Skrzynka demona

Okładka książki Skrzynka demona
Ken Kesey Wydawnictwo: Phantom Press Seria: Biblioteka mistrzów powieść przygodowa
448 str. 7 godz. 28 min.
Kategoria:
powieść przygodowa
Format:
papier
Seria:
Biblioteka mistrzów
Tytuł oryginału:
Demon Box
Data wydania:
1993-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1993-01-01
Liczba stron:
448
Czas czytania
7 godz. 28 min.
Język:
polski
ISBN:
8370754899
Tłumacz:
Magdalena Spalińska
Średnia ocen

                5,9 5,9 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Skrzynka demona w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Skrzynka demona

Średnia ocen
5,9 / 10
67 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
78
23

Na półkach: , ,

Za tę książkę pokochałam Kesey'a. Dopiero później sięgnęłam po "Lot nad kukułczym gniazdem".

To może kontrowersyjne, ale mnie zachwycił ten brak jakiejkolwiek fabuły. Te luźne zapiski przemawiają do mnie. Uważam, że w tej szaleńczej gonitwie niechronologicznych wydarzeń jest jakaś metoda na pokazanie czytelnikowi, w jaki sposób patrzy na życie autor. Myślę, że sytuacje w tym dziele nie są przypadkowe, lecz mają pokazać przemyślenia, poglądy i wszystko to, co autor uważa za godne uwagi.

Za tę książkę pokochałam Kesey'a. Dopiero później sięgnęłam po "Lot nad kukułczym gniazdem".

To może kontrowersyjne, ale mnie zachwycił ten brak jakiejkolwiek fabuły. Te luźne zapiski przemawiają do mnie. Uważam, że w tej szaleńczej gonitwie niechronologicznych wydarzeń jest jakaś metoda na pokazanie czytelnikowi, w jaki sposób patrzy na życie autor. Myślę, że sytuacje w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

182 użytkowników ma tytuł Skrzynka demona na półkach głównych
  • 91
  • 89
  • 2
38 użytkowników ma tytuł Skrzynka demona na półkach dodatkowych
  • 30
  • 3
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Skrzynka demona

