Więzień na Marsie

Okładka książki Więzień na Marsie
Gustave Le Rouge Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Związków Zawodowych Cykl: Robert Darvel (tom 1) Seria: Dylogia marsjańska fantasy, science fiction
350 str. 5 godz. 50 min.
Kategoria:
fantasy, science fiction
Format:
papier
Cykl:
Robert Darvel (tom 1)
Seria:
Dylogia marsjańska
Tytuł oryginału:
Le Prisonnier de la planète Mars(1908) & La Guerre des vampires (1909)
Data wydania:
1985-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1911-09-01
Liczba stron:
350
Czas czytania
5 godz. 50 min.
Język:
polski
ISBN:
8320202973
Tłumacz:
Kazimiera Wołyńska
Średnia ocen

                6,0 6,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Więzień na Marsie w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Więzień na Marsie

Średnia ocen
6,0 / 10
154 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
370
370

Na półkach:

Przed kilkunastoma laty na, nieistniejącym już, kanale telewizyjnym TCM puszczano filmy w cyklu: Perły z lamusa. Prezentowano tam stare dzieła które wykonane przestarzałą techniką miały swój niezaprzeczalny urok i potrafiły dać odbiorcy satysfakcje z oglądania.
Powyższa książka jest czymś właśnie takim jak ww. filmy. Stara z początków XX wieku, choć mentalnie to wiek XIX, SF mająca swój niezaprzeczalny urok polegający na prostej fabule, często bardzo naiwnej i śmiesznej gdzie główny bohater to postać bez skazy, zawsze prawy i dobry wychodzący bez szwanku z niebezpieczeństwa, a do tego istny człowiek renesansu obeznany z całą wiedzą ludzkości. Tak samo świat przedstawiony. Mars jest tak podobny do naszej Ziemi, że gdyby autor co i rusz nie informował o tym czytelnika to ten uznałby, że akcja dzieje się gdzieś na naszej planecie. W tym właśnie jest też największy urok powieści. Ówczesna wiedza naukowa nie wykluczała takich opcji, a autor stworzył dość udaną wizję Marsa zamieszkaną przez różne istoty (choć wydaje się, że Burroughs w swych powieściach dał lepszy obraz planety) i pozostawił czytelnika z tajemnicami tego świata którego nie udało się odkryć głównemu bohaterowi. Dodatkowym smaczkiem może być też polski wątek powieści ukazujący sympatie autora do Polski i Polaków, powszechne wśród Francuzów XIX wieku.
Zarazem trzeba powiedzieć, że dziś los książki byłby nie do pozazdroszczenia. Okrzyknięta zostałaby jako powieść seksistowska (główna bohaterka, bogata, o nieprzeciętnym charakterze i inteligencji pragnie ocalić głównego bohatera by zostać jego małżonką), rasistowska (Zaruk - niewidomy murzyn, jest służącym białych, a zarazem przedstawicielem rasy opisanej w sposób dość negatywny i nie zmienia tego fakt, że sam jest postacią całkowicie pozytywną, a kolejnym kamyczkiem do tego jest fakt że bohaterowie to biali heteroseksualni mężczyźni - wszyscy do tego ukazani jako postacie pozytywne) oraz z innych powodów które znaleziono by natychmiast.
Podsumowując: jest to literatura dla miłośników starej SF nijak pasującej do dzisiejszego dnia i gustów zdecydowanej większości czytelników.

Przed kilkunastoma laty na, nieistniejącym już, kanale telewizyjnym TCM puszczano filmy w cyklu: Perły z lamusa. Prezentowano tam stare dzieła które wykonane przestarzałą techniką miały swój niezaprzeczalny urok i potrafiły dać odbiorcy satysfakcje z oglądania.
