Wyobraźmy sobie tropikalny kwiat, który wyrasta z żyznej gleby gdzieś pośród porośniętych dżunglą gwatemalskich wzgórz. Rośnie, zraszany ciepłym deszczem, karmiony promieniami słońca, oświetlany zimno-srebrnym blaskiem księżyca, aby w końcu zakwitnąć na naszych oczach zapierającym dech w piersiach pięknem. A potem wyobraźmy sobie, że bezpośrednio z rozłożonego już kielicha naszego dżunglowego kwiatu w błyskawicznym tempie zaczynają wyrastać dwie kolejne łodyżki, które rosną, wiją się, wzrastają, aby w końcu rozkwitnąć w pełni, jako dwa nowe dżunglowe kwiaty o zupełnie różnych kolorach i kształtach płatków. Zjawisko takie wzbudzałoby w nas naturalne zainteresowanie, jako przykład rzeczy niespotykanej, dziejącej się wbrew znanym nam prawom wegetacji roślin. Gdy jednak my będziemy trwali pogrążeni w zdziwieniu lub niemej kontemplacji zjawiska, oto z dwóch nowych kielichów wielobarwnego kwiatu zaczynają wyrastać kolejne pnącza. Duplikacja następuje coraz szybciej, kolejne kielich kwiatowe otwierają się, aby nasycić nasze zdumione spojrzenia paletą mieniących się wszystkimi kolorami tęczy barw. Szokujące piękno tego procesu musi wzbudzić nasz nieopisany zachwyt, który trwa jeszcze przez jakiś czas, gdy oto kolejne pąki kwiatowe błyskawicznie dojrzewają i rodzą z siebie kolejny poziom tego, zdawałoby się, kwiatowego raju. Ani się nie obejrzymy, jak wokół nas rozpościera się magiczny, przebogaty roślinny dywan, który wydaje się być szaleńczym dziełem geniuszu natury. Jest tylko jedne problem - otóż trwająca w naszej wyobraźni duplikacja zdaje się nie mieć końca. Już dawno zgubiliśmy rachubę, które to z kolei piętro kwiatowej mozaiki rodzi się przed naszymi oczyma, a początkowe zdziwienie i późniejszy zachwyt ustępuje miejsca znudzeniu wobec przesytu, który obserwujemy. Jak to wszystko wyjaśnić? Opcje są dwie - albo padliśmy ofiarą perfidnych działań Wielkiego, Przeogromnego Cashtoca, majańskiego bóstwa piekieł, albo sięgnęliśmy po prozę gwatemalskiego noblisty, Miguela Angela Asturiasa. Zresztą obie te możliwości sprowadzają nas do wspólnego mianownika - powieści „Niejaka Mulatka”, uchodzącej za apogeum literackiej twórczości wybitnego Gwatemalczyka.
W rzeczy samej, moje wrażenia podczas czytania tej książki był dokładnie takie, jak opisałem w powyższym porównaniu - od początkowego zaciekawienia, przez fascynację niekwestionowanym literackim geniuszem twórcy, by przy końcu przejść w stan z wolna narastającego przesytu i stopniowego znudzenia. Twórczość Asturiasa poznałem już przy okazji lektury zbioru „Legend gwatemalskich”, ale nawet z tym doświadczeniem recenzowana powieść okazała się być dla mnie zaskoczeniem, że można tworzyć literaturę w tak totalny i niczym nieskrępowany sposób. Bezsprzecznie trzeba mieć w sobie jakiś nadprzyrodzony dar albo być opętanym przez demona o jedenastu tysiącach pomysłów (parafrazując powieściowy motyw pisarza), aby ze słów pleść takie wspaniałe połączenia, jak czyni to Asturias. To bezsprzecznie - jak na razie, choć powątpiewam, czy znajdę coś jeszcze bardziej reprezentatywnego - najdobitniejszy przykład latynoamerykańskiej powieści z nurtu realizmu magicznego, którym czytelnik albo się zachwyci i pokocha całym literackim sercem, albo nie przebrnie nawet przez kilka początkowych rozdziałów.
