rozwiń zwiń

Samotność w centrum wszechświata

Okładka książki Samotność w centrum wszechświata
Zoe Thorogood Wydawnictwo: NAGLE! komiksy
192 str. 3 godz. 12 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Tytuł oryginału:
It's Lonely At The Centre Of Earth
Data wydania:
2025-05-21
Data 1. wyd. pol.:
2025-05-21
Liczba stron:
192
Czas czytania
3 godz. 12 min.
Język:
polski
ISBN:
9788367725613
Tłumacz:
Olga Mysłowska
Średnia ocen

                7,2 7,2 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Samotność w centrum wszechświata w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Samotność w centrum wszechświata



książek na półce przeczytane 1058 napisanych opinii 303

Oceny książki Samotność w centrum wszechświata

Średnia ocen
7,2 / 10
64 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1058
302

Na półkach:

Zoe Thorogood jest artystką i autorką komiksów. W "Samotność w centrum wszechświata" dzieli się swoją depresją, która wpędza ją w lęki i samotność. Jednocześnie stawia ją w roli egocentryczki, bo jest to jedyne nad czym może mieć kontrolę. Ciężko mi powiedzieć czy to dobry komiks dla osób, które zmagają się z depresją tym bardziej, że autorka sama pisze, że zawartość książki może być triggerująca. Tam też są słowa o braniu narkotyków i myślach samobójczych. A może właśnie taka forma na ten temat wielu osobom może pokazać, że nie są sami w chorobie, że z depresją można żyć i osiągać swoje cele.

Grafika w komiksie zaskakuje swoim zróżnicowaniem. Właściwie każda strona wnosi coś ciekawego: postrzeganie siebie w różnych postaciach, kolory związane ze stanami emocjonalnymi od totalnej euforii, aż do całkowitego załamania oraz nietuzinkowymi rysunkami niepodlegającymi ograniczeniom.

Wygląda na to, że autorka jest szczera. Pokazuje czytelnikowi swoje stany emocjonalne takie jakie są. Nie łagodzi objawów swej choroby i nie stawia siebie w lepszym świetle. Być może napisanie komiksu jest dla niej sposobem na radzenie sobie z chorobą.

Zoe Thorogood jest artystką i autorką komiksów. W "Samotność w centrum wszechświata" dzieli się swoją depresją, która wpędza ją w lęki i samotność. Jednocześnie stawia ją w roli egocentryczki, bo jest to jedyne nad czym może mieć kontrolę. Ciężko mi powiedzieć czy to dobry komiks dla osób, które zmagają się z depresją tym bardziej, że autorka sama pisze, że zawartość...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

136 użytkowników ma tytuł Samotność w centrum wszechświata na półkach głównych
  • 70
  • 66
41 użytkowników ma tytuł Samotność w centrum wszechświata na półkach dodatkowych
  • 10
  • 9
  • 8
  • 5
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2

