Pożar na ulicy Keplera

Okładka książki Pożar na ulicy Keplera
Carlo Emilio Gadda Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy Seria: Proza Współczesna literatura piękna
254 str. 4 godz. 14 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Proza Współczesna
Tytuł oryginału:
I racconti. Accoppiamenti giudiziosi: 1924-1958, 1963
Data wydania:
1974-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1974-01-01
Liczba stron:
254
Czas czytania
4 godz. 14 min.
Język:
polski
Tłumacz:
Halina Kralowa
Średnia ocen

                6,2 6,2 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Pożar na ulicy Keplera w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Pożar na ulicy Keplera

Średnia ocen
6,2 / 10
13 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
542
542

Na półkach:

W lekturę trzeba włożyć sporo wysiłku i uwagi. Dawno nie czytałam tekstów o tak kwiecistym wręcz barokowym stylu. Niemal we wszystkich opowiadaniach w tym zbiorze przeważa głównie narracja przeplatana od czasu do czasu dialogami. Pisarstwo Carla Emilia Gaddy jest dzisiaj nieco zapomniane, a szkoda, bo to jeden z wybitniejszych pisarzy włoskich.

W lekturę trzeba włożyć sporo wysiłku i uwagi. Dawno nie czytałam tekstów o tak kwiecistym wręcz barokowym stylu. Niemal we wszystkich opowiadaniach w tym zbiorze przeważa głównie narracja przeplatana od czasu do czasu dialogami. Pisarstwo Carla Emilia Gaddy jest dzisiaj nieco zapomniane, a szkoda, bo to jeden z wybitniejszych pisarzy włoskich.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

33 użytkowników ma tytuł Pożar na ulicy Keplera na półkach głównych
  • 18
  • 15
14 użytkowników ma tytuł Pożar na ulicy Keplera na półkach dodatkowych
  • 7
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Pożar na ulicy Keplera

Inne książki autora

Carlo Emilio Gadda
Carlo Emilio Gadda
Włoski pisarz i poeta. Należy do językowych nowatorów. Pisał standardowym przedwojennym językiem włoskim, do którego dodawał elementy dialektalne i żargonowe. W podobnym stylu tworzył Tommaso Landolfi.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Starość Italo Svevo
Starość
Italo Svevo
Chciałem znaleźć w „Starości” Svevo – i z takim nastawieniem książkę nabyłem, historii o zmęczonym życiem mężczyźnie albo o przemijalnej radości z trwania, z której bohater zdaje sobie sprawę zbyt późno czyli historii, która tak jak w „Zeno Cosini” była wspaniałą i zmysłową poniekąd wyprawą. Czekałem na głodnego życia estetę-kontestatora, stłamszonego w triesteńskim biurze żmudną i nierokującą pracą krytyka sfer wyższych, a jednocześnie łaknącego choćby promienia duchowego bogactwa. Tymczasem „Starość” ma się nijak do starości i o starości w ogóle nie mówi. To, uwaga, romans, w którym jednak na pierwszy plan wysuwa się nie męski bohater lecz Angiolina. Svevo pisze historię niepoprawnej miłości Emiliana do panny, która nie posiada (już) dobrej reputacji. Prawdę mówiąc, z czym zresztą Emilian się nie kryje, u podstaw zawarcia znajomości tkwiła wyłącznie chęć uwiedzenia – dziewczyna była irytująca, pospolita, a nawet głupia (choć nogi miała zgrabne). Im jednak dalej Emilian zagłębiał się w tę niebezpieczną sferę zmysłów, tym ciężaru nabierały u niego wszelkie cechy zazdrośnika. Angiolina nie była jednak w ciemię bita – znalazła sobie starszego narzeczonego (wszak z małżeństwem wiązały się finansowe zyski), co nie przeszkadzało jej spacerować po parku nie tylko z coraz bardziej zagubionym i nieszczęśliwym Emilianem. Po przeciwnej stronie charakterologicznej mieszkanki stoi siostra naszego nicponia (przypomina pensjonarkę od Mniszkówny) oraz pewien gagatek, który idąc śladem Angioliny, ma niejedna złamane serce na sumieniu. Svevo kreśli portrety średniej (choć zniżkującej) klasy społecznej – to drobni kupcy, chałupnicy, pracownicy niewielkich firm, ciułacze dni i grosików, ludzie bez wyższych ambicji, skupieni na doraźnym polepszeniu własnego losu. To także obraz młodzieńczej pasji, odkrywania życia i łamania konwenansów, choć autor zdaje się przestrzegać przez zbytnią frywolnością. Z drugiej strony krytykuje domową zaściankowość i nadmierną gorliwość w okazywaniu rozpaczy i łez wylewaniu. Bądźmy sobą, ale nauczmy się ze sobą żyć, mówi ustami Amalii. Z trzech książek Svevo tę stawiam na ostatnim miejscu. Podejrzewam, że gdyby nie „Zeno” i „Jedno życie” (które także polecam!), nie sięgnąłbym po „Starość”.
