Syn człowieczy

Okładka książki Syn człowieczy
Augusto Roa Bastos Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie Seria: Proza Iberoamerykańska literatura piękna
289 str. 4 godz. 49 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Proza Iberoamerykańska
Tytuł oryginału:
Hijo de hombre
Data wydania:
1977-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1977-01-01
Liczba stron:
289
Czas czytania
4 godz. 49 min.
Język:
polski
Tłumacz:
Zygmunt Wolski
Średnia ocen

                6,7 6,7 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Syn człowieczy w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Syn człowieczy

Średnia ocen
6,7 / 10
19 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
337
337

Na półkach:

Paragwaj to zdecydowanie jedno z państwo Ameryki Południowej o najciekawszej historii. Pozbawione dostępu do morza, wciśnięte między większych sąsiadów, zawsze miało dwie tendencje - do samoizolacji oraz tyrańskich rządów. A wszystko zaczęło się przed wiekami, gdy hiszpańska Korona nie wiedziała za bardzo, jak skolonizować położone w głębi kontynentu i zamieszkałe przez wojowniczych autochtonów z ludu Guarani ziemie. Właśnie wtedy do misji na tym obszarze zgłosili się jezuici, tworząc niejako państwo w państwie lub, jak kto woli, kolonię w kolonii. Efektem ich poczynań była silna odrębność plemion zamieszkujących w dorzeczu rzeki Paragwaj, która utrzymywała się nawet po wypędzeniu Towarzystwa Jezusowego z Hiszpanii i jej kolonii w 1767 roku. Hiszpania nie na długo jednak nacieszyła się odzyskanymi od jezuitów wpływami, gdyż pół wieku później cały kontynent wybił się na niepodległość, a pierwszym krajem, który oficjalnie to ogłosił, był właśnie Paragwaj.

Paragwajski pisarz, Augusto Roa Bastos, w swojej powieści „Syn człowieczy” tworzy coś, co można nazwać literacką interpretacją dziejów własnego narodu. Książka jest zestawieniem kolejnych scen, które służą autorowi do nakreślenia cech charakterystycznych Paragwajczyków jako wspólnoty. Bastos tworzy obrazy literackie o silnie dokumentalnym i reportażowym charakterze, co ma ułatwić czytelnikowi zrozumienie tego narodu pełnego sprzeczności. Jego styl jest przez to mocno stonowany, mniej skupiony na introspekcji bohaterów, na ich przeżyciach wewnętrznych, a bardziej nacechowany troską o uchwycenie każdego detalu opisywanych wydarzeń. Całość ma na celu oddanie tego, co zdaniem paragwajskiego pisarza stanowi kwintesencję dziejowego rozwoju kraju i jego mieszkańców. Narratorem w powieści jest Miguel Vera, który relacjonuje czytelnikowi kolejne epizody z własnego życia, rozpoczynając od okresu dzieciństwa, a kończąc tuż po zakończeniu paragwajsko-boliwijskiej wojny o Chaco. Bardzo często jednak pisarz wkracza w narracyjny tok opowieści Very, ukazując i opisując wydarzenia, w których ten ostatni naocznie nie uczestniczył. Tym samym narracja powieści posiada niejednorodny, mieszany charakter.

Pierwsze rozdziały książki to oddanie dualizmu kulturowego Paragwaju, którego ukształtowanie było wynikiem przenikania się wpływów jezuickich oraz tradycji ludów Guarani. Efektem tego jest głęboki synkretyzm religijny, którego wyrazem w powieści jest figura Chrystusa na czarnym krzyżu. Historię jej powstania przedstawia stary Macario. Postać ta posłużyła pisarzowi jako spoiwo łączące odległą przeszłość kraju z jego teraźniejszością (oczywiście w momencie pisania powieści). Jest tu bowiem zawarte odwołanie do postaci pierwszego dyktatora (Karai Guasu w języku guarani) Paragwaju, José Gaspar Rodríguez de Francia, którego długotrwałe rządy odcisnęły zdawałoby się niezbywalne piętno na Paragwajczykach. Panowanie Francii charakteryzowało się bowiem tyranią i przemocą przy jednoczesnym całkowitym zamknięciu kraju na świat zewnętrzny. Zresztą Francia jest głównym bohaterem innej powieści Bastosa, „Ja, najwyższy” (następna pozycja do przeczytania). Ale wracając do figury Chrystusa, cała opowieść o jej powstaniu i narastającym kulcie jest w gruncie rzeczy zakamuflowanym pod tą postacią przez pisarza procesem formowania się narodu, w którym napływowe chrześcijaństwo ciągle mieszało się z autochtonicznymi kultami. Dokładnie takim kultem cieszy się rzeźba, która wyszła spod rąk trędowatego twórcy instrumentów ludowych Gaspara Mory - oficjalnie nieuznawana przez kościół, ale tolerowana, gdyż czczona gorliwie przez prosty lud. Dlatego też jej kaplicą nie jest kościół w miasteczku Itape, ale pobliskie wzgórze, gdzie nad krzyżem uformowano zadaszenie „na kształt indiańskiego szałasu”. Ten głęboko przemyślany i pięknie ułożony wątek wydaj się być refleksją pisarza nad skomplikowanymi korzeniami własnego narodu. Tutaj też ukryty jest sens tytułu powieści.

Bastos nie boi się dotykać w powieści tematów trudnych, a więc nieraz niełatwych stosunków społecznych w kraju, w którym tyrania i przemoc była na porządku dziennym od zarania istnienia niepodległego państwa. Osoba dyktatora Franci to najsławniejszy przykład caudillo z dziejów Paragwaju, ale pisarz pokazuje, że kraju tym zawsze była cała rzesza pomniejszych „szefów”, którzy wykorzystywali swoją siłę do zdominowania współobywateli. Jako sztandarowy przykład takich pomniejszych caudillo pisarz ukazuje w powieści plantacje yerba mate, popularnego w całej Ameryce Południowej ziela, które z czasem przekroczyło granice kontynentu i stało się dochodowych źródłem zarobku dla Paragwaju. Jednak sposób zbierania tej cudownej rośliny pokazuje całą patologię ówczesnych stosunków społecznych w kraju, w którym odizolowane od świata plantacje gdzieś pośrodku dżungli stawały się wręcz obozami pracy przymusowej, gdzie poza prawem silniejszego nie funkcjonowały żadne inne zasady. Powieściowe losy Casiano i Nati są zapisem dramatów, które zapewne w rzeczywistości należałoby mnożyć przez setki, jeśli nie tysiące przypadków.

To rozminięcie się interesów władzy i prostego ludu bardzo często prowadziło do zbrojnych buntów i - mniej lub bardziej udanych - rewolucji. I ten wątek porusza w swojej powieści pisarz, ukazując fikcyjny zryw przeciwko rządowi, który finalnie został stłumiony za pomocą wypełnionej materiałami wybuchowymi lokomotywy. Ten oryginalny zamysł pisarza służy w zasadzie do ukazania pewnego paradoksu w naturze Paragwajczyków - zdominowani i ciemiężeni przez dyktatorską władzę kolejnych caudillo, balansowali oni od postawy zaciekłego buntu do wiernopoddańczej uległości i gotowości do najwyższych ofiar dla własnego państwa. Najlepszym tego dowodem jest wojna z lat 1864-70, w której bez mała wyginęła cała męska populacja tego kraju w imię szaleńczych ambicji kolejnego dyktatora Francisco Solano Lopeza.

Na kartach powieści przewija się wielu bohaterów, ale zasadniczo „Syn człowieczy” oparty jest na fundamentalnej sprzeczności dwóch wybijających się postaci. Pierwszym jest wspomniany już narrator, Miguel Vera, który jest uosobieniem niezdecydowania i chwiejności przekonań. Ten młody człowiek wybiera popularną w kraju karierę wojskowego, ale jednocześnie ma żywe przekonania wolnościowe i awersją na niesprawiedliwość. Cóż z tego, skoro brakuje mu zawziętości i zdecydowania. Nie nadaje się zatem do wielkich czynów nawet wtedy, gdy los sam go do nich wyznacza. Zawsze przez to zawodzi, popadając w coraz większa izolację od otoczenia. Jego przeciwieństwem jest natomiast Cristobal Jara, syn zbiegłych z plantacji yerba mate wyrobników, odznaczający się twardością charakteru i niesamowitą, graniczącą wręcz z szaleństwem odwagą. Gotów jest do wszelkich poświęceń dla sprawy, którą uważa za słuszną. Brakuje mu jednak głębszej refleksji. To zdecydowanie bohater typu macho, który najpierw działa, a potem myśli, gardząc przy tym wszelką słabością. W powieści Bastos w bardzo ciekawy sposób przeplata losy tych dwóch postaci, dając tym samym wyraz sprzecznością, które mogą charakteryzować Paragwajczyków - nieziemskiej odwagi i zawziętości połączonej z chwiejnością i brakiem szerszego rozeznania.

Wreszcie na koniec warto wspomnieć o szczególnie znaczącym wątku powieści, a mianowicie niezwykle realistycznie i przejmująco oddanych realiach wojny o Chaco, zapomnianego konfliktu, który rozegrał się między Boliwią i Paragwajem w latach 1932-1935 o rzekomo roponośne tereny Gran Chaco. Jak się później okazało, ropy tam nie było, a zawzięta walka o ogromne połacie nieurodzajnej ziemi pochłonęła dziesiątki tysięcy ofiar po obu stronach konfliktu, ostatecznie zakończonego zwycięstwem Paragwaju. W swojej powieści Bastos tworzy chirurgicznie precyzyjny opisy walk o fort Boqueron, który odsłania całą makabrę nowoczesnej wojny. Robi to zapewne na podstawie osobistych doświadczeń, gdyż sam brał udział w działaniach wojennych po stronie Paragwaju. Tam też w totalnie zaskakujący sposób dopełnią się losy dwójki wspomnianych wcześniej bohaterów. Pod Boqueronem znajdziemy też potwierdzenie szaleńczego oddania Paragwajczyków dla własnej ojczyzny, mimo wszystkich jej wad i niedociągnięć. Najlepszym tego przykładem jest bowiem postawa byłych więźniów politycznych i buntowników, którzy w momencie wybuchu wojny trafili do paragwajskiego wojska i z ogromnym poświęceniem podjęli walkę z wrogiem. Wydaje się, że właśnie opisy epizodów z walk o Gran Chaco najmocniej zapadają w pamięci czytelnika, choć w mojej ocenie cała powieść napisana jest naprawdę bardzo dobrze. Szczególnie do gustu przypadła mi prostota narracji i jej dokumentalny charakter, pozwalający czytelnikowi na poznanie realiów życia Paragwajczyków i prześledzenie kluczowych dla rozwoju tego kraju wydarzeń i procesów.