Inne książki autora

Okładka książki DC PRIDE: THE NEW GENERATION Jadzia Axelrod, Evan Cagle, Ivan Cohen, Samantha Dodge, Dani Fernandez, Meghan Fitzmartin, W. Scott Forbes, Devin Grayson, Meghan Hetrick, Tini Howard, Alberto Jimenez Alburquerque, Greg Lockard, Danny Lore, Danny Lore, Giulio Macaione, Travis Moore, Belen Ortega, Stephanie Phillips, Nick Robles, Zoe Thorogood, Brittney Williams, Stephanie Williams, Alyssa Wong, Lynne Yoshii
Ocena 8,0
DC PRIDE: THE NEW GENERATION Jadzia Axelrod, Evan Cagle, Ivan Cohen, Samantha Dodge, Dani Fernandez, Meghan Fitzmartin, W. Scott Forbes, Devin Grayson, Meghan Hetrick, Tini Howard, Alberto Jimenez Alburquerque, Greg Lockard, Danny Lore, Danny Lore, Giulio Macaione, Travis Moore, Belen Ortega, Stephanie Phillips, Nick Robles, Zoe Thorogood, Brittney Williams, Stephanie Williams, Alyssa Wong, Lynne Yoshii
Zoe Thorogood
Zoe Thorogood
Zoe Thorogood jest twórczynią komiksów i artystką koncepcyjną z Wielkiej Brytanii. Zadebiutowała w 2020 r. komiksem THE IMPENDING BLINDNESS OF BILLIE SCOTT, który został napisany i narysowany przez Zoe, a opublikowany przez Avery Hill. „Billie Scott” spotkał się z bezprecedensowo pozytywnym przyjęciem jak na debiutującą rysowniczkę komiksów i szybko ugruntował pozycję Zoe jako głównej postaci w branży. W kolejnych latach ilustrowała komiksy HAHA i RAIN Joe Hilla w Image Comics. Doprowadziło to do kolejnej autorskiej produkcji z wydawcą, IT'S LONELY AT THE CENTRE OF THE EARTH, przełomowej autobiografii wydanej pod koniec 2023 r. „Lonely” ponownie odniosło ogromny sukces krytyczny i komercyjny dla Thorogood, zdobywając sześć nominacji do nagrody Eisnera i nagrodę Russa Manninga Newcomer Award na San Diego Comic Con. Później w tym samym roku otrzymała również nagrodę Ringo Award za najlepszą oryginalną powieść graficzną. Ostatnio Thorogood kontynuowała współpracę z Image przy CREEPSHOW i HACK/SLASH: BACK TO SCHOOL. Napisała również miniserię LIFE IS STRANGE: FORGET-ME-NOT dla Titan Comics. W swoim (bardzo ograniczonym) wolnym czasie Zoe lubi grać w gry wideo i być niesamowicie potężną.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Pieskie szczęście Keum Suk Gendry-Kim
Pieskie szczęście
Keum Suk Gendry-Kim
W Pieskim szczęściu oczywiście najmocniej poruszyły mnie te fragmenty, w których autorka porusza tematy handlu psim mięsem, porzucenia, przemocy wobec zwierząt i zwyczajnego, codziennego braku empatii. Psy w klatkach, na łańcuchach, traktowane jak towar, a nie czujące istoty, powinny być wstydem dla każdego społeczeństwa i dla każdego człowieka. Jednocześnie uważam, że choć komiks dotyka ważnych kwestii społecznych, robi to zbyt pobieżnie. Brakuje mi mocniejszego rozwinięcia, czegoś więcej niż symbolicznego zarysowania tła. Autorka mogła pójść dalej, odważniej. Dlatego czuję pewien niedosyt, bo potencjał był ogromny. Czytając komiks, nie mogłem nie myśleć o polskich realiach. W naszym kraju wciąż widzę psy trzymane na łańcuchach, na gołym betonie, na podwórkach, gdzie nie doświadczają niczego poza izolacją i zimnem. W tym kontekście decyzja Nawrockiego, który nie podpisał ustawy zakazującej trzymania psów na łańcuchach, budzi we mnie autentyczne oburzenie. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak można świadomie utrzymywać przepisy pozwalające na zadawanie zwierzętom cierpienia. To nie jest dla mnie kwestia „światopoglądu”, tylko elementarnej przyzwoitości. Takie decyzje bardzo źle świadczą o politykach, którzy je podejmują. Efekt jest taki, że dobrostan zwierząt staje się zakładnikiem ideologii, co mnie, jako kogoś, dla kogo psy były zawsze częścią rodziny, szczerze boli i zwyczajnie złości. Wszystkie te kwestie sprawiają, że „Pieskie szczęście” rezonuje nie tylko jako opowieść autobiograficzna, ale także jako przypomnienie, że zwierzęta są papierkiem lakmusowym ludzkiej wrażliwości. A los psów — w Korei, w Polsce, w każdym kraju — to zawsze opowieść o nas samych. W tej perspektywie komiks staje się nie tylko historią Marchewki czy Kartofla, lecz także pytaniem o to, jak bardzo jesteśmy gotowi zmieniać własne nawyki, tradycje i przekonania, by dawać innym istotom więcej przestrzeni i mniej bólu.
Agatonik - awatar Agatonik
ocenił na 8 26 dni temu
Vaclav Drakulič jedzie do urzędu Mikołaj Ratka
Vaclav Drakulič jedzie do urzędu
Mikołaj Ratka Jan Mazur Henryk Glaza