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na 6 18 dni temu
Symultanka Ingeborg Bachmann
Symultanka
Ingeborg Bachmann
c.d. mojej Ingeborg Bachmann To są opowieści o niezrozumieniu, samotności - rodzajach śmierci, miłości. To są opowieści o dobrowolnej granicy mowy ludzkiej. Przecież mamy słowa. Tak. Nie. Wybieramy wyobrażenia. Czy w wyobrażeniach może nas coś prawdziwie połączyć? Zrozumiemy się? Chciałabym Ci tyle opowiedzieć lecz nie potrafię słuchać Ciebie. To jest granica naszych słów. To od niej wszystko się zaczyna. Nie chcę być jak Inne. Nie zniosę tego. To jest okropność. Uciekam. Wolę śnić. Boję się życia. Boję się wręcz nieprzyzwoicie. Gdybym wyznała prawdziwe słowa i zatajone myśli straciłbyś orientację, runąłbyś w ciemność, ale musisz się dowiedzieć, że ja też chcę być kobietą. Kiedy w lustrze patrzę na swoje ciało myślę o Tobie. Jeszcze nie wiem, że to nie ma sensu. Jeszcze nie wiem, że w Twojej obecności ginę „dla niczego, po prostu dla niczego”. Dlatego pomiędzy śmiechem a płaczem po tylu dniach nie mogę nadal odnaleźć właściwych słów dla Ciebie. Chcę widzieć mniej. To mój przywilej, który mnie zdradzi. Ale jeszcze tego nie wiem. Codziennie łudzę się pomiędzy tym co dla mnie pomyślne i tym co mnie rani, głęboko. Na co liczę? Tak, już wiem, że nie będziesz ze mną. Moje szczęśliwe oczy zamknęły się za późno. Zobaczyłam twoją twarz, prawdziwą ranę we mnie. Może sama się zraniłam? Może za długo się łudziłam. Moja samotność to unikanie słów na wyrażenie moich uczuć i mojego niepokoju. Milczę. Czy może mi się coś jeszcze stać? PS. Czy znajdę klucz jak Ciebie przeczytać droga Inge. Nie wiem czy na pustyni jesteś przez Przypadek F czy może jedynie wspominasz o niej wychodząc z hotelu w Rzymie, a może to jedynie myśl, która się zrodzi przy oczekującej wielogodzinnej pozycji przy telefonie w Wiedniu. Nie mówiłaś, że żona Jordana, jego wynalazek i Przypadek, spotykała się z Beatrix w RENE i w tajemnicy bywałaś u Jego matki. Przecież znałaś Te rodziny, nie zaprzeczaj, a w rozmowie z Nim szybko kończysz temat utrzymując, że jedynie z nazwiska słyszenia. Przecież to Wiedeń. Jesteś Nadine, Betarix, Mirandą, Elizabeth czy wszystkimi jednocześnie? Może nie jesteś żadną z Nich? Mam czytać wszystko od początku? Czasami nie nadążam za Tobą Ingelein, wiesz? Ps. Odczytanie opowiadań ze zbioru Symultanka bez znajomości Maliny i Przypadku F byłoby co najmniej trudne. Może stać się wręcz niemożliwym.