Paragwaj to zdecydowanie jedno z państwo Ameryki Południowej o najciekawszej historii. Pozbawione dostępu do morza, wciśnięte między większych sąsiadów, zawsze miało dwie tendencje - do samoizolacji oraz tyrańskich rządów. A wszystko zaczęło się przed wiekami, gdy hiszpańska Korona nie wiedziała za bardzo, jak skolonizować położone w głębi kontynentu i zamieszkałe przez...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

54 użytkowników ma tytuł Syn człowieczy na półkach głównych
  • 32
  • 22
24 użytkowników ma tytuł Syn człowieczy na półkach dodatkowych
  • 13
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Augusto Roa Bastos
Augusto Roa Bastos
Paragwajski powieściopisarz i poeta. Od 1947 na emigracji w Argentynie, po 1976 we Francji. Laureat Nagrody Cervantesa za rok 1989. Za najwybitniejsze dzieło Bastosa uchodzi "Ja, Najwyższy", monumentalna powieść, której bohaterem jest pierwszy paragwajski dyktator José Gaspar Rodríguez de Francia. W Polsce wydano następujące utwory Paragwajczyka: Syn człowieczy (Hijo de hombre 1960) Ja, Najwyższy (Yo, el Supremo 1974) Kurupi i inne opowiadania (polski wybór)
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Dziękuję za ogień Mario Benedetti
Dziękuję za ogień
Mario Benedetti
Tym razem w serii Prozy Iberoamerykańskiej przyszedł czas na Urugwaj. „Dziękuję za ogień” to powieść tamtejszego pisarza, Mario Benedettiego (generacja 45), w której przenosimy się do lat 60. XX wieku. Powieść - wyjąwszy kilka rozdziałów - jest w zasadzie introspekcją głównego bohatera, Ramona Budino, w której musi on zmierzyć się ze swoim nie do końca szczęśliwym życiem. Choć należy do wyższej warstwy średniej, ma żonę i syna, a zawodowo prowadzi dobrze prosperujące biuro podróży, nie odczuwa życiowej satysfakcji. Ciążą mu bowiem relację z jego ojcem, kiedyś kochanym Tatą, a teraz po prostu Starym. Urugwajski pisarz tworzy zatem sytuację wewnętrznego rozdarcia bohatera, na którym to tle odmalowuje ówcześnie aktualną sytuację społeczną w swoim kraju. A więc osią przewodnią powieści jest konflikt na linii syn-ojciec. Edmund Budino, senior rodu, to człowiek obdarzony niezwykłą charyzmą oraz siłą woli, co wykorzystuje do podporządkowania sobie otoczenia. To typ bezwzględnej persony, która tylko dzięki własnym zdolnościom doszła do ogromnego znaczenia w niewielkim Urugwaju. Inna sprawa, że nie zrobił tego do końca uczciwie. Wręcz przeciwnie - cała jego kariera była sztuką lawirowania i naginania prawa. Stary doskonale zna się na ludziach, potrafi czytać ich słabości, aby je następnie wykorzystać do własnych celów. Nie jest mu obcy szantaż, przekupstwo, groźby, a może i nawet stosowanie przemocy. Mamy zatem do czynienia z postacią cyniczną i pozbawioną wszelkich skrupułów. Ale ten obraz własnego ojca Ramon odkrywa z czasem, gdyż jego pierwsze wspomnienia związane z Tatą są bardzo pozytywne. Dopiero pewien incydent między ojcem a matką bohatera otwiera mu oczy. Właśnie wtedy Tata staje się Starym, a w Ramonie zaczyna kiełkować nienawiść do rodzica. Silna osobowość ojca żywo kontrastuje z bezbarwnymi postaciami jego dwóch synów. Hugon, młodszy brat Ramona, to kompletne rozczarowanie dla Edmunda, z którym nie wiąże on żadnych nadziei. Ma je w stosunku do starszego syna, gdyż dostrzega w nim inteligencję, ale jednocześnie widzi też kompletny brak charakteru i zdecydowania. Stary rozgrywa syna, który dzięki jego pieniądzom założył własny biznes i prowadzi dostatnie życie. Również główny bohater jest świadomy tego wewnętrznego konfliktu: z jednej strony, pogłębiającej się niechęci do ojca, a z drugiej - świadomości, że całe jego ustabilizowane życie zawdzięcza wypracowanej przez Starego renomie nazwiska Budino. To paląca zadra, która nie daje wewnętrznego spokoju i zatruwa mu życie. Jednocześnie komfort dostatniej egzystencji powstrzymuje go przed „rozpoczęciem wszystkiego od nowa”. Oto coś na kształt współczesnej odsłony kompleksu Edypa. Pod postacią rodziny Budino pisarz przedstawia świat urugwajskiej klasy średniej i wyższej (używając ówczesnej terminologii - burżuazji). Ukazując ich dostatnie życie pod względem materialnym, jednocześnie odsłania pustkę ich życia wewnętrznego. Kompleksy, zawiedzione nadzieje, brak prawdziwych celów życiowych itp. - te elementy możemy wyczytać z prozy Benedettiego. Ramon jest tutaj sztandarowym przykładem zagubionego dojrzałego mężczyzny, nie potrafiącego odnaleźć szczęścia w życiu zawodowym oraz małżeńskim i szukającego pocieszenia w płytkich, najczęściej seksualnych, relacjach z przypadkowo napotkanymi kobietami. Jest to zatem wątpliwy moralnie świat zaspokajania chwilowych zachcianek i pogoni za wydumanymi fantazjami, czego najlepszym przykładem jest relacja głównego bohatera z żoną własnego brata, o czym jeszcze wspomnę. Inną odsłoną pustki tej klasy społecznej jest pogardliwy stosunek do własnego kraju, z czym pisarz rozprawił się w rozpoczynającym powieść rozdziale rozgrywającym się w Nowym Jorku. Lata 60. XX wieku w Urugwaju to czas dyktatury wojskowych i narastania tendencji autorytarnych w kraju, który uchodził za najbardziej stabilny spośród państwa latynoamerykańskich („latynoska Szwajcaria”). W społeczeństwie zaczyna coraz większą popularność zdobywać lewica. Pisarz przedstawia trzy podejścia do tego zjawiska w rodzie Budino. Nie dziwi, że Stary, kapitalista starej daty, uważa socjalizm za stek szkodliwych bzdur i jest jego twardym przeciwnikiem. Ramon z kolei przeżył w młodości fascynację lewicową ideologią, ale jego chwiejny i niezdecydowany charakter uniemożliwił mu prawdziwe zaangażowanie w działalność polityczną lub społeczną. Będąc synem własnego ojca ogranicza się do cichego wsparcia, jakiego udziela własnemu potomkowi, Gustavo. Najmłodszy przedstawiciel rodu Budino to z kolei przykład młodzieży inteligenckiej, ostro atakującej ówczesną sytuację społeczno-ekonomiczną kraju z pozycji zbliżonych do lewicującego anarchizmu. Spór o idee jest tematem wielu rozmów między Gustavo i Starym, z których z reguły zwycięsko wychodzi senior rodu. Kierując się własnym doświadczeniem, bezlitośnie punktuje on naiwność i młodzieńczy zelotyzm swojego wnuka. Ramon w tym konflikcie skrycie wspiera syna, ale z drugiej strony nie może wyzbyć się swojego zachowawczego podejścia, starając się jednocześnie hamować młodzieńczy entuzjazm juniora dla sprawy. Pisarz nie kończy wątku Gustavo, a więc nie wiem, jaką ostatecznie drogę obierze najmłodszy z roku Budino. Kulminacyjnym momentem powieści jest finał romansu między Ramonem i jego szwagierką, która idzie z nim do łóżka, ale odmawia opuszczenia męża, czyli brata głównego bohatera. Tym samym kobieta wydaje wyrok na jednego z przedstawicieli rodu Budino. To punkt bez odwrotu, w którym Ramon traci ostatecznie jakiś inny cel, który mógłby nadać sens jego życiu, choć trudno jednocześnie uwierzyć, że odbicie żony własnemu bratu i porzucenie dla niej własnego małżeństwa rzeczywiście byłoby jakimkolwiek ratunkiem dla głównego bohatera. Należy to raczej traktować jako kolejny przejaw niedojrzałości i chwiejności bohatera, który poprzez idealizację Dolores próbuje wypełnić pustkę własnej egzystencji. To rozpaczliwy akt pogoni za niemożliwym do zrealizowania ideałem prawdziwego szczęścia. Ramon jednak nie zdaje sobie z tego sprawy, a odtrącenie przez kochankę uznaje za ostateczny powód do rozwiązania sporu ze Starym. Nie będę zdradzał, jak zakończy się konfliktu między ojcem i synem. Stanowi on zamknięcie powieści, w którym poznajemy prawdę o Edmundzie Budino. Ale czy na pewno? Czy Stary wobec własnej kochanki nie gra do końca tej samej roli? A może właśnie wtedy ukazuje siebie po raz pierwszy jako całkowicie bezbronnego i zranionego, co stałoby w sprzeczności z całym jego dotychczasowym życiem? Zakończenie intrygi przewodniej powieści przez urugwajskiego pisarza pozostaje pod tym względem pewne niedopowiedzenie, umożliwiając czytelnikowi własną interpretację postaci Starego. Podsumowując, „Dziękuję za ogień” to opowieść o międzyludzkich relacjach (nie tylko tych rodzinnych), ale również otwarta przez pisarza dyskusja o kształcie społeczeństwa urugwajskiego lat 60. XX wieku i trapiących je problemach. Benedetti nie mówi tutaj wprost, ukrywając treść społeczną pod płaszczykiem rodzinnego konfliktu. Ale znajomość historii Urugwaju odsłania „drugie dno” tego utworu, w którym to widać z wolna nadciągający kryzys, a więc upadek demokracji, narastające dysproporcje społeczne oraz narodziny ruchu Tupamaros, który do początku lat 70. będzie walczył z wojskową dyktaturą. Konflikt w rodzinie Budino jest zatem możliwy do odczytania jako konflikt społeczny, w którym stara i kapitalistyczna elita (skryta pod postacią Edmunda Budino) rządzi twardą ręką krajem. Ich dzieci (Ramon) zadowalają się materialnym bezpieczeństwem, gwarantowanym przez konserwatywne elity. Dopiero młode pokolenie w postaci Gustava dostrzega potrzebę zmiany, ale czy będzie w stanie ją dokonać? Tę kwestię pisarz pozostawia nierozstrzygniętą. Z perspektywy czasu możemy jednak odpowiedzieć na to pytanie - było, gdyż w latach 80. Urugwaj powrócił do demokracji.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na 6 1 rok temu
Macunaima Mário de Andrade
Macunaima
Mário de Andrade