POPKULTUROWY KOCIOŁEK: Vaclav Drakulič jedzie do urzędu to pozycja, która na pierwszy rzut oka wydaje się być prostą historyjką pasującą do Krótkich Gatek. Nic jednak bardziej mylnego. Na 72 stronach tego dzieła kryje się bowiem opowieść pełna humoru, groteski i trafnej refleksji nad społeczną i administracyjną absurdalnością, która zdecydowanie kierowana jest do dorosłego czytelnika. Akcja komiksu rozgrywa się w roku 1921, w malowniczym, choć niespokojnym politycznie regionie Karpat. Vaclav Drakulič, starszy pan o bladoszarej cerze i drobnej posturze, zostaje niesłusznie oskarżony o bycie wampirem i jednocześnie traci swój dom w wyniku urzędowej pomyłki. Wierząc w sprawiedliwość i możliwość wyjaśnienia nieporozumienia, Vaclav wyrusza w podróż do stolicy, by złożyć odwołanie i stawić czoła bezdusznym trybom urzędniczej machiny. Po drodze napotyka absurdalne procedury, bezduszną biurokrację i ludzi, którzy traktują go z góry tylko z powodu jego nazwiska. Scenarzysta Jan Mazur przyzwyczaił już swoich fanów do tego, że potrafi pisać o ludzkich słabościach i problemach z niezwykłą przystępnością. Nie inaczej jest w tym komiksie, gdzie bierze na warsztat sprawdzony wątek wampira, ale podaje go w bardzo niezwykłej formie. Główny bohater nie ma w sobie bowiem nic z klasycznego krwiopijcy. Groza zaś w tym komiksie nie wynika z nadprzyrodzonych mocy, lecz z bezduszności systemu. Fabuła jest tu prosta, ale i tak potrafi przykuć uwagę odbiorcy. Autor świetnie buduje bowiem narrację na schemacie, który każdy zna lub prędzej czy później sam doświadczy. Zderzenie bezbronnej jednostki z machiną urzędniczą pomimo swojej fantazyjno-komiksowej formy jest tu więc bardzo realne. W tytule autor odnosi się nie tylko do rzeczywistości, ale również do klasyki literatury w postaci „Procesu” Franza Kafki, co dodatkowo nadaje komiksowi niezwykłości i wyrazistości. Baczne oko czytelnika dostrzeże tu również mniej lub bardziej oczywiste nawiązania do „Nieustraszonych pogromców wampirów” Polańskiego czy „Dwunastu prac Asteriksa”. Dramatyczna otoczka to tylko jedna strona scenariusza. Nie brakuje tu również dość absurdalnego, ale też świetnie pasującego do historii humoru, rodem z filmów Barei. Absurd goni tu absurd, a dialogi, choć oszczędne, często potrafią wywołać uśmiech na twarzy, lub jeśli sytuacja tego wymaga celnie punktować urzędniczą nowomowę. Komiks balansuje między lekką satyrą a poważnym komentarzem o bezsilności jednostki wobec instytucji. Mazur pokazuje tu, że humor i groteska mogą być doskonałymi podstawami naprawdę świetnej opowieści, w której odbiorca nie śmieje się z głównego bohatera, ale z systemu, który zmusza go do działania.... https://popkulturowykociolek.pl/vaclav-drakulic-jedzie-do-urzedu-recenzja-komiksu/
PopKulturowy - awatar PopKulturowy
ocenił na 9 3 miesiące temu
Połączenia Jillian Tamaki
Połączenia
Jillian Tamaki Mariko Tamaki
POPKULTUROWY KOCIOŁEK: POPKULTUROWY KOCIOŁEK: Album Połączenia skupia się na losach trzech młodych kobiet. Dani i Zoé to przyjaciółki z liceum, które postanawiają spędzić przerwę wiosenną w 2009 roku na wymarzonej wycieczce do Nowego Jorku. Do duetu dołącza Fiona, nowa koleżanka Dani ze studiów artystycznych, której pewność siebie i nieprzewidywalność wprowadzają napięcie do grupy. Zamiast sielankowej wycieczki, długoletnia znajomość zostaje wystawiona na próbę. Każda z nich doświadcza ponadto Nowego Jorku zupełnie inaczej, a sama podróż staje się metaforą dojrzewania i odkrywania siebie. Dzieło Jillian i Mariko Tamaki to pozycja, która stara się na ponad 400 stronach uchwycić ulotne momenty życia młodych dorosłych na tle tętniącego życiem Nowego Jorku. Autorki skupiają się tu na trójce bohaterek, które różnią się osobowością, sposobem postrzegania świata i podejściem do przyjaźni. Dani jest pełna planów i idealistycznego podejścia do świata, pragnie ona zwiedzić miasto w całości. Zoé balansuje między entuzjazmem a ostrożnością. Fiona to zaś pewna siebie i mocno bezkompromisowa młoda kobieta, która wprowadza do grupy element nieprzewidywalności oraz szaleństwa. Narracja komiksu początkowo koncentruje się głównie na drobnych interakcjach i pozornie zwykłych codziennych sytuacjach. Od spacerów po Central Parku, przez wizyty w muzeach, po zakupy w butikach. Wraz z kolejnymi stronami autorki ukazują zmiany zachodzące w bohaterkach. Konflikt, który narasta między dziewczynami, nie jest oparty na wielkich dramatach, lecz na małych gestach, niedopowiedzeniach i „zdradzie”, jaką jest nawiązanie bliższej więzi przez Zoé i Fionę kosztem Dani. Widzimy, jak młodość i entuzjazm zderzają się z zazdrością, niepewnością i potrzebą autonomii. Wszystko to rozgrywa się w cieniu monumentalnego miasta, które jawi się zarówno jako przestrzeń do odkrywania, jak i tło dla wewnętrznych dramatów. Tamaki dość skutecznie wplatają ponadto w fabułę elementy humoru i codziennych anegdot, które nadają naturalność dialogom. Narracja dzięki temu jest