Agnieszka - awatar Agnieszka
oceniła na 9 11 miesięcy temu
Moi przyjaciele. Armand Emmanuel Bove
Moi przyjaciele. Armand
Emmanuel Bove
Zaskakująco dobra, mroczna książka o niełatwym życiu w Paryżu po I wojnie światowej jej poszkodowanego kombatanta, bezrobotnego, w dodatku “mischlinga”. Rzecz nieco w typie Remarque’a, acz to w pełni autonomiczna pozycja. Niezmierzone tu pokłady smutku i poczucia beznadziei egzystencji głównego bohatera - chyba porte parole Autora, w beznadziejnym mieście, wśród beznadziejnych ludzi. Czuje się on mocno wyobcowany, co zapewne było odbiciem przeżyć samego Bove’go, urodzonego w 1898 r. w Paryzu jako syn ukraińskiego Żyda Emmanuela Bobovnikoffa i belgijskiej pomocy domowej. Był on zatem potrójnie wykluczony w oczach francuskiego strasznego mieszczanina…. Tym samym relacje międzyludzkie w ponurym, powojennym Paryżu (żadna to kolorowa pocztówka ze stolicy Francji) , są nieszczere, przepełnione resentymentem, nieufnością, interesownością, egoizmem. Ale jak to wszystko jest napisane! Język precyzyjny, a nawet elegancki. Dialogi znakomite. Na całości tylko leciutka patyna “czasu utraconego”... Narracja to głównie strumień świadomości bohatera, w którego głowie od początku siedzimy. A nie jest on postacią jednoznaczną. Można by go określić mianem wrażliwca, ale głównie na własny temat. Zarazem nie da się go sprowadzić do jednego mianownika. Na pewno jest emocjonalnie sparaliżowany, jeśli nawet nie zaburzony. Nieco się też miota między skrajnościami, jeżeli chodzi o stosunek do otoczenia. Co nie dziwi, najbardziej dokucza mu brak tzw. bratniej duszy. Jest w stanie wiele zrobić, aby kogoś takiego pozyskać. „Chciałbym, by się mną zajmowano, by mnie lubiano. Ale że nie znam nikogo. Próbuję zwrócić na siebie uwagę na ulicy, bo tylko tam mogę zostać zauważony”. „Gdy wychodzę z domu, zawsze liczę na coś, co wstrząśnie moim życiem. I oczekuję tego aż do chwili powrotu do domu. Dlatego nie lubię siedzieć w moim pokoju. Niestety, nic takiego dotychczas się nie wydarzyło”. „Jestem wspaniałomyślny i miłosierny. Ludzka niewdzięczność nie powstrzymuje mnie od spełnienia spełniania dobrych uczynków”. „Czyż istnieje szlachetniejsza radość od tej, jaka nas ogarnia, kiedy ofiarujemy wszystko, co mamy i z pustymi rękami patrzymy na tego, kogo uczyniliśmy szczęśliwym?!”. „Skoro pożycza ode mnie pięćdziesiąt franków, to znaczy że ma do mnie zaufanie”. To po tym, gdy bohater - jest na niewielkiej rencie dającej minimum na przeżycie - rzeczywiście pożyczył taką kwotę dopiero co poznanemu człowiekowi. Można się domyślać, jak na tym wyszedł... Niestety, bohater modelowo marnuje szanse na pomyślność w życiu osobistym, zawodowym, społecznym. A może i zasługuje na swój los? - zaczynamy nieładnie podejrzewać w pewnym momencie… „Po wyjściu z wojska wierzyłem, że będę szczęśliwy”. „Mężczyzna taki jak ja, który nie pracuje i nie chce pracować, będzie zawsze znienawidzony”. „Rzucą mi jałmużnę, a potem mnie unikają. Szczęście naprawdę mi nie sprzyja”. "Nie wybaczono mi tego, że jestem wolny i że wcale nie boję się nędzy”. "Gdy człowiek błąka się po mieście cały dzień, nie otwierając ust do nikogo, wieczorem w swoim łóżku jest znużony". "Zatrzymywałem się także przed wystawami jubilerów. Mikroskopijne kartki z cenami były odwrócone. Nie wchodząc do środka, trudno było zorientować się, ile kosztują te zegarki i pierścionki". „Czułem jednak, że nigdy nie odważę się na odwiedzanie ludzi szczęśliwych”. „Na placu Saint-Michel facet w meloniku rozdawał prospekty. Dał mi kilka. Nikt nie kwapi się do przyjmowania tych papierków. Przecież trzeba wyjąć rękę z kieszeni, odebrać prospekt, zgiąć go i wyrzucić. Tyle pracy!”