(www.bibliotekaswiata.blogspot.com) „Macunaima” to książka niepodobna do jakiejkolwiek innej – uznawana za najważniejsze dzieło brazylijskiego modernizmu (którego Andrade jest czołowym przedstawicielem) wymyka się jakimkolwiek klasyfikacjom i może być dla polskiego czytelnika naprawdę trudnym wyzwaniem. Pierwszą przeszkodą jest język – Andrade łączy bowiem oficjalny portugalski, liczne w Brazylii regionalizmy, slang, archaizmy, zwroty z języków rdzennych mieszkańców, tworzy wreszcie własne słowa, miesza style i przeskakuje od fragmentów czysto kolokwialnych do stylizowanych na mit. To ogromne wyzwanie dla tłumacza, co szczegółowo wyjaśnia w posłowiu Janina Z. Klave. Problemów nastręcza też tytułowy bohater – zgodnie z podtytułem to postać bez charakteru, która jest równocześnie każdym i nikim: rodzi się jako czarnoskóry przedstawiciel plemienia Tapaniumas, później w wyniku magicznej kąpieli staje się biały, raz jest dzieckiem, raz dorosłym, umiera i zostaje ożywiony, w jednej scenie jest leniwym zbereźnikiem, w innej walczy z mitycznymi stworami. Fabuła, choć mocno pretekstowa (osią akcji jest próba odzyskania magicznego amuletu skradzionego przez olbrzyma), koncentruje się wokół pełnej niezwykłych przygód wędrówce po Brazylii, w trakcie której Macunaima poznaje różnych ludzi, spotyka postacie z wierzeń i mitów rożnych brazylijskich ludów, trafia do Sao Paolo, które ukazane jest jako miasto tyleż nowoczesne, co pełne nierówności i nieprzyjazne dla człowieka. Mimo licznych przypisów takie nagromadzenie nawiązań do brazylijskiej kultury, historii i folkloru jest chwilami trudne do zrozumienia, a stylistyczno-językowe wygibasy bywają tyleż efektowne, co nieczytelne. To jednak powieść, której pominąć nie można – Andrade tworzy bowiem niezwykłą metaforę Brazylii, pełnej sprzeczności i braku wspólnych wzorców (czego odzwierciedleniem są ciągłe przemiany Macunaimy). Co ciekawe, w Polsce bardziej znana jest adaptacja filmowa z 1969 – równie szokująca i przedziwna (wciąż pamiętam seans w poznańskiej Muzie na studiach – to było chyba moje najdziwniejsze wówczas przeżycie filmowe).
kunieczko - awatar kunieczko
ocenił na 7 1 rok temu
Sen o bohaterach Adolfo Bioy Casares
Sen o bohaterach
Adolfo Bioy Casares
Mamy karnawał roku 1927. Emilio Gauna razem z grupą znajomych i pewnym wątpliwej renomy doktorem postanowił zabalować i przepuścić na uciechach całkiem sporą sumkę pieniędzy, którą właśnie wygrał na wyścigach konnych. Gdy po trzech dniach ostro zakrapianej alkoholem włóczęgi po barach i spelunkach na przedmieściach Buenos Aires dochodzi do siebie w zapomnianej chacie nad jeziorem pośrodku lasu, nie może pozbyć się wrażenia, że w jego pamięci są poważne luki. Bohater jest przekonany, że podczas świętowania karnawału wydarzyło się coś naprawdę ważnego, co ostatecznie wpłynie na jego przyszłe życie, ale za nic nie może sobie tego wyraźnie przypomnieć. Tak zaczyna się „Sen o bohaterach”, powieść argentyńskiego pisarza, Adolfo Bioy Casaresa, która okazał się być całkiem wciągającą lekturą, choć z początku można było mieć co do tego pewne wątpliwości. Zacznijmy od postaci głównego bohatera, Emilio Gauny, który przybył do stolicy Argentyny razem ze swoim przyjacielem, Larsenem, w poszukiwaniu pracy. Emilito to młody chłopak, który szybko nawiązuje więzi ze zdawałoby się na pierwszy rzut oka podobnymi mu młodzieńcami z dzielnicy Saavedera. Powstaje paczka znajomych, którzy wspólnie spędzają czas na ganianiu za dziewczynami oraz trwonieniu zarobionych pieniędzy. Ich wspólnym idolem jest doktor Valerga, znacznie od nich starszy mężczyzna, którego wspominki i anegdotki są słuchane z wielkim zainteresowaniem. Jego ulubionym tematem jest odwaga i narzekanie na wszystko, co w jego opinii nie przystoi prawdziwemu mężczyźnie. Generalnie środowisko, w którym rozgrywa się akcja powieści, nie należy do elitarnego, delikatnie powiedziawszy. Jesteśmy na robotniczych przedmieściach Buenos Aires, a pijackie perypetie grupki młokosów wydają się raczej mało ciekawym tematem na interesującą powieść. Właściwie tylko jedna rzecz podtrzymuje uwagę czytelnika, a mianowicie kwestia, co też tak niezwykłego mogło wydarzyć się bohaterowi podczas trzydniowego świętowania karnawału roku 1927. I tutaj właśnie Casares „doprawia” powieść szczyptą realizmu magicznego, która od razu dodaje jej literackiego „smaku”. Jak bowiem przystało na autora z Ameryki Łacińskiej, nie mogło zabraknąć nawiązań do strefy magicznej, nadprzyrodzonej, która jednak całkiem realnie wpływa na losy głównego bohatera. Kluczową postacią jest tutaj czarownik Taboada, którego córka, Klara, ze wzajemnością zakochuje się z głównym bohaterze. To właśnie czarownik widzi dokładnie los chłopca, który ten tylko przeczuwa na podstawie jakichś okruchów wspomnień z nocy karnawałowej. Innymi słowy, nad Emilito wisi fatum, które albo się wypełni, albo nie. To zależy do Klary, która rozpoczyna walkę o życie Gauny i tym samym o własne szczęście. Intryga, którą zaplanował sobie autor, wciąga stopniowo. Historia opowiadana jest raczej niespiesznie, tak jak nieśpiesznie toczyło się życie głównego bohatera przez trzy lata od pamiętnego karnawału - zdążył on się ożenić i przeprowadzić, a jego więzi z paczką z Saavedera znacznie się poluzowały. Aż do czasu, gdy na progu kolejnego karnawału ponownie wygrywa główną nagrodę na wyścigach. Choć teraz - jako zamężny mężczyzna - z pewnością mógłby ulokować lepiej te pieniądze, wiedziony jakąś tajemną siłą postanawia odtworzyć trasę zabawy sprzed trzech lat, aby odkryć prawdę o tym, co się wówczas wydarzyło. W całej przygodzie Emilia możemy odnaleźć jakieś echa kultury macho, męskiego świata silnych, ale psychicznie samotnych mężczyzn, których życie powinno być ciągłą walką, ciągłym zmaganiem się z przeciwnościami losu. Taki właśnie wydaje się być doktor Valerga, wbrew pozorom bardzo ważna postać w powieści, który stanowi uosobienie odwagi. Od razu dodajmy: odwagi szalonej, brutalnej oraz pozbawionej wszelkich zasad i skrupułów. To właśnie imponuje w nim chłopcom z Saavedera, którzy uwielbiają słuchać jego przechwałek z dawnych lat. Słucha też główny bohater, który zdaje się być na rozdrożu życiowych dróg: z jednej strony ma młodą żonę, widoki na lepsze życie, na bycie kimś, a z drugiej - imponujący młodości wzorzec pozbawionego zasad, ale niewątpliwie odważnego macho, z jego światem miejskiej dżungli, w której ostatecznym argumentem jest ostrze schowanego w kieszeni noża. Którą drogę wybierze? - to zdaje się być nieprawidłowo postawione pytanie. Lepsze brzmi - którą drogą przeznaczone mu jest podążyć? I co spotka na jej końcu? Oto kluczowe pytania w „Śnie o bohaterach”. Sny i wizje senne są jednym z głównych motywów powieści. Historia Gauny jest zatem zapisem pogoni za sennymi mirażami. Ale, jak to ze snami bywa, są one często wykrzywione, nieodpowiadające realnym możliwościom, często podszyte naszymi lękami, ale i najskrytszymi pragnieniami. Taka jest właśnie wyprawa bohatera na poszukiwanie przeżyć z przeszłości w trzy lata później od pamiętnego karnawału. Tym razem jednak nie może pozbyć się on uczucia rozczarowania, gdy powraca w te same miejsca, w których bawił się z kompanami przed laty, i nie znajduje tam nic, co przywróciłoby mu zatarte w pamięci wspomnienia. Choć zdaje sobie sprawę z beznadziejności swoich wysiłków, nie może powiedzieć stop i przerwać tej zdawałoby się coraz bardziej bezcelowej wyprawy. Skrycie pragnie wrócić do Klary, ale ciąży w nim jakieś wewnętrzne fatum, które nie pozwala mu się poddać i wycofać. Nie może też zawieść towarzyszących mu kompanów i doktora. Karnawałowy rausz trwa więc dalej, a nasz bohater ma nowy sen, w którym pojawia się... Jazon i Argonauci. Można się domyślać, że w zamyśle pisarza jest tutaj jakiś związek między mitologiczną wyprawą po złote runo, a pijacką eskapadą w pogoni za przeznaczeniem. Czyżby ta męska przygoda na przedmieściach stołecznej metropolii była współczesną formą bohaterstwa obdartego z mitologicznej otoczki? Współczesnym odwołaniem do mitu prawdziwego mężczyzny, mitu macho, który ponad wszystko ceni odwagę i męską przyjaźń, gardząc przy tym wszelką słabością i życiową stabilizacją? Czy tacy właśnie byli Argonauci z Jazonem na czele? Ciężko jednoznacznie powiedzieć, gdyż interpretacja „Snu o bohaterach” nie daje się zamknąć w ramach tego jednego wyjaśnienia. Pozostawiając już kwestię interpretacji fabuły książki, warto jeszcze zwrócić uwagę, że w powieści mamy bardzo wiernie i realistycznie oddane życie na przedmieściach Buenos Aires u schyłku lat 20. XX wieku. Widać, że autor wywodził się właśnie z tego środowiska. Liczne nawiązania do ówczesnej popkultury, opisy barów i nocnych klubów Buenos Aires, trosk życia codziennego, dylematów niezamożnych ludzi z wielkiej aglomeracji, tematów rozmów - to na pewno ciekawy obraz, który pozwala cofnąć się nam w czasie. Miasto zapewne się zmieniło, rozrywki pewnie też, ale czy codzienne troski jego mieszkańców nie są nadal te same? A gdzie w tym wszystkim jest sen o bohaterach? Kim są współcześni bohaterowie i jaką drogą podążają? Czy to szarzy, pracowici ciułacze, jakim zapewne mógł stać się Gauna u boku Klary, czy też podobni do doktora Valergi twardziele, którzy, wierni własnym ideałom męskości i odwagi, nie zważają na nic innego? Chyba każdy człowiek śni swój własny sen o bohaterstwie. W przypadku książki Adolfo Bioy Casaresa doskonale sprawdziła się sprawdzona metoda konstruowania powieści, polegająca na daniu czytelnikowi wabika, który rozbudzi jego ciekawość i zachęci do ukończenia lektury. Powieść, napisana dość oszczędnie w formie, pozbawiona w zasadzie dynamiki oraz nagłych zwrotów akcji, okazała się był całkiem wciągającą i zapadającą w pamięć lekturą z zaskakującym zakończeniem.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na 7 2 lata temu