autentyczna i emanuje wyrazistymi emocjami. Nie oznacza to jednak, że album jest w stanie zachwycić każdego. Największym problemem „Połączeń” jest fakt, że pod płaszczem ciekawej obyczajowości kryj się tu treść typowa dla nurtu Young Adult. Dla osoby, która etap studenckich rozterek czy pierwszych miłostek ma już dawno za sobą, perypetie Dani, Zoé i Fiony mogą wydać się zwyczajnie błahe lub wtórne. Dramaty rozgrywające się na przestrzeni zaledwie pięciu dni, choć dla bohaterek są końcem świata, z perspektywy dojrzałego odbiorcy bywają momentami męczące i pozbawione większej głębi. Ponadto w pewnych scenach tempo niepotrzebnie zbyt mocno siada, co może wywoływać u odbiorcy odrobinę znużenia.... https://popkulturowykociolek.pl/polaczenia-recenzja-komiksu/
PopKulturowy - awatar PopKulturowy
ocenił na 6 2 miesiące temu
Władca much William Golding
Władca much
William Golding Aimée de Jongh
Cholera jasna, nie mogę się otrząsnąć! Ja, który jako student historii zajmowałem się naprawdę trudną tematyką, nie mogę się pozbyć sprzed oczu tych obrazów. Nie wiem jakie demony muszą nękać ludzką psychikę by stworzyć takie dzieło. Jednego jestem jednak pewien, tytuł tej powieści zdecydowanie nie jest na wyrost… Mowa o graficznej adaptacji powieści autorstwa Williama Goldinga, pt. „Władca Much”. Książka traktuje o grupie chłopców, w różnym wieku, którzy na skutek katastrofy trafiają na bezludną wyspę. Początkowo są w panice, zdani sami na siebie, bo żaden dorosły nie przeżył. Szybko jednak zaczynają się organizować. W drodze głosowania wybierają wodza, w tej roli 12 letni Ralph, a on rozdziela wszystkim zadania, w tym to najważniejsze: podtrzymywać ogień sygnalizacyjny. Nie wszystkim jednak podoba się postępowanie wodza, a niektórzy z nich chętnie sięgnęli by po władzę. Czy cokolwiek zmienia sposób opowiedzenia tej historii? Nie, ponieważ autorka adaptacji nie ingerowała w tekst źródłowy, więc dialogi, itd. są tożsame z dziełem Goldinga. Jedyne co zrobiła to zilustrowała używając w tym celu medium jakim jest komiks. Można rozłożyć na czynniki pierwsze każdy element fabuły i analizować go niczym traktat filozoficzny, którym niewątpliwie jest. Ja jednak skupię się na wrażeniach i wydźwięku jaki ów komiks zrodził we mnie. Przede wszystkim perfekcyjne zobrazowanie ludzkiej natury. Ukazanie, że nie ma czegoś takiego jak niewinność, bo każdy będzie miał coś na sumieniu. Nie ma dobra, gdy w grę wchodzi przetrwanie. Nie ma moralność, gdy jedyne co nas ogranicza to my sami. To potworne wnioski, zwłaszcza gdy mamy na myśli dzieci. Szczerze NIC, absolutnie nic, nie przygotowało mnie na taki scenariusz. Na fakt, iż zło zakorzenione jest w każdym i to niezależnie od wieku. Na tempo w jakim demokracja, może przerodzić się w dyktaturę. Na łatwość i lekkość z jakimi można usprawiedliwić lub wymazać najpodlejszy czyn. Golding walczył na wojnie, a „Władca Much”, jego pierwsza książka, stała się nie tylko sposobem na krytykę społeczeństwa. Stała się rozliczeniem z jego wojenną traumą. Autorka we wspaniały sposób zobrazowała to dzieło. Niewątpliwie kreska ma w sobie to coś i jest przyjemna dla oka. Jednak to jeszcze bardziej miażdży czytelnika. Bo czy mogła być w obrazowaniu brutalniejsza i bardziej turpistyczna? Oczywiście. Jednak doskonale rozumiała, że „Władca Much” tego nie potrzebuje. Zło wszak jest ohydne same z siebie, nie trzeba go więc dodatkowo „upiększać”, zwłaszcza gdy w swej surowej formie i tak jest już niemal nie do zniesienia. A co z postaciami zapytacie? Nic. Nie ocenie ich. Po prostu. Próba ustosunkowania się do nich, zbyt głęboko weszła by w fabułę. Jedyne co mogę stwierdzić to fakt, że nie ma tu postaci na siłę, bo wszyscy dopełniają całość zamysłu. Do myślenia niech da wam fakt, że ani razu nie użyłem słowa bohaterowie… Podsumowując, ten komiks to fenomenalne zobrazowanie arcydzieła literatury brytyjskiej. Dzięki takiej formie wydaje się ono być nieco przystępniejsze niż oryginał, więc z pewnością powinien po to sięgnąć zasadniczo każdy, kto będzie na nie gotów. Wydaje mi się, że jest to oczywiste, jednak wspomnę, że mimo iż jest to komiks i to o dzieciach, do dzieci skierowany nie jest. P.S. Dla jasności tytuł „Władca Much” odnosi się do jednego z imion Belzebuba i jest jego dosłownym tłumaczenie z hebrajskiego. Ten demon przez niektórych utożsamiany jest z szatanem, a jedną z jego domen jest wojna.
Michał Wyrwa - awatar Michał Wyrwa
oceniła na 10 29 dni temu
W ułamku sekundy Guy Delisle
W ułamku sekundy
Guy Delisle