. „Doznałem wrażenia, że zmuszam się do spania, aby się nie obudzić z pięknego snu”. „Miałem niemiłe uczucie, że wstałem od stołu w momencie, gdy inni dopiero do stołu zasiadają”. „To ciekawe, jak sympatyczne stają się we wspomnieniach miejsca, gdzie byliśmy nieszczęśliwi”. “Mylą poufałość z przyjaźnią. Od razu wyobrażają sobie, że nam dorównują, znika dzielący nas dystans. Ja sam nigdy nie spoufalałem się z nikim, kto stojąc wyżej, traktował mnie poufale”. „Kiedy mijałem ładną kobietę, patrzyłem na nią melancholijnie, aby ją wzruszyć. Miałem nadzieję, że zrozumie moją potrzebę miłości”. „Gdy kocham, nigdy nie myślę o posiadaniu. Uważam, że im później ono następuje tym więcej daje przyjemności”. „Mówienie o własnych troskach przychodziło mi czasem z łatwością, czasem jednak nie mogłem się na nie zdobyć, Zwłaszcza gdy się do tego z góry przygotowywałem”. „Pomyślałem, że ten człowiek nigdy nie wykaraska się z biedy, że jest na nią skazany do końca życia, z powodu arogancji, jaką okazuje swoim dobroczyńcom”. „Dotychczas, ilekroć byłem nieszczęśliwy, pocieszałem się myślą, że jestem ofiarą niesprawiedliwości. Wydawało mi się, że czas winien dzielić na równe części dobro i zło. Zbyt często jednak uciekałem do stwierdzenia, że jestem ofiarą, zużyło się”. Druga część książki, opowiadanie pt. “Armand”, jest jakby sequelem pierwszego tekstu. To studium - jak pisał Herbert - “najgorszego z możliwych finałów - nagłego ataku obcości”. Rzecz o alienacji w związku, już nie w tak skrajnej biedzie, ale z relacją męsko-damską skazaną na niepowodzenie. Notabene narrator nieco pasożytuje na kobiecie, u której mieszka, dzięki czemu jego status społeczny poszybował w górę pod każdym względem. „Dobrobyt, w jakim żyłem od roku, wyparł bez pardonu wszystkie poprzednie zwyczaje. Byłem bardziej rozmowny. Nie miałem już pretensji do ludzi. Tym, którzy narzekali, przypisywałem zgorzknienie lub brak obiektywizmu spowodowany ich nędzą”. A gdy mu przychodzi na myśl inna relacja… “– Czy gniewasz się jeszcze na mnie?(...) – Nie, Armandzie. Dlaczego miałabym się gniewać? Między nami wszystko skończone”. “Wszystko było skończone. Moje szczęście nie zależało już ode mnie. Ogarnęła mnie straszliwa rozpacz”. “Ponieważ leżałem, ponieważ skóra na skroniach jest bardziej wrażliwa niż na policzkach, łzy wydały mi się obfitsze, niż kiedy płaczę stojąc”. “Pogrążona w rozpaczy sądziła, że nie wystarczy samobiczować się, obrzucać obelgami. Pastwiła się więc nad własną twarzą, żeby zniszczyć wraz z nią ostatnią zachowującą jeszcze trochę godności cząstkę swej istoty”. “Bawiłem się myślą, że te krople to kule karabinowe, że ominą mnie, jeśli będę szedł zygzakiem. Jedna przeszyła mi kapelusz, inna stopę”. “Słyszałem, jak pulsują na moich wąskich skroniach arterie, jak świszcze powietrze w nozdrzach. Ja sam byłem sprawcą tych odgłosów, bo zaciskałem ręce, przełykałem ślinę jeszcze pachnącą kawą, a moje uszy słyszały nawet szmer zamykających się powiek”. “Przytuliła do swego policzka grzbiet mojej dłoni, bo przypomniała sobie, że wewnętrzną stroną dłoni dotykamy różnych przedmiotów”. O, właśnie ukazała się inna książka Autora pt. ”Pułapka”, a więc czas i na nią... PS W wydaniu “Czytelnika” z 1983 r. jest osiem (sic!) niezadrukowanych stron. Tak, najgorszy pod każdym względem był to czas Pererelii (nie licząc stalinizmu). Źle wspominam tamten ponury okres, mimo, a może raczej dlatego, że miałem wtedy 20 lat, jako idealistycznie nastawiony student…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 9 miesięcy temu