Niejaka Mulatka Miguel Ángel Asturias
Niejaka Mulatka
Miguel Ángel Asturias
Wyobraźmy sobie tropikalny kwiat, który wyrasta z żyznej gleby gdzieś pośród porośniętych dżunglą gwatemalskich wzgórz. Rośnie, zraszany ciepłym deszczem, karmiony promieniami słońca, oświetlany zimno-srebrnym blaskiem księżyca, aby w końcu zakwitnąć na naszych oczach zapierającym dech w piersiach pięknem. A potem wyobraźmy sobie, że bezpośrednio z rozłożonego już kielicha naszego dżunglowego kwiatu w błyskawicznym tempie zaczynają wyrastać dwie kolejne łodyżki, które rosną, wiją się, wzrastają, aby w końcu rozkwitnąć w pełni, jako dwa nowe dżunglowe kwiaty o zupełnie różnych kolorach i kształtach płatków. Zjawisko takie wzbudzałoby w nas naturalne zainteresowanie, jako przykład rzeczy niespotykanej, dziejącej się wbrew znanym nam prawom wegetacji roślin. Gdy jednak my będziemy trwali pogrążeni w zdziwieniu lub niemej kontemplacji zjawiska, oto z dwóch nowych kielichów wielobarwnego kwiatu zaczynają wyrastać kolejne pnącza. Duplikacja następuje coraz szybciej, kolejne kielich kwiatowe otwierają się, aby nasycić nasze zdumione spojrzenia paletą mieniących się wszystkimi kolorami tęczy barw. Szokujące piękno tego procesu musi wzbudzić nasz nieopisany zachwyt, który trwa jeszcze przez jakiś czas, gdy oto kolejne pąki kwiatowe błyskawicznie dojrzewają i rodzą z siebie kolejny poziom tego, zdawałoby się, kwiatowego raju. Ani się nie obejrzymy, jak wokół nas rozpościera się magiczny, przebogaty roślinny dywan, który wydaje się być szaleńczym dziełem geniuszu natury. Jest tylko jedne problem - otóż trwająca w naszej wyobraźni duplikacja zdaje się nie mieć końca. Już dawno zgubiliśmy rachubę, które to z kolei piętro kwiatowej mozaiki rodzi się przed naszymi oczyma, a początkowe zdziwienie i późniejszy zachwyt ustępuje miejsca znudzeniu wobec przesytu, który obserwujemy. Jak to wszystko wyjaśnić? Opcje są dwie - albo padliśmy ofiarą perfidnych działań Wielkiego, Przeogromnego Cashtoca, majańskiego bóstwa piekieł, albo sięgnęliśmy po prozę gwatemalskiego noblisty, Miguela Angela Asturiasa. Zresztą obie te możliwości sprowadzają nas do wspólnego mianownika - powieści „Niejaka Mulatka”, uchodzącej za apogeum literackiej twórczości wybitnego Gwatemalczyka. W rzeczy samej, moje wrażenia podczas czytania tej książki był dokładnie takie, jak opisałem w powyższym porównaniu - od początkowego zaciekawienia, przez fascynację niekwestionowanym literackim geniuszem twórcy, by przy końcu przejść w stan z wolna narastającego przesytu i stopniowego znudzenia. Twórczość Asturiasa poznałem już przy okazji lektury zbioru „Legend gwatemalskich”, ale nawet z tym doświadczeniem recenzowana powieść okazała się być dla mnie zaskoczeniem, że można tworzyć literaturę w tak totalny i niczym nieskrępowany sposób. Bezsprzecznie trzeba mieć w sobie jakiś nadprzyrodzony dar albo być opętanym przez demona o jedenastu tysiącach pomysłów (parafrazując powieściowy motyw pisarza), aby ze słów pleść takie wspaniałe połączenia, jak czyni to Asturias. To bezsprzecznie - jak na razie, choć powątpiewam, czy znajdę coś jeszcze bardziej reprezentatywnego - najdobitniejszy przykład latynoamerykańskiej powieści z nurtu realizmu magicznego, którym czytelnik albo się zachwyci i pokocha całym literackim sercem, albo nie przebrnie nawet przez kilka początkowych rozdziałów. Pochylmy się zatem nad kluczowymi zagadnieniami tej powieści. Zacznijmy do „fabuły”. Celowo daję to słowo w cudzysłowie, gdyż dla pisarza jest to rzecz drugorzędna - ba, nawet trzeciorzędna. Co prawda na wstępie powieści, gdy obserwujemy początkowe „perypetie” pary głównych bohaterów (Celestino Yumi i Catalina Zabala), możemy mieć jeszcze jakieś złudzenia, ale dość szybko zostają one rozwiane. Klasyczny łańcuch przyczynowo-skutkowy w zasadzie w dziele Asturiasa nie występuje, co uniemożliwia nam „zaczepienie się” w lekturę w tradycyjny sposób, tj. jako odbiorcy pewnej wymyślonej przez pisarza historii. Dzieje się tak dlatego, że w „Niejakiej Mulatce” kolejne wydarzenia następują po sobie wyłącznie na mocy wyobraźni pisarza, a więc nie o opowieść tutaj chodzi, ale o ukazanie samego ruchu, zjawiska zmiany, szaleńczego „pączkowania” (odsyłam jeszcze raz do wstępu) literackich bytów. Co prawda konstrukcyjnie powieści podzielona jest na rozdziały, ale nie należy tego podziału traktować jako próby uporządkowania czegokolwiek. Przeciwnie, rozdział u Asturiasa zdaje się być jedynie pauzą sceniczną, daniem chwili czasu czytelnikowi na wyrażenie rozbawienia lub zawodu, na oklaski zachwytu lub buczenie rozczarowania. Kolejna kwestia to bardzo bogaty, plastyczny język Asturiasa. Powieść w oryginalne została napisana oczywiście po hiszpańsku i zapewne wiele tracimy w procesie translacji, szczególnie jeśli chodzi o dynamikę i specyficzny rytm. Także wiele gierek słownych jest niemożliwych do oddania w przekładzie, co w paru przypadkach sygnalizował tłumacz, ale trzeba oddać panu Andrzejowi Nowakowi ogrom trudu, jaki z pewnością był konieczny dla udostępnienia tej nieszablonowej powieści polskiemu czytelnikowi. W trakcie lektury szybko poczujemy totalność i magiczność prozy gwatemalskiego noblisty, który tworzy przecudne połączenia słów, plastyczne metafory, czy wysublimowane opisy. Bo skoro w „Niejakiej Mulatce” nie o fabułę chodzi, to o cóż by innego? Najprostszą odpowiedzią jest - o język właśnie! Asturias osiąga pod tym względem wyżyny kunsztu. Określenia takie jak magiczność, surrealizm, oniryczność - to kolejne kluczowe elementy układanki, na które koniecznie musimy zwrócić naszą uwagę. W powieści tej, jeśli nie możemy zachwycić się klasyczną fabułą, pozostaje nam do smakowania niemal monstrualne piękno stylu i formy. Przesada jest tutaj celowa, a nagromadzenie ozdobników - rozmyślnie przytłaczające. Nie oznacza to oczywiście, że recenzowana powieść jest pozbawiona jakiegoś głębszego i przemyślanego przesłania. „Niejaka Mulatka” to nie jest jedynie czysty popis literackich możliwości Asturiasa. Jest tutaj ukryte coś jeszcze, czego odkrycie i zrozumienie znowu wymaga od nas wysiłku i przygotowania. Chodzi oczywiście o tygiel kulturowy dwóch tradycji - chrześcijańskiej i pogańskiej, kolonialnej i prekolumbijskiej, racjonalnej cywilizacji białego człowieka i obrazowego sposobu postrzegania świata przez indiańskich indygenów. Wydaje się, że dzieło to jest zatem także pomyślane, jako metafora dziejowego przenikania się dwóch rzeczywistości, które to na terenie Gwatemali trwało od ponad czterech stuleci. Asturias w swojej prozie nieustannie przeplata wątki i motywy z obu kultury (np. bóstwa i demony z majańskiego panteonu z postaciami świętych katolickich). Cechą charakterystyczną tego zabiegu jest ukazanie dynamiki i ciągłego ruch tegoż procesu. Napływowy świat chrześcijański i podskórnie trwająca spuścizna Majów w narracji Asturiasa toczą ustawiczną walkę o duszę Gwatemalczyka, finalnego owocu historii tego obszaru. Aby to w pełni odkryć, zapewne powinniśmy uprzednio zagłębić się w świat majańskich wierzeń, który pisarz sam studiował z ogromną fascynacją (patrz wspomniane „Legendy gwatemalskie”), a którego znajomość znacząco ułatwiłaby nam odczytanie niektórych zakamuflowanych pod literackimi figurami znaczeń i nawiązań (dla przykładu przywołam tylko synkretyczną gwatemalską tradycję obrzędu „Baile de los Gigantes”, która występuje w jednej ze scen utworu). Zatem Asturias w swojej antypowieści, bo tak też możemy ją nazwać, chce ukazać przed czytelnikiem ów metafizyczny proces walki kultur, w którym zakazana przez konkwistadorów tradycja dostosowuje się do nowej rzeczywistości. Pisarz zwraca uwagę na naturalną dynamikę tego procesu, na jego ulokowanie nie tylko w rozciągłym czasie historii, ale także w umysłach ludzi. Folklor, duchowa spuścizna tubylców i ich sposób postrzegania świata jako imaginacji, z całym defetyzmem majańskiej religijności, zderza się ze zdawałoby się zwycięskim monolitem katolicyzmu, ale, według Asturiasa, to tylko pozory. Ksiądz katolicki jest w powieści figurą otoczoną przez pogański żywioł, z którym wciąż podejmuje bezustanną, ale także nieco donkiszotowską walkę (świat wykreowany przez pisarza pełen jest przemocy). „Niejaka Mulatka” jest zatem wyrazem przekonania pisarza o żywotnej mocy tradycji indiańskich przodków, których czuł się przecież spadkobiercą (polecam obejrzeć zdjęcia nagrobka pisarza na paryskim cmentarzu Pere-Lachaise, którym w serce jednego z najwspanialszych miast chrześcijańskich wprowadza pogański pierwiastek z Nowego Świata w postaci majańskiej steli). Tym samym dochodzimy do finalnej kwestii, czyli różnicy postrzegania rzeczywistości między nami, przedstawicielami zachodniej kultury, a nimi - dziećmi obrazowego rozumienia rzeczywistości. Chyba tutaj tkwi główna trudność w odbiorze tej powieści, w której pisarz przemawia do nas obrazami, podczas gdy my próbujemy poddać je racjonalnej obróbce, co finalnie nie jest przecież możliwe. A gdzieś pośród tego wszystkiego ukryty jest najprawdziwszy geniusz literacki, który momentami wręcz przytłacza czytelnika. To trudna, egzotyczna i pełna magi książka, którą najlepiej potraktować jako wyzwanie.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na 9 6 miesięcy temu