POPKULTUROWY KOCIOŁEK: W ułamku sekundy opowiada historię Eadwearda Muybridge’a. Angielskiego emigranta, który w drugiej połowie XIX wieku przybył do USA w poszukiwaniu lepszego życia. Opowieść śledzi jego losy od przybycia do Ameryki aż po współpracę z potężnym i bogatym magnatem kolejowym. Centralnym punktem fabuły jest tu słynny eksperyment mający dowieść, czy koń w galopie odrywa wszystkie cztery kopyta od ziemi, co prowadzi do wynalezienia chronofotografii. Równolegle komiks pokazuje burzliwe życie osobiste Muybridge’a w tym wypadek, załamanie psychiczne, zdradę i zabójstwo. Guy Delisle udowodnił już wielokrotnie, że jest niezwykle wnikliwym obserwatorem rzeczywistości, który potrafi doskonale przełożyć ją na komiksowe realia. Dzięki temu jego „Kroniki jerozolimskie” czy „Pjongjang” stały się kanonem komiksu reportażowego. W albumie W ułamku sekundy Delisle wykonuje za to ciekawy zwrot. Zamiast opisywać własne podróże, sięga do korzeni swojej pierwszej profesji animacji i kieruje wzrok czytelnika ku postaci, która odmieniła oblicze teraźniejszości. Tytuł ten mocno odróżnia się od klasycznego komiksu biograficznego. Guy Delisle nie próbują uczynić bohatera swojego dzieła łatwym do polubienia i rozumienia. Świadomie rezygnuje on z narracji heroicznej, wybierając portret człowieka skomplikowanego, często odpychającego, ale jednocześnie fascynującego. Eadweard Muybridge nie jest tu genialnym wizjonerem, lecz jednostką uwikłaną w obsesję, ambicję i własne ograniczenia psychiczne. To właśnie ta perspektywa sprawia, że komiks wyróżnia się na tle konkurencji i potrafi mocno przykuć uwagę. Do dużych zalet albumu z pewnością trzeba zaliczyć świetną prezentację XIX wieku, jak i samego miejsca akcji. Kalifornia nie stanowi tu jedynie tła wydarzeń, lecz aktywnie wpływa na losy bohatera. Gorączka złota, dynamiczny rozwój kolei, narodziny kapitalizmu przemysłowego, wyścig technologiczny. Wszystko to tworzy obraz Ameryki jako placu budowy nowoczesnego świata. Środowiska, w którym obsesja Muybridge’a może się nieustannie rozwijać. Delisle poświęca tu także wiele miejsca samemu procesowi wynalazczemu, nie upraszczając go do jednego olśnienia. Autor pokazuje, że wynalazki nie powstają w próżni, ale są efektem konkretnych warunków społecznych, ekonomicznych i kulturowych. Kolejne eksperymenty, modyfikacje sprzętu, techniczne ograniczenia epoki, wszystko to zostaje przedstawione w sposób zrozumiały nawet dla czytelnika niezaznajomionego z historią fotografii. Komiks nie popada jednak w nadmierny dydaktyzm. Wiedza przekazywana jest tu mimochodem, jako naturalna część narracji. W ułamku sekundy obejmuje ważną i sporą część życia Muybridge’a. Oznacza to dużo treści, którą trzeba jakoś upchnąć na ograniczonej liczbie stron. W większości przypadków autorowi się to udaje, ale jest tu kilka wątków ewidentnie spłyconych tylko do stosownej wzmianki. Delisle w pewnych scenach ma tu wybór skupić się na emocjach i życiu osobistym bohatera czy poświęcić miejsce na przykład jego eksperymentom z ruchem. Autor z tego pierwszego rezygnuje, tak samo jak z własnych komentarzy czy ocen wydarzeń. Tworzy to pewien zauważalny dystans narracji i może nie przypaść do gustu tym czytelnikom, którym w biografiach zależy na autentycznych emocjach.... https://popkulturowykociolek.pl/w-ulamku-sekundy-recenzja-komiksu/
PopKulturowy - awatar PopKulturowy
ocenił na 8 2 miesiące temu
Nausicaä z Doliny Wiatru #1 Hayao Miyazaki
Nausicaä z Doliny Wiatru #1
Hayao Miyazaki
"Nausicaa z Doliny Wiatru" w kwestii budowy Uniwersum/MetaVersum Ghibli, to pierwsze pełnometrażowe anime tego japońskiego Studia Animacji. Premiera obrazu miała miejsce w 1984 roku, i jak na standardy techniczne kreowania rzeczywistości animacji tamtego okresu, film anime Hayao Miyazakiego - jeśli ktoś z Was śledzi kreskówki czy bajkowe pełnometrażówki produkowane przeszło 30 lat temu na pewno pochwycił pewne aspekty kreślenia grafik tamtego okresu - spełnia oczekiwania, wręcz wychodzi poza ich obręb, nadając animowanym przygodom Nausicii tę specyfikę w barwie, linii i konturach, wypełnieniach: coś bardzo znaczącego i kunsztownego. "Ghibli" to już Studio legenda. Tworzenie animacji z motywem pro-ekologicznym, i wydźwiękiem dramatyczno-emocjonalnym w tej naturze, to specjalność wytwórni. Życie w zgodzie z naturą, jako motyw fabularny dzieł Hayao Miyazakiego, przejawia się w każdej z jego animacji - przynajmniej w Kanonie tych najbardziej znanych i poważanych. Możliwe, że jego animacje zyskują przez to bardziej baśniowo-familijny rozdźwięk, odbiór, poważanie. Czymś takim jest, właśnie "Nausicaa z Doliny Wiatru" sprzed ponad 40 lat; mówiąc łopatologicznie, jest to opowieść do obejrzenia raz na ileś lat, i to w gronie rodzinnym, w odpowiedniej atmosferze, w cieple relacji, przy