„Anathema” to mroczna powieść fantasy napisana przez Keri Lake, która zabiera czytelnika do pełnego niebezpieczeństw, magii i tajemnic świata Eidolonu. Maevyth Bronwick wychowuje się w świecie rządzonym strachem i przesądami, gdzie każda odmienność budzi nienawiść. Ludzie wierzą, że za wszelkie nieszczęścia odpowiada magia, dlatego bez wahania skazują innych na wygnanie lub śmierć. Jednym z najbardziej przerażających miejsc jest tajemniczy las, do którego nikt nie odważył się wejść i z którego nikt nigdy nie wrócił.
Gdy Maevyth zostaje niesprawiedliwie oskarżona i zmuszona do ucieczki, trafia właśnie tam - za granicę znanego świata. Zamiast śmierci odkrywa jednak rzeczywistość jeszcze bardziej niebezpieczną, pełną klątw, potworów i istot rządzących się własnymi prawami. To tam poznaje Zevandera - brutalnego, tajemniczego wojownika, który jest związany z mroczną magią i własnym przekleństwem.
Z czasem okazuje się, że Maevyth nie znalazła się w tym miejscu przypadkiem. Jej istnienie ma ogromne znaczenie dla losów świata, a jej krew i pochodzenie są kluczem do proroctwa, którego skutki mogą być tragiczne.
Maevyth i jej siostra od dawna żyły w sytuacji bez wyjścia. Niezależnie od tego, co by zrobiły, efekt zawsze byłby zły. Nie miały realnego wyboru ani kontroli nad własnym życiem. O ich losie decydowali inni, a tak naprawdę jedna osoba - ich ciotka. To ona podejmowała decyzje, które je dotyczyły, nie licząc się z ich zdaniem ani potrzebami.
Dziewczyny mogły jedynie podporządkować się narzuconym zasadom i próbować przetrwać kolejny dzień. Każdy sprzeciw groził karą, ale posłuszeństwo również nie dawało bezpieczeństwa. Ich sytuacja była od początku przegrana, pozbawiona nadziei i jakiejkolwiek szansy na zmianę.
To była jedna z lepszych książek, jakie przeczytałam. Ma ciężki, mroczny klimat, dobrze zbudowany świat i wciągającą fabułę. Mimo całej tej beznadziei naprawdę polubiłam bohaterów i bardzo się z nimi zżyłam. Po raz pierwszy mam też ogromny problem z ubraniem w słowa tego, co myślę o książce. Czuję pustkę w głowie — ale nie dlatego, że historia była słaba, tylko wręcz przeciwnie: dlatego, że podobała mi się aż tak bardzo. Nie chciałam kończyć słuchania audiobooka.
Dosłownie dało się odczuć beznadziejność, mrok i smutek. Klimat wioski, zachowanie mieszkańców, fanatyczna religijność i patriarchat były przedstawione w sposób niezwykle sugestywny. Momentami aż ogarniało mnie poczucie złości i frustracji z powodu niesprawiedliwości, jaka spotykała bohaterki.
Niestety książka ma jedną, bardzo poważną wadę, przez którą, w moim odczuciu, sporo traci. Mogłaby to być naprawdę mocna historia, gdyby nie zmarnowany wątek miłosny. Moim zdaniem nie jest to slow burn. Nie ma tu realnego budowania relacji między bohaterami.
Główna bohaterka traci siostrę, zostaje porwana, niemal zgwałcona, ledwo uchodzi z życiem, dowiaduje się, że jest jedyną ocalałą z wymarłego rodu i że potrafi władać magią, a mimo to w zasadzie jedyne, co ją interesuje, to postura Zevandera, jego wygląd i mięśnie. Brakuje strachu, paniki, prób zrozumienia sytuacji czy jakiegokolwiek buntu wobec tego, co ją spotyka.
Dialogi między nimi również wypadają słabo. Flirt kompletnie odbierający rozsądek. No bo serio… ten facet ją porwał, trzymał w lochu. Powinna się go choć trochę obawiać, a nie fantazjować o jego tyłku. A on? Wielki lord, zabójca króla, a kiedy widzi śmiertelniczkę, która rzekomo była dla niego nikim, robakiem i „przedmiotem” potrzebnym do ratowania jego i brata, nagle sam nie wie, co się z nim dzieje.
Nie lubię, gdy bohaterowie głupieją tylko dlatego, że się zobaczyli. Od pierwszego wejrzenia nie myślą o niczym innym, jak tylko o tym, jak się do siebie dobrać. A przecież w slow burn nie chodzi o to, by pożądanie pojawiło się natychmiast. Ono powinno narastać stopniowo wraz z poznawaniem drugiej osoby, z napięciem i emocjami. Tutaj jest raczej: bum i koniec.
W mojej opinii nie jest to slow burn w czystej, klasycznej formie. Oczywiście to tylko moja osobista opinia, ale ja od tego typu relacji oczekuję czegoś zupełnie innego. Szkoda też, że przez ten wątek miłosny inne elementy fabuły w pewnym momencie zeszły na dalszy plan. Chciałabym więcej dociekań na temat tego, kim naprawdę jest bohaterka, więcej nauki, więcej rozwoju, ogólnie więcej „treści”, a mniej niepotrzebnego romansu. Wiem, że to romantasy, ale pozostałe aspekty świata były na tyle ciekawe, że spokojnie mogłyby wysunąć się na pierwszy plan.
Mimo wszystko uważam, że książka jest warta przeczytania.
„Anathema” to mroczna powieść fantasy napisana przez Keri Lake, która zabiera czytelnika do pełnego niebezpieczeństw, magii i tajemnic świata Eidolonu. Maevyth Bronwick wychowuje się w świecie rządzonym strachem i przesądami, gdzie każda odmienność budzi nienawiść. Ludzie wierzą, że za wsz...
Rozwiń
Zwiń