Powyższa książka jest czymś właśnie takim jak ww. filmy. Stara z początków XX wieku, choć mentalnie to wiek XIX,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

247 użytkowników ma tytuł Więzień na Marsie na półkach głównych
  • 192
  • 55
74 użytkowników ma tytuł Więzień na Marsie na półkach dodatkowych
  • 49
  • 7
  • 4
  • 3
  • 3
  • 3
  • 3
  • 2

Inne książki autora

Okładka książki The Psychic Spies Gustave Guitton, Gustave Le Rouge
Ocena 0,0
The Psychic Spies Gustave Guitton, Gustave Le Rouge
Okładka książki The Victims Victorious Gustave Guitton, Gustave Le Rouge
Ocena 0,0
The Victims Victorious Gustave Guitton, Gustave Le Rouge
Okładka książki The Plutocratic Plot Gustave Guitton, Gustave Le Rouge
Ocena 0,0
The Plutocratic Plot Gustave Guitton, Gustave Le Rouge
Okładka książki The Transatlantic Threat Gustave Guitton, Gustave Le Rouge
Ocena 0,0
The Transatlantic Threat Gustave Guitton, Gustave Le Rouge
Okładka książki Wakacje cyborga Hervé Calixte, Michel Ehrwein, Fernand François, Nathalie Henneberg, Gustave Le Rouge, Jean Paulhac, Maurice Renard, Joseph Henri Rosny, Jacques Sternberg, Claude Veillot, Pierre Versins, Luc Vigan, Stefan Wul
Ocena 6,5
Wakacje cyborga Hervé Calixte, Michel Ehrwein, Fernand François, Nathalie Henneberg, Gustave Le Rouge, Jean Paulhac, Maurice Renard, Joseph Henri Rosny, Jacques Sternberg, Claude Veillot, Pierre Versins, Luc Vigan, Stefan Wul
Gustave Le Rouge
Gustave Le Rouge
Francuski prekursor fantastyki naukowej
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Ósmy krąg piekieł Krzysztof Boruń
Ósmy krąg piekieł
Krzysztof Boruń
Pojęcie piekła „ Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie” – grzmiał wielki Dante Alighieri, kiedy opisywał piekło. Dziewięć kręgów, wśród nich ten ósmy – dla oszustów, czarowników, skorumpowanych polityków, schizmatyków, alchemików… Czy książka Krzysztofa Borunia „Ósmy krąg piekieł” o tym właśnie jest? Nic bardziej błędnego. To opowieść typu science – fiction, starego typu, w której więcej człowieka niż maszyn. Napisał ją człowiek, który był miłośnikiem nauki, zwłaszcza astronautyki. Dziś trochę zapomniany… a szkoda. Omawiana przeze mnie jego powieść jest przede wszystkim tekstem o ludzkości, o tym jaka może być, jeśli tylko zechce. Bo tu jest dobrze. Po prostu człowiekowi na tej planecie jest dobrze. Świat spokojny. Wszyscy happy. Jak w tym świecie odnajdzie się mnich inkwizytor z 1593 roku Modestus Munch? Kiedyś skazywał heretyków na śmierć. Teraz nagle znalazł się pod koniec XXI wieku na planecie, która ciągle była Ziemią. Ale jakże inną… I tu zaczynają się refleksje teologiczno – światopoglądowe. Czytałam już kilka książek typu s-f na podobny temat. Nie były ciekawe. Raziły pustotą skojarzeń, brakiem podstaw filozoficznych i raczej budziły śmiech niż skłaniały do refleksji. Tym razem jest inaczej. Mnich z pomocą życzliwych mu ludzi próbuje adaptować się w zupełnie nowych czasach i środowisku. Wszystko właściwie toczy się powoli. Nikt nikogo nie pogania. Modestus poznaje nową rzeczywistość, nową technikę, wszystkiego dotyka, doświadcza. Czynimy to wraz z nim. Wizja nowego świata też nas interesuje. Nie jesteśmy jednak nią zasypywani. W centrum nadal pozostaje człowiek, a wszystko, co skonstruował służy mu. Czy inkwizytor to zrozumie? Oczywiście pojawiają się wątpliwości. Bo gdzie w tym wszystkim jest Bóg? Na świat patrzymy głównie oczyma starego mnicha. Widzimy jak rodzą się jego zwątpienia, ale raczej ich nie popieramy. Chociaż… może ma rację, bo spotyka na swej drodze tych, co się nie zgadzają z obrazem aktualnych dni. Znaków zapytania jest coraz więcej. Trzeba zapytać papieża, wszak to osoba, która powinna wszystko wiedzieć. Papież za czasów Modestusa też był. Trzeba więc do Rzymu…. Toczy się mądra rozmowa… a może nie? Gdzie w owych przyszłych czasach jest miejsce na nieśmiertelną duszę? Może trzeba umrzeć, żeby ją ocalić? I tak powoli, krok po kroku brnęłam w treść opowieści o tym, co by było gdyby… Chwilami aż miałam ochotę pogadać z naszym głównym bohaterem, wytłumaczyć mu, że jedno nie wyklucza drugiego, że można tak żyć, że najważniejsze to nie krzywdzić… Słowem, niewielka książka trochę zapomnianego pisarza wryła mi się mocno w pamięć. Autor opisując przyszłość skupia się na potrzebach człowieka, na jego postawie wobec bliźniego. Nikogo nie potępia. Daje jednak możliwość wyboru. Mnichowi też. Jest to zatem zupełnie inne s-f niż to, do którego ostatnio przywykliśmy. Bardziej mu do Verna niż Lema. Ten pierwszy zachwycał się zdobyczami techniki, które służyły człowiekowi do osiągnięcia celu. Ten drugi ostrzegał, że maszyna może stać się zagrożeniem dla jej konstruktora. U Borunia jest równowaga. Może to i spojler, ale niech zachęci was do sięgnięcia po tę książkę...
gks - awatar gks
ocenił na 7 9 miesięcy temu
Ostatni dzień stworzenia Wolfgang Jeschke
Ostatni dzień stworzenia
Wolfgang Jeschke
„Ostatni dzień stworzenia” Wolfganga Jeschke to bardzo intrygująca pozycja. Niestety wydana w Polsce w latach 80. i od tamtej pory nie wznawiana, co uważam za wielką stratę. Mam nadzieję, że ktoś ruszy tę sprawę. Autor ma ciekawy dorobek, który warto byłoby przybliżyć czytelnikom. Opowieść zaczyna się od wprowadzenia, które przedstawia czytelnikowi kilka nietypowych artefaktów przewijających się przez ręce badaczy amatorów. Ostatecznie stają się one centrum zainteresowania CIA. Niby nic dziwnego, jeśli ktoś lubi teorie spiskowe, to takich historii znajdzie zapewne na pęczki. Kłania się tak zwana zakazana archeologia. Fragment ten jest dość specyficzny, żeby nie powiedzieć ciężki. Bywa, że w jednym akapicie przelatujemy przez kilkadziesiąt lat, śledząc, jak dany artefakt przechodził z rąk do rąk. Dalej zaczyna się już opowieść bardziej klasyczna, skupiona na konkretnej sprawie i osobach. Opisane wcześniej znaleziska skłaniają część amerykańskiego dowództwa do wdrożenia tajnego projektu, który przyczynia się między innymi do zamknięcia programu lotów kosmicznych. Finanse, nawet amerykańskie, nie są workiem bez dna, więc potrzebne są priorytety. Wizja admirała Williama W. Francisa jest szalona, ale może przynieść wielkie korzyści narodowi amerykańskiemu. Co z tego, że naukowcy zaangażowani w projekt wykazują jak wiele może pójść źle. Przecież wysłanie ludzi w odległą przeszłość w celu przepompowania ropy z terenów Bliskiego Wschodu na zachód nie może być skomplikowanym przedsięwzięciem. Brzmi jak marzenie Rockefellera? Jeszcze kwestia czy nie zadziała tu chociażby paradoks dziadka. Bohaterem głównym tej historii jest Steve Stanley, pilot amerykańskich sił zbrojnych oraz NASA który dostaje interesującą ofertę udziału w tajnej misji bez możliwości kontaktu z ojczyzną. Nie jest do końca przekonany, ale ciekawość zwycięża i właściwie w ciemno decyduje się na nieznane ryzyko. Nie on jeden zresztą. W przeszłość wyruszają specjaliści z różnych dziedzin, żołnierze oraz tony potrzebnego sprzętu i zaopatrzenia. Stanley nie będzie zatem osamotniony. Czy misja okaże się sukcesem, to warto przekonać się samemu. Relacje pomiędzy bohaterami opisane w książce są mocno uproszczone. Jedne powiązania obserwujemy jeszcze przed przerzutem w przeszłość. Inne, już w drugiej części fabuły, ale wtedy wiele z nich buduje się zakulisowo. Na spory plus postrzegam to, że autor wziął pod uwagę, iż nie każdy człowiek tak samo zniesie podróż w czasie i zderzenie z nieoczekiwaną, mocno skomplikowaną sytuacją. No i są też różne postacie dość… nietypowe. Bardzo ciekawe jest w tej opowieści przedstawienie teorii i praktyki budowania nowych rzeczywistości poprzez zmiany, jakie zachodzą na skutek działań tych, którzy zostali wysłani w przeszłość. W pierwszej części tej historii autor próbował wyjaśnić różne niuanse całego eksperymentu, wątpliwości naukowych oraz planów. Było to ciekawe jednak absolutnie niewystarczające. Momentami narracja mocno się komplikowała i było trudno przebić się przez tekst pełny „naukowego bełkotu”. Nie było tego dużo, ale zdarzało się. W ogóle