Pochylmy się zatem nad kluczowymi zagadnieniami tej powieści. Zacznijmy do „fabuły”. Celowo daję to słowo w cudzysłowie, gdyż dla pisarza jest to rzecz drugorzędna - ba, nawet trzeciorzędna. Co prawda na wstępie powieści, gdy obserwujemy początkowe „perypetie” pary głównych bohaterów (Celestino Yumi i Catalina Zabala), możemy mieć jeszcze jakieś złudzenia, ale dość szybko zostają one rozwiane. Klasyczny łańcuch przyczynowo-skutkowy w zasadzie w dziele Asturiasa nie występuje, co uniemożliwia nam „zaczepienie się” w lekturę w tradycyjny sposób, tj. jako odbiorcy pewnej wymyślonej przez pisarza historii. Dzieje się tak dlatego, że w „Niejakiej Mulatce” kolejne wydarzenia następują po sobie wyłącznie na mocy wyobraźni pisarza, a więc nie o opowieść tutaj chodzi, ale o ukazanie samego ruchu, zjawiska zmiany, szaleńczego „pączkowania” (odsyłam jeszcze raz do wstępu) literackich bytów. Co prawda konstrukcyjnie powieści podzielona jest na rozdziały, ale nie należy tego podziału traktować jako próby uporządkowania czegokolwiek. Przeciwnie, rozdział u Asturiasa zdaje się być jedynie pauzą sceniczną, daniem chwili czasu czytelnikowi na wyrażenie rozbawienia lub zawodu, na oklaski zachwytu lub buczenie rozczarowania.
Kolejna kwestia to bardzo bogaty, plastyczny język Asturiasa. Powieść w oryginalne została napisana oczywiście po hiszpańsku i zapewne wiele tracimy w procesie translacji, szczególnie jeśli chodzi o dynamikę i specyficzny rytm. Także wiele gierek słownych jest niemożliwych do oddania w przekładzie, co w paru przypadkach sygnalizował tłumacz, ale trzeba oddać panu Andrzejowi Nowakowi ogrom trudu, jaki z pewnością był konieczny dla udostępnienia tej nieszablonowej powieści polskiemu czytelnikowi. W trakcie lektury szybko poczujemy totalność i magiczność prozy gwatemalskiego noblisty, który tworzy przecudne połączenia słów, plastyczne metafory, czy wysublimowane opisy. Bo skoro w „Niejakiej Mulatce” nie o fabułę chodzi, to o cóż by innego? Najprostszą odpowiedzią jest - o język właśnie! Asturias osiąga pod tym względem wyżyny kunsztu. Określenia takie jak magiczność, surrealizm, oniryczność - to kolejne kluczowe elementy układanki, na które koniecznie musimy zwrócić naszą uwagę. W powieści tej, jeśli nie możemy zachwycić się klasyczną fabułą, pozostaje nam do smakowania niemal monstrualne piękno stylu i formy. Przesada jest tutaj celowa, a nagromadzenie ozdobników - rozmyślnie przytłaczające.
Nie oznacza to oczywiście, że recenzowana powieść jest pozbawiona jakiegoś głębszego i przemyślanego przesłania. „Niejaka Mulatka” to nie jest jedynie czysty popis literackich możliwości Asturiasa. Jest tutaj ukryte coś jeszcze, czego odkrycie i zrozumienie znowu wymaga od nas wysiłku i przygotowania. Chodzi oczywiście o tygiel kulturowy dwóch tradycji - chrześcijańskiej i pogańskiej, kolonialnej i prekolumbijskiej, racjonalnej cywilizacji białego człowieka i obrazowego sposobu postrzegania świata przez indiańskich indygenów. Wydaje się, że dzieło to jest zatem także pomyślane, jako metafora dziejowego przenikania się dwóch rzeczywistości, które to na terenie Gwatemali trwało od ponad czterech stuleci. Asturias w swojej prozie nieustannie przeplata wątki i motywy z obu kultury (np. bóstwa i demony z majańskiego panteonu z postaciami świętych katolickich). Cechą charakterystyczną tego zabiegu jest ukazanie dynamiki i ciągłego ruch tegoż procesu. Napływowy świat chrześcijański i podskórnie trwająca spuścizna Majów w narracji Asturiasa toczą ustawiczną walkę o duszę Gwatemalczyka, finalnego owocu historii tego obszaru. Aby to w pełni odkryć, zapewne powinniśmy uprzednio zagłębić się w świat majańskich wierzeń, który pisarz sam studiował z ogromną fascynacją (patrz wspomniane „Legendy gwatemalskie”), a którego znajomość znacząco ułatwiłaby nam odczytanie niektórych zakamuflowanych pod literackimi figurami znaczeń i nawiązań (dla przykładu przywołam tylko synkretyczną gwatemalską tradycję obrzędu „Baile de los Gigantes”, która występuje w jednej ze scen utworu).