Inne książki autora

Ken Kesey
Ken Kesey
Amerykański pisarz związany z beatnikami w latach 50. i hippisami w latach 60., wyrażający w swojej twórczości sprzeciw wobec społecznych i mentalnych form zniewolenia człowieka. Ukończył teatrologię na Oregon State University, a następnie studiował pisarstwo na Uniwersytecie Stanforda. Za namową przyjaciela wziął udział w rządowym programie badań nad środkami psychomimetycznymi, prowadzonym przez szpital psychiatryczny, w którym zatrudnił się jako sanitariusz. W tym czasie powstała jego najgłośniejsza powieść, Lot nad kukułczym gniazdem. Kolejna – Czasem wielka chętka – spotkała się z równie entuzjastycznym przyjęciem co debiut. Kesey zarzucił jednak pisanie i włączył się w ruch kontestatorski. Występował na wiecach, założył komunę, do której należeli członkowie zespołu Grateful Dead, i podróżował. Aresztowany za posiadanie marihuany, spędził pół roku w więzieniu. Po odzyskaniu wolności wyjechał do Oregonu i zajął pracą na farmie.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Sprzysiężenie osłów John Kennedy Toole
Sprzysiężenie osłów
John Kennedy Toole
„Sprzysiężenie osłów” to powieść, która nie przypomina niczego innego. I całe szczęście :) Nie wiem, czy bardziej się śmiałam, czy kręciłam głową z niedowierzaniem. Bo ta książka jest… dziwna. Dzika. Złośliwa. Momentami przytłaczająca, a chwilę później genialna. I właśnie to sprawia, że trudno ją zapomnieć. Ignacy J. Reilly – główny bohater – to postać, której nie da się lubić. Ale też nie da się przestać go obserwować. Tłusty, rozwrzeszczany, niezdolny do życia, rozdęty od własnego ego i misji zbawiania świata. A jednocześnie: śmieszny, błyskotliwy i bardzo tragiczny. Bo pod tą groteską kryje się samotność i zupełne oderwanie od rzeczywistości. To opowieść o Nowym Orleanie, o Ameryce lat 60., o upadku ideałów, o chaosie, o matkach i synach, o pracy, której nikt nie chce, i o geniuszu, który nie potrafi się odnaleźć w realnym świecie. Ale tak naprawdę to książka o tym, jak trudno być człowiekiem, gdy nie pasujesz do żadnego systemu. Styl? Momentami jazda bez trzymanki. Dialogi są tak dobre, że czasem trzeba je przeczytać dwa razy – raz żeby się śmiać, drugi żeby docenić konstrukcję. Nie zawsze mi było z tą książką wygodnie, ale nie żałuję ani jednej strony. Bo takich powieści się nie czyta dla komfortu. Czyta się je po to, żeby sobie przypomnieć, że świat nie musi być uporządkowany, żeby był genialny. Polecam
Diana - awatar Diana
oceniła na 8 5 miesięcy temu
Doktorze, lecz się sam Anthony Burgess
Doktorze, lecz się sam
Anthony Burgess
Anthony Burgess, zanim zmarł na raka płuc oczywiście, był całkiem spoko gościem. Współcześni krytycy używają w odniesieniu do niego takich zwrotów jak: „autor wybitny”, „pisarz nietuzinkowy”. Zresztą wszyscy dobrze wiemy, jakim był geniuszem. Któż z nas nie zaczytywał się w ponad dwudziestu powieściach i o wiele większej liczbie innych tekstów uznanego Brytyjczyka? Któż z nas nie przesypiał nocy, by dokończyć kolejne dzieło faceta, który sam o sobie mówił: „kompozytor pisujący książki”? No właśnie, problem polega na tym, że prawie nikt. A już na pewno niewielu, zwłaszcza w naszym kraju. Choć krytyka nie szczędzi pochwał, a czytelnicy na całym świecie zachwycają się prozą Anthony’ego Burgessa, nad Wisłą próżno szukać miłośników jego talentu. Tak naprawdę kojarzony jest (jeśli w ogóle) wyłącznie z ekranizacją najpopularniejszej powieści, a i tak śmietankę z całego tego przedsięwzięcia spija (a raczej spijał) Stanley Kubrick, bo owa ekranizacja to niejaka Mechaniczna pomarańcza powstała na podstawie – i tu nie będzie niespodzianki – książki o tym samym tytule, którą szczęśliwie udało mi się przeczytać i niezdarnie zrecenzować w zeszłym roku. Streszczając tekst wyróżniony powyżej, powiem tak: byłem zachwycony! Minęło kilka miesięcy, a los ponownie się do mnie uśmiechnął, podtykając pod nos – tak dla równowagi – jedno z najmniej popularnych dzieł pisarza z Manchesteru, powieść Doktorze, lecz się sam. W tym momencie, by pobudzić apetyt ewentualnych czytelników, powinienem napisać coś w stylu: „Czy ponowne spotkanie z twórczością Burgessa okazało się równie udane co pierwsze? O tym w poniższej recenzji”. Pojadę jednak po bandzie, postawię kawę na ławę i już na samym starcie zaspoileruję do granic możliwości, pisząc we wstępie: zachwycił jeszcze bardziej niż w przypadku Mechanicznej pomarańczy. Fabuła… fabuła, fabuła, fabuła. Hmm, w przypadku tej książki nie jest łatwo jakkolwiek ją streścić, no ale spróbuję. Głównym bohaterem Doktorze, lecz się sam jest niejaki Edwin Spindrift i, co bardzo ważne, jest on doktorem ze specjalizacją z lingwistyki; warto również dodać, że tym, co odróżnia Edwina od większości londyńczyków, jest czarny kolor skóry. Sama akcja z kolei zaczyna się nagle i bez żadnych zbędnych wstępów w szpitalu, którego jednym z pacjentów jest właśnie nasz doktor. Na co jest leczony? Generalnie „na głowę”, choć nie jest to wcale tak oczywiste, ponieważ ogólnym powodem przyjęcia naszego bohatera na oddział są kłopoty z libido. Innymi słowy – nie potrafi, nie chce, nie może zaspokoić seksualnie żony ani w ogóle jakiejkolwiek kobiety. Po serii dziwnych i nierzadko przykrych badań lekarze orzekają, że problem tkwi w mózgu Edwina i niezbędne jest przeprowadzenie operacji. Już sam początek nazwać można co najmniej obiecującym, jednak najlepsze dopiero przed nami. Otóż okazuje się – a zapomniałem wcześniej dodać, że na co dzień Edwin mieszka na jakiejś zabitej dechami angielskiej prowincji (do szpitala z kolei trafił po wyprawie do Birmy) – że pani Spindrift (na imię jej Sheila) niespecjalnie lubi odwiedzać małżonka w szpitalu, za to niesamowicie spodobały jej się nocne uciechy powojennego Londynu (na dobrą sprawę trudno jest jednak ustalić dokładny czas, w jakim toczy się akcja powieści). Wypełniony różnej maści szumowinami bar „Kotwica” to nowa ulubiona miejscówka Sheili, która w ramach światowych dni dobroci dla zwierząt zaczyna podsyłać – w odwiedziny do szpitala – nowo poznanych w spelunie znajomych. Pewnego jednak dnia pan doktor lingwistyki, zaniepokojony o żonę oraz pewny tego, że nie potrzebuje żadnej operacji, ucieka z ośrodka, rozpoczynając tym samym niezwykle fascynującą podróż po najciemniejszych zakamarkach wielkiego miasta. Zanim przejdę dalej, pozwolę sobie przytoczyć przypadkowo zaznaczony w trakcie lektury cytat, dodając, że na tle całości nie jest on w wielce nadzwyczajny, jednak mimo wszystko… – Uważa pani, że lepiej być specem od radiologii niż poetą? – Oczywiście – w jej głosie pojawiła się nuta zawodowego ożywienia. – W końcu ratujemy ludziom życie, no nie? – Po co? – Jak to po co? – A jaki to ma sens ratować życie? Po co ludzie mają żyć, według pani? – To już nie moja sprawa – odparła powściągliwie. – Tego na kursie nie było. Brzmi dziwnie? Może i brzmi, a może nie; przede wszystkim jest to cytat ze „szpitalnej” części książki, „szpitalnej”, czyli tej grzeczniejszej, mniej surrealistycznej. Nie będę nawet wrzucał cytatów z dalszych stron, ponieważ nie da się tego – mówiąc kolokwialnie – załapać, ot tak, wyrwanego z kontekstu. Po ucieczce z placówki Edwin poznaje m.in. właścicieli „Kotwicy” – dwóch braci (Żydów, co ważne) lubujących się w nielegalnym handlu bimbrem, otyłą Niemkę, której pasje to sprzedawanie ciał własnych córek oraz upijanie się podwójnym ginem (obojętnie w jakiej kolejności), pasera zegarków (sikorów!) zarabiającego jako żywa reklama, gangstera z fetyszem biczowania, któremu nasz bohater wpadł w oko… itd. Czy zdradziłem zbyt wiele z treści tej, bądź co bądź, niedługiej powieści? Uwierzcie, że nie liznąłem nawet jeszcze tematu. Ciężko w kilku, a nawet kilkunastu zdaniach oddać treść książki, która zaskakuje na każdej kolejnej stronie, zwłaszcza gdy od samego początku w głowie czytelnika kłębią się pytania takie jak: Czy to się dzieje naprawdę? A może każde słowo, każda scena to wytwór chorej wyobraźni głównego bohatera? Co jest prawdą, a co fikcją? Jeśli komuś wydaje się w tym momencie, że rozpisuję się właśnie na temat jakiejś dziwacznie urojonej historyjki, szokującej wyłącznie zwrotami akcji, to w większym błędzie być nie może. Burgess naprawdę był geniuszem, o czym świadczyć mogą chociażby zabawy słowem. Edwin (poniekąd alter ego pisarza) co rusz wygłasza pełne pasji monologi na temat znaczenia kolejnych słów czy zwrotów, jest niezwykle spostrzegawczy, wyłapując najmniejsze potknięcia rozmówców – a jest co wyłapywać, bowiem dla kontrastu wszyscy pozostali bohaterowie posługują się nie dość że ulicznym slangiem, to w dodatku łamiąc wszelkie zasady składni. Zabieg to nieco podobny do tego, jaki pisarz zaserwował nam w Mechanicznej pomarańczy, a jednak inny, moim zdaniem ciekawszy i mimo wszystko bardziej przejrzysty. Rzecz jasna nocne eskapady, dzięki którym doktor Spindrift pozna całą gamę intrygujących indywiduów, skłonią bohatera do przemyśleń na temat sensu życia, wartości pieniądza, społecznej hierarchii i wielu, wielu innych. I być może właśnie to przekona kogoś, komu z braku innych zajęć zechciało się przeczytać tę recenzję, do sięgnięcia po dzieła Anthony’ego Burgessa. Możliwe, że kogoś innego zainteresują słowne gierki prowadzone przez autora lub surrealistyczny klimat powieści. Nie mam pojęcia – jednak ja kupuję to w całości i gdy tylko skończę pisać ten tekst, zacznę się rozglądać za kolejną powieścią niedocenianego nad Wisłą Brytyjczyka, ponieważ wart jest uwagi, jak mało który autor. PS Wady powieści nie zostały wymienione z jednego, prostego powodu – ta książka takowych nie posiada. *Recenzja ukazała się pierwotnie na stronie www.gloskultury.pl oraz na http://pisanepopijaku.pl
Stebbins - awatar Stebbins
ocenił na 9 9 lat temu
Psie lata Günter Grass
Psie lata
Günter Grass
Gdyby nie Wyzwanie i konieczność przeczytania książki dziejącej się w Gdańsku, książka dalej stałaby na mojej półce. Nie jest to łatwa i przyjemna lektura, dla mnie stanowiła wyzwanie. Styl autora zawiły, z jednej strony szczegółowy, z drugiej oniryczny i bajkowy, który miesza się nawzajem. Do pewnych scen autor wraca, powtarza, można to potraktować, jako pewnego rodzaju refreny, który powracają. Może o wiele ciekawsza jest to lektura dla osób znających te tereny. Kiedy autor wymienia wszystkie stacje kolejowe, które mijają bohaterowie, jadąc do gimnazjum, a później wymienia wszystkie ulice, którymi idą, to dla mnie jest to wiedza zbędna i nużąca. Takich opisów jest sporo. Książka podzielona jest na trzy części, każda pisana w innej formie. Pierwsza część jest najbardziej oniryczna i bajkowa, opowiada o dzieciństwie naszych bohaterów: Waltera Materny i Eduarda Amsela na Żuławach. Druga część dzieje się już w Wolnym Miście Gdańsk i obejmuje okres miej więcej od końca I wojny światowej, przez cały okres hitleryzmu, aż do końca wojny. Ta część jest napisana w formie listów Harrego, syna stolarza do swojej kuzynki mieszkającej razem z nim. Opisuje ich wspólną młodość i wkraczanie w wiek dorosły w okresie budzenia się hitleryzmu, a później rządy Hitlera i wybuch wojny. Występują też bohaterowie pierwszej części. Ważną częścią jest opowieść o psie stolarza, którego szczeniak zostaje podarowany Hitlerowi. Ostatnia część jest opowieścią Materny i dzieje się już po zakończeniu wojny. Materna po wyjściu z niewoli alianckiej przemierza całe Niemcy, poszukując osób, które według niego go skrzywdziły. Odnajduje te osoby i w dość ciekawy sposób dokonuje zemsty. W czasie tej wędrówki spotyka bohaterów z poprzednich części. Spotyka między innymi swojego ojce, młynarza Maternę, który co prawda mieszka w młynie, ale zajmuje się czymś innym. Spotyka też swojego przyjaciela z lat dziecinnych, Eduarda Amsela, który teraz jest Złotą Buźką. Pojawia się też pies,, który jest prawdopodobnie psem podarowanym Hitlerowi. Autor przy okazji tej wędrówki Materny opisuje powojenne Niemcy. Książka była jednak warta przeczytania, gdyż możemy poznać prawdziwe oblicze Wolnego Miasta Gdańska, które z wolnością miało mało wspólnego. Gdańsk był miastem niemiecki, gdzie Polacy byli mieszkańcami drugiej kategorii, a po wybuchu wojny większość z nich trafiła do obozu koncentracyjnego Stutthof i zostali wymordowani. Autor opisuje nagonki na Polaków, a później stertę białych kości na terenie obozu. Przedstawia też, jaką miłością mieszkańcy darzyli Hitlera, popierali go i cieszyli się, że wreszcie zaatakował Polskę. Dlatego dziwi mnie bardzo nawiązywanie przez władze Gdańska do Wolnego Miasta Gdańska. Ostatnio dowiedziałam się, że w Niemczech nadal funkcjonuje Rada Wolnego Miasta Gdańsk, do której wybierani są potomkowie niemieckich mieszkańców Gdańska. Uważają, że Gdańsk jest pod czasowym zarządem Polski. Przy tej Radzie powstało też Towarzystwo Kulturalne, które ostatnio było przyjaźnie witane w Gdańsku. Warto więc przeczytać, żeby zobaczyć prawdziwe oblicze Wolnego Miasta Gdańsk
jatymyoni - awatar jatymyoni
ocenił na 7 4 miesiące temu
Cienka czerwona linia James Jones
Cienka czerwona linia
James Jones
Skończyłam tę książkę z poczuciem szczęścia, miałam szczerze dość okropieństw w niej zawartych. Na dodatek to bardzo długa powieść, 500 stron tekstu. Muszę jednak przyznać – jest świetna. Dlaczego się tak umęczyłam? To przez mnóstwo drastycznych scen z okresu walk Amerykanów w kampanii na wyspie Guadalcanal w czasie II wojny światowej w 1942 roku. Czyta się jak reportaż, Autor sam tam walczył, ale zapewnia, że to fikcja literacka. Zaczyna się od desantu wojsk na plaży, potem jest morderczy marsz i trudy życia koszarowego, w ekstremalnych warunkach klimatycznych. Następnie to już walki z Japończykami. Trudno jest znieść opisy śmierci w boju kolejnych żołnierzy, także przeciwników. Szczególnie drastyczne jest umieranie na polu walki oraz zabijanie bezbronnych, poddających się Japończyków, znęcanie się nad rannymi, okradanie ich („zbieranie pamiątek”) i bezczeszczenie zwłok, w tym wyrywanie zabitym złotych zębów. Amerykańscy żołnierze w szale walki traktują życie tak jakby nie było nic warte, a Japończycy byli półludźmi. Autor pokazuje wojnę z bliska, w najdrobniejszych szczegółach. Śledzimy losy kompanii C-jak-Charlie od desantu ze statku poprzez 3 dni bitwy aż do w miarę spokojnego życia jednostki po zakończeniu działań wojennych. Tutaj szczególnie widać różne głupie zachowania żołnierzy, głównie ciągłe picie na umór oraz ambicjonalne awantury i sprzeczki. Większość żołnierzy jest negatywnie nastawiona do wojny, panuje strach, później zobojętnienie i często bezmyślne okrucieństwo wobec Japończyków. Walczący mężczyźni cieszą się z odniesienia małych ran, licząc na odesłanie z frontu gdzieś na tyły lub powrót do kraju. Widzimy rozgoryczenie żołnierzy wobec błędnych decyzji dowódców lub ich jawnej niesprawiedliwości, chore ambicje pułkownika, w tym odesłanie kapitana Steina, trafnie widzącego sytuację, a docenionego dopiero po czasie przez podkomendnych. Szczegóły bitwy, ruchy wojsk i opisy walki były dla mnie zupełnie nieciekawe. Co innego to wnikliwie odmalowane sylwetki żołnierzy i oficerów, ich charaktery i trudne stosunki między nimi. Autor pokazuje mężczyzn na wojnie, ich rywalizację, udawanie, poniżanie a przede wszystkim strach. Niestety, miałam trudności z rozróżnianiem i zapamiętywaniem żołnierzy, ze względu na ich mnogość oraz podobnie brzmiące nazwiska: Bell, Doll, Dale, Bead, Beck, Blane itp. To porywająca, wciągająca a jednocześnie prosta proza, napisana klarownym językiem, bogata w szczegóły, przemyślenia i znaczenia. Pokazuje wojnę bez patosu, z punktu widzenia zwykłych żołnierzy, którzy nie mieli pojęcia w co zostaną wplątani. Porażający i dobitny manifest przeciw wojnie. Chociaż motto książki już nie jest takie jednoznaczne. Korzystałam z audiobooka w świetnej interpretacji Adriana Perdjona. Słuchało się wspaniale. Obejrzałam też film w reżyserii Terrence’a Malicka, z 1998 roku i nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak książka. Jest inaczej skonstruowany, mniej realistyczny, bardziej mistyczny. Nie podobało mi się zastąpienie postaci kapitana Steina innym oficerem, a już zupełnie nie pasowały mi przepiękne zdjęcia krajobrazów, chociaż rozumiem, że wojna nie powoduje ich zniknięcia. Po prostu gwiazdorski film wydał mi się mało przekonywujący, wobec wspaniałości powieści. Książka trudna emocjonalnie, ale nie żałuję tej lektury. Tym, którzy jeszcze jej nie znają i nie boją się okropieństw wojny – gorąco polecam. Cytat: „„Własność. Własność. Wszystko dla własności”. Albowiem to było to; o to tylko chodziło. Własność jednego człowieka czy innego człowieka. Jednego narodu czy innego narodu. Wszystko to zrobiono i robiono dalej w imię własności. Jakiś naród pragnął więcej własności, uważał, że jej potrzebuje i pewnie potrzebował, a jedynym sposobem jej uzyskania było odebrać ją innym narodom, które już rościły sobie do niej prawo. Po prostu na planecie nie było już własności niczyjej, to wszystko.” – s. 59
Mikila - awatar Mikila
oceniła na 8 6 miesięcy temu

Cytaty z książki Skrzynka demona

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Skrzynka demona