rozwiń zwiń

Wielka Brama

Okładka książki Wielka Brama
Kornel Makuszyński Wydawnictwo: Wydawnictwo Morskie Seria: Przygoda [Wydawnictwo Morskie] literatura młodzieżowa
220 str. 3 godz. 40 min.
Kategoria:
literatura młodzieżowa
Format:
papier
Seria:
Przygoda [Wydawnictwo Morskie]
Data wydania:
1990-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1990-01-01
Liczba stron:
220
Czas czytania
3 godz. 40 min.
Język:
polski
ISBN:
8321598587
Średnia ocen

                6,7 6,7 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Wielka Brama w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Wielka Brama

Średnia ocen
6,7 / 10
9 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
75
72

Na półkach: ,

Historie wiążące się z przeczytaniem przez nas książek takich a nie innych mogą być ciekawe. Mam na myśli okoliczności, w jakich dana książka dostała się do naszych rąk albo po prostu sposób, w jaki się o niej dowiedzieliśmy. Historia tej książki - "Wielka Brama" Kornela Makuszyńskiego - autora, którego znałem dotąd jedynie z lektury szkolnej (którą zresztą olałem, bo nie lubiłem lektur) - jest jednak banalna. Otóż trafiłem na nią przypadkowo - albo tata dostał ją po kimś, albo znalazłem ją na parapecie jako jedną z lektur, jakimi ludzie dzielili się podczas przymusowej kwarantanny w naszym bloku mieszkalnym. Stara okładka, kicz w stylu socrealistycznym (a może ja się nie znam), jakieś pstrokate elementy i nieprzyjemne twarze niespecjalnie zachęcały do lektury. Zacząłem czytać z ciekawości, ale nie dla przygody, którą opis na tylnej okładce miał zapewne na celu podkreślić, jednak dla nazwiska pisarza, którego dzieł nie poznałem, kiedy byłem młodszy i głupszy, a także dla samego kawałka polskiej historii - choćby specyfiki czasów, o których w książce jest mowa. Dostałem jednak coś o wiele więcej i zastanawiam się, ile jeszcze takich dobrych książek mi umyka, bo nigdy na nie przypadkowo nie trafiam. Większość "Wielkiej Bramy" przeczytałem na wakacjach nad morzem, zresztą nawet nie tak znowu daleko od Gdyni, bo w Łebie, w której to barista mojej ulubionej kawiarni opowiadał mi, jak sam pracował w porcie w Gdyni, kiedy był młody. Czasami książki pojawiają się same tam, gdzie powinno być ich miejsce.

Czytelnik wrzucony jest na sam początek w rzeczywistość zdaje się II RP - czasu biedy, ale też czasu, kiedy relacje ludzi były lepsze niż dziś, a przyjaźń i honor były oczywistością. Widać to po opisie szkoły i szkolnych kolegów głównego bohatera, którym jest Piotr Korecki. Jego historia jest pasmem przeszkód, bólu, smutku i trudności, których doznał. Jego radością są książki, historie, wartości przekazane mu przez matkę, którą w przeciwieństwie do ojca, miał szczęście znać choćby przez krótki okres życia. Zanurzając się w tamte czasy - jeszcze przed II wojną światową - warto zdawać sobie sprawę, że wówczas bieda była tak powszechna, że problemem zwykłych ludzi było podstawowe jedzenie i ubranie. Młody Piotr żył jakoś dzięki pomocy życzliwych ludzi - dalekich krewnych jego matki. Trudno nie zżyć się z takim bohaterem, któremu los odbiera wszystko, ale on pełen dobra przekazanego mu przez kochającą matkę oraz wrodzonego optymizmu, zaciskając zęby bierze, co mu życie daje. Chłopak pasjonuje się literaturą, a najbardziej przygodową. Książki o podróżach morskich zapamiętuje tak dobrze, że opowiada je innym od deski do deski. Tym sposobem do jakiegoś czasu jest w stanie odwdzięczyć się dobrodusznej lecz biednej rodzinie państwa Modlewiczów, u których mieszka. Nie chcąc być dla nich dłużej obciążeniem, przeczytawszy o budowanej od podstaw polskiej Gdyni, postanawia zatrudnić się przy jej budowie.

Nie zdradzając fabuły, a zachęcając do przeczytania, napiszę tylko, że postawa głównego bohatera zawstydza większość nas, większość mojego pokolenia, nie wspominając o kolejnych. Następne wydarzenia robią to jeszcze dosadniej, bowiem droga, jaką przejdzie Piotr, mniej ma wspólnego z obiecywaną przygodą, a więcej z zabójczo ciężką pracą, uporem i niewyczerpanymi zasobami dobroci i wiary w dobro. Ta wiara w dobro na morzu zła, wydaje się na pierwszy rzut oka błędem i krokiem ku zagubieniu, ale zdradzę jedynie, że właśnie ta niezłomna postawa Piotra, nawet na ludziach z pozoru nieżyczliwych robi tak wielkie wrażenie, że Piotr zyskując szacunek wśród każdej napotkanej osoby, jest w stanie przetrwać wszystko.
Nie ma w tej książce wielkich i niewiarygodnych przygód, a przynajmniej nie takich, do jakich przyzwyczaiły nas różne powieści i wysokobudżetowe filmy. Esencją powieści dla młodzieży Kornela Makuszyńskiego jest przemiana osób, które zmienia sam Piotr, a właściwie to, co Piotr sobą reprezentuje. Moim ulubionym wątkiem jest konflikt z kucharzem, pojedynki słowne młodego i cierpliwego Piotra ze zgorzkniałym kucharzem.

"Kucharz spojrzał na niego spode łba i zjadliwie się uśmiechnął. Był to odludek chory na wątrobę i przekonany, że mu się dzieje wieczna krzywda. Miał żal do całego świata, że musi gotować to, co inni jedzą. Nie mogąc w inny sposób zemścić się na nieczułej ludzkości za swoją usmażoną na patelni serca krzywdę, chwytał czasem dwie, trzy garście soli ponad potrzebę i z okrzykiem buntu wsypywał ją do marynarskiej zupy. Soczyście go nieraz za to sklęto, najczęściej jednak wzruszano ramionami, był on bowiem ofiarą całej załogi."
...
"Smażył właśnie jakieś mięso, a równocześnie własne obolałe serce, tak że aż skwierczało. Gdyby był właśnie warzył zupę, byłby może zapłakał, aby tym najprostszym sposobem straszliwie ją przesolić. Na patelnię nie warto było płakać."

Najprzyjemniej jest czytać potyczki słowne Piotra z kucharzem, ale jeszcze lepiej te nieprawdopodobne przenośnie i porównania Kornera Makuszyńskiego, bo to warsztat autora o dużej klasie. Zwyczajnie przeszkadzają mi opisy przyrody, nie lubię opisów, bo mnie nudzą. On jednak pisał tak pięknie, że czasami zatrzymywałem się i wracałem, aby delektować się liniami teksów, przez które płynie się jak przez spokojne morze. To opisy wody, wiatru, sztormów, które mógł napisać ktoś wielbiący morze ponad swoje życie albo przynajmniej doskonale rozumiejący to uczucie. Czytając te akapity wielbiące żywioł mórz i oceanów, myślę o marynarzach inaczej. Porównuje ich do górników, innych odważnych ludzi pracy, a nawet trochę do żołnierzy, o których Rafał Gan-Ganowicz pisał, że kiedy raz przeżyją to co on w walce, nie spojrzą już na zwykłych ludzi nieznających wojny tym samym wzrokiem. Myślę, że podobnie świat widzą marynarze, patrząc na nas, szczury lądowe, jakby z lekką, może i nawet niezamierzoną, ale jednak pogardą.

Mała próbka literackiego warsztatu Kornela Makuszyńskiego, którą zaznaczyłem sobie w książce, jako bardzo wzruszającą:

"Rzucił się na szyję zdumionej kobiety i ściskał ją czule. Ona zaś nie wiedząc, czy śmiać się, czy płakać, wybrała płacz, w czym była bardziej zaprawiona i w czym niepospolite zdobyła doświadczenie."

Kiedy tak nie wiedziałem jeszcze, o jakich czasach w tej książce mowa, byłem przekonany, że mam do czynienia z socrealistycznym podejściem do tematu, jakby to gloryfikowanie Gdyni było zamówione przez partię na potrzeby propagandowe. Jednocześnie chyliłem czoła, jak zgrabnie autor zdołał zmieścić tyle wspaniałej pracy pisarskiej, że niespecjalnie ta mowa o robotnikach w pocie czoła wykuwających tytułową "Wielką Bramę" (brama na świat) przeszkadzała mi w odbiorze. Kiedy okazało się, że mowa o czasach przedwojennych, niewiele to zmieniło. Propaganda sanacyjna też działała swoje na polu literatury. Ja jednak ani na chwilę nie zwątpiłem w szczerość pisarza do wszystkiego, o czym napisał.

Obiecanej przygody więcej jest na sam koniec. Warto jest doczekać, ale nie ona jest tu najciekawsza. Znacznie więcej skarbów znajdujemy gdzieś pomiędzy jedną a drugą akcją. Nie zgadzam się, że jest to książka lekka i prosta. Może tak było jeszcze przed wojną i tuż po niej, kiedy ludzie rozumieli wagę poczucia wyobraźni, która wiodła ich bliżej wolności, a także wagę ciężkiej pracy, kiedy przyjaźń i dane słowo znaczyło więcej, niż znaczy dziś. Obecnie taka "lekka książka" może być dla przeciętnego czytelnika archaiczna i niezrozumiała. Zastanawiam się więc, jak inni ją odbierają.

Historie wiążące się z przeczytaniem przez nas książek takich a nie innych mogą być ciekawe. Mam na myśli okoliczności, w jakich dana książka dostała się do naszych rąk albo po prostu sposób, w jaki się o niej dowiedzieliśmy. Historia tej książki - "Wielka Brama" Kornela Makuszyńskiego - autora, którego znałem dotąd jedynie z lektury szkolnej (którą zresztą olałem, bo nie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

127 użytkowników ma tytuł Wielka Brama na półkach głównych
  • 84
  • 43
54 użytkowników ma tytuł Wielka Brama na półkach dodatkowych
  • 40
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1

Inne książki autora

Kornel Makuszyński
Kornel Makuszyński
Polski prozaik, poeta, felietonista, krytyk teatralny i publicysta, członek Polskiej Akademii Literatury. Przed II wojną światową był jednym z najpoczytniejszych, najbardziej popularnych i najbardziej płodnych literacko polskich pisarzy. Urodził się 8 stycznia 1884 w Stryju, pod zaborem austriackim. Był jedynym synem, a siódmym z kolei dzieckiem Julii z Ogonowskich i Edwarda Makuszyńskiego, emerytowanego wówczas pułkownika wojsk austriackich, pisarza gminnego kancelarii urzędu w Brzozowie koło Krosna, urzędnika galicyjskiego. Ojciec osierocił rodzinę, gdy Kornel miał 10 lat. Przez dwa lata Kornel pozostał jeszcze w Stryju, skończył tam pierwszą klasę gimnazjalną, zarabiał na swoje utrzymanie korepetycjami. Potem przeniósł się do Przemyśla, gdzie mieszkał u swych krewnych i kończył drugą klasę gimnazjalną. Od 1898 uczęszczał do C. K. IV Gimnazjum we Lwowie, gdzie w 1903 ukończył VIII klasę i zdał egzamin dojrzałości. Wynajmował skromną kwaterę u lwowskiego asenizatora i hycla Siegla na Kleparowie. W wieku 14 lat zaczął pisać wiersze. Ich pierwszym recenzentem w cukierni na Skarbkowskiej 11 był Leopold Staff. Pierwsze wiersze opublikował w lwowskim dzienniku „Słowo Polskie”, mając 16 lat. Od 1904 był członkiem redakcji tego dziennika i recenzentem teatralnym. Studiował polonistykę i romanistykę na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Podróżował do Włoch (z Janem Kasprowiczem, Staffem i Władysławem Orkanem). Należał do Towarzystwa Wzajemnej Pomocy Literatów i Artystów Polskich we Lwowie, w ramach którego w 1907 został członkiem wydziału. W 1908–1910 kontynuował studia romanistyczne na Sorbonie w Paryżu. W 1910 poznał we Lwowie studentkę Uniwersytetu Lwowskiego Emilię Bażeńską, która zaprosiła go do Burbiszek na Litwie, majątku swego brata Michała Bażeńskiego (z rodu szlacheckiego von Baysen-Bażeński). Makuszyński poznał okolicę, dwór i dobrze utrzymany majątek. Po roku narzeczeństwa w 1911 Emilia i Kornel pobrali się w Warszawie. Ze swoim licznym rodzeństwem, pozostawionym w Stryju, nie utrzymywał kontaktów. Makuszyński w latach 1913–1914 mieszkał w Burbiszkach. Rozkochany w architekturze zakopiańskiej, przywiózł nawet spod Tatr domek i postawił go w parku dworskim. Tutaj zastała go I wojna światowa, jako wrogiego Rosji obywatela austriackiego aresztowano go i internowano wraz z żoną w głębi Rosji. We wrześniu 1914 Makuszyńscy wyjechali do Kostromy. Dzięki staraniom szwagra Michała Bażeńskiego, a także pomocy aktorów Stanisławy Wysockiej i Juliusza Osterwy, zwolniono ich z internowania i pozwolono w 1915 zamieszkać w Kijowie, gdzie pisarz został prezesem Związku Literatów i Dziennikarzy Polskich oraz kierownikiem literackim Teatru Polskiego. Po zakończeniu wojny w 1918 Makuszyńscy zamieszkali w Warszawie. Właśnie w Warszawie bardzo dynamicznie rozwinęła się jego literacka kariera. Kilka miesięcy w roku spędzali w Zakopanem. Podczas wojny polsko-bolszewickiej w 1920 współpracował w kierowanym przez ppłk. Mariana Dienstla-Dąbrowę Wydziale Propagandy Armii Ochotniczej (służył wtedy w mundurze). W latach 1922–1925 Makuszyńscy bywali w Burbiszkach, ponieważ Emilia miała w sąsiedztwie folwark Pojule, który dzierżawił, a później kupił brat Michał. Emilia zmarła w 1926 na gruźlicę. Pochowano ją na Powązkach obok grobu Władysława Stanisława Reymonta, jej przyjaciela. Po śmierci żony Kornel Makuszyński zerwał związki z Litwą, nigdy więcej już tam nie pojechał. 30 sierpnia 1927 Makuszyński ożenił się powtórnie ze śpiewaczką Janiną Gluzińską (ur. 1896, córką profesora medycyny Uniwersytetu Lwowskiego Antoniego Gluzińskiego). W marcu 1931 zostało mu przyznane honorowe obywatelstwo Zakopanego. Był osobą towarzyską oraz zamożną; zbierał dzieła sztuki. Na początku czerwca 1937 został członkiem Polskiej Akademii Literatury. W latach 1935–1944 mieszkał w Domu Spółki Terenowej Budowy Tanich Mieszkań przy ul. Grottgera 7/9/9A. Po wybuchu II wojny światowej, podczas oblężenia Warszawy w 1939 niemiecka bomba trafiła w budynek, w którym mieszkał, i zniszczyła jego rękopisy oraz zbiory sztuki. Sam Makuszyński ocalał cudem, jednak stracił wszystko, między innymi rękopis Drugich wakacji szatana, planowanych do wydania w grudniu 1939. Okupację niemiecką przeżył w Warszawie, podczas powstania warszawskiego współpracował z prasą powstańczą, potem przez obóz w Pruszkowie dotarł do Krakowa i w listopadzie 1944 zamieszkał na stałe w Zakopanem. Po 1945 objęty został zakazem publikacji i poddany szykanom, co – jak sam sądził – związane było ze sprawą jego przyjęcia w 1937 do PAL (na miejsce usuniętego w atmosferze skandalu, po oskarżeniach o plagiat Wincentego Rzymowskiego, który bezpośrednio po wojnie pełnił funkcję ministra kultury). W 1948 został zadekretowany w polskiej literaturze socrealizm. Makuszyńskiemu udało się już wydać tylko jedną nową książkę List z tamtego świata, jedynie dzięki istnieniu ostatnich prywatnych wydawnictw. W Zakopanem żył w zapomnieniu; był jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci minionej epoki – dwudziestolecia międzywojennego. Zajmował niewielkie mieszkanie i żył niedostatnio; żona udzielała lekcji muzyki. Człowiek sukcesu, jeden z najweselszych i najbardziej optymistycznych pisarzy dwudziestolecia międzywojennego zderzył się z nową, nieprzyjazną rzeczywistością. Był odsuwany, ponieważ – jak twierdzili ówcześni prominenci – miał, lub mógł mieć zły wpływ na powojenną młodzież. Zmarł 31 lipca 1953. Został pochowany na Cmentarzu Zasłużonych na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem. Gromadząca po nim pamiątki żona, Janina Makuszyńska zmarła w Zakopanem w sierpniu 1972. Z zasobów jej kolekcji w 1966 powstało Muzeum Kornela Makuszyńskiego w Zakopanem. Kornel Makuszyński jest patronem wielu szkół. Od 1994 przyznawana jest Nagroda Literacka im. Kornela Makuszyńskiego.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Wanda leży w naszej ziemi Kornel Makuszyński
Wanda leży w naszej ziemi
Kornel Makuszyński Marian Walentynowicz
Prekursorska polska forma komiksu z ubiegłego wieku. Treść znana bajka, legenda krakowska, przedstawiona trochę w innej formie. Współpraca Kornel Makuszyński – Marian Walentynowicz. Kolorowe obrazki, mieszczące się w równych prostokątnych kształtach. Oczywiście wtedy nie było jeszcze mowy o dialogach w dymkach. Treść wierszowana. Utrzymany w dalszym ciągu styl ,, Przygód Koziołka Matołka’’ , ,,Awantury i wybryki małej małpki Fiki Miki’’ czy ,, O wawelskim smoku’’. Tak jak ostatnia pozycja z wyżej wymienionych i tym razem, klasyka legendy krakowskiej. Jest to jego kontynuacja . Legenda głosi, że Księżniczka Wanda, znana ze swej niezłomności i lojalności wobec swojego ludu, nie chciała zawrzeć małżeństwa z obcym księciem niemieckim. Wiedziała, że małżeństwo z Niemcem mogłoby doprowadzić do utraty niezależności i narażenia jej poddanych na cierpienia. Chciała zapewnić Polsce dalszy rozwój i dobrobyt. Legenda o Wandzie, która nie chciała Niemca, stała się symbolem polskiej niezależności i patriotyzmu . ,,A gdy księżyc się odmienił , Znów wieść bieży po Krakowie , Że ze stron dalekich jedzie Zalotników całe mrowie’’. Polecam dla maluchów, raczej przedszkolnych. Ilustracje są za drobnych rozmiarów jak dla żłobkowych, żeby całość dotarła do nich. Poczytać im można, ale wiadomo ,że milusińskie lubią jednak obrazki i to takie większe. Poza tym tekst jest za trudny w tym wypadku dla nich.
Anka - awatar Anka
oceniła na 7 11 miesięcy temu
Śladami Stasia i Nel, Z Panem Biegankiem w Abisynii Marian Brandys
Śladami Stasia i Nel, Z Panem Biegankiem w Abisynii
Marian Brandys
Cóż za sympatyczna książka! Otrzymana z okazji ukończenia przedszkola jakieś pięć dekad temu, przeleżała na półce, by teraz stać się miłą niespodzianką. Sięgnęłam po nią bez specjalnego zapału gdyż od zawsze budziła moją nieufność ze względu na czas, w którym została napisana - lata 60-te, pełny PRL. A tu spotkało mnie prawdziwe zaskoczenie! Marian Brandys i jego afrykańska przygoda okazali się lekturą przyjemną, ciekawą, dowcipną i pouczającą. Jego reporterskie przygody w Egipcie, Sudanie i Abisynii, w których towarzyszyli mu: apodyktyczny handlowiec (a zarazem dawny, szkolny kolega) - Paweł oraz wiecznie marudzący, nieznośny i nietaktowny referent ambasady polskiej – komiczny pan Bieganek – to lektura, którą czyta się z uśmiechem na ustach, mimo, że pośród zabawnych i ciekawych perypetii autor poruszył tutaj też tematy bardziej bolesne i poważne jak na przykład angielskie bestialstwa w Sudanie w okresie kolonizacji. Co czyni książkę dla współczesnego czytelnika jeszcze ciekawszą to fakt, że podróż autora miała miejsce dawno temu, gdy realia życia w tamtych krajach wyglądały zupełnie inaczej niż obecnie. Sam sposób podróżowania oraz zwiedzania również – wspomnę tu choćby o rzeczy zupełnie dziś nie do pomyślenia - turysta mógł sobie pościągać ze ściany i poprzymierzać eksponaty w muzeum...:). Jedyną wadą książki jest fakt, że zamieszczone w niej zdjęcia są tragicznej jakości – niestety, w PRL, w latach 70-tych było to zupełnie normalne, co widać również w wydawanych wtedy książkach Arkadego Fidlera. Warto też zaznaczyć, że książka jest całkowicie pozbawiona socjalistycznego bełkotu, w owych czasach wszechobecnego. To po prostu naprawdę świetna lektura! Przewidziana w zasadzie dla młodzieży, według mnie będzie świetna dla czytelnika w każdym wieku – kto znajdzie w bibliotece lub antykwariacie, niech się nie waha:).
Katarzyna - awatar Katarzyna
oceniła na 7 5 miesięcy temu
Jankes na dworze króla Artura Mark Twain
Jankes na dworze króla Artura
Mark Twain
Yanes czy Jankes? Wyobraźmy sobie mieszankę lekkiego stylu i błyskotliwej gawędy Marka Twaina z „Podróżami Guliwera”, ale w czasie do czasów z Legend Arturiańskich. A to wszystko z bohaterem wyjętym wprost z kart Wielkiej Amerykańskiej Powieści (np. Steinbecka), który realizuje fantazje podróżników w czasie we wczesnośredniowiecznej Brytanii. Tak krótko można podsumować „Yankesa na dworze króla Artura”. Nasz tytułowy Yankes trafia po śmierci lub w jakiś inny niewytłumaczony sposób do Camelotu (jak w jakimś isekaiu). W swym pozytywistycznym (z naciskiem na scjentyzm) i modernistycznym światopoglądzie decyduje się ucywilizować VI wieczną Anglię. A pierwszym z kim się konfrontuje, to oczywiście Merlin, którego uważa za szarlatana. W ramach swojej drogi i technicznym zacietrzewieniu nasz yankes nie zna legendarium Arturiańskiego ani ówczesnej kultury. Wszystkie dziwne elementy stara się wykorzystać lub zmienić na XIX wieczną modłę. Np. choć sam uważa noszenie cylindrów za głupie, to zmusi rycerzy do ich noszenia, by się z nich naigrywać. Tę chęć zmiany można interpretować w bardzo różnych rejestrach. Z jednej strony można dojrzeć tu krytykę Brzemienia Białego Człowieka i patrzenia na kultury różnicująco ze względu na czas i na miejsce. Czasem jednak widać nieco serca i docenienie osiągnięć cywilizacyjnych. Mark Twain potrafi wchodzić też na poważniejsze tony i pokazać niszczycielską moc techniki. To nie współczesna powieść, gdzie śmierć jest wyjątkiem. Śmierć jest tu mrocznym ostrzeżeniem, którego pewnie nawet M. Twain nie jest świadomy. Gdy pisze o niszczycielskiej broni zabijającej dziesiątkami lub setkami myśli pewnie o ofiarach jako o Indianach bądź Afrykańskich ludach. Nie spodziewa się raczej, że ze swojej perspektywy 1889 roku, za dziesięć lat w czarnym tygodniu (wojna burska) kwiat angielskiego wojska spotka taki sam los, a za trzydzieści całe europejskie armie. M. Twain w swojej pomysłowości przedstawia naukę i technikę jako siłę, która zmienia powierzchowność, ale nie naturę ludzką. Tą ostatnią ubiera w średniowieczne szaty, które raz są przyjemnie zgodne z historią (odpowiedzialność władcy za zbawienie), a raz krzywdząco stereotypowe (wiara w płaską Ziemię i niemycie się). Jednak jak to bywa, by zmienić ludzi, nie wystarcza sama edukacja w myśl Platońskiej absolutnej moralności, w którą wierzyli wszelcy późniejsi oświeceni. A jak napisała Katarzyna II do Diderota: „Papier wszystko przyjmie, ale skóra jest wielce łaskotliwa”. Historycy tak samo wierzą, że natura ludzka jest stała, a tylko objawianie jej zmienia się w czasie i miejscu. M. Twain wykorzystuje ten pogląd, by pod płaszczykiem średniowiecza pokazać pewne prawidłowości swoich współczesnych, niczym z „Podróży Guliwera” Jonathana Swifta. Czy czynione dobro usprawiedliwia potem czynienie potem zła? Albo czy też uszczęśliwianie kogoś na siłę nie jest też najlepszym pomysłem? Burżuazja i arystokracja nie różnią się tak bardzo. W samej powieści zabawne i nie bez winy są obie strony – yankes równie mocno jak postacie z legend. Jednak M. Twain przedstawia mocno satyryczny humor, który operuje językiem, absurdem i różnymi subtelnościami. Słuchając jednym uchem lub czytając nieuważnie, ten delikatny humor może przejść nam koło nosa. Nie jest to w żadnym razie Terry Pratchett. Na szczęście błędy w synchronizacji audio pozwoliły przesłuchać mi pewne fragmenty jeszcze raz i docenić bardziej „Yankesa na dworze króla Artura”. Choć może nie jest to najlepsze dzieło spod ręki M. Twaina, to nadal jest porządną historią, która zręcznie nawiązuje do najróżniejszych legend i opowieści. Jego w sumie lekka forma sprawia, że słucha się go jak gawędy Bohumil Hrabala, pomimo niekiedy mroczniejszych momentów. Pozwala to płynąć słowom i nawet jeśli się słucha jednym uchem, to „Yankes na dworze króla Artura” wciąż może być przyjemną opowieścią.
Adam Słojewski - awatar Adam Słojewski
ocenił na 7 30 dni temu
I w sto koni nie dogoni Janina Porazińska
I w sto koni nie dogoni
Janina Porazińska
Powrót do lat szczenięcych bywa często niesamowitą wyprawą w magiczne, otulone płaszczem zapomnienia miejsca, gdzie mamy możliwość spotkania tych, których nasza pamięć już posiała gdzieś w odmętach losu. Nie zawsze chcemy wracać. Ale warto wspominać, warto o tym mówić sobie, dzieciom, znajomym, aby zachować te nieuchwytne, przepiękne chwile, aby podtrzymywać źródło, z którego wyszliśmy. To kim dzisiaj jesteśmy nie bierze się znikąd. Kiedyś to było normą, przekazywać kolejnym pokoleniom opowieści z przeszłości w różnej formie, czy prostych historyjek, przyśpiewek czy anegdotek rodzinnych. Dzisiaj to zanika. Pamiętam, jak będąc dzieckiem, podczas pobytu u rodziny, siadaliśmy (ja, moja siostra i nasze kuzynostwo) wokół fotela, kanapy, czy na ławeczce przed domem, na których rozgaszczały się ciotki, sąsiadki i babcie, z szeroko otwartymi oczami i rozdziawionymi buziami słuchaliśmy ich bajania, przekomarzania i czasem przerażających historyjek z dawnych lat. To były pasjonujące i mocno zapadające w głowie opowieści. Dlatego z dużą sympatią sięgnęłam po książeczkę pani Janiny Porazińskiej, której podtytuł "Gawęda o moim dzieciństwie" zawiera kwintesencję tego, co dostajemy w tym niewielkim zbiorku opatrzonym sympatycznymi czarno-białymi ilustracjami, choć dotyczy lat dużo bardziej odległych, niż te moje, jest równie wartościową pozycją poznawczą i sentymentalną podróżą w przeszłość. Polecam
kasiaman55 - awatar kasiaman55
ocenił na 7 6 miesięcy temu
Niezwykłe, choć prawdziwe, przygody kapitana Korkorana Alfred Assollant
Niezwykłe, choć prawdziwe, przygody kapitana Korkorana
Alfred Assollant
Niezwykłe przygody dzieciństwa Sięganie po książki z dzieciństwa jest bardzo ryzykowne. Czasami przywracają pamięć o latach minionych i niejedna łza tęsknoty za dzieciństwem skapnie na jej karty. Czasami jest to rozczarowanie i zadawanie sobie pytania "Co ja widziałe(a)m w tej książce.... "Niezwykłe choć prawdziwe przygody kapitana Korkorana" Alfreda Assollanta położył mi pod choinkę Mikołaj, może być święty. Doskonale wiedział, że jestem już po lekturze "W pustyni i W puszczy" Sienkiewicza i całkowicie wchłonęły mnie "Dzieci kapitana Granta" Vernego. Dostarczył mi mniej, a właściwie zupełnie nieznaną książkę, też z gatunku przygodowych w dalekich obcych krajach, bym tym razem poznała Indie. Oczywiście, ze przeczytałam z wypiekami na twarzy. Ach, być księżniczką Sitą, ach, rozkochać w sobie dzielnego kapitana, a przede wszystkim mieć Luizę! Ta ostatnia to tygrys bengalski, oswojony, rozumiejący ludzką mowę i posłuszny, przepraszam, posłuszna swemu panu. Gdybym miała takiego tygrysa, nikt by mnie nie podskoczył, a przede wszystkim Basieńka, koleżanka z klasy, z którą rywalizowałam we wszystkim co się dało. Książka przeniosła mnie do dalekich Indii, zatem musiała w atlasie świata zobaczyć, gdzie są, a w encyklopedii, stającej w domu na półce z książkami, sprawdzić co w ogóle jest.... Bo ongiś kochane dzieci, internetu nie było, ale na szczęście książek istniało mnóstwo... Oczywiście czekacie na wrażenia po latach... też byłam ich ciekawa, kiedy zabrałam się za czytanie. O, kochany czasie dzieciństwa.... Jakże niewiele było trzeba, żeby wywołać emocje i skierować umysł w stronę wiedzy... "Niezwykłe choć prawdziwe..." rzeczywiście są utworem dla dzieci, być może tylko dla dzieci z poprzedniej epoki. Utwór naiwny i prosty. Zło jest złem. Dobro dobrem. Nie ma nic pomiędzy nimi. Ten, który schodzi z drogi zła, od razu trafia na dobry szlak. Miłość jest miłością od pierwszego wejrzenia i nie ma żadnej seksualności. Wojna jest wojną i ludzie giną jak na wojnie. Złych ginie więcej. Czy książka ma coś wspólnego z prawdziwymi wydarzeniami? Ma. Tak samo jak nasza narodowa lektura "W pustyni i w puszczy". Możemy rozpocząć dyskusję. Wśród wielu opinii o przygodach Korkorana pojawiała się ostra krytyka. Zupełnie tego nie rozumiem. Książka jest dla dzieci. Niech więc dzieci się wypowiadają. Pytanie tylko - które? Te z lat minionych czy te współczesne?
gks - awatar gks
ocenił na 6 10 miesięcy temu
Kaktusy z Zielonej ulicy Wiktor Zawada
Kaktusy z Zielonej ulicy
Wiktor Zawada
„Kaktusy z Zielonej Ulicy” Wiktora Zawady to książka, którą odkryłem zupełnym przypadkiem gdzieś w gimnazjum. Pomijając lektury, czytałem już wtedy całkiem sporo. Chociaż rysował się mocno kierunek prowadzący w stronę fantastyki, to sięgałem też po inne rzeczy. I tym sposobem, przeglądając u dziadków szafkę z książkami mojej mamy i ciotek trafiłem na taki skarb. Powieść ta jest to świetna młodzieżowa przygodówka osadzona w trudnych realiach II wojny światowej. Autor dokonał niesamowitej sztuki, jaką jest pokazanie wojny z perspektywy dzieci przy zachowaniu daleko idącego autentyzmu życia społecznego i tragizmu okupacji. Wspominam lekturę naprawdę dobrze. Już wtedy interesowałem się historią i zdawałem sobie sprawę z tego, czym była wojna i jakie były jej konsekwencje, więc lektura była ciekawym doświadczeniem. Z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że fabuła weszła mi w głowę, a książkę czytałem kilkukrotnie. Sam fakt, że teraz po latach wciąż siedzi mi w głowie jest chyba dość znaczący. Wiktor Zawada, a właściwie Witold Welcz umieścił swoją opowieść w Zamościu, co na pewno też nie pozostało bez wpływu na mój odbiór, bo chociaż sam pochodzę z Tomaszowa Lubelskiego, to Zamość odwiedzałem wielokrotnie. No i na koniec mój dom rodzinny mieści się przy ulicy Zielonej. Innej, ale jednak. Nie wydaje mi się, żebym specjalnie utożsamiał się z bohaterami powieści, jednak gdzieś ta koincydencja była ciekawa. Tytułowe Kaktusy to grupa przyjaciół, których najlepszy czas dzieciństwa to zabawa w Indian. Wrzesień 1939 roku sprawia, że zamiast zabawy w wojnę muszą stawić czoła prawdziwym wydarzeniom. Obserwują jak zmienia się życie codzienne ich, rodziny i wszystkich wokół pod niemiecką okupacją. Dotychczasowe psikusy i zabawy ustępują pomysłom, jak rzeczywiście mogą zaszkodzić wrogom. Spotykają się z dramatami, takimi jak rozbicie rodziny oraz realnym niebezpieczeństwem. Dziecięce kłótnie odchodzą na bok z racji poczucia braterstwa oraz strachu, który odczuwają mimo okazywanej odwagi, a czasem nawet buty. Dzidek, Bysiek, Milka oraz Jędrek to główni bohaterowie książki, ale ważną rolę odgrywał także Jasiek Cielebąk, który nieco starszy od pozostałych dzieciaków, szybciej i bardziej świadomie wyrabiał sobie zdanie na temat sytuacji. Niesamowitą postacią jest Polcia, pomoc domowa rodziny Centów. Dziewczyna, która potrafiła zrugać Niemca, tak że wziął nogi za pas. Oj, pamiętna scena. No właśnie, są też Niemcy. Zarówno osiedlani na Zamojszczyźnie zwykli ludzie z III Rzeszy, jak i żołnierze. W tym ostatnim gronie znajduje się Herr Pacurek, niepożądany lokator w domu Dzidka, główny wróg Kaktusów. Na konflikcie z nim skupia się lwia część akcji książki. Postacie nie są przerysowane, nie mają cudownych zdolności ani nadmiernego szczęścia. To zwyczajne dzieciaki i ich rodziny oraz znajomi, którzy po ludzku muszą zmierzyć się z potężnymi przeciwnościami losu. I to chyba właśnie ta autentyczność sprawia, że wciąż mam mocne wspomnienia związane z tą książki i co jakiś czas wracają one do mnie i rozpamiętuję sobie tę historię. Styl autora jest bardzo specyficzny, łączący lekkość lektury dla młodzieży z powagą wojennej tematyki. To rzadka sztuka i umiejętność, by tak połączyć te kwestie bez uszczerbku dla którejkolwiek. Świadczę własnym doświadczeniem, bo to dość znaczące, że mimo upływu bodaj 20 lat tak dobrze pamiętam tę książkę i czuję echo emocji, jakie zostały w niej zawarte. To jest moc literatury. Taką literaturę powinna czytać młodzież. Chociaż rozumiem zmiany pokoleniowe oraz zmianę trendów, to „Kaktusy z Zielonej Ulicy” powinny być szerzej znane i promowane. To nie tylko książka przesiąknięta niezwykłym klimatem przyjaźni i zagrożenia. Jest tu wspaniały, nieprzesadny patriotyzm oraz wiele mądrych postaw i zachowań. Co ciekawe, mimo że powieść ukazała się pod koniec lat 60., to nie pamiętam, żeby wciśnięto tam propagandę komunistyczną. Jeśli jest, to wtedy jako dzieciak jej nie dostrzegłem. Z całego serca polecam tę książkę zarówno młodym, jak i starszym czytelnikom. Wszystkie powody wymieniłem wyżej, więc nie będę się powtarzał. Wspomnę tylko, że jest to pierwszy tom trylogii i co dziwniejsze mimo mojego zachwytu nad tym tomem, nigdy nie miałem okazji przeczytać kolejnych. W szkolnej bibliotece ich nie było, w publicznej chyba nie pytałem, a kupić tego nie szło, bo internetowy rynek handlu wtórnego książkami nie był tak rozwinięty jak dziś. Plan uzupełnienia kolekcji będzie dopiero zrealizowany. Wtedy pewnie wrócę z pełną recenzją i okaże się czy z perspektywy starszego, obciążonego większą wiedzą człowieka też będzie tak świetnie. Tekst opublikowany pierwotnie na stronie: https://www.facebook.com/SoFiK.DamianPodoba
SoFiK - awatar SoFiK
ocenił na 7 4 miesiące temu
Trójkolorowa kokarda Jadwiga Chamiec
Trójkolorowa kokarda
Jadwiga Chamiec
W streszczeniu zdanie „fabułę uatrakcyjnia motyw porwania dziecka” wypadło dziwnie. Przeczytałam raz pierwszy w podstawówce. Janek wędruje z listem do Lajosa (czyli Ludwika) Csokoi, właściciela ziemskiego i filantropa. Po dotarciu do jakiegoś miasteczka Janek poznaje wędrowne trio: skrzypka Johanna, będącego w jego wieku, młodszą śpiewaczkę Laurę i jej małpkę Perditę (co po włosku znaczy Utracona). Zachłanny drab Allopeo zgarnia zyski za ich występy. Podniecony powodzeniem przebiera małpkę za honweda (węgierskiego wojaka) i każe jej maszerować bębniąc. Widownia wygląda na zawiedzioną, jak z spod ziemi wyrasta prawdziwy honwed i odpowiednio ruga draba. Janek nie znał węgierskiego, lecz domyślił się z łatwością o co chodzi. Po występie spróbował zagadnąć Laurę, znał tylko niemiecki. – Kim jesteś? – zapytała. – Przyjacielem. – Przecież ja ciebie nie znam. – Czy przyjaciół koniecznie trzeba znać? Ja też mam takich, których prawie nie znam. Przez ścianę pokoju w zajeździe Janek słyszy, jak drab wrzeszczy na swe trio. Po jego wyjściu Janek wchodzi tam przez okno i namawia do wspólnej ucieczki. Drab już niemal ich doścignął, gdy zjawia się Csokoi w towarzystwie dwu honwedów wyższych stopniem. Ponieważ często wyrzucam innym nieumiejętność cytowania, zaznaczam, że skracam, lecz sens zachowuję: - Porwano moją córeczkę – zaczyna drab – jestem Aleksandro Allopeo, a ty jesteś moją córeczką, prawda? Laura potwierdza, lecz oczami mówi co innego. - Prze panów, on kłamie, wcale nie jest jej ojcem – zawołał Johann – To oszust, przywłaszczył mojego Stradivariusa. - A ty mały, skąd miałbyś Stradivariusa? Stradivariusy są rzadkie, dla odróżnienia od innych noszą własne imiona, gdy mowa o takim instrumencie należy spytać o jego miano. Skrzypce, na których rzępolił Holmes, też podobno były Stradivariusem, co prawda Watsonowi, nie znającemu się na instrumentach muzycznych, łatwo było to wmówić, a może to licentia poetica. Tu zapewne też. - Odziedziczyłem po ojcu, sławnym muzyku. - Poważnie? A maestro cóż na to? - A tak, ów muzyk powierzył bezcenny instrument mej opiece. - Acha... a ma jakieś zaświadczenie tożsamości? - Gdzieś miałem, musiałbym poszukać. - Przypominam, że toczymy wojnę, radziłbym się pospieszyć. Drab gorączkowo przetrząsa kieszenie. - Proszę. - Tak myślałem. Paszport wystawiony został na jakiegoś Alfreda Peltza. Maestro zechce to wyjaśnić? - Allopeo to mój pseudonim artystyczny. - Zatem, jak sam przyznaje, nie jest Włochem. Nadal będzie obstawać, że jest ojcem tej małej? - Ja ... ten tego... - Starczy tego gadania. Maestro pozwoli z nami. - Panie władzo, ja przecież... - Na komendzie się będzie tłumaczył. Drab zostaje zamknięty za konszachty z wrogiem, raczej marnym był szpiegiem, skoro przyciągał uwagę. Następnie Janek spotyka Margo, zwaną Królową Amazonek ...
Piratka - awatar Piratka
oceniła na 7 4 lata temu

Cytaty z książki Wielka Brama

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Wielka Brama