miałem wrażenie, że język, jakim napisana jest ta książka, a właściwie tłumaczenie, jest nieco siermiężne. Zdecydowanie nie jest to lekka i prosta lektura. Sporo rzeczy dzieje się poza główną akcją, a część postaci jest zarysowana tylko szablonowo. Nie jest to żadnym zaskoczeniem, ponieważ cała fabuła mieści się zaledwie na 128 stronach, trudno więc nazwać to nawet powieścią. Jest to bardziej nowela. Autor wziął na warsztat wspaniały i oryginalny pomysł, jednak nie było miejsca, żeby go odpowiednio rozwinąć. Czytelnik mniej więcej w połowie dowiaduje się całego mnóstwa informacji o tym, jak wygląda sytuacja w świecie przeszłości. Nie ma jednak szczegółowych wyjaśnień. Ubolewam nad tym bardzo, bo cenię kompletne kreacje światów. Tu widać zarys polityki, konfliktów i życia. Można dopowiedzieć sobie naprawdę dużo, ale to mnie nie zadowala. Z pewnym uśmiechem przyjąłem kilka motywów, które rozpozna ktoś znający nawet powierzchownie Stary Testament. Jest też przynajmniej kilka fragmentów, które były dla mnie niezbyt logiczne. Jednak przy każdym takim przebłysku przypominałem sobie, że czytam fantastykę, historię alternatywną, fantastykę naukową, gdzie w użyciu są atomowe granaty, a małpy… no dobra to sobie doczytajcie, albo domyślcie się. Polskie wydanie tej książki pojawiło się w 1987 rok, w zwyczajowym jak na tamte czasy nakładzie, stu tysięcy egzemplarzy. To niesamowite jak wiele się zmieniło i dziś wydawcy mają często kłopot z wyprzedaniem zaledwie stu czy dwustu sztuk jakiegoś tytułu. Za publikację była odpowiedzialna Krajowa Agencja Wydawnicza. Wracając jednak do książki to jest to wydanie bardzo budżetowe. Cienka okładka z mizerną grafiką na froncie. Tyle że wpisuje się ona w klimat opowieści – zza kotary przedstawiającej drzewa wyjeżdża Jeep z żołnierzami i karabinem maszynowym. Całkiem wymowne. Tylna okładka jest biała. Znajduje się tam tylko logo Agencji, ISBN oraz cena. Wewnątrz tekst jest ściśnięty oraz wydrukowany małą czcionką. Na obrazki nie ma co liczyć. Jedyny akcent kolorystyczny to różowe nagłówki z tytułami rozdziałów. Książka ocalała w całkiem dobrym stanie. Arkusze trzymają się na dwóch zszywkach i jest to efektywne nawet do dziś. Cena w 1987 roku wynosiła 150 zł, ale przeciętne wynagrodzenie, według ZUS wynosiło wtedy ponad 29 tysięcy złotych. Dziś przeciętne wynagrodzenie to podobno 8 tysięcy, a książka średnio kosztuje 60 zł. Matmę zróbcie sobie sami. „Ostatni dzień stworzenia” zrobił na mnie wrażenie, bo uderzył celnie w kilka paskudnych ludzkich cech, przede wszystkim w chciwość i upartość. Autor wysnuł bardzo ciekawe idee na temat podróży w czasie, starał się dać temu podbudowę pseudonaukową. Wyszło fajnie, chociaż momentami naprawdę naiwnie i z dzisiejszej perspektywy już trochę nieaktualnie. Nie zmieniła się za to kwestia antagonizmów światowych. Tak czy owak, książka nie straciła swojej rozrywkowej funkcji. Nie uleciało także nic z pomysłowości, która może zawstydzić naprawdę wielu twórców. To, że opowieść Wolfganga Jeschke posłużyła za bazę do koncepcji gry komputerowej „Original War” uważam za bardzo fortunne. Uwielbiam tę grę i wracam do niej już blisko 20 lat. Różnice między fabułą gry a książki są drastycznie wielkie. Zdecydowanie