kominku, kawce i dobrym pierniku do tego. Nie dość że ,,Nausica... " jest pierwszym filmem z dorobku Miyazakiego (ale tak naprawdę nie pierwszym w historii działalności Studia Ghibli, z którego słynie ,,Pan M”), to z mojej opinii wyrasta do rangi jednego z najlepszych od tego artysty. A dlaczego? Łopatologia stosowana, moje doświadczenie z animacją i czysta szczerość geeka każą mi odpowiedzieć: kapitalna miękka i plastyczna, ale i bogata ,,kreska". Pro-ekologiczna wymowa? No a czemu by nie! Ale co istotne: w tej wymowie znalazło się trochę emocji, dramatycznej narracji, no i coś z potężnego zewu przygód. No a jakże, dobra moja, dobra nasza, to nader piękny tytuł, którego pierwsze ,,oglądnięcie” w odpowiednim klimacie i w towarzystwie zaliczyłem przeszło 3 lata temu. Nie ukrywam więc: szykuje się chyba drugi seans z mojej strony; serducho i topka dla ,,Nausicii” wciąż biją, wciąż stare dobre Ghibli do mnie przemawia, no i o to chodzi! Nie inaczej, Studio Ghibli i Miyazaki mają ten swój styl i sposób na tworzenie zapadających w pamięć animacji. Ta zgodna z naturą, proekologiczna, sentymentalna wymowa produkcji z tego Uniwersum, faktycznie, może wydawać się, że ,,gdzieś ja już to widziałem, kruci, tylko gdzie?", że Hayao Miyazaki i jego ekipa mają tendencję do robienia swoich produkcji pod określony ,,klucz", pod określony ,,wydźwięk" i odbiór dzieła. Ale to jest jednak Ghibli; to Studio ma to coś, tą oryginalność, tą zjawiskowość w każdy możliwy do ujęcia sposób, że jak widzisz kadr z jakiejkolwiek animacji ich ręki, wiesz że to... jest autorstwa artystów tej marki, tego cholernie dobrego Studia. Bez bicia się przyznam, w czystej szczerości: produkcje tej marki mają ten nostalgiczny, ciepły wydźwięk ,,powrotu człowieka z wielkich miast do natury!", tą koegzystencję człowieka jako gatunku w sposób pierwotnie mu przeznaczony, czyli tak, jak mówi to matka natura. I w ten właśnie sposób tego rodzaju ,,rozkminy” fana zaprowadziły mnie do sięgnięcia po lekturę (czego nie wiedziałem, że istnieje w ogóle komiks, który dla ,,Nauscii…” w wersji filmu był pierwowzorem) tego Uniwersum w wersji mangi. I żeby było jeszcze dziwniej: autorem i artystą opracowującym tom 1, który to niniejszym omawiam i recenzuję jest sam wielki Hayao Miyazaki. I czy może być jeszcze piękniej: akurat tego rodzaju komiks kupiony, przeczytany i omawiany, i to przed drugim już seansem jego adaptacji?! No raczej nie: geekowska kraina mlekiem i miodem płynąca, skąpana w szczerym złocie i w ogóle samym oddaniu autora do swojej wizji i do tego, co chce przekazać fanom. Subiektywnie to ujmując: miałem szczęście, że natrafiłem na tak oryginalną, tak nietypową mangę jak ów pilot z serii komiksowej o ,,Nausice…”. W ,,stworzeniach lasu i natury", w tej swojej ,,pro-ekologii” i intymnej relacji istoty ludzkiej z ekosystem Ziemi, które tak śmiało i odważnie zaprezentował nam Hayao Miyazaki, zarówno w filmie o Nausice jak i mandze, od której chyba wszystko co z Ghiblii jest związane się zaczęło… sądzę, może nie aż tak wyraźnie, bo zależy to od intymnego, osobistego odbioru wydźwięku filmowej wersji tworu i jego mangi, przebija się obraz każdego z nas, każdego z tych ,,maluczkich i pysznych" ludków, korporacyjnych szczurów, bezdusznych humanoidów, pędzących ku posiadaniu więcej i więcej w tej współczesnej konsumpcyjnej Cywilizacji, i to pędzących na złamanie karku, jakby ,,każdy miał się zesrać, i każdemu było wszystkiego mało!". Z drugiej strony w samym obrazie natury, cóż, nasz Mistrz wtłoczył też trochę kontrastu, ukazując to jak powinna wyglądać jej zrównoważona strona, na zasadzie zdrowej relacji natury: jej symbiozy z człowiekiem. Mówi się, że "Księżniczka Mononoke" z 1997 roku to największe dzieło z całego dorobku artystycznego pana Miyazakiego, jednak… po przeczytaniu tej nietypowo zbudowanej (co jest delikatnie z mojej prywatnej perspektywy na minus – opasła objętość tej mangi zaburza odpowiedni odbiór całości) narracji graficznej Pana M, doszedłem do nieco innego wniosku: to ,,Twór przez wielkie T”, jakim jest ,,Nausica z Dolony Wiatru” w dwóch formach medium stanowi to największe coś tego artysty, to jego ,,wręcz wyśnione” Opus Magnum. I żadne, podkreślam, żadne słowa nie opiszą tego, jak wspaniały, baśniowy, wręcz tą baśnią eksplodujący, jawi się nam świat wykreowany w tomie pierwszym ,,Nausici”. Mimo iż jest to klasyczny przykład czarno-biało-szarawej treści komiksowej dla mangi, to czapki z głów dla twórcy za to: jak ta przestrzeń, ten Świat, ta Natura – jak wszystko to jest ekspresyjne i romantyczne, jak pięknie nakreślone samą szatą rysunkową. A w tej naturze ,,pióra i ołówka maestro