinie, której doświadcza Staś i jego mama. Nie oszukujmy się, że strach dziecka musi poruszyć, jednak nie możemy zapominać o pozostałych postaciach, które też starają się poukładać swoje życie.
Autorka stawia na postacie kobiece – każda z różnym temperamentem – a filarami książki staja się te starsze panie. Aniela, która postanowiła sprzedać rodzinny dom i Lola prowadząca kawiarnię. Ta pierwsza bardziej stateczna, a druga nieco tendencyjna w swojej barwności, ale nadająca kolorytu tej historii. Z ich pomocą Kordel buduje coś na kształt azylu, który daje nadzieję.
Dużo nasłuchałam się o tym, iż Magdalena Kordel jest mistrzynią w budowaniu klimatu. Przeczytałam wiele zachwytów na temat jej książek. Jest to druga powieść tej autorki, którą zdecydowałam się przeczytać i jeszcze nie uchwyciłam jej fenomenu. Jestem chyba jedną z nielicznych osób w tym kraju, które meczy styl pisania tej autorki. „Wybacz, ale nadal nie wiem, co ci chodzi. Tylko błagam, prosto i zwięźle!”1 mówi jedna z bohaterek książki, a ja widzę, że ta pisarka prosto i zwięźle chyba nie lubi. Dialogi ciągną się stronami, a rzeczy nie od razu są nazywane po imieniu. Natomiast kiedy już się jako tako połapałam, do czego autorka zmierza, postacie dalej gadały, a ja chciałam już nowy wątek. Te krótkie rozdziały czytały się bardzo dobrze i wnosiły więcej niż – napawające mnie grozą – długie fragmenty. Wydaje mi się też, że postaci ubierają myśli w zbyt ładne słowa, co jest do wybaczenia w powieściach tego typu, jednak – w połączeniu – z długimi dialogami nużące. Od czasu do czasu bohaterom zdarza się też przeklnąć, co może zrazić niektórych odbiorców, bo pomiędzy tymi pięknymi, pełnymi mądrości sformułowaniami „łacina” będzie kuła w oczy.
Miałam wrażenie, że Magdalena Kordel nie pisze dla mnie. Nie odbieram powieści „Wzgórze Aniołów” piękna. Doceniam nadzieję, jaka kryje się na jej stronach. Podziwiam anioły, jakie wykreowała autorka. Ale coś mi przeszkadzało, aby w stu procentach poczuć magię tej książki.
1 Magdalena Kordel, „Wzgórze Aniołów”, wyd. Znak, Kraków 2025, s. 91.
Mówi się, że wiara czyni cuda. Mówi się też, że w czasie świat dzieje się magia. Połączmy wiarę z magia i otrzymujemy... Nową powieść Magdaleny Kordel pt. „Wzgórze Aniołów”. Jej bohaterowie pragną zacząć od nowa. Jedni są już zdecydowani, drudzy stanęli pod ściana, a inni jeszcze się wahają, boja się nieznanego. Ich drogi krzyżują się w kawiarni prowadzonej przez...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Kto ma ochotę na egzotyczne wakacje? Franek i Pola lecą z rodzicami do Tajlandii. Bajecznie prawda. Dzięki książce „Tajlandia, czyli kraj, w którym tuk-tuki pędzą szybciej niż wiatr” z serii „Pola i Franek odkrywają świat” autorstwa Pauliny Walczak-Matla będziemy mogli im w tej podróży towarzyszyć.
Autorka proponuje bardzo przyjemną formę zwiedzania świata. Ta książka absolutnie nie jest przewodnikiem, a opowieścią o wyprawie do Tajlandii. Razem z bohaterami pakujemy się, wsiadamy do samolotu, a potem zwiedzamy, raczymy się lokalnymi specjałami, odpoczywamy i cieszymy się tym czego doświadczamy. Pola i Franek razem z rodzicami starają się pokazać nam, co oferuje Tajlandia i jak inna jest od Polski. Na „dzień dobry” zobaczymy duży ruch na ulicach Bangkoku, a w kolejnych rozdziałam popularne tam skutery oraz charakterystyczne dla tego regionu tuk-tuki. Pierwsze dni rodzina poświęca na zwiedzanie i poznanie miasta, więc zajrzymy m.in. do buddyjskiej świątyni. Następnie trochę lokalnych przekąsek np. szaszłyki z kurczaka, ryż na mleku kokosowym, czy owoce. Tata przekona się też, co to znaczy doprawione po tajsku. Nie zabraknie też relaksu na plaży, egzotycznych domów na palach oraz wizyty w sanktuarium słoni.