historia literacka dała twórcom gry tylko i wyłącznie podstawowy zarys pomysłu fabularnego. Na pewno nie można powiedzieć, że gra w jakiś szerszym stopniu jest adaptacją książki. Polecam tę opowieść wszystkim fanom gry „Original War”, można fajnie prześledzić, jakie pomysły, tak czy inaczej zostały użyte przez deweloperów. Jest kilka smaczków. Na pewno jest to też pozycja dobra dla osób lubiących nietypową fantastykę. O ile sama podróż w czasie nie jest tematem nowatorskim, to już cofanie się w realia mocno przed biblijne jest ciekawym i nieczęsto eksploatowanym pomysłem. Dinozaurów nie ma, ale też jest… dobrze. Recenzja pierwotnie opublikowana na stronie: https://www.facebook.com/SoFiK.DamianPodoba/
SoFiK - awatar SoFiK
ocenił na 7 1 rok temu
Kowboje oceanu Arthur C. Clarke
Kowboje oceanu
Arthur C. Clarke
Jakim sposobem Arthur Clarke doszedł 70 (!) lat temu do tych samych wniosków, z którymi my mamy problem dzisiaj, nie wiem. Ale wyprzedził swoje pokolenie, jak wielu innych pisarzy i, szczerze mówiąc, nadal nie osiągnęliśmy poziomu, na którym możemy z czystym sercem zaakceptować jego tezy. Akcja powieści prowadzi nas przez życie Waltera Franklina, byłego astronauty, który zostaje Inspektorem — osobą odpowiedzialną za pilnowanie stad wielorybów, i pnie się po stopniach kariery, od ucznia do dyrektora. Całkiem zwyczajne, żeby nie powiedzieć sztampowe. Ale jednak to, co najbardziej wyróżnia całą książkę spośród rzeszy innych, to zejście na ziemię, a raczej pod wodę. To nie space opera, tylko podwodne SF, bardzo rzadko prezentowany nurt. Technologia i opisy, które prezentuje autor, są banalnie proste, a jednocześnie zaskakująco nowoczesne (plus oczywiście urok lat pięćdziesiątych, wszyscy używają taśm magnetycznych i czytają papierowe gazety). Mimo prostoty i raczej spokojnego tonu zdarza się tu parę zrywów. Książka jest podzielona na trzy części, reprezentujące trzy okresy życia Waltera. I każda z tych części jest zwieńczona gwałtownym przyspieszeniem, wydarzeniem, od którego nie można się oderwać. To czyni książkę całkiem ciekawą, a równocześnie bardzo niezbalansowaną. Bohater jest praktycznie jeden. Tylko Walter jest charakteryzowany przez coś więcej niż jego stanowisko, czy jeden pogląd. Upraszcza to konstrukcję utworu, ale odbiera możliwość utożsamiania się z bohaterami. W praktyce autor osiąga tu formę pewnej przypowieści, stosując postaci z tła w charakterze stałych epitetów. Jedynie główny bohater potrafi się zmienić, ma jasne i skomplikowane poglądy i przeżywa większe emocje. Cała reszta jest schematycznymi postaciami. Żona-naukowiec, mistrz-marynarz, religijny przywódca, polityk. Tylko Waltera nie da się ująć w te ramy. Na koniec zostaje oczywiście przesłanie. Czy można cały świat przekonać do wegetarianizmu? Czy człowiek, który żyje z zabijania zwierząt, może pokochać swoje stado? Autor nie udziela odpowiedzi. A ja nie będę próbował być mądrzejszy od niego, bo nie sięgam mu pięt. Polecam. Żałuję, że od prawie 50 lat ta książka nie była w Polsce wznawiana. Może jeszcze nie jesteśmy na to gotowi. Nie mniej, jak komuś się uda odnaleźć gdzieś tę niepozorną książeczkę, polecam poświęcić kilkanaście godzin, by ją połknąć i przetrawić. Na prawdę warto.
Karol Wesołowski - awatar Karol Wesołowski
ocenił na 7 3 lata temu
Człowiek Plus Frederik Pohl
Człowiek Plus
Frederik Pohl
Podbój kosmosu to jedna z tych gałęzi nauki, ekonomii i pokonywania ludzkich słabości, która interesuje chyba w mniejszym lub większym stopniu każdego. W okresie zimnej wojny kosmiczny wyścig był elementem walki – ideologicznej, technologicznej a także światopoglądowej. Rządy głównie USA i ZSRR prześcigały się w tym co kto zrobi pierwszy – co dość ciekawe, do czasu misji Apollo 11 wyścig ten wygrywał Związek Sowiecki. Pierwszy sztuczny satelita? Sputnik-1. Pierwsza żywa istota w kosmosie? Łajka. Pierwsze udane lądowanie na innym niż Ziemia ciele niebieskim? Łuna 9. Obsesja Amerykanów żeby w końcu przegonić Rosjan była ogromna. Podobnie jest w powieści Frederika Pohla. Chociaż brzmi kusząco, Człowiek Plus to nie nazwa nowego programu społecznego wprowadzanego na terenie Rzeczpospolitej. Człowiek Plus to główny bohater książki Pohla – cyborg, ulepszony człowiek, a w zasadzie maszyna z ludzkimi elementami. Główną osią fabuły Człowieka Plus jest wyścig i założenie kolonii na Marsie. Ziemia, przeludniona, zniszczona, targana konfliktami i wciąż będąca w zimnej wojnie, stoi w punkcie zwrotnym. Albo coś się zmieni, ludzie zaczną podbijać kosmos – albo zniszczą się na swojej rodzimej planecie. Amerykanie wymyślają więc program, który ma na celu założenie stałej kolonii na Czerwonej Planecie. Zbiegiem okoliczności w centrum tego programu staje Roger Torraway – krajowy bohater, który z przerażeniem dowiaduje się, że po śmierci swojego przyjaciela musi zostać poddany fizycznym zmianom, żeby przystosować jego ciało do życia na Marsie… Człowiek Plus to ciekawa historia. To opowieść o poświęceniu, o tym jak wiele jesteśmy w stanie oddać, żeby zrealizować wizję i plany swojego państwa. To opowieść o zdradzie, o tym jak bardzo ludzie, którzy nas otaczają nie doceniają tego poświęcenia, któremu się poddaliśmy, jak bardzo chcą nas wykorzystać i zostawić, kiedy cel został już spełniony. To opowieść o niewierności, o ludzkiej głupocie, o fałszywych przyjaciołach. O samotności. Ale to też opowieść o nadziei. O ratunku. O wielkich czynach. O miłości odkrytej i wielkiej. O Bogu. A także o maszynach, które budują świadomość.
StrongSilentType__ - awatar StrongSilentType__
ocenił na 7 7 miesięcy temu
Strefy zerowe Bohdan Petecki
Strefy zerowe
Bohdan Petecki
Kontakt z inteligentną - obcą ziemskiej - cywilizacją odczytany z kosmicznego szumu z kierunku Alfa Centauri zaowocował wysłaniem w jej kierunku wyprawy załogowej i… jej zaginięciem. Mniej jawnie wysłano więc dwie kolejne wyprawy “wyjaśniające”, a gdy i te zaginęły - sięgnięto po cięższy kaliber argumentacji i posłano grupę lekko zcybernetyzowanych żołnierzy, szkolonych przez całe życie do podjęcia podobnej niestandardowej wyprawy. I właśnie losy tej eskapady ratunkowo-mścicielskiej śledzimy w powieści Bohdana Peteckiego. To lekko awanturnicza opowieść o braku możliwości nawiązania kontaktu z obcą cywilizacją, ale i o ludzkości, która w takim zetknięciu - co nawet nas ziemian nie zaskakuje - najpierw strzela, potem pyta… Ludzi zaś - i wie to obca cywilizacja - wcale nie trzeba od razu unicestwiać; wystarczy jedynie "oślepić" ich urządzenia, a im samym pomieszać zmysły i wzbogacić ich o halucynacje. No, ale przecież nie z naszymi kosmicznymi kowbojami te numery! Jakoś tak się składa, że wszystkie powieści o Kontakcie są w sumie opowieścią o braku możliwości kontaktu, o braku możliwości porozumienia. I tak jest też oczywiście i tym razem. Zielonego ludzika, ani też o żadnym innym kolorze nie uświadczą nasi bohaterowie nawet wówczas, gdy znajdą się w mieście obcej cywilizacji. Dlaczego to zresztą musi być miasto niemal jak z Ziemi (przepraszam - z Luny)? Sprawnie to napisane, operujące niezrozumiałymi pojęciami technicznymi ze świata przyszłości tyle akurat, ile trzeba. Może nieco za wiele i zbyt łopatologicznie dostajemy wszystko wyjaśnione już na początku powieści i brak tu owego rozmachu współczesnych wielkich narracji z nurtu SF (jak w trylogii Cixin Liu), ale to kawał dobrej fantastyki w starym stylu. I tak właśnie myślę do czasu, aż odkrywam, że owo dzieło datowane jest na 1972 rok i o dekady poprzedza pisarstwo Richarda Morgana, z którym mimowolnie też mi się kojarzy. Jestem tym prawdziwie zszokowany, jak dojrzałe było to pisarstwo wówczas i jak mało się w sumie zestarzało! Cholera: odkrycie! Pierwsze poznane przeze mnie dzieło Bohdana Peteckiego oceniam wysoko, a pisarstwo samego autora stawiam na równi z poznanymi dotychczas książkami Zajdla. Czy nawet nie bardziej przypadł mi do gustu?..
MarWinc - awatar MarWinc
ocenił na 7 10 miesięcy temu
Misja międzyplanetarna Alfred Elton van Vogt
Misja międzyplanetarna
Alfred Elton van Vogt
Słowa: stare ale jare idealnie pasują do tej powieści. Na kartach książki poznajemy losy załogi statku „Gwiezdny Ogar”, który wyrusza aby zbadać obce galaktyki. Głównym bohaterem jest Elliot Grosvenor – specjalista z zakresu nowej dyscypliny naukowej - neksjalizmu. Pozwala ona łączyć wnioski wynikające z poznania pozostałych gałęzi wiedzy, aby szybko znaleźć optymalne rozwiązania i zapobiegać licznym niebezpieczeństwom, jakie mogą zagrozić ekspedycji. Powieść składa się z czterech części, w każdej z nich załoga musi zmagać się z innym zagrożeniem ze strony obcych. Muszę przyznać, że poszczególni kosmici zostali wykreowani w naprawdę ciekawy i oryginalny sposób. Same opowiadania także są jak najbardziej interesujące, szkoda że powieść liczy troszkę ponad 200 stron, moim zdaniem spokojnie był potencjał na dłuższą historię. Misja międzyplanetarna to powieść, która ma już 74 lata. Zupełnie tego nie czuć, ta pozycja zestarzała się wyjątkowo dobrze, zarówno jeśli chodzi o pomysły jak i język. Dodam też, że trakcie lektury miałem liczne skojarzenia z Fundacją Asimova. Powieść od van Vogta zupełnie dobrze sprawdza się jako niezobowiązująca rozrywka, ale jednocześnie niesie z sobą pewne przesłanie, autor krytykuje pęd do władzy i egoizm poszczególnych ludzi, przeciwstawia im natomiast zdolność do współpracy i gotowość do poświęceń dla dobra ogółu. Od siebie jak najbardziej polecam. 7,5/10.
Piotr - awatar Piotr
ocenił na 7 2 lata temu
Tylko cisza Bohdan Petecki
Tylko cisza
Bohdan Petecki
Książka ma ciekawy pomysł na "zielony ład". Położyć ludzkość na 80 lat do łóżka. W tym czasie każdy zestarzeje się o jedną noc. Bo tak to miałoby wyglądać - hibernacja przez 80 lat. Jako że to science fiction, to akceptuję i możliwości hibernacji ludzi i pola siłowe, z których można zbudować dowolne cokolwiek (w tym i gigantyczne hibernatory). Podróże kosmiczne także. Ale co mnie najbardziej szczypie w tej opowieści to takie rzeczy w których sf kompletnie nie zadziała, bo nie może. Połóżmy spać w jedną noc - bo takie ma być założenie -całą ludzkość. Całą.. Nie jedno miasto, ale wszystkie miasta, miasteczka, wsie i przysiółki na całej Ziemi. Jakby każdego wyposażyć w osobisty hibernator w jego mieszkaniu- to OK - da się to jakoś zsynchronizować. Ale nie - autor postanowił by ludzie udali się do wyznaczonych miejsc, by tam ich pousypiać. W żadnym science fiction nie da się tego zrobić, w ciągu jednej nocy. Załóżmy że na jednego pacjenta trzeba poświęcić jedną minutę by go uśpić, a tych pacjentów do jednego hibernatora jest 1 milion (to nie jest nawet 1% populacji). Wyszło mi że trzeba by zużyć na to 2 lata (bez żadnych przerw, bez żadnych zastojów, problemów). To jest założenie że ten milion ludzi już jest na miejscu usypiania - i każdy grzecznie po kolei kładzie się, robią hokus-pokus i już jest zahibernowany. Sprawa następna - nie wiem skąd autorowi przyszło do głowy, że dyżur przy tym hibernatorze może odbywać tylko jeden człowiek na raz, do tego przez 20 lat, bez możliwości kontaktu z innymi strażnikami, przy innych hibernatorach? Ludzie co do zasady są relacyjni i potrzebują towarzystwa, choćby przez moment, na zasadzie "Cześć, co słychać, jak leci?". Skoro główny bohater jest wyposażony we wszystko co jest konieczne do przeżycia (w tym świecie SF ma praktycznie dostęp do wszystkiego co potrzebne, za wyjątkiem kilku rzeczy, o których zaraz będzie), więc niejako zminimalizowane jest niebezpieczeństwo rywalizacji o zasoby. Skoro zostawiają go samego, to dlaczego nie dali mu dostępu do zbiorów książek, muzyki i filmów? Sam bohater się nad tym zastanawia, po czym sobie odpowiada, że to byłoby bez sensu bo by musiał sobie odtwarzać w kółko tylko archiwalne zasoby, co mogłoby doprowadzić do jakiejś kołowacizny, wariactwa. Głupszego argumentu nie można było wymyśleć? W TV, w radiu (zwłaszcza w czasach gdy powstała ta książka) w koło Macieju odtwarzane są wielokrotnie te same utwory (muzyka, filmy, seriale) i ludzie jakoś dają radę. Książki jak są szczególnie fajne, też można czytać wielokrotnie. Jego 10 lat nie było na Ziemi, więc 10cio letnie zasoby były by dla niego nowością przez przynajmniej pierwsze 10 lat, a na następne mogłyby być jakieś starocie i powtórki z pierwszego 10-lecia. To tylko z pozoru mało ważne, ale te zasoby pomogłyby mu w walce z samotnością i "dzwoniącą" ciszą, rutyną i.. nudą. O których autor jakoś zapomniał.
Peter - awatar Peter
ocenił na 7 1 miesiąc temu
Małe zielone ludziki Krzysztof Boruń
Małe zielone ludziki
Krzysztof Boruń
Fantastyka bliskiego zasięgu. Gdzieś w Afryce pojawia się anomalia, Vortex P. Zjawisko nieznanego pochodzenia (obcy?, natura?, ktoś z Ziemi?), wykazuje spore podobieństwo do Zony z "Pikniku...". Oddziałuje silnie na ludzką świadomość i rzeczywistość fizyczną. Z miejsca staje się ośrodkiem zainteresowania rozmaitych podmiotów życia geopolitycznego - lokalne państewka, agencje wywiadu, terroryści, naukowcy, religijni nawiedzeńcy, itp. Na tym tle mamy sensacyjną fabułę. Napisane to wszystko dość sprawnie (choć jest tu kilka mielizn, gdy autor przy pomocy bohaterów rozwlekle teoretyzuje na temat ekologii, dynamiki społeczeństw, teorii władzy i państwa, geopolityki i rozmaitych aspektów parapsychologii (dziś to śmieszy, ówcześnie był to temat modny) tudzież należałoby głębiej pomyśleć nad konstrukcja postaci), na bogato, z rozmachem. Rzecz jest dość kompleksowa, uwikłanych tu mamy wiele aspektów współczesnej rzeczywistości, i wbrew pozorom, powieść niespecjalnie się zestarzała. I choć autor nie ustrzega się chwilami banału, to nie raz i nie dwa bywa interesujący w spostrzeżeniach i celny w przewidywaniach. Ciekawe też jest uczynienie główną postacią kobiety i prowadzenie narracji z tej perspektywy. Sytuacja dość niecodzienna w zaangażowanej fantastyce tamtych czasów. Gdyby ktoś skłonił autora do pewnych skrótów i poddał tekst solidnej redakcji, mogłaby ta powieść być zaliczana do jednych z najważniejszych w dorobku polskiej fantastyki. Bo takiego np. Zajdla bije na łeb w każdym, w zasadzie, aspekcie. Zajdel jednak był o wiele prostszy w interpretacji i prostszy w ogóle, każdy łatwo odkrywał przesłanie (ten zły totalitarny ZSRR). W efekcie jego popularność była znacznie szersza. Mimo wszystko dziwi mnie nadzwyczaj niska recepcja tej pozycji w świecie miłośników fantastyki. Wysłuchałem w interpretacji Katarzyny Tokarczyk. W pierwszych chwilach jej wykonanie wydało mi się trudne do przyjęcia, jednak po krótkiej chwili przyzwyczaiłem się i słuchałem z przyjemnością. Finalnie uważam, że to była zupełnie niezła robota. Może trochę zawyżam, ale uważam, że to powieść którą warto poznać. 8/10
Fidel-F2 - awatar Fidel-F2
ocenił na 8 1 rok temu

Cytaty z książki Więzień na Marsie

Więcej
Gustave Le Rouge Więzień na Marsie Zobacz więcej
Gustave Le Rouge Więzień na Marsie Zobacz więcej
Gustave Le Rouge Więzień na Marsie Zobacz więcej
Więcej