Studia Ghibli" cudownie odnajdują się główne postacie mangi: księżniczka i pozostałe sylwetki, co między innymi sprzyja tematyce ,,proekologicznej" i tego rodzaju wydźwiękowi swych prac, które Miyazaki zaczął od tego momentu (wraz ze swoim Studiem i innym twórcami/kreatorami Światów Studia), przez kolejne 40 lat, przy czym on wciąż to robi i robi!, tworzyć. Nausicaä z Doliny Wiatru" jest ponadczasowym, poruszającym pełnometrażowym anime, ale taka też jest startująca z tomem pierwszym manga – przynajmniej tak to wygląda przy tych około 130 stronach, skromnie nakreślonych fizycznie, ale w sposób w miarę dobrze zorganizowanych i przez ,,Pana M” wykorzystanych. Znalazło się tu wszystko to co powinno się znaleźć w kwestii przekazu/wizji mangaki: w rodzaju ,,konieczności współodczuwania z naturą, którą, gdy my ludzie nic nie zrobimy… prędko możemy utracić”. Wartościowe treści, wartościowe anime oraz sama manga. Osobiście jestem zdania, że warto pamiętać takie tytuły, takie komiksy jak ten i taki film… na całe swoje życie. Jak widać, Ghibli i Miyazaki są niezwykli. Opowiadają się sami; ta firma, ten wybitny człowiek mają dar, który wykorzystywany jest kapitalnie przez ponad 40 lat. Czy mógłbym wymienić choć troszku z wad owej recenzowanej mangi? No bo przecież – o czym lekko napomknąłem wyżej – ta historia, a zwłaszcza to wydanie i jego fizyczność, cóż, mają swoje ,,ujmy” dla wartości i przekazu ,,Nausicii…” . Ghbili i Hayao są specyficzni – i chyba przez tą jakby bardziej kwadratową, podręcznikową, klockowatą budowę komiksu ,,Pan M” chciał przekazać jak bardzo jest wyjątkowy, jak ceni sobie autentyczność i oryginalność. Po prostu jest to ktoś kto uwielbia przekraczać progi własny granic, ale i czerpać z tworów popkultury, jak w dziele o Nausice, gdzie mamy nawiązania do Władcy Pierścieni, Gwiezdnych Wojen i innych Uniwersów. Z mojej perspektywy chyba dobrze się stało, że urodziłem się w tym a tym roku, w tym a tym okresie, że dzięki temu tak a nie inaczej mogę spojrzeć na to, co daje nam Ghibli czy mangi Miyazakiego i późniejsze ich adaptacje. ,,Nausica z Doliny Wiatru” równa się baśń i ponadczasowość, równa się pociąg do przeszłości, do bajecznej nostalgii. Nausica jako manga jest nawet magiczna, ba!, nawet (podsumowując to co nieco nakreśliłem wcześniej) jako fizyczne wydanie… mimo swych ,,objętościowych” wad. To przykład niezwykłej płodności artystycznej Miyazakiego, co jak sami wiemy przekłada się na to, co spotkało nas przez 40 lat pracy Ghibli, dla nas przez multum chwil tej przygody i doświadczania dzieł marki. Damn it! A sam rysunek jest kreślony nietypowo kolorystycznie, co jeszcze bardziej utożsamia nas z nostalgią do natury, z perspektywy wizji artysty. Posłowie i omówienie częściowo mangi, ale głównie samego filmu na końcu wydania, także ta mapka Uniwersum Nausici – również jest to kapitalnie przemyślany element fizyczny, bez względu na to, czy to mangaka dodawał tą mapkę czy nie. I tak, tom 1 daje czytającemu takiego potężnego sierpowego, i to łopatą przez łeb, poprawiając dodatkowo potężnym obuchem, żeby ktoś kto z tym obcuje mógł się otrząsnąć z tego jakie to było dobre. No, a było!
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na 9 1 miesiąc temu
Bibliomulica z Kordoby Wilfrid Lupano
Bibliomulica z Kordoby
Wilfrid Lupano Leonard Chemineau
Muszę przyznać, że do Bibliomulicy z Kordoby podchodziłem ze złym nastawieniem. Myślałem, że dostanę bardziej historyczny komiks, z elementami przygody. Tymczasem… miłe zaskoczenie. Owszem, tło historyczne jest tu bardzo bogate: mamy rok 976, przewrót w Kordobie i nowego władcę, który stwierdza, że najlepszym sposobem na ukształtowanie społeczeństwa według własnego widzimisię jest spalenie ogromnej części jednej z najważniejszych bibliotek świata. Sam pomysł brzmi dość mrocznie, ale komiks jest lekki i wesoły. Całość idzie w stronę przygodówki i opowieści o przyjaźni, pasji i powołaniu. W wyniku dość zabawnego splotu wydarzeń bibliotekarz, kopistka i pewien łotrzyk pakują część uratowanych ksiąg na zadziorną, pełną charakteru mulicę… i ruszają w podróż, która momentami jest komiczna, momentami gorzka, ale przede wszystkim bardzo ludzka. Ta ekipa tworzy między sobą niezwykle ciepłą, naturalną więź, którą naprawdę łatwo polubić. A sama mulica? Zdecydowanie zasługuje na miano pełnoprawnej, zadziornej bohaterki. Komiks zaskakuje lekkością, z jaką opowiada o sprawach poważnych. Jest tu przygoda, humor, trochę melancholii, a także trochę historii podanej w sposób przystępny i przyjemny. Ilustracje idealnie to wspierają: barwne, miękkie, pełne klimatu, ale z takim zawadiackim sznytem, który dodaje całej opowieści energii. Przyjemny komiks. Ciepły, sympatyczny i zaskakująco angażujący. Komiks możesz zobaczyć na moim Instagramie: Lukkegeek https://www.instagram.com/p/DRRTF3ODLSN/?igsh=a2I1YzE2dmZ4bG9w