Moje dzieci były bardzo zainteresowane tą książką. Myślę, że urzekła je egzotyka opisywanego miejsca, a formuła opowieści ułatwiła jego poznawanie. Autorka uchwyciła odmienność tego zakątka świata, co wywołało szereg pytań i komentarzy. A ja uwielbiam, jak oni pytają, jak chcą wiedzieć, więc wyobrażacie sobie, jaką przyjemność czerpałam i ja, i oni z czytania tej książki. Jedyną uwagę mam do ilustracji. Są ładne i pokazują Tajlandię, jednak zabrakło mi tu szczegółów. Pola i Franek odwiedzają świątynię pokrytą świecącymi kamykami, a Junior pyta się, gdzie te kamyki. Bohaterowie zajadają się egzotycznymi owocami, a te giną na rysunku. Jak już wspominałam Tajlandia jest widoczna na ilustracjach Marii Martin-Olszewskiej, ale można by wyeksponować więcej detali.
Bardzo fajna publikacja, dzięki której można poznać kawałek świata bez wychodzenia z domu. Autorce udało się zaprezentować różne zagadanie związane z Tajlandia i wpleść je w zajmującą opowieść. Czytanie tej książki to ogromna przyjemność.
Kto ma ochotę na egzotyczne wakacje? Franek i Pola lecą z rodzicami do Tajlandii. Bajecznie prawda. Dzięki książce „Tajlandia, czyli kraj, w którym tuk-tuki pędzą szybciej niż wiatr” z serii „Pola i Franek odkrywają świat” autorstwa Pauliny Walczak-Matla będziemy mogli im w tej podróży towarzyszyć.
Autorka proponuje bardzo przyjemną formę zwiedzania świata. Ta książka...
Dziś porozmawiamy o relacjach. Mam przed sobą książkę „Bezpieczne więzi. Jak mądrze kochać siebie i innych” autorstwa Gwenaelle Persiaux. Autorka opowiada w niej o różnych stylach przywiązania. Dzięki tej książce mamy potrafić określić w jaki sposób i dlaczego w taki budujemy relacje. Jakie są mocne i słabe strony, a nawet zagrożenia naszego stylu? Czy można go jakość naprawić, przestać wracać do starych nawyków i polepszyć jakość zbudowanych relacji?
Prezentowana książka to poradnik, aczkolwiek ja poratowałabym ją jako rodzaj psychologicznej ciekawostki. Szczerze mówiąc za bardzo mi nie pomogła. Może uporządkowała wiedzę i uświadomiła pewne zachowania. Jednak nie znalazłam odpowiedzi, jak i czy w ogóle jest sens je naprawiać, skoro dobrze sobie radzę w układach, jakie zbudowałam i – co dla mnie najważniejsze – te układy są stabilne.
Z wywodem Persiaux mam jeden zasadniczy problem. Owszem jest bardzo ciekawy, czyta się go wybornie – na co wpływa przystępny język i przytaczane historie tzw. „z życia” - jednak niepraktyczny. Autorka przyznaje, że prezentowe style się przenikają, że jedna osoba może znaleźć w swoim zachowaniu elementy różnych stylów, ale i tak omawia je oddzielnie. Taki sposób jest łatwiejszy, jednak człowiek jest zbyt skomplikowany i wszelkie uproszenia wydają się sztuczne. Ja nie wiedziałam, jak mam czytać tę książkę, na które fragmenty zwracać uwagę. Które z nich są skierowane do mnie.
Ponad to przytaczane przez autorkę przykłady wydają mi się nieco ekstremalne. Czytelnik może pomyśleć sobie, że u niego niego był tak źle, że nie doświadczył takiej patologii. To może stwarzać mylny obraz i zniechęcać do podjęcia pracy nad relacjami.
Powiem szczerze, że nie tego oczekiwałam po książce tego typu. Co prawda jest w niej teoria i praktyka, jednak ta pierwsza chyba przyćmiewa tę drugą. Ktoś może powiedzieć, że od uświadomienia sobie pewnych problemów zaczyna się praca, że sięgniecie do ich źródeł może pomóc zrozumieć, dlaczego jesteśmy tacy jacy jesteśmy. Nie zaprzeczę. Tylko po takie publikacje sięgają raczej osoby już świadome, które chcą działać, chcą coś poprawić, które już trochę siebie rozgryzły. Dlatego przyznaję, że „Bezpieczne więzi” czytało mi się dobrze, natomiast trudno było mi odnieść tę książkę do mojego życia i moich relacji.
Dziś porozmawiamy o relacjach. Mam przed sobą książkę „Bezpieczne więzi. Jak mądrze kochać siebie i innych” autorstwa Gwenaelle Persiaux. Autorka opowiada w niej o różnych stylach przywiązania. Dzięki tej książce mamy potrafić określić w jaki sposób i dlaczego w taki budujemy relacje. Jakie są mocne i słabe strony, a nawet zagrożenia naszego stylu? Czy można go jakość...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Już pora spać, ale dzieci nadal rozrabiają w pokoju. Jakim sposobem skłonić je, aby położyły się do łóżek? Może bajka. Giorgio Parisi proponuje na tę okoliczność zbiór opowiadań pt. „Zielona mucha i inne opowiastki dla tych, co nie chcą zasnąć”, w których to dziadek opowiada wnukom bajki na dobranoc.
Konwencja książki od razu mnie zauroczyła. Obudziły się wspomnienia, kiedy to dziadek opowiadał mi wieczorem bajki i był moim wszystkowiedzącym bohaterem. I dokładnie tak samo wygląda to w książce autorstwa Parisiniego. Znajdziemy w niej 5 bajek, a każda z nich poprzedzona jest zerknięciem do dziecięcego pokoju. To co się w nim dzieje jest wstępem i inspiracją dla opowieści. Przykładowo wnuczek domaga się popcornu na kolację, a dziadek opowiada bajkę o rybaku, który jadł tylko kukurydzę. Albo inny przykład: Do pokoju wpadła mucha, a dzieci dopytują się, jak to jest, że ona lata. Dziadek cierpliwie im to tłumaczy, a na dobranoc opowiada bajkę o zielonej musze.
Zebrane tu opowiadania mają baśniowy charakter. Znajdziemy w nich czarownicę, gadające zwierzęta, króla, rycerzy, magów, eliksiry i in. W każdej z nich ukryty jest też jakiś morał. Natomiast mają one w sobie też coś spontanicznego. W pierwszej chwili chciałam to nazwać lekkim niedopracowaniem, ale bardzo świadomym. Chodzi o to, że Parisi uzyskał efekt, jakby to dziadek na bieżąco wymyślał opowieść dla wnuków. Potęgują go jeszcze ilustracje. Są proste, jakby namalowało je dziecko, ale mają w sobie coś współczesnego. Są pewnym pomostem pomiędzy światem baśni i światem realnym. A wspomniana prostota jest atutem, bo wygląda, jakby to dzieci, swoimi oczami, pokazywały historie wymyśloną przez dziadka.
Junior bardzo pozytywnie odebrał tę książkę. Widać, że odziedziczył po mamusi słabość do baśni. Kręcą go smoki i czarownice, cała ta niepowtarzalna otoczka tych opowieści. Może są trochę nieprawne i nieprzewidywalne, ale dzięki temu takie cudowne.
Już pora spać, ale dzieci nadal rozrabiają w pokoju. Jakim sposobem skłonić je, aby położyły się do łóżek? Może bajka. Giorgio Parisi proponuje na tę okoliczność zbiór opowiadań pt. „Zielona mucha i inne opowiastki dla tych, co nie chcą zasnąć”, w których to dziadek opowiada wnukom bajki na dobranoc.
Konwencja książki od razu mnie zauroczyła. Obudziły się wspomnienia,...
„Czemu Pani się uparła, żeby spotkać dinozaura?”, taki tytuł nosi jeden z tomów przygód detektywa Misia Zbysia. A my jak widzimy książki o dinozaurach to bierzemy w ciemno. No może tym razem nie było tak w ciemno, bo Junior już trochę znał ten cykl komiksów. Tym razem Zbyś i Mruk znaleźli malutkiego dinozaura. Dlaczego maluch włóczy się bez rodziców? Należy to zbadać. Śledztwo prowadzi ich na Wyspę Dinozaurów, a w międzyczasie okazuje się, że podejrzani podejrzanie przypominają parę detektywów. To znacznie utrudni Zbysiowi i Mrukowi pracę.
Mały dinozaur, który dostał imię Ząbek, jest gwiazdą tego tomu. No może trochę mu w tym pomogłam, bo w czasie czytania zmieniałam głos na dziecięcy, co rozbawiło Juniora szczególnie, kiedy Ząbek okazał się dość bojowym stworzeniem. Do czego zmierzam? Zaskoczyło mnie, jak ten komiks dobrze czyta się dziecku, jak łatwo wczuć się w jego postacie. Czas z nim to świetna zabawa, a przecież w Detektywie Misiu Zbysiu na tropie” humoru nie brakuje. Jest to komiks opracowany na luzie i z pewną dozą szaleństwa. Tu każdy mówi, co myśli i nie ma głupich komentarzy, co najwyżej zabawne. Aczkolwiek znajdziemy w nim też dużo ciepła i troski. To jak Mruk opiekuje się Ząbkiem, jaką relacje oni nawiązują jest po prostu urocze.
Muszę też wspomnieć, że bohaterowie tej publikacji próbują zaangażować nas, czytelników w prowadzone śledztwo. Co jakiś czas zwracają się do nas z pytaniem, np. czy domyślamy się co z tego wynika, i „puszczają oko”. Są też strony z wyraźnymi zadaniami dla nas np. kiedy w tłumie dinozaurów trzeba znaleźć rodziców Ząbka. Te wyzwania nie przyćmiewają historii, ale są genialnie wplecione w jej tok. Ja bardzo lubię takie rozwiązania, bo widzę, jak dzieci ożywają w trakcie czytania, jak świecą im się oczy, że też mogą być częścią czytanej historii.
„Detektyw Miś Zbyś na tropie” bardzo szybko wskoczył do topki naszych ulubionych komiksów. Dzieci lubią się śmiać, a tu na pierwszy rzut oka już widać, że zabawa będzie przednia. No spójrzcie tylko na okładkę i tę ekipę w paszczy dinozaura. Po co oni team weszli? Czego oni tam szukają? I czy on ich nie zje? „Co tu się dzieje?” - zwykł mawiać mój syn śmiejąc się zadziornie. Polecam wam przeczytać, aby dowiedzieć się, o czym jest ta szalona, kryminalna historia.
„Czemu Pani się uparła, żeby spotkać dinozaura?”, taki tytuł nosi jeden z tomów przygód detektywa Misia Zbysia. A my jak widzimy książki o dinozaurach to bierzemy w ciemno. No może tym razem nie było tak w ciemno, bo Junior już trochę znał ten cykl komiksów. Tym razem Zbyś i Mruk znaleźli malutkiego dinozaura. Dlaczego maluch włóczy się bez rodziców? Należy to zbadać....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Małe leśne wróżki czekają, na swój wielki dzień. W końcu dowiedzą się, jaka magia w nich drzemie. Wszyscy są podekscytowani, tylko Zosia się niepokoi. Nie czuje, jaki talent mogłaby mieć. A jeśli Kamień Prawdy nie znajdzie w niej ani odrobinki mocy? Mieszkańcy Baśniolasu mają jeszcze jedno zmartwienie. Wróżkowe Drzewo więdnie, a opiekujące się nim skrzaty nie mają pomysłu, jak mu pomóc. Wróżki bardzo się martwią, bo bez pyłku z drzewa nie będą mogły czarować, a ten jest na wyczerpaniu.
Zosia Gwiezdnoskrzydłą to bohaterka, która nie jest pewna siebie. Nie widzi swoich talentów. Wydaje się jej, że jest przeciętna. I trochę wstydzi się tej przeciętności. Woli zostać z tyłu, aby nikt się z niej nie śmiał. W bajce „Tajemnica leśnej wróżki” Anette Moser pokazuje, że nikt nie jest nijaki. Tu każdy wyróżnia się czymś innym. Każdy rodzaj magii jest wyjątkowy i potrzebny. A Zosia z – jak się okazało – nietypową mocą, to „agentka do zadań specjalnych”.
Piękne ilustracje i piękne przesłanie – tym wyróżnia się cykl o „Zosi Gwiezdnoskrzydłej”. Skromna postać, która dokonuje wielkich rzeczy. A dokonuje ich będąc sobą, używając swoich wrodzonych talentów. Bo każdy jest w czymś dobry. Być może ten talent nie zawsze jest od razu oczywisty, ale to nic. Bo będąc sobą, prędzej czy później odkryjemy naszą supermoc.
Małe leśne wróżki czekają, na swój wielki dzień. W końcu dowiedzą się, jaka magia w nich drzemie. Wszyscy są podekscytowani, tylko Zosia się niepokoi. Nie czuje, jaki talent mogłaby mieć. A jeśli Kamień Prawdy nie znajdzie w niej ani odrobinki mocy? Mieszkańcy Baśniolasu mają jeszcze jedno zmartwienie. Wróżkowe Drzewo więdnie, a opiekujące się nim skrzaty nie mają pomysłu,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Kiedy książę Konrad Mazowiecki sprowadził Krzyżaków do Polski, nawet nie przypuszczał, jak bardzo wpiszą się oni na karty historii naszego kraju. Jakie sekrety zostawił po sobie ten zakon? Jeden z nich będą mieli okazję odkryć bohaterowie cyklu przygodowo-historycznego autorstwa Agnieszki Stelmaszyk pt. „Kroniki Archeo”. Część ta jest wymownie zatytułowana „Sekret wielkiego mistrza”.
Zaskoczyła mnie ta książka, bo zaczęła się a Amazonii. I to jest bardzo ciekawe zagranie ze strony autorki. Nie wiem czy czytelne dla młodego odbiorcy, do którego przecież kierowany jest ten cykl, aczkolwiek nie mogę zaprzeczyć, że w ten sposób Stelmaszyk pokazuje, że historia to ciągłość. Że to co działo się w średniowieczu rozpalało też wyobraźnie ludzi w XX wieku i rozpala dalej.
W trakcie fabuły wrócimy do Polski, a potem zawędrujemy do Niemiec. Weźmiemy udział w turnieju rycerskim i zajrzymy do najciemniejszych zakamarków średniowiecznych zamków. Nie zabraknie tu też elementów przygodowo-sensacyjnych. Autorka po raz kolejny łączy wątki historyczne z wartką akcją. Mamy tu młodych bohaterów, a przede wszystkim pasjonatów, co ja bardzo lubię. Oni są wręcz zafiksowani historią i aż „palą się” na myśl o rozwiązaniu kolejnej zagadki. W to wszystko Stelmaszyk wplotła też wątki rówieśnicze, a także pierwszych wzajemnych fascynacji.
„Sekret wielkiego mistrza” sprawia wrażenie książki intensywnej (podobnie jak inne części cyklu „Kroniki Archeo”), ale to jest ogromny walor. Stelmaszyk stawiam na energie i tempo rodem z dobrych powieści sensacyjnych. Czytelnik zatraca się dzięki temu w – momentami niebezpiecznej – przygodzie, a przy okazji odkrywa ciekawostki z historii Polski i świata.
Kiedy książę Konrad Mazowiecki sprowadził Krzyżaków do Polski, nawet nie przypuszczał, jak bardzo wpiszą się oni na karty historii naszego kraju. Jakie sekrety zostawił po sobie ten zakon? Jeden z nich będą mieli okazję odkryć bohaterowie cyklu przygodowo-historycznego autorstwa Agnieszki Stelmaszyk pt. „Kroniki Archeo”. Część ta jest wymownie zatytułowana „Sekret wielkiego...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to