Bóg nie lubi szczęśliwych Griselda Gambaro
Bóg nie lubi szczęśliwych
Griselda Gambaro
Już po kilku stronach tej powieści odniosłem wrażenie, że gdzieś już coś podobnego czytałem. Chwilka zastanowienia, no tak - „Blaszany bębenek” Guntera Grassa. Oczywiście skojarzenie jest raczej co do ogólnego klimatu powieści niż stricte odnośnie treści, choć i tutaj występuje mały chłopiec, który może przypominać małego Oskara. Ale zasadniczo na tym podobieństwa się kończą, gdyż książka Grassa osadzona jest jednak mocno na historycznym gruncie, podczas gdy w wypadku powieści „Bóg nie lubi szczęśliwych” całość zanurzona jest „po uszy” w oniryzmie. Oto bowiem mamy wrażenie, że uczestniczymy w serii pokręconych snów głównych bohaterów powieści. Nie są to sny z gatunku koszmarów lub horrorów, ale raczej paranoiczne sny, które momentami w absurdalny sposób wykrzywiają rzeczywiste przeżycia. Wspomniałem już o Tristanie, chłopcu-sierocie, który bardzo pragnie śpiewać, choć w powieści sam prawie w ogóle nie mówi. W książce argentyńskiej pisarki, Griseldy Gambaro, odnajdziemy jeszcze tak naprawdę trzy główne postacie, wokół których powstało coś na kształt fabuły. Bo ta książka ma fabułę, choć wszystko się w niej miesza. Mimo to jakaś chronologia jest tutaj zachowana, co znacząco ułatwia czytelnikowi zanurzenie się w tę raczej niełatwą lekturę. Ale wróćmy do bohaterów. Oprócz Tristana główną bohaterką powieści jest Woltyżerka, artystka cyrkowa, która uważa się za wielką gwiazdę - choć co chwila jej cyrk ucieka od niej - i jednocześnie pragnie odnaleźć miłość swojego życia. Do kompletu mamy jeszcze Niemowlaka, który, paradoksalnie, jest najbardziej dorosłą i odpowiedzialną postacią w powieści. To właśnie ono troszczy się o pozostałą dwójkę, aby nie umarli oni z głodu, gdy Woltyżerka trawiona jest beznadziejną miłością do złodzieja bez kawałka brody. Dopełnieniem bohaterów jest Maria, przyjaciółka Tristana z dzieciństwa, która stanowi jego wyidealizowany obiekt tęsknoty w chwilach, gdy przestaje wielbić Woltyżerkę. I to właściwie tyle, pozostałe postacie, przewijające się przez karty powieści, są drugorzędne, jak na przykład dyrektorzy kolejnych cyrków Woltyżerki. Dyrektor zawsze pozostaje jednak typowym dyrektorem, a więc pakuje swój cyrk i odjeżdża w siną dal. Jak zatem widać po powyższym krótkim zestawieniu bohaterów, „Bóg nie lubi szczęśliwych” to dość pogmatwana powieść, w której pisarka za pomocą zdawałoby się mało poważnej formy chce przemycić bardzo poważne myśli. Ta w ogólnym rozrachunku nieco smutna powieść nawiązuje bowiem do odwiecznych ludzkich pragnień, których zaspokojenie niejako stanowi sens naszego życia. W onirycznych wizjach wykreowanych przez Gambaro możemy dopatrzyć się takich tematów jak poszukiwania akceptacji, pragnienia miłości i zrozumienia, wreszcie bólu z powodu własnej samotności. To także opowieść o wyobrażeniach, które każdy z nas nosi w sobie, a które tutaj nienaturalnie wykrzywione są przez senne majaki. Pożądanie, tęsknota, fascynacja, pogoń za sławą i uznaniem - to wszystko, i wiele więcej, odnajdziemy w powieści argentyńskiej pisarki. Warto jeszcze wspomnieć o walorach literackich tej książki, gdyż rzeczywiście jest tutaj czym się zachwycać. Już sama forma powieści, a więc senne marzenia wymaga na tyle precyzyjnego posługiwania się słowem, aby oddać wizje, w których nieprawdopodobne miesza się z prawdopodobnym. Jedno następuje po drugim całkowicie naturalnie, choć dla nas, gdy próbujemy to odbierać zdroworozsądkowo, wydaje się, że ciągle obracamy się w kręgach co najmniej absurdu. Ale jest w tym jednak jakaś magia, która zachęca do ukończenia rozpoczętej lektury. Tak naprawdę już po kilkunastu stronach wiemy, że fabuła urwie się równie gwałtownie, jak się zaczęła, ale w sumie w niczym to nie przeszkadza. Trzeba tylko dać się porwać oniryzmowi, który albo się lubi, albo nie. Nie oznacza to jednak, że podczas lektury możemy „przysnąć” i stracić czujność. Co to, to nie, byłaby to niepowetowana strata, gdyż argentyńska pisarka wplotła w swoją prozę zdania, których rzeczywistość i prawdziwość nie ma nic wspólnego ze snem. Wręcz przeciwnie, to krótkie i dosadne komentarze autorki do prawdziwego życia, jak na przykład przepiękna refleksja nad stołem jako meblem, który „żyje” razem z nami; na którym się kroi, opiera łokcie, razem spożywa posiłki. Stół jako cichy świadek ludzkiej egzystencji („Porysować stół nie nożami, a gestami, słowami, kłopotami, niepojętą rutyną życia, która uczy nas dojrzewania”, s. 161). Warto zatem zachować czujność, bo takich zdań - wtrąconych niby od niechcenia i niby przypadkiem - jest tutaj więcej i to one stanowią jedną z zasadniczych zalet tej książki. Pośród sennych wizji, są niczym realne głosy, które mówią do nas, gdy śpimy - choć nadal śnimy swój sen, zdarza się tak, że to, co do nas jest mówione, odnajduje drogę do naszej świadomości. „Bóg nie lub szczęśliwych” jest powieścią nawiązującą do tzw. realizmu magicznego, w którym życie człowieka tłumaczone jest za pomocą nieraz nieprawdopodobnych scen, nie mających na pierwszy rzut oka żadnego logicznego znaczenia, ale to tylko pozór, gdyż jest to tak naprawdę zabawa pisarza z odbiorcą, z której obie strony mają jakąś korzyść (warto jeszcze odnotować nawiązanie pisarki od słynnej sceny z klasycznego spaghetti westernu Sergio Leone „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”). Przyznam się szczerze, że oniryzm nie jest moją ulubioną formą poznawania prawd o rzeczywistości. O wiele bardziej wolę trzymać się praw logiki i rachunku prawdopodobieństwa, co wcale jednak nie oznacza, że nie ma w tym sposobie myślenia miejsca na małe eksperymenty. Tak też traktuję przeczytaną właśnie książkę - jako całkiem ciekawy eksperyment literacki.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na 7 2 lata temu
Złoty wąż Ciro Alegría
Złoty wąż
Ciro Alegría
Peru, opisywane przez Ciro Alegrii, ma inną twarz od tej, zaprezentowanej przez Jose Maria Arguedasa. W "Złotym wężu" patrzymy na nie oczami cholo – Indianina z nizin, który mieszka w ‘cywilizowanej wiosce’ i łączy stare animistyczne wierzenia z wiarą przyniesioną przez konkwistadorów. Dlatego po równi czci Świętą Panienkę i wielką rzekę, nad którą przyszło mu żyć. Przyroda jest głównym bohaterem tej powieści (a właściwie zbioru mini-opowiadań, luźno łączących się w obraz codziennego życia wioski). Natura determinuje życie tych ludzi w sposób, który dla reprezentanta zachodniej cywilizacji jest wręcz trudny do wyobrażenia. Klaustrofobiczna zieleń dżungli, podszyta upałem i duchotą jest integralną częścią wspólnoty. Nad nią wyrastają groźne góry, pełne ostrych jak noże skał, zapadlin, nieoczekiwanych urwisk i zdradliwych ścieżek, które prowadzą tylko w kierunku śmierci. Czarna, wzburzona woda jest niewierną kochanką, po równo zabiera i daje. Nieraz kusi swym szumem, odsłaniając białe połacie plaż i daje ukojenie w gorące noce; innym razem spada z hukiem z gór, niosąc ze sobą pnie, muł, kamienie, a nieraz martwe ciała zwierząt i ludzi. Rzeka i dżungla to nieokiełznane żywioły, z którymi człowiek nie może się mierzyć, a jednak to robi, bo jest człowiekiem i taka jest jego natura. By rozumieć ten bezmiar potęgi i nauczyć się z nim koegzystować, trzeba urodzić się na pampie. Przyjezdni giną, jak komary. Najpiękniejsza jest historia polowania na pumę. Trudno mi sobie wyobrazić, że atak drapieżnego kota może być dla kogoś realnym zagrożeniem – równie mało egzotycznym, co gotowanie obiadu. Puma, duch dżungi, zaczęła atakować najbardziej oddaloną zagrodę. Mężczyźni próbowali się na nią zasadzić. W osadzie jest tylko jedna strzelba, ale to nie szkodzi. Przechodziła z rąk do rąk, a w ruch szły również maczety i kije. Jednak kot był nieuchwytny. Szybko w umysłach tubylców nabrał magicznych cech, a z ust do ust podawano informację, że jego sierść jest niebieska jak niebo i że kule się go nie imają, a każdego nożownika potrafi bezszelestnie ominąć. W końcu upolowała ją kobieta. Zastawiła zasadzkę, w którą wskoczyła nieświadoma puma, a rozszalała gospodyni dopiła zwierzę kamieniem. Nie było niebieskie. Po prostu sprytne. Sprytniejsze niż mężczyźni z wioski, więc trzeba było nadać mu specjalny status. Przemienić w historię, legendę. Użyczyć mu wyimaginowanych mocy, które odeszły wraz z pierwszym uderzeniem kamienia dzielnej Indianki. Tak się sprawy mają w andyjskich wioskach. Alegrii wspaniale podkreśla oralność tej kultury. "W samotności dzikiej puny słowo krąży z ust do ust, każde opowiadanie przechodzi z ojca na syna i kolejno na synów tychże, nie kończąc się nigdy. Kiedy ludzie z gór otwierają usta, ukazują się nieznane zakamarki dawnych epok. Z całą świeżością, całym kolorytem. Opowiadanie staje się cyfrą, słowem, stronicą i książką. Ale książką żywą." (s.42) Dla mnie to już jest wystarczający powód, by poświęcić im dłuższą chwilę zadumy, nieodmiennie podszytej tęsknotą. Historie przekazywane osobiście, wymagające zgromadzenia skupionych słuchaczy i gawędziarza, porywającego swymi słowami, jakby każde z nich było zaklęciem, ma w sobie jakąś pierwotną siłę. Potrafi spajać i tworzyć jedność tam, gdzie zachodnia kultura atomizuje i wbija w samotność. Bardzo cenna cecha, którą zatraciliśmy wraz z iPodami i innymi pseudo-cudami. Wielka szkoda.
Iza - awatar Iza
oceniła na 6 11 lat temu
Yawar fiesta José María Arguedas
Yawar fiesta
José María Arguedas
Jose Maria Arguedas (1911 - 1969) opublikował „Krwawe święto”, bo tak brzmi tłumaczenie z języka keczua,. w 1940 roku. Ta książka uważana jest za czołowe dzieło indygenizmu. No to wyjaśnijmy, co to za zwierzę: wg Wikipedii: „...Indygenizm (hiszp indigena - tubylec) - prąd w kulturze i sztuce (głównie literaturze) południowoamerykańskiej.. ...Kierunek pojawił się w drugiej połowie XIX wieku i postulował przywrócenie indiańskich tradycji i wartości narodowej kulturze, zdeterminowanej dotychczas przez zagraniczne – głównie europejskie (hiszpańskie) – wpływy.... ...W literaturze przejawiał się m.in. wykorzystywaniem tradycyjnych indiańskich języków, mitów oraz opowieści. Najbardziej znani pisarze kojarzeni z indygenizmem to:Ciro Alegria, Jose Maria Arguedas, Miguel Angel Asturias...” Tematem wiodącym jest walka byków, corrida w stylu andyjskim tzw turupukllay, która jest częścią corocznego święta niepodległości Peru, uzyskanej 28 lipca 1821 roku.. Wyszukałem sporo ciekawostek, lecz ich nie podaję, bo Państwo poznacie je z lektury i posłowia tłumacza, które obowiązkowo należy przeczytać przed lekturą. Załączony słowniczek języka keczua ułatwia żmudne czytanie do mniej więcej czterdziestej strony, bo tyle trzeba by powtarzane nazwy w keczua oswoić i przyswoić, a potem to już sama przyjemność. Podkreślam warto przemęczyć się przez te pierwsze strony, bo książka warta jest tego, a zboczeńcy zachwycający się oryginalną corridą wydadzą się niewiniątkami w porównaniu z entuzjastami krwawej turupukllay. Szczególnie polecam czytelnikom zainteresowanym antropologią, socjologią i odległymi kulturami, bo Wikipedia mówi, że jest to opowieść o Indianach kultywujących swoją kulturę: „It is the story of the triumph of these people in their decision to preserve their cultural identity and aspects of their social organization.....” Posluchajmy jeszcze co mówi hiszpańskojęzyczny pisarz peruwiański Julio Ramón Ribeyro (1929 -2014): "He has said of this novel that the author "Traced in it the best possible social and economic sketch of a large village in the Sierra, that has no comparison in our literature for the accuracy of its information and the lucidity of its analysis"
Wojciech Gołębiewski - awatar Wojciech Gołębiewski
ocenił na 7 9 lat temu
Don Segundo Sombra Ricardo Güiraldes
Don Segundo Sombra
Ricardo Güiraldes
Lubię czytać o światach, które odeszły w zapomnienie. Takim nieistniejącym już światem jest południowoamerykańska pampa, czyli w przybliżeniu rozległy i równinny obszar leżący na pograniczu Argentyny, Urugwaju i Brazylii. A wszystko zaczęło się wraz z przybyciem na te tereny Europejczyków i założeniem pierwszych hodowli bydła w Nowym Świecie. I - jak to w hodowli bywa - od czasu do czasu co cwańsze egzemplarze „dawały nogę” z estancji i zapuszczały się w rozległą i bezludną pampę. Z czasem zwierzęta zdziczały, a ich liczebność rosła w wyniku niekontrolowanego rozrodu. Wkrótce w ich ślady poszli ludzie. Przestępcy, dłużnicy i różnego rodzaju niespokojne duchy, nie pasujące do nowo tworzącego się kolonialnego społeczeństwa - bezkresna pampa przyciągała wszystkich, tworząc z nich kozaków Nowego Świata. Gauczów (hiszp. gaucho). Ale kim dokładnie byli gauczowie? W zasadzie należałoby ich ulokować między kowbojami a traperami z terenów północnoamerykańskich. Ich głównym zajęciem było przemierzanie pampy i pomoc w hodowli bydła, która stała się jedną z dominujących dziedzin gospodarki argentyńskiej. Korzystali oni właśnie z nagromadzenia zbiegłych zwierząt, na które polowali, aby się wyżywić i pozyskać ich skóry. Byli też mistrzami jazdy konnej, więc chętnie byli zatrudniani przez ranczerów do ujeżdżania koni lub pędzania wielkich stad zwierząt hodowlanych. Gauczowie jednak nade wszystko cenili własną wolność i specyficznie pojęty honor, a z racji ustawicznego życia w siodle i bycia w ciągłej drodze, byli przyzwyczajeni do wszelkich niewygód oraz posługiwania się bronią (w szczególności sławnymi nożami facon, za pomocą których rozstrzygali co poważniejsze kwestie sporne). A poza tym pili ogromne ilości yerba mate. Literatura gauczowska jest szczególnie mocno obecna w Argentynie, w której epopeją narodową jest „Martin Fierro”, poemat poświęcony właśnie życiu na rozległych pampach w północnej części tego kraju. Ale temat ten poruszali również inni pisarze argentyńscy. „Don Segundo Sombra” jest krótką powieścią napisaną w 1926 roku przez Ricardo Guiraldesa, w której odmalowano powoli odchodzący do przeszłości świat gauczów, przegrywających starcie z nowoczesnością i postępem. Powieść tę określiłbym mianem „sielanki gauczowskiej”, gdyż w sposób wyidealizowany oddaje ona tryb życia gauczów. Ten momentami nieco naiwny idealizm świadczy o wielkiej sympatii, jaką Guiraldes darzył to środowisko, czego zresztą dowodzi przepiękna dedykacja na początku książki. Czas akcji powieści nie jest dokładnie sprecyzowany, ale możemy założyć, że toczy się ona w momencie pisania powieści, a więc w latach 20. XX wieku. Głównym bohaterem, który pełni równocześnie rolę narratora, jest chłopak-sierota z małego miasteczka (jego prawdziwą tożsamość poznamy na samym końcu powieści), który w wieku czternastu lat ucieka od swoich bezwzględnych ciotek i podąża na pobliskie ranczo w poszukiwaniu pracy jako resero, tj. zawodowy poganiacz bydła. Do tego kroku skłania go przypadkowe spotkanie z don Segundo, doświadczonym gauczem, który również przybył do miasteczka w poszukiwaniu zajęcia. Dodajmy, że postać don Segundo była zainspirowana przez prawdziwego gauczo z estancji Guiraldesa, don Segundo Ramireza (zdjęcie człowieka do zobaczenia na Wikipedii). Natomiast w powieści postać don Segundo Sombra jest wyidealizowanym i żywym obrazem kultury gauczowskiej, w której mamy zawarte wszystkie cechy charakterystyczne dla tego typu osobowości - małomówność, honorowość, siła fizyczna, biegłość w ujeżdżaniu koni oraz spędzie bydła, zapewne też umiejętność posługiwania się nożem i wreszcie bogate doświadczenie z twardego życia na pampie. Don Segundo to także doskonały opowiadacz rozmaitych historii oraz anegdot. Sombra to nazwisko wybrane nieprzypadkowo, gdyż słowo to znaczy po hiszpańsku „cień”. I taka też jest rola tej postaci, która zawsze pozostaje gdzieś na uboczu, niewiele mówi, ale jej osobowość odciska silne piętno na wymowie całego utworu. Główny bohater (celowo nie zdradzam jego imienia) określa go mianem „ojca chrzestnego”, gdyż jest dla niego wzorcem postępowania, choć jemu samemu daleko jeszcze do życiowej mądrości i opanowania don Segundo. Mimo to chłopak chce być takim jak on, więc przez kilka lat nie odstępuje go na krok, ucząc się od niego trudnego sposobu życia gaucza. Trwa to do czasu, aż otrzymuje niespodziewaną wiadomość, która ujawnia jego pochodzenie. Don Segundo pełni zatem w powieści podwójną rolę - jest jednym z jej bohaterów, a jednocześnie jest uosobieniem gauczowskiego ideału. Cała fabuła powieści nie jest skomplikowana i służy pisarzowi przede wszystkim do odmalowania świata gauczów, ich sposobu bycia oraz obyczajów. Pisarz w kolejnych rozdziałach w sposób bardzo szczegółowy przedstawia kolejne scenki z gauczowskiego życia, a więc mamy tutaj pracę na estancji wielkiego hodowcy bydła, następnie obszerną relację z arreo, tj. przepędu bydła między odległymi posiadłościami ranczerów; mamy wreszcie przykłady gauczowskich rozrywek - hazardu powiązanego z walkami kogutów i wyścigami konnymi, wiejskich festynów i zabaw tanecznych oraz raczej krótkotrwałych miłostek z napotykanymi w czasie wędrówek kobietami. Wszystko to pisarz oddaje z niezwykłym znawstwem tematu, z zachowaniem nawet drobnych detali, co jeszcze raz podkreśla, że świat ten nie był mu obcy, choć sam Guiraldes był zamożnym i wykształconym człowiekiem, właścicielem bogatej estancji La Portena. Nie przeszkadzało mu to jednak czuć autentycznego podziwu dla tych prostych, ale twardych jak „nandubajowe słupy” (nandubay - południowoamerykańskie drzewo o niezwykle twardym i odpornym na procesy gnilne drewnie) ludzi, z którymi przyszło mu codziennie się zadawać i w których towarzystwie zapewne też dorastał. Stąd też w powieści możemy odnaleźć liczne nawiązania autobiograficzne do losów jej autora. Nie sposób odmówić tej powieści uroku literackiego. Opisy są bardzo szczegółowe, pełne porównań i momentami poetyckiego języka, który zastosowano do opisu pampy. Ciekawie czyta się o tym egzotycznym dla nas świecie, choć w pewnym momencie przychodzi do nas refleksja, że to na pewno nie jest komplementarny obraz świata gauczów. Poza sceną pojedynku na noże dwóch pobocznych postaci z powieści, w którym to jeden z nich ginie, w powieści trudno szukać ciemnych stron tego „fachu”. A te z pewnością musiały w rzeczywistości występować. Przede wszystkim podstawowym napojem gauczów w powieści jest yerba mate, ale - znając życie - trudno uwierzyć, że byli to sami praworządni i wstrzemięźliwi od alkoholowych uciech osobnicy. Wszak mówimy o prostych i przeważnie niewykształconych ludziach. Tym samym można postawić powieści zarzut zbytniego monumentalizmu, czyli patrzenia na świat gauczów wyłącznie przez „różowe okulary”. Natomiast inna sprawa, że powieść argentyńskiego pisarza ma bardzo nostalgiczną wymowę, a końcowa scena odjazdu o zmierzchu don Segundo jest w zasadzie oddaniem niepowstrzymanego procesu przemijania gauczów jako grupy społecznej. Co ciekawe, główny bohater opuszcza swoje miasteczko o wschodzie słońca, co dodaje dodatkowego znaczenia powieści, która rozpoczyna się o poranku, a kończy o zmierzchu, niejako oddając początek i koniec świata gauczów. Zacytujmy Guiraldesa: „Przybycie oznacza dla resero jedynie pretekst do odjazdu” - ten cytat z powieści doskonale oddaje, czym był gauczowski żywot. „Iść dalej, dalej, coraz dalej”. „Don Segundo Sombra” jest zatem próbą utrwalenia wyidealizowanego mitu gaucza, jako postaci odchodzącej w przeszłość argentyńskiej historii. To także opowieść o fatum ludzkiego przeznaczenia, któremu opór mogą stawić jedynie jednostki takie jak don Segundo. Bezkresna pampa została zasiedlona, zdziczałe bydło wybite lub ponownie schwytane, a nowoczesne państwo krzywym okiem spoglądało na wszelkie jednostki żyjące według innych praw niż tych ustanowionych w rządowych gmachach gdzieś daleko w stolicy - oto powody dla których świat gauczowski w swojej pierwotnej formie musiał zniknąć. Nie oznacza to jednak, że odszedł całkowicie. Zapewne potomkowie gauczów nadal kultywują spuściznę po wolnych i dumnych jeźdźcach z pampy, ale czy w dobie mediów masowych, mechanizacji hodowli i wreszcie zawłaszczenia każdego akra ziemi postacie takie jak don Segundo mogłyby znaleźć jakąkolwiek nić powiązania z minioną przeszłością? Chyba nie, skoro dla gaucza najważniejsza była nieskrępowana wolność. Tę wolność czuć w powieści Ricardo Guiraldesa, ale czuć tutaj też żal za światem, który przeminął.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na 7 2 lata temu
Zieleń wszelka zginie Eduardo Mallea
Zieleń wszelka zginie
Eduardo Mallea
Zapomniana argentyńska mini-powieść z 1943 roku. Od razu na początku odpalam straszaka: to nie jest książka dla każdego. Niewiele tu dialogów, brak jakiejkolwiek akcji, a narrację spowija chmura pesymizmu i dusznej samotności. "Zieleń wszelka zginie" jest mało przystępna, ale momentami przejmuje do szpiku kości. Świetna rzecz. *** To historia tragiczna, z równie tragiczną bohaterką. Argentyńską wersją Antygony jest Agata Cruz, od samego już dzieciństwa schwytana w bezlitosne szpony samotności. Agata całkowicie dominuje w opowieści, którą snuje Mallea. To 35-letnia, ładna kobieta, której – jak się szybko okaże - przeznaczeniem jest cierpieć. Agata już od dzieciństwa oswaja się z samotnością. Jej matka umiera wcześnie, a ojciec – lekarz większość dnia spędza poza domem. Nawet przy wspólnych wieczornych posiłkach, milczą przez większość czasu, niczym obcy sobie ludzie. Gdy uroda Agaty rozkwita, jej figura i twarz natychmiast zaczynają przyciągać męskie spojrzenia. Wycofana bohaterka daje się namówić na związek z okolicznym rolnikiem, Nicanorem Cruzem. Nie dlatego, że go pokochała, a dlatego, że był najbardziej uparty. Przeprowadza się do domu Cruza, położonym na obrzeżach miasta. To tereny, gdzie wiecznie świeci słońce, a deszcze zdarzają się niezmiernie rzadko. Nicanor jest człowiekiem uczciwym i pracowitym, choć także małomównym i upartym. Nie potrafi się przyznać do błędu; gdy plony zostają kolejny raz zniszczone przez upał, nie dopuszcza do siebie myśli, by zrezygnować lub wyprowadzić się. Próbuje do skutku, przez kilka lat planuje budowę studni, która ma rozwiązać wszystkie problemy z rolą. Nie rozwiązuje. Załamany tym faktem, zamyka się jeszcze bardziej w sobie. Agata przeżywa deja vu – znów dni upływają jej w okrutnej ciszy, a powrót najbliższej osoby do domu paradoksalnie ją tylko pogłębia. Gdy wymaga tego sytuacja, zwracają się do siebie bezosobowo: „trzeba pojechać do miasta”, „należy pilnie naprawić xxx”, i tak dalej. Jej jedyną rozrywką stają się wieczorne spacery i rozmowy z przydrożnymi krzewami, które uparcie nie odpowiadają. Zupełnie jak jej mąż. "Kiedy z upływem lat jego argumenty nie zmieniały się, poczuła jad owej strasznej daremności, owej strasznej jałowości, którym ją zatruwał. I współczucie znikło. Już nie cierpiała z nim. Otwarła dla siebie swój własny rachunek cierpienia. I odtąd te dwie gorycze już tylko rozwidlały swoje drogi". Druga – nieco gorsza - część książki to pobyt Agaty w mieście. I znów podobny schemat: wciąż jeszcze młoda Agata pozwala, by życie przeciekało jej przez palce. Zamyka się w pokoju hotelowym, obserwuje z okna ruch na ulicy, a jedyną jej rozrywką są spacery. Spacery bierne, apatyczne. Szczytem aktywności jest wejście do księgarni i wąchanie zapachu nowych książek (uwielbiam!). Bohaterka przypomina mi "Człowieka w futerale" Czechowa - zaskorupiała, zamknięta w swojej twierdzy, niewrażliwa na bodźce zewnętrzne. W hotelu przyczepia się do niej dwulicowa plotkarka, niejaka Ema de Volpe. To właśnie de Volpe poznaje Agatę z grupką znajomych, wśród których wyróżnia się doktor Sotero. W hermetycznym pojemniku, w jakim zamknęła się Agata, pojawia się wyłom… Zaczyna coraz więcej czasu spędzać z Sotero. Jednocześnie wciąż jest wycofana, bojaźliwa, analizuje każdy gest i każde słowo. Chciałaby być szczęśliwa i dać szczęście, ale paraliżuje ją strach przed jego utratą. Blokują ją własne życiowe doświadczenia, śmiejąc się ordynarnie do ucha i przypominając nieustannie, że nigdy nie będzie szczęśliwa. "Zieleń wszelka zginie" prowokuje do zadawania pytań o naturę samotności. Czy Agata sama była sobie winna, czy może to parszywy los zesłał jej tyle cierpienia? Ale to nie jest tak, że biedna pani Cruz budzi tylko litość i współczucie. Mnie momentami straszliwie irytowała. Jest to bohaterka rozmemłana, uwikłana w niekończące się wewnętrzne dramaty. Wiecznie posępna. W pewnym momencie miałem ochotę zakrzyknąć za doktorem Sotero: „- Jak można żyć tak poza rzeczywistością! Po jakie licho to ciągłe zatrzymywanie się i analizowanie wszystkiego? Lepiej zabijać czas wyrywając mu to, co niesie, niż tracić go na bezużyteczne domysły”. Innego dnia Sotero słusznie pytał: „Dlaczego pozwala Pani przemijać życiu?” Z pewnością cierpiała, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nie zrobiła wszystkiego, co w jej mocy, by się z tej matni wydostać i że samobiczowanie sprawiało jej autentyczną frajdę. Mówimy o kobiecie, która nawet gdy się uśmiechała, to ponuro. Stworzenie kreacji pełnej sprzeczności, budzącej cały wachlarz różnych emocji, świadczy o wielkim talencie argentyńskiego pisarza, który dodatkowo potrafił utrzymać zainteresowanie czytelnika książką pozbawioną akcji; książką, którą dałoby się streścić w dwóch-trzech zdaniach. Co ciekawe, podobno Mallea wplatał te same postacie do innych książek; Agata Cruz pojawia się jeszcze w "Los enemigos del alma" ("Wrogowie duszy" - szkoda, że polskiego przekładu brak). Ciekaw jestem, jak to zrobił – czy pokazuje ją w tym samym czasie, lecz z perspektywy innej osoby, czy może poznamy jej przyszłość? Być może w innych utworach Mallea sięgnął po którąś z ledwie zarysowanych postaci drugoplanowych "Zieleni". Jest ich tu kilka: wspomniana Ema de Volpe, pulchny, odpychający „dokuczliwy karzeł” Romo – wspólnik doktora Sotero, ich znajome siostry Berlin, czy rozmowny, sympatyczny Caligosa - sąsiad Agaty i Nicanora. Ostatnią z takich postaci jest Estaurofilo – wychudzony, przygłupawy i milczący (a jakże!) służący państwa Cruz. ** Nie da się w przekonujący sposób pisać o samotności, jeśli się samemu jej nie doświadczyło. Jestem pewien, że Mallea dobrze znał jej smak. Autobiograficznych smaczków jest tu z pewnością więcej, na przykład akcję drugiej części książki Mallea umieścił w Bahía Blanca – czyli mieście, w którym przyszedł na świat i w którym spędził wiele lat swojej młodości.
MilczenieLiter - awatar MilczenieLiter
ocenił na 8 1 rok temu
I zawsze śmierć, jej szybki krok Reynaldo González
I zawsze śmierć, jej szybki krok
Reynaldo González
Reynaldo Gonzalez to kubański pisarz, który w swojej powieści „I zawsze śmierć, jej szybki krok” przenosi nas w początkowy okres rewolucji kubańskiej. Na wyspie działa już partyzantka Fidela Castro, ale sypiąca się dyktatura Fulgencio Batisty stara się jeszcze „przykręcić śrubę” społeczeństwu w desperackiej próbie ocalenia władzy. W takich warunkach przychodzi żyć młodym, dorastającym Kubańczykom, którzy muszą podjąć ważną decyzję odnośnie swojego zaangażowania w toczący się na wyspie konflikt. Wszak znaczenie tego wyboru będzie sprawą życia lub śmierci, której „szybki krok” w rozwijającej się rewolucji można „usłyszeć” szybciej niż by się chciało. Powieść dzieli się na dwie części. W części pierwszej mamy obrazy z życia dorastających młodych ludzi, którzy stopniowo odkrywają smutną prawdę o otaczającej ich rzeczywistości. Miejscem akcji jest małe, prowincjonalne miasteczko gdzieś pośrodku Kuby - Ciego del Anima. Jak w całym kraju, tak i tutaj rodzi się powolny bunt wobec korupcji, nepotyzmowi oraz narastającym represjom politycznym ze strony reżimu. Na tym tle toczy się codzienne życie młodych, w którym istnieją odwieczne problemy związane z procesem dorastania - przyjaźnie, pierwsze miłości, rozczarowania, problemy rodzinne itp. Natomiast część druga to już czas wyboru i świadome wejście młodego pokolenia do walki o zdawałoby się szczęśliwszą Kubę, a więc akcje dywersyjne przeciwko dyktaturze Batisty i związane z tym ryzyko aresztowania, a nawet śmierci z rąk wojskowych. Rewolucja już się zaczęła, choć na razie tli się gdzieś w odległych górach Sierra Maestra w postaci brodatych partyzantów, do których dopiero zaczynają dołączać młodzi ochotnicy z miast i miasteczek. Wielu z nich działa jednak w konspiracji, dokonując aktów sabotażu i dywersji, dając tym samym niezbędny czas rewolucjonistom spod znaku Fidela Castro do wzmocnienia i skonsolidowania swoich sił. Powyższe elementy składowe powieści opowiadane są na przykładzie jednego z młodych mieszkańców Ciego del Anima o imieniu Rubio. Chłopak dorasta z matką oraz rodzeństwem. Ojciec zmarł niedługo po jego narodzinach, więc matka znalazła sobie nowego partnera, którego chłopak nie jest w stanie zaakceptować. Narasta w nim młodzieńczy bunt, którego celem z jednej strony jest ojczym, a z drugiej - ówczesna władza. Znaczący wpływ na radykalizację Rubio ma jego najlepszy przyjaciel, Moises, który staje się naturalnym liderem paczki młodych ludzi z miasteczka. To on jest prowodyrem różnego rodzaju zabaw, a gdy nadejdzie czas rewolucji, stanie się naturalnym liderem akcji dywersyjnych wymierzonych w reżim. Moises nie od początku wprowadza Rubio w szeregi partyzantki, zdając sobie sprawę, że główny bohater nie jest jeszcze do końca oddany sprawie, więc jego charakter musi najpierw zostać poddany próbie, którą będzie kradzież rządowego jeepa. W powieści Moises pełni funkcje archetypu osobowości typu macho. Jego przeciwieństwem jest inny ze znajomych Rubio - Silvestre. Ta postać to z kolei typ wrażliwego intelektualisty, dla którego liczy się przede wszystkim literatura i kulturalne życie stolicy kraju, Hawany. To, co najmniej go interesuje, to właśnie polityka. Można również wysnuć wniosek, że postać ta ma skłonności homoseksualne. Tym samym obaj przyjaciele Rubio stanowią swoje skrajne przeciwieństwo i ukazują dwie całkowicie różne postawy wobec problemu rewolucji kubańskiej. To, co opisałem wyżej, wydaje się być prostym obrazem fabuły powieści, ale w rzeczywistości zrozumienie opowiadanej historii wcale nie jest takie łatwe. Wręcz przeciwnie, narracja powieści jest bowiem bardzo rozproszona, gdyż relacja odbywa się z rożnych punktów widzenia. To rodzaj wielogłosu, z którego dopiero musimy wyłuskiwać poszczególne informacje. Jakby tego było mało, również chronologia powieści jest solidnie wymieszana, a zaczyna się ona od velorio, a więc tradycyjnego czuwania przy zwłokach zmarłych. Ten początek powieści jest tak naprawdę jej końcem, a wszystko, co pisarz później opowie, wydarzyło się wcześniej. Na czuwanie przy zwłokach policja doprowadza młodego mężczyznę, który wchodzi do domu zmarłej, ściągając na siebie powszechną uwagę oraz przyciszone rozmowy zgromadzonych. Właśnie z takich rozmów wyłuskujemy pierwsze informacje o fabule powieści. Ale to nie koniec udziwnień. Oto bowiem pisarz zwraca się do bohatera w formie pierwszej osoby („widziałeś, czułeś, powiedziałeś”), jakby relacjonując mu jego własne poczynania i myśli. Tylko czasami coś w tych zwrotach nam nie pasuje, bo pisarz w ten sam sposób zwraca się także do innej osoby, postronnego obserwatora-podróżnika, przejeżdżającego przez miasteczko podczas odbywania się velorio, pod którego można podstawić czytelnika powieści. Rozróżnienie tych pierwszoosobowych zwrotów może przysporzyć pewnych trudności i wymaga od czytelnika dużej uwagi. Zatem powieść dzieli się na dwie części, a te na liczne rozdziały o odmiennych stylach. Tak jak wspomniałem, ich chronologia jest zaburzona i wymieszana, co zmusza czytelnika do maksymalnego skupienia. Każda dłuższa przerwa w czytaniu jest niewskazana, gdyż nie ma tutaj liniowego ujęcia fabuły, co pozwoliłoby podjąć przerwany wątek. Tym samym lektura tej powieści to nieustanne układanie w pamięci nowych kawałków fabuły, które odsłania kubański pisarz na kolejnych stronach książki. Dlatego też odmienne style niepowiązanych ze sobą rozdziałów to znaczące utrudnienie, z którym trzeba się zmierzyć. Są bowiem tutaj fragmenty całkiem normalnej narracji opisującej jakiś wydarzenia (np. akcję dywersyjną podziemia), by chwile potem wejść w zupełnie pokręcony świat cierpiącego na demencje starczą dziadka bohatera lub bardzo bliską klimatowi realizmu magicznego scenę rozmowy Rubio z lokalną wróżką Santą, która opuszcza dom tylko wtedy, gdy ktoś w miasteczku ma umrzeć. To wszystko sprawia, że mamy do czynienia z naprawdę trudną w odbiorze powieścią. Warto jeszcze chwilę poświęcić na przewodni motyw, jaki przewija się przez całą powieść Gonzaleza, a więc śmierć. Wystarczy przypomnieć, że całość zaczyna się w domu, w którym trwa tradycyjne czuwanie przy zwłokach zmarłej. Warto też zwrócić uwagę, że śmierć jest obecna w życiu Rubio od momentu jego urodzenia, gdyż jest ono nierozerwalnie związane ze śmiercią jego biologicznego ojca. Towarzyszy mu także w późniejszym życiu, gdy umierają jego przyjaciele lub członkowie najbliższej rodziny (przepiękne sceny śmierci dziadka i wzruszająca rozmowa między matką na łożu śmierci a synem). Wreszcie atmosfera rewolucyjnego wrzenia, gdy walka z reżimem Batisty pociąga za sobą kolejne ofiary, podsyca wszechobecne zagrożenie śmiercią. Pisarz zderza zatem w swojej książce dwa nierozerwalne i jednoczenie niedające się pogodzić zjawiska - obok przejawów śmierci ciągle opisuje toczące się wokół życie („Wracasz do domu. Idziesz. I zawsze śmierć. Czuwa, ukazuje się i rośnie wraz z tobą, towarzyszy ci jak wielki, natrętny pająk. Mieszka wszędzie i ogłasza swą grozę. Przyciąga cię i przeraża. Uciekasz od niej i niesiesz ją w sobie.”). Powinniśmy mięć świadomość, że śmierć w życiu człowieka jest tematem tabu. Śmierć jest czynnikiem paraliżującym, odbierającym siłę i wolę do działania. Kubański pisarz zdaje się celowo uwypuklać istnienie śmierci w codziennej egzystencji bohatera, aby przełamać to tabu. Śmierć nie może i nie powinna paraliżować przed podjęciem walki o sprawę - taki zdaje się być główny przekaz powieści. „Śmierć jest wszędzie, musimy ją wykorzystać” - to słowa jednego z bojowników o sprawę rewolucji. W prozie Reynaldo Gonzaleza śmierć jest właśnie czymś, co trzeba wykorzystać, gdyż jest ona wszędzie, jest nie do uniknięcia („Wszystkich nas czeka śmierć i wobec niej musimy kapitulować”). Autor, odmalowując biedne domostwa zapadłej mieściny gdzieś pośród kubańskiego interioru, sugeruje tym samym, że w zasadzie człowiek nie ma nic do stracenia i albo poprawi swój los, odważnie występując o swoje prawa z bronią w ręku, albo umrze w beznadziejnym marazmie codziennej egzystencji. Oto dylematy godne prozy rewolucyjnej, jaką bez wątpienia jest ta powieść. Ostatecznie „I zawsze śmierć, jej szybki krok” Reynaldo Gonzaleza to trochę przekombinowana, wymagająca momentami od czytelnika zbyt wiele, ale mająca za to kilka naprawdę mocnych momentów książka o sprawach ostatecznych.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na 6 2 lata temu
Głębokie rzeki José María Arguedas
Głębokie rzeki
José María Arguedas
Jak porzucenie przez najbliższych i poczucie bycia wyobcowanym może wpłynąć na nasze decyzje, zachowania, poczucie bezpieczeństwa i postrzeganie otaczającego świata. Młody, kilkunastoletni chłopak Ernesto opowiada nam swoją historię, która zasadza się właściwie na dwóch motywach, pierwszy to mocno wyczerpujące a jednocześnie bogate w najprzeróżniejsze doświadczenia podróże z ojcem, wędrownym adwokatem, a drugi to pobyt chłopaka w szkole z internatem prowadzonym przez księży. Oba te czynniki bardzo silnie oddziaływują na nieświadomego wielu spraw potomka białych, bo czuje się on mocno związany ze światem Indian, ponieważ był i jest on nadal obecny w jego życiu, w który wprowadził go własny ojciec, a z którym ku rozpaczy chłopaka, nie może on się tak silnie integrować, jakby tego chciał. Tragedia Ernesta polega na tym, że ani wśród uwielbianych przez siebie Indian, ani wśród białych duchownych czy kolegów z internatu, nie potrafi on poczuć się sobą. Pojęcie tożsamości, wbrew temu, co nam się wydaje jest bardzo ważne, a w szczególności, w sytuacji, kiedy zostajemy pozostawieni sami sobie, bez opieki dorosłych, bez wyznaczonych przez nich drogowskazów . Wobec tego kłania się tutaj, kompletny brak odpowiedzialności i zrozumienia ze strony ojca, jego totalna ignorancja, dla którego priorytety okazują się być nie związane z własnym, już raz przez niego porzuconym dzieckiem. Prawdą jest, że nie odnajdziemy w tekście jakichś większych pretensji syna do rodzica, ale to nie zmienia faktu, jak haniebnie on postąpił. Powieść jest zarazem hołdem dla bogatej w podziw oszałamiającej przyrody i tajemniczego krajobrazu Inkaskich budowli, które emanują swoją baśniową aurą. Obrazuje nam lokalne konflikty, tragedie młodych ludzi, akcentuje problem rasizmu. Takie głębokie rzeki niejednokrotnie stawiają nas przed dramatycznymi wyborami i tylko od nas samych zależy jak z nich i czy w ogóle, uda nam się wyjść obronną ręką. Serdecznie polecam
kasiaman55 - awatar kasiaman55
ocenił na 7 7 dni temu

Cytaty z książki Syn człowieczy

Więcej
Augusto Roa Bastos Syn człowieczy Zobacz więcej
Więcej