Zatem Asturias w swojej antypowieści, bo tak też możemy ją nazwać, chce ukazać przed czytelnikiem ów metafizyczny proces walki kultur, w którym zakazana przez konkwistadorów tradycja dostosowuje się do nowej rzeczywistości. Pisarz zwraca uwagę na naturalną dynamikę tego procesu, na jego ulokowanie nie tylko w rozciągłym czasie historii, ale także w umysłach ludzi. Folklor, duchowa spuścizna tubylców i ich sposób postrzegania świata jako imaginacji, z całym defetyzmem majańskiej religijności, zderza się ze zdawałoby się zwycięskim monolitem katolicyzmu, ale, według Asturiasa, to tylko pozory. Ksiądz katolicki jest w powieści figurą otoczoną przez pogański żywioł, z którym wciąż podejmuje bezustanną, ale także nieco donkiszotowską walkę (świat wykreowany przez pisarza pełen jest przemocy). „Niejaka Mulatka” jest zatem wyrazem przekonania pisarza o żywotnej mocy tradycji indiańskich przodków, których czuł się przecież spadkobiercą (polecam obejrzeć zdjęcia nagrobka pisarza na paryskim cmentarzu Pere-Lachaise, którym w serce jednego z najwspanialszych miast chrześcijańskich wprowadza pogański pierwiastek z Nowego Świata w postaci majańskiej steli).
Tym samym dochodzimy do finalnej kwestii, czyli różnicy postrzegania rzeczywistości między nami, przedstawicielami zachodniej kultury, a nimi - dziećmi obrazowego rozumienia rzeczywistości. Chyba tutaj tkwi główna trudność w odbiorze tej powieści, w której pisarz przemawia do nas obrazami, podczas gdy my próbujemy poddać je racjonalnej obróbce, co finalnie nie jest przecież możliwe. A gdzieś pośród tego wszystkiego ukryty jest najprawdziwszy geniusz literacki, który momentami wręcz przytłacza czytelnika. To trudna, egzotyczna i pełna magi książka, którą najlepiej potraktować jako wyzwanie.
Opinia
Paragwaj to zdecydowanie jedno z państwo Ameryki Południowej o najciekawszej historii. Pozbawione dostępu do morza, wciśnięte między większych sąsiadów, zawsze miało dwie tendencje - do samoizolacji oraz tyrańskich rządów. A wszystko zaczęło się przed wiekami, gdy hiszpańska Korona nie wiedziała za bardzo, jak skolonizować położone w głębi kontynentu i zamieszkałe przez wojowniczych autochtonów z ludu Guarani ziemie. Właśnie wtedy do misji na tym obszarze zgłosili się jezuici, tworząc niejako państwo w państwie lub, jak kto woli, kolonię w kolonii. Efektem ich poczynań była silna odrębność plemion zamieszkujących w dorzeczu rzeki Paragwaj, która utrzymywała się nawet po wypędzeniu Towarzystwa Jezusowego z Hiszpanii i jej kolonii w 1767 roku. Hiszpania nie na długo jednak nacieszyła się odzyskanymi od jezuitów wpływami, gdyż pół wieku później cały kontynent wybił się na niepodległość, a pierwszym krajem, który oficjalnie to ogłosił, był właśnie Paragwaj.
Paragwajski pisarz, Augusto Roa Bastos, w swojej powieści „Syn człowieczy” tworzy coś, co można nazwać literacką interpretacją dziejów własnego narodu. Książka jest zestawieniem kolejnych scen, które służą autorowi do nakreślenia cech charakterystycznych Paragwajczyków jako wspólnoty. Bastos tworzy obrazy literackie o silnie dokumentalnym i reportażowym charakterze, co ma ułatwić czytelnikowi zrozumienie tego narodu pełnego sprzeczności. Jego styl jest przez to mocno stonowany, mniej skupiony na introspekcji bohaterów, na ich przeżyciach wewnętrznych, a bardziej nacechowany troską o uchwycenie każdego detalu opisywanych wydarzeń. Całość ma na celu oddanie tego, co zdaniem paragwajskiego pisarza stanowi kwintesencję dziejowego rozwoju kraju i jego mieszkańców. Narratorem w powieści jest Miguel Vera, który relacjonuje czytelnikowi kolejne epizody z własnego życia, rozpoczynając od okresu dzieciństwa, a kończąc tuż po zakończeniu paragwajsko-boliwijskiej wojny o Chaco. Bardzo często jednak pisarz wkracza w narracyjny tok opowieści Very, ukazując i opisując wydarzenia, w których ten ostatni naocznie nie uczestniczył. Tym samym narracja powieści posiada niejednorodny, mieszany charakter.
Pierwsze rozdziały książki to oddanie dualizmu kulturowego Paragwaju, którego ukształtowanie było wynikiem przenikania się wpływów jezuickich oraz tradycji ludów Guarani. Efektem tego jest głęboki synkretyzm religijny, którego wyrazem w powieści jest figura Chrystusa na czarnym krzyżu. Historię jej powstania przedstawia stary Macario. Postać ta posłużyła pisarzowi jako spoiwo łączące odległą przeszłość kraju z jego teraźniejszością (oczywiście w momencie pisania powieści). Jest tu bowiem zawarte odwołanie do postaci pierwszego dyktatora (Karai Guasu w języku guarani) Paragwaju, José Gaspar Rodríguez de Francia, którego długotrwałe rządy odcisnęły zdawałoby się niezbywalne piętno na Paragwajczykach. Panowanie Francii charakteryzowało się bowiem tyranią i przemocą przy jednoczesnym całkowitym zamknięciu kraju na świat zewnętrzny. Zresztą Francia jest głównym bohaterem innej powieści Bastosa, „Ja, najwyższy” (następna pozycja do przeczytania). Ale wracając do figury Chrystusa, cała opowieść o jej powstaniu i narastającym kulcie jest w gruncie rzeczy zakamuflowanym pod tą postacią przez pisarza procesem formowania się narodu, w którym napływowe chrześcijaństwo ciągle mieszało się z autochtonicznymi kultami. Dokładnie takim kultem cieszy się rzeźba, która wyszła spod rąk trędowatego twórcy instrumentów ludowych Gaspara Mory - oficjalnie nieuznawana przez kościół, ale tolerowana, gdyż czczona gorliwie przez prosty lud. Dlatego też jej kaplicą nie jest kościół w miasteczku Itape, ale pobliskie wzgórze, gdzie nad krzyżem uformowano zadaszenie „na kształt indiańskiego szałasu”. Ten głęboko przemyślany i pięknie ułożony wątek wydaj się być refleksją pisarza nad skomplikowanymi korzeniami własnego narodu. Tutaj też ukryty jest sens tytułu powieści.
Bastos nie boi się dotykać w powieści tematów trudnych, a więc nieraz niełatwych stosunków społecznych w kraju, w którym tyrania i przemoc była na porządku dziennym od zarania istnienia niepodległego państwa. Osoba dyktatora Franci to najsławniejszy przykład caudillo z dziejów Paragwaju, ale pisarz pokazuje, że kraju tym zawsze była cała rzesza pomniejszych „szefów”, którzy wykorzystywali swoją siłę do zdominowania współobywateli. Jako sztandarowy przykład takich pomniejszych caudillo pisarz ukazuje w powieści plantacje yerba mate, popularnego w całej Ameryce Południowej ziela, które z czasem przekroczyło granice kontynentu i stało się dochodowych źródłem zarobku dla Paragwaju. Jednak sposób zbierania tej cudownej rośliny pokazuje całą patologię ówczesnych stosunków społecznych w kraju, w którym odizolowane od świata plantacje gdzieś pośrodku dżungli stawały się wręcz obozami pracy przymusowej, gdzie poza prawem silniejszego nie funkcjonowały żadne inne zasady. Powieściowe losy Casiano i Nati są zapisem dramatów, które zapewne w rzeczywistości należałoby mnożyć przez setki, jeśli nie tysiące przypadków.
To rozminięcie się interesów władzy i prostego ludu bardzo często prowadziło do zbrojnych buntów i - mniej lub bardziej udanych - rewolucji. I ten wątek porusza w swojej powieści pisarz, ukazując fikcyjny zryw przeciwko rządowi, który finalnie został stłumiony za pomocą wypełnionej materiałami wybuchowymi lokomotywy. Ten oryginalny zamysł pisarza służy w zasadzie do ukazania pewnego paradoksu w naturze Paragwajczyków - zdominowani i ciemiężeni przez dyktatorską władzę kolejnych caudillo, balansowali oni od postawy zaciekłego buntu do wiernopoddańczej uległości i gotowości do najwyższych ofiar dla własnego państwa. Najlepszym tego dowodem jest wojna z lat 1864-70, w której bez mała wyginęła cała męska populacja tego kraju w imię szaleńczych ambicji kolejnego dyktatora Francisco Solano Lopeza.
Na kartach powieści przewija się wielu bohaterów, ale zasadniczo „Syn człowieczy” oparty jest na fundamentalnej sprzeczności dwóch wybijających się postaci. Pierwszym jest wspomniany już narrator, Miguel Vera, który jest uosobieniem niezdecydowania i chwiejności przekonań. Ten młody człowiek wybiera popularną w kraju karierę wojskowego, ale jednocześnie ma żywe przekonania wolnościowe i awersją na niesprawiedliwość. Cóż z tego, skoro brakuje mu zawziętości i zdecydowania. Nie nadaje się zatem do wielkich czynów nawet wtedy, gdy los sam go do nich wyznacza. Zawsze przez to zawodzi, popadając w coraz większa izolację od otoczenia. Jego przeciwieństwem jest natomiast Cristobal Jara, syn zbiegłych z plantacji yerba mate wyrobników, odznaczający się twardością charakteru i niesamowitą, graniczącą wręcz z szaleństwem odwagą. Gotów jest do wszelkich poświęceń dla sprawy, którą uważa za słuszną. Brakuje mu jednak głębszej refleksji. To zdecydowanie bohater typu macho, który najpierw działa, a potem myśli, gardząc przy tym wszelką słabością. W powieści Bastos w bardzo ciekawy sposób przeplata losy tych dwóch postaci, dając tym samym wyraz sprzecznością, które mogą charakteryzować Paragwajczyków - nieziemskiej odwagi i zawziętości połączonej z chwiejnością i brakiem szerszego rozeznania.
Wreszcie na koniec warto wspomnieć o szczególnie znaczącym wątku powieści, a mianowicie niezwykle realistycznie i przejmująco oddanych realiach wojny o Chaco, zapomnianego konfliktu, który rozegrał się między Boliwią i Paragwajem w latach 1932-1935 o rzekomo roponośne tereny Gran Chaco. Jak się później okazało, ropy tam nie było, a zawzięta walka o ogromne połacie nieurodzajnej ziemi pochłonęła dziesiątki tysięcy ofiar po obu stronach konfliktu, ostatecznie zakończonego zwycięstwem Paragwaju. W swojej powieści Bastos tworzy chirurgicznie precyzyjny opisy walk o fort Boqueron, który odsłania całą makabrę nowoczesnej wojny. Robi to zapewne na podstawie osobistych doświadczeń, gdyż sam brał udział w działaniach wojennych po stronie Paragwaju. Tam też w totalnie zaskakujący sposób dopełnią się losy dwójki wspomnianych wcześniej bohaterów. Pod Boqueronem znajdziemy też potwierdzenie szaleńczego oddania Paragwajczyków dla własnej ojczyzny, mimo wszystkich jej wad i niedociągnięć. Najlepszym tego przykładem jest bowiem postawa byłych więźniów politycznych i buntowników, którzy w momencie wybuchu wojny trafili do paragwajskiego wojska i z ogromnym poświęceniem podjęli walkę z wrogiem. Wydaje się, że właśnie opisy epizodów z walk o Gran Chaco najmocniej zapadają w pamięci czytelnika, choć w mojej ocenie cała powieść napisana jest naprawdę bardzo dobrze. Szczególnie do gustu przypadła mi prostota narracji i jej dokumentalny charakter, pozwalający czytelnikowi na poznanie realiów życia Paragwajczyków i prześledzenie kluczowych dla rozwoju tego kraju wydarzeń i procesów.
Paragwaj to zdecydowanie jedno z państwo Ameryki Południowej o najciekawszej historii. Pozbawione dostępu do morza, wciśnięte między większych sąsiadów, zawsze miało dwie tendencje - do samoizolacji oraz tyrańskich rządów. A wszystko zaczęło się przed wiekami, gdy hiszpańska Korona nie wiedziała za bardzo, jak skolonizować położone w głębi kontynentu i zamieszkałe przez...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to