Poznawanie cierpienia Carlo Emilio Gadda
Poznawanie cierpienia
Carlo Emilio Gadda
Ja piórkuję, co tu się dzieje, hmm zupełne oszołomienie, awangarda, nowa planeta, nie polecam, to dla piszącego te słowa misia literatura, co dostraja się szybko do stylu Gaddy jak w złocistym piecu jesieni gruszka butirro dojrzewa. Antycypacja chyba Pynchona, słowa szaleją, obrazy podlatują i czmychają, jak te cudne zimorodki nad mazurską rzeką. A tak w zarysie; Gonzalo zubożały markiz, inżynier, chyba pisarz także, cierpi i matkę bodaj dręczy, ma humory, w zrujnowanej willi - belki w stylu hiszpańskim ubrane w pajęczyny jak w zapasowe żagle, rozpięte na podróż po Morzu Ciemności - a bo się ponoć martwi, wszędzie same świnie i nudziarze, ple-ple przy giczy cielęcej z risottem, cały kielich tej masy głupoty oddal jednak Panie. Zaabonować synka chcą, by strzec niby willi i matki nocą przed szabrownikami po wojnie z Parapagalem, a taki zły duch przeskoczy przez murowane ogrodzenie upstrzone odłamkami butelek, zawadzi przyrodzeniem i gotowy tężec i też mu płać odszkodowanie, a wolność gdzie? Nad listowiem krzaków, gromadą drzew, pełnych snu i mroku, a może pradawnego spokoju, niesiony wdziękiem anioł przelatuje, o niemych powiekach, cienistych skrzydłach, którego kształty uformowała noc, a ten śmierdziel peon Jose obija kijem okrutnie migdałowce, a rankiem twierdzi, że to grad i wiatr tak hulał, no strącał. I jajek w kurniku nie uświadczysz prawie, a markiz wściekły oskarżał koguta o opieszałość genetyczną i perwersję, a kury o to, że są lesbijkami i k...... jeszcze. I tak od dziecka, ohyda tłumów na karuzelach, wata cukrowa kręcona w brudnych łapach. Co za cierpienie, właściwe ziemi, po której błądzą światła i cienie. Ale, ale, piękna przecież okolica. Nad światem, nosicielem pszenicy i śpiewu, nieruchoma iluminacja tego prawie jeszcze lata. Wokół mgliste zębate Kordyliery. Kogut stanowczy świt przywołuje jak zwykle. Przy dróżce biegnącej w górę kwitną nie kończące się robinie. Dzwony oznajmiające południe poniosły na wzgórza, poza dachówki i dymienie kominów, boski łoskot glorii. Cykada na wiązie grając pełną parą rozprzestrzenia jasną nieskończoność sierpnia. Nieustanny szmer ziemi wydaje się stanowić jedno ze światłem. Tam opada zbocze, bardzo zielone, a za nim po krótkiej przerwie jezior kolejne dalej. Oślepione oko chce ścigać po nich jakąś nową bajkę, delikatną kruchą, na dalekich scenach, w mirażu uciekających perspektyw, okrążając niby w miłosnym rozboju, niebieskość owych gładkich sadzawek. Szum pinii i lip. Wszędzie świerszcze, mieszkańcy nieskończonej przestrzeni, dawczyni światła. I ta rezygnacja; cóż się stanie po niepotrzebnym trudzie, wojnie, pokoju i przeraźliwym cierpieniu? Po płomienistych zachodach dni i lat, zmęczonych elips? Rację miał czas. Och prowadzi on tam, gdzie się zapomina i jest się zapomnianym, poza domy i mury, wzdłuż upragnionej alejki cyprysów pod przeczystymi kroplami księżyca.
Yulquen - awatar Yulquen
ocenił na 10 6 miesięcy temu
Morze Karaluchów Tommaso Landolfi
Morze Karaluchów
Tommaso Landolfi
Zgoda! Trzeba mieć w sobie pewną dozę szaleństwa, aby tworzyć opowieści, i być może tytuł całego zbioru powinien brzmieć mniej dwuznacznie – „Opowiadanie: niemożliwe”. [s. 89] Nawet jeśli Tommaso Landolfiemu (1908-1979) szaleństwo było obce, to sądząc po Morzu Karaluchów, które co chwila zaskakuje i wprawia w konsternację, miał z pewnością dużą dozę przekory i dziwaczności. Wyszukany język sugeruje, że mamy do czynienia z literaturą na wysokim poziomie. Przejęty swoją rolą narrator usłużnie objaśnia to i owo, jakby chciał dowieść, że jest pełen dobrej woli. Wszystko to pozory. Prędzej czy później okazuje się, że czytelnik został wpuszczony w maliny, a dokładniej – w dość osobliwy świat. I tak czytamy na przykład o żonie Gogola, która była lalką nadmuchiwaną stosownie do upodobań męża (pisarz w rzeczywistości był kawalerem), o piórze, które na bieżąco oceniało wychodzące spod niego utwory poety, albo o mężczyźnie, który nauczył się nieistniejącego języka obcego i zaczął w nim tworzyć wiersze. Co rusz przez stronice przemykają pająki, karaluchy albo gekony, od czasu do czasu ustępując miejsca natrętnym zjawom, a w najgorszym wypadku – rozmaitym obwiesiom, sadystom i zabójcom. Przyjemnie nie jest, na dodatek gdzieś w tle wciąż daje się słyszeć złośliwy chichot. Landolfi ma fantazję co się zowie, czego dowodzi także zróżnicowana forma opowiadań. Są pastisze powieści historycznej i awanturniczej, biografii, rozprawki oraz powiastki filozoficznej. Ta różnorodność po części wynika prawdopodobnie z wyboru tekstów dokonanego przez Annę Wasilewską, mimo to imponuje. Przyznam, że dawno żadna książka nie zdezorientowała mnie tak jak Morze Karaluchów: z jednej strony odstręcza, z drugiej każe sprawdzić, jakie jeszcze pomysły zalęgły się w wyobraźni autora i znalazły ujście na papierze. http://czytankianki.blogspot.com/2017/04/morze-karaluchow.html
czytankianki - awatar czytankianki
ocenił na 6 8 lat temu
Piękne lato Cesare Pavese
Piękne lato
Cesare Pavese
Kiedy wyjeżdżam w podroż, piszę wtedy listy bez adresata. Do minionego czasu, do miejscowości, przez które przejechałem, a kiedy niekiedy piszę też dla przyszłości. Są w mych wspomnieniach łąki, na których bawiły się dzieci, są też niezapomniane wystrzały sztucznych ogni, wyłażące seriami z różnych czasów jak chrząszcze bogatki na ciemne ściany. Życie całe jest jakby zabawą w słońcu. Brzoskwinie dojrzałe jak miód, polne dróżki, stada gęsi, odległe wzgórza niczym powietrzne wyspy, aromat rozedrganego powietrza i fig, tarasy, małe gaje oliwkowe, ukradkowe przechadzki wzdłuż morza w cieple ostatnich gwiazd. Kąpiel przy księżycu jakby się piło zimne mleko. Śpiew świerszczy i oddech nieba. Przypominają mi się twarze osób, które kochałem, a moje listy przeobrażają się w ptaki przelatujące po nocnym niebie. Tak jak się jarzy ogon komety, wystrzela nostalgia samotną wiązką światłości. Rozchodzi się skądś zapach wonnego jaśminowca, gdy zaś niespodziewanie głębsze zapadną ciemności, dochodzi moich uszu szmer śpiewających strumyków w głębi ziemi. I księżyc ukazuje się zza koronki drzew. Przez balkonowe drzwi i w ogrodzie prószy wciąż drobnym pyłem światła, które wilgotna ziemia natychmiast wsysa. Żywe drzewo trwa nieruchomo w transie najcichszej woskowej bieli, albo też dygocze sztywno, jak gdyby lada chwila miało się złamać, czy też po prostu chlubi się swoimi klejnotami z dzwoniących kryształów. A wino smakuje wspaniale. Listy bez adresata błąkają się po obszarach serca, wypełniają po brzegi przestwór nocnego nieba i częstokroć zderzają się ze sobą, aby zmienić się w spadające gwiazdy.
Yulquen - awatar Yulquen
ocenił na 9 1 rok temu
Zipper i jego ojciec Joseph Roth
Zipper i jego ojciec
Joseph Roth
Siódma w dorobku fenomenalnego pisarza książka wpada w moje ręce w bydgoskim antykwariacie (Czytelnik, 1979). Zapadam się w tej historii, bo „Zipper i jego ojciec” obok „Marszu Radetzky’ego” czy „Spowiedzi mordeccy” jest esencją prozy Rotha. Znajdziemy tu wszystko, z czego pisarz (przypomnę, że urodził się w galicyjskich Brodach w 1894 roku) słynie – cudne opisy rzeczy zwykłych (jak u Schulza), wnikliwość w poznaniu ludzkiej duszy, miasteczko położone między cesarstwem a mateczką Rosją i chyląca się ku upadkowi monarchia cesarza Franciszka (na wieść o zabójstwie następcy tronu „pani Zipperowa była niepocieszona. Można było pomyśleć, że zamordowano jej własnego brata”, natomiast jej mąż stwierdza, że „następca tronu to był pies. Może nie był wcale tak zły, gdyby nie jego żona”). Ten humor, te charaktery! Te wzburzone wody wewnętrznych rozterek! Myśli nieokiełznane i pogoń za pragnieniami! Tylko Roth tak sklejał swoich bohaterów, tylko w nich płynie rothowska gorąco-melancholijna krew, która podburza trzeźwy umysł i przejmuje kontrolę nad ciałem i jego czynami. Oto historia starego Zippera, który własne niespełnione nadzieje ulokował w młodszym synu, Arnoldzie (starszy zostaje wojennym kaleką i szaleńcem). Wyuczany na prawnika Arni nie potrafi stanąć na wysokości zadania – przypomina to małżeństwa zawierane na siłę – wie, że musi, ale nie kocha. Brak mu zipperowskiej ambicji, ale gdy ojciec to dostrzeże, będzie już za późno. Arnold poślubia aktorkę, u której znów ambicji aż nadto i wiadomo już, że wszystko zmierza ku jedynemu możliwemu końcowi. Opowieść o rodzinie zamienia się melodramatyczną historię zniszczonej miłości i pogoni za szczęściem. Wraz z upadkiem austro węgierskiej monarchii, w pył rozbija się święty mit rodziny i całe jej materialno-duchowe bogactwo (zgromadzone przez lata oszczędności Zipper maniakalnie przelewa w dłonie syna tylko po to, by ten je zmarnotrawił na zachcianki Erny). Cudownie i proroczo Roth pisze o początkach kina – „Film stał się Kalifornią”, stwierdza, i każe Ernie uczyć się fechtunku, pływania i wspinania na drzewa (wszystko to dla Dzikiego Zachodu). Gwiazdeczka udaje się na przejażdżki z dżentelmenami, którzy mogą otworzyć przed nią bramy sławy, jeśli tylko obdarzy ich swymi względami. Jakże to współczesne, jakże aktualne! Metaforycznie, jak to w teatrze życia. Czytajcie!
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na 7 5 miesięcy temu
Kamień filozoficzny Marguerite Yourcenar
Kamień filozoficzny
Marguerite Yourcenar
„Któż byłby tak szalony, żeby przed śmiercią nie obejść przynajmniej własnego więzienia?”Nie wiedziałam zbyt wiele na temat transformacji i przemian religijno- społeczno- obyczajowych w Europie w XVI wieku. Zwyczajnie, to nie jest mój konik. Jednak bardzo lubię powieści tej autorki, ich wielowymiarowość. Wartość historyczna nawet w wypadku tak dobrze oddanych realiów jest dla mnie dodatkiem do opowiedzenia robinsonady po świecie wykształconego człowieka „Renesansu”, poszukującego sensu swojego jestestwa. Yourcenar dywaguje nad żądzą pieniądza oraz rolą religii w życiu jednostki. Pomiędzy wierszami krytykuje instytucję kościoła. Odnosi się do filozofii, szaleństwa wojny, cielesności, etyki, humanizmu, „świętej inkwizycji”, polityki moralności i klasowości. Opowiada o indywiduum we wrogiej rzeczywistości na wszystko, co inne. Znalazłam sztukę, przysięgę Hipokratesa, ciągłe dążenie do polepszania wiedzy. Peroruje o kondycji człowieka w zderzeniu z postępem technologicznym. O tym, czy warto być nonkonformistą, dążyć do wolności. Wszystko poprzez drogę niezwykle inteligentnego, nieheteronormatywnego protagonisty, wyłamującego się konstruktom społecznym, za co przyjdzie mu słono zapłacić. Ten zabieg formalny odnosi się do doświadczenia samej Yourcenar. Brakuje mi w dzisiejszym świecie ludzi, którzy jak Zezon działają na zasadzie „na pohybel wszystkim”, wyrzekają się funkcjonowania w patriarchalnym schemacie kulturowym. Urzeka metatekstualność, metaforyzacja, symbolika i panorama bolesnych wydarzeń oraz kluczowych postaci zapisanych na kartach historii. Jednakże należy przyznać, że przez wieloaspektową fabułę i ogrom deliberacji egzystencjalnych „Kamień filozoficzny” jest trudny w odbiorze, żyłujący emocjonalnie. To przyczynek do dysputy o wędrówce w nieznane, która może przynieść zaskakujące informacje o jądrze własnego ja.Powieść uhonorowana Prix Femina. Na jej kanwie powstał film (reż. André Delvaux) o tym samym tytule.
Efemerycznoscchwil - awatar Efemerycznoscchwil
ocenił na 8 2 lata temu
Ogród rodziny Finzi-Continich Giorgio Bassani
Ogród rodziny Finzi-Continich
Giorgio Bassani
Ferrara lat 1929 – 1939 widziana oczyma młodego, wrażliwego chłopaka z rodziny żydowskiego pochodzenia i jednocześnie intelektualisty. To ważne, bowiem wiedza i lektury oraz posiadłość tytułowej rodziny pozwoliły mu na życie w bańce, izolując – aczkolwiek nie do końca całkowicie – od coraz bardziej rasistowskiego reżimu faszystowskiego. Co ciekawe, w opisie kulis fabuły, książka odbiega od znanych z literatury i filmów schematów. Początkowo większość elity ferraryjskich Żydów (sefardyjskich) była znakomicie zintegrowana z włoską społecznością, językiem i krajem, a nawet … partią faszystowską. Jak ojciec bohatera, patriota Italii, ochotnik z I wojny światowej i członek „czarnych koszul” od 1919 roku. Rzecz jasna nie dotyczyło to wszystkich a z czasem sytuacja się zmieniła. W okresie 1938-39 antysemityzm stał się częścią oficjalnej ideologii faszystowskiej i praktyki funkcjonowania i instytucji publicznych, nawet bibliotek i klubów sportowych. Tym niemniej to tylko kulisy. Akcja powieści jest bardzo prywatna, miejscami wręcz intymna, w szerokim tego słowa rozumieniu. To wręcz klasyczna,generacyjna powieść o dojrzewaniu, emocjonalnym i intelektualnym. O miłości i strachu przed nią, o marzeniach i świadomości ich nierealności. O pokoleniu, które chciało być jak inne, ale mu tego nie dano i młodych ludziach, którzy to czuli, ale nie chcieli przyjąć tego do wiadomości. Bo mieli do tego prawo. Postacie z książki prezentują różne postawy i wywodzą się z kilku środowisk, ale łączy je jedno – wykształcenie i umiłowanie kultury. Wszyscy znają literaturę włoską i klasyczną europejską, szczególnie poezję. Interesują się historią i sztuką, o której potrafią rozmawiać i zażarcie dyskutować. Sfera ta usuwa w cień nawet politykę, z jednym wyjątkiem – inżyniera z Mediolanu, goja i jedynego komunisty, przebywającego z jednej strony w tytułowym ogrodzie, a raczej wspaniałej posiadłości bogatej rodziny patrycjuszowskiej, a z drugiej znakomicie radzącego sobie w klimatach prostych i plebejskich, nawet z półświatka i chętnie tam widzianego. Historię losów Finzi-Continich autor zdradza już we wstępie – prologu. Ten zabieg powoduje, że lekturze towarzyszy nieustannie smutek i nostalgia, a jednocześnie sympatia dla bohaterów, którym utwór jest poświęcony oraz nostalgia i świadomość końca opisywanego świata. Piękna, smutna, zapewne autobiograficzna i bardzo prawdziwa powieść.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na 8 9 miesięcy temu
Pomocnik Bernard Malamud
Pomocnik
Bernard Malamud
Brooklyn, Nowy Jork, lata 50. XX wieku. Przenosimy się w czasie i przestrzeni do nowojorskiej dzielnicy biedoty, do podupadającego sklepu spożywczego prowadzonego przez żydowskich imigrantów z Rosji, w wietrzny listopadowy ranek wciągamy do sklepu ciężkie skrzynki z mlekiem, przesypujemy bułki z torby do drucianego kosza, sprzedajemy jedną z nich za trzy centy siwowłosej Polce, zapalamy grzejnik gazowy, parzymy kawę w sczerniałym emaliowanym garnku, liczymy skromne dochody, zastanawiamy się, gdzie podziała się nasza młodość, dlaczego zmarnowaliśmy życie i jak przetrwać do pierwszego, czekamy na klienta, choć nie nadchodzi i uśmiechamy się ponuro przeglądