Nie należy się rozczulać i kminić nie wiadomo co w temacie wyboru kolejnego ,,mango-dzieła”, czyli tworu wprost z ,,Made In Japan” oceanu rozrywki. Bo powiem w tej kwestii dość krótko: treści mamy w popkulturze ogólnie tyle, że… trzeba we współczesnych czasach być mocno zdecydowanym i zawsze gotowym na to ,,co, w jakiej formie, dlaczego” chce się doświadczać: czytać, oglądać, słuchać, danego tytułu. Gusta musimy mieć zarówno wąskie jak i szerokie. No bo trzeba być otwartym na to, co dzieje się obszarze poza naszymi głównymi zainteresowaniami, będąc przy okazji skupionym na swojej dziedzinie pasji w tym względzie… Pasji, której nigdy niepotrzebnie powinno odsuwać się na bok i brać ,,każdą kolejną książkę czy film do doświadczenia”, jak leci, no bo ,,sąsiad z góry czyta taką fajną książkę co dodają za 10zł do Wyborczej”.
Sprecyzowanie swoich popkulturowych wyborów jest potrzebne, tym bardziej zawężając swoje hobby do kręgu japońskiej popkultury, a jeszcze bardziej i bardziej zaciskając takowe kleszcze: do sfery japońskiego komiksu, słynnej ,,biało-czarnej, od prawa do lewa” opowiadanej mangi. I nie da się nie zachłysnąć, nie polubić aż do zatracenia tego rodzaju formą komiksu właśnie, i to z Kraju Kwitnącej Wiśni, bo ,,jak już raz zasmakujesz tego specyfiku to od takiej uczty, takiego stołu… nie odejdziesz”. Sama manga stanowi więc potwierdzenie odrębności i szeroko rozumianej wyjątkowości w popkulturze: czyli całej swojej specyfiki, którą stanowi, a jest ona w mandze wyrażana w każdej warstwie: od scenariusza, przeznaczenia mang, ot widowni, przez specyfikę rysunku, aż po oryginalne CV postaci, budowę Światów, czy samych autorów, tzw. mangaków. I sądzę, że samo to medium, rozwinęło się przede wszystkim dzięki nastaniu czasów idealnych ,,wolnemu słowu”, idei wyrażania własnych myśli, pragnień, celów etc. poprzez różnego rodzaju ,,ekspresje twórcze”, np. jak te, które tak dobrze znamy w popkulturze, bo przecież kultura masowa jest nimi przepełniona – to nie tylko sama rozrywka, ale jak widać, coś więcej!
Tylko dzięki doświadczeniu np. mangi można zrozumieć, że w taki a nie inny sposób nasza ,,masówka” potrafi być dla odbiorcy obfita w różnorodność (ilość, jakość, styl, rodzaj medium) oraz element łamania schematów, oryginalności. A co za tym idzie: poprzez różnorodność i odgałęzianie się w ewolucji tworów/gatunków ,,masówki” całego tygla różności popkultury, w ogóle nasze cywilizacyjne popkulturowe dziedzictwo jest w stanie ewoluować, rozwijać swój ekspresyjny cykl życia. I dzięki temu dostajemy bogate przestrzenie do obejrzenia, przeczytać, posłuchania, po prostu zasmakowania najgłębiej swymi popkulturowymi zmysłami tak jak się da. A samo doświadczenie i nasze gusta stają się obszerniejsze, sprawiające wrażenia bardziej przystępnych na nowości i coś innego, odrębnego od naszego jądra zainteresowań. Takie są właśnie mangi – są one elementem na miliony procent poświadczającym o zdolności popkultury do adaptowania się i ewolucji ku lepszemu: rozmiar, zakres i ilość, temat i jakość, czyli wszystko dla każdego i w każdej formie. I tak, rozważania mango-popkulturowe, plus ta konkretyzacja tego, co, jak i dlaczego chce się czytać w swojej ,,mangowej” powinności, zaprowadziły mnie wprost w ,,sidła” pierwszego tomu komiksu z serii City Hunter, autorstwa Tsukasy Hojo, do którego prawie że bezpośrednio doprowadził mnie serial animowany z tego Uniwersum, powstały na kanwie tejże mangi.