LukkeGeek - awatar LukkeGeek
ocenił na 8 4 miesiące temu
Kaczki. Dwa lata na piaskach Kate Beaton
Kaczki. Dwa lata na piaskach
Kate Beaton
Graficzny memoir o dwóch latach z życia autorki, które spędziła pracując przy wydobyciu ropy naftowej w Kanadzie. Beaton pokazuje codzienność pracy i życia na piaskach, pozwala zajrzeć za kulisy i zobaczyć jak trudne są tam warunki (fizycznie i psychicznie). Ale też pokazuje zapis pewnego momentu w historii (zaczęła tam pracować w 2005), kiedy o pewnych sprawach jeszcze się nie mówiło lub mówiło się inaczej niż obecnie (kwestie zdrowia psychicznego, wykorzystywania seksualnego, ekologii, rdzennych mieszkańców Kanady). Jako dwudziestoletnia dziewczyna Kate ląduje w miejscu zdominowanym przez mężczyzn, w czasach i środowisku, w którym było (obstawiam że nadal jest) przyzwolenie na przemoc seksualną wobec kobiet - od obleśnych tekstów na każdym kroku po gwałty (których nikt tak nie definiował). Będąc kobietą tym bardziej ciężko się to czyta. Kiedy narratorka tłumaczy czemu tego typu zachowań nie mogła zgłosić, przypominasz sobie różne rozmowy z koleżankami i myślisz „no k*rwa, niewiele się zmieniło”. Ale boli też to, jak narratorka tłumaczy zachowania swoich kolegów z pracy, w pewnych sytuacjach ich usprawiedliwia, bo po prostu „tak jest i nic się na to nie poradzi”. W posłowiu Beaton tłumaczy, że jest to zapis jej życia prawie 20 lat temu, kiedy poziom świadomości był inny, a nie chciała „wstawiać sobie” myśli, których wówczas nie miała. Totalnie to kumam i kupuję, niemniej w momencie czytania rośnie poziom frustracji.
symulakrum - awatar symulakrum
ocenił na 8 3 miesiące temu
Jednoręki i Sześć palców Laurence Campbell
Jednoręki i Sześć palców
Laurence Campbell Dan Watters Sumit Kumar Ram Venkatesan
Scenarzysta Ram V (Ramnarayan Venkatesan) może być obecnie najbardziej znany w Polsce z pisania komiksów o Batmanie; a Dan Watters jako autorka komiksów z uniwersum Sandmana. Jednakże w 2025 r. zbiorcze wydanie ich niezależnego komiksu „Jednoręki i sześć palców” dostało nagrodę Eisnera. Czy rzeczywiście jest tak dobrze? Wydanie to zabiera dwie miniserie – „The One Hand” oraz „The Six Fingers”. Obie opowiadają tę samą historię, ale z dwóch perspektyw. Akcja rozgrywa się w 2873 r. Detektyw Ari Nassara postanawia odłożyć emeryturę, żeby rozwiązać zagadkę serii morderstw przypominających podobne zbrodnie sprzed lat. W tym samym czasie student archeologii Johannes Vale zaczyna mieć luki w pamięci i może być powiązany z morderstwami. Zagadka jest naprawdę wciągająca. Bohaterowie krok po kroku odkrywają kolejne fragmenty łamigłówki, która daje jasno do zrozumienia, że coś jest nie tak z samą rzeczywistością. Rozwiązanie zagadki było bardzo podobne do pewnego cenionego filmu science-fiction, ale podanie jego tytułu byłoby moim zdaniem zdradzeniem fabuły. Niestety wyjaśnienie takiej a nie innej sytuacji wydaje mi się bardzo naciągane, osobiście wolałbym jednak wykorzystanie pewnego innego ogranego motywu, który miałby więcej sensu. Warto też wspomnieć o dobrze napisanych bohaterach. Detektyw Ari Nassara ma dużo wątpliwości co do swoich dotychczasowych działań – mogło się okazać, że wcześniej aresztował niewinnego człowieka. Poza tym dobrze pokazana jest jego samotność, podkreślona przez jałowe uczucia do zaginionej androidki. Z kolei Johannes Vale za wszelką cenę chce rozwikłać zagadkę tajemniczego artefaktu pozostawionego mu przez jego ojca. Czuje się wyraźnie przytłoczony otaczającą go rzeczywistością i nie może znaleźć w niej miejsca dla siebie. Świat przedstawiony jest dosyć typowy dla science-fiction. Widać tutaj wyraźne echa „Łowcy androidów” czy „Ghost in the Shell”. Za oprawę graficzną odpowiadają tutaj Laurence Campbell („Jednoręki”) oraz Sumit Kumar („Sześć palców”). Brudna pozornie niestaranna kreska Campbella doskonale pasuje do mrocznego śledztwa przywodzącego na myśl film „Siedem”. Zdecydowane przeciwieństwo stanowią bardzo przejrzyste rysunki Kumara, które zdecydowanie rzadziej bawią się w eksperymenty. Ogólnie jest to bardzo porządna historia, która wykorzystuje znane już motywy. Dobrze udało się wykorzystać potencjał opowiedzenia tej samej historii z dwóch punktów widzenia. Nie jestem jednak pewien czy to na pewno jest aż warte Eisnera.
Grzegorz_S - awatar Grzegorz_S
ocenił na 8 15 dni temu

Cytaty z książki Samotność w centrum wszechświata

Więcej
Zoe Thorogood Samotność w centrum wszechświata Zobacz więcej
Więcej