Pilot mangi Pana Hojo, to taka niebagatelna oryginalność twórcza. Wszystkie elementy całego tomu, a jest to jakaś horrendalnie opasła jak na standardy mang w twardej okładce w polskich wydaniach przystało ,,mango-biblia”, które składają się na budowę typowego japońskiego komiksu, świadczą o mistrzowskim podejściu do przelania wizji danego Uniwersum, które chce się przelać na karty dwuwymiarowo kreślonej, ale efektywnej jak w 3D, historii. Tak - inaczej nie da się tego określić. Nie ma to tamto: opisać się kultowości tej mangi nie da, ot tak prosto. A dlaczego ,,kultowości”… Przede wszystkim, po raz pierwszy w przypadku mojej znajomości i obcowania fanowskiego z mangą, no i wyszło mi to na ultra ważny plus, spotykam się z tak szczegółowo oddanym tytułem mangi w gatunku akcji, komedii, sensacji z elementami kryminału i motywami podobnymi do ,,kina pościgowego”, co miało miejsce w ,,CH" właśnie. I co istotne w przypadku ,,City Huntera” zacząłem nie od mangi, a od anime: za mną około 15 odcinków, a została prawie większość do oglądnięcia, co podsumuję to krótko, to czego tu doświadczyłem: zaskakuje mnie w serialu tym wszystko, nawet swoboda prowadzenia akcji z elementami kreacji komedyjko-omyłkowej głównego bohatera, będącego takim typowym ,,luźnym gliną lubiącym podrywać panienki, ale twardo i tak stąpającym po ziemi” – coś a’la gliniarze z ,,Miami Vice” z lat 80-tych. Bije tu mega dobry vibe: raz jest prze-wesoło, raz niezręcznie dziwnie, raz dramatycznie z miksem komedii sytuacyjnej i gagów oraz dobrą akcją w tle.
Nie rozumiem jednego: 600 stron mangi zleciało... łej, jak.z bicza strzelił. Idento jak w odpowiedniku anime: naturalny fabularny pęd, który opowiada się sam - sam narzuca sobie odpowiedni bieg opowieści. I tak, żyćko jak żyćko... toczy się dalej. A u mnie na ruszt czytania, jak widzicie... wpadło - trochę z zaskoczenia, trochę z wyboru - niezwykle powabne, ekspresyjne, dziwnie egzaltowane w kreacji humoru, specyficzne mango-rozdanie City Huntera. A nasi bohaterowie? W tym Uniwersum jest dość bogato i żwawo w tym elemencie: bo ci co ,,co się czubią, to się lubią", czyli para głównego MC, detektywa Ryou, czyli City Huntera oraz Kaori, jego partnerki... to miód na wszystko co nas tutaj irytuje. Oni dodają energii tej mandze - przykuwają uwagę w sprawach trudnych, zawiłych śledztw, no i potrafią nieźle odstresować, zwłaszcza robią to z gracją momenty, gdy ukrywająca swoją zazdrość Kaori daje detektywowi ,,City-Hunterowi” swego rodzaju kuksańca-złośkiwca, i na dodatek, co jest urocze, tego rodzaju akcent w akcji rozdziału/mangi zdaje się mocno pomagać w ogóle ruszyć daną trudną sprawę czy śledztwo na przód.
Co ciekawe, na samą myśl o tym przepełnionym akcją z nutką lekkiej melancholii i flirtu lat 80-tych XX wieku, tytułu anime, akcyjniakowością pełną gębą, to moja gawiedzi... aż dostać można geekowskich spazmów. Po pilocie mangi w tym Świecie, śmiem szczerze i z serducha fana twierdzić, że szykuje się nam tu seria dość wyjątkowa, nawet dużo bardziej niż przykuwająca uwagę fana dobrego komiksu z elementami akcji i specyficznego vibe’u humoru na dokładkę. Nie wiem dokładnie jak dużo odcinków zawiera w sobie ów tom, ale mamy w nim na tyle dużo intryg i troszku z emocji i dramatu (zależy to od rodzaju przypadku, z którym nasza para i przyjaźni jej detektywi pracują), że aż trudno było się spodziewać po nim takiej postaci mega mięsistej akcji! W tego rodzaju komiksie lubię określać coś następującego: ,,siada mi tu na gusta wszystko!”. Teoretycznie numer 1 mangi z serii CH... to taka petarda jakich mało - coś, co jest odpowiednikiem ,,Drużyny A” i wspomnianych wyżej zawadiaków z ,,Miami Vice”, z dokładką Chucka Norrisa, który widoczny jest w niezwykłych umiejętnościach Ryou.
No, właśnie, będąc na dopiero (i aż!) nastym z kolei odcinku ,,City Huntera” w anime, już korci mnie myśl o cofnięciu wszystkiego do ,,białej karty” i rozpoczęcia oglądania serialu od nowa, aby zrównać się z odpowiednimi rozdziałami mangi tomów 1, 2 i kolejnych. Na pewno nie jest to szalony pomysł, skoro Hojo odwalił (a to ledwo ,,pilocik!” cyklu!) niniejszym ekspresyjnie realną, kuszącą do zanurzenia się głębiej w tą rzeczywistość… robotę! Wszystkie te Netflixy, Disneye i PrimeVideo, czy cała reszta platform streamingowych, już teraz może pomyśleć o realnym wyprodukowaniu kilku sezonów ,,City Huntera”, najlepiej z obsadą topowych aktorów z świata małego i wielkiego ekranu. Mamy tu na tyle materiału źródłowego, że sama genialnie kreowana, jakby ze szwajcarską precyzją podkręconą do 110%-owej perfekcji, wersja komiksowa przygód nietuzinkowo stąpającego po świecie Ryou i jego bliskich mu ziomków z ,,ekipy śledczej” City Huntera, dałaby taki produkt końcowy, który określany byłby być może topowym z ostatnich lat. No tak, to generalnie dość zastanawiająca seria mang. Bo co by było, gdyby Świat funkcjonował tak, jak widziany z perspektywy Ryou? Trudno odpowiedzieć sobie na to pytanie, oj trudno. Bo City Hunter to w ostatecznej ostateczności odpowiednio skomplikowany przypadek skomplikowanego Uniwersum, jednego z najlepszych w historii swojego kryminalno-akcji-sensacyjno-dramatyczno-komediowego, mieszanego, gatunku, produktu w konwencji anime! I to w dodatku ,,skomplikowany przez duże s", bo niektórzy fani, już po lekturze omawianego tomu i być może obejrzanych kilku czy kilkunastu odcinkach anime, będą wprost uwielbiali mangowego ,,CH” za wyjątkowe kreację i relację tej dwójki duetu Ryou i Kaori, którzy może i nie grają pierwszych skrzypiec w tych 600 stronach ciągle, ale są w stanie podtrzymywać ogólny styl narracji i różnorodność emocjonalności. Na pewno znajdą się i tacy, którzy ,,polofciają” bez reszty ten Świat… za jego mangową całość, gdzie w owych setkach stron, z odpowiednią dozą kreowanego napięcia dostosowanego do rodzaju gatunku/nurtu tytułu, wyzwalana zostanie unikatowa moc akcyjniakowości i filuterności, którą dają nam scalone z ciekawą postacią głównej opowieści nasi herosi akcji i policyjnej brawury.
I tak, padło: ... padło właśnie na określenie tomu 1 jako idealnego mango-tworu na początek, przede wszystkim: ....dla entuzjasty gatunku akcyjniakowego z różnymi podgatunkami w tle. Przebudziła się tu moc, i to w takiej skali, że chyba zostanę na dłużej w komiksie (a nie samej mandze!) z tym wytwornym nurtem. Nie spodziewałem się, że sam Ryou będzie kimś więcej niż awanturniczym lowelasem. Tak właściwie to, nie spodziewałem się tu takiego flirtu z czytelnikiem.
Opinia
Yuta to nieśmiertelny, któremu udało się przeżyć po zjedzeniu syreniego mięsa. Tuła się po świecie już od 500 lat i szuka sposobu, aby odzyskać swoją śmiertelność. Jego samotną wędrówkę przerywają pewne wydarzenia, dzięki którym zyskuje kompankę w podróży, czyli dziewczynę imieniem Mana.
Każdy tom składa się z kilku epizodów, w których poznajemy historię Yuty, jak i śledzimy jego bieżące losy. Wszystkie historie łączy wątek syren oraz motyw nieśmiertelności.
Rumiko Takahashi jak zwykle tworzy wyjątkowy klimat, a sposób w jaki prowadzi fabułę sprawia, że całość czyta się niezwykle płynnie i lekko.
W mandze mamy kreskę typową dla autorki, klasyczną, ale przy tym dynamiczną w scenach akcji i walki.
Historie opisane w tych tomach utrzymane są w klimatach grozy i tajemnicy. Polecam wszystkim, którzy lubią mangi w mroczniejszym klimacie.
Yuta to nieśmiertelny, któremu udało się przeżyć po zjedzeniu syreniego mięsa. Tuła się po świecie już od 500 lat i szuka sposobu, aby odzyskać swoją śmiertelność. Jego samotną wędrówkę przerywają pewne wydarzenia, dzięki którym zyskuje kompankę w podróży, czyli dziewczynę imieniem Mana.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKażdy tom składa się z kilku epizodów, w których poznajemy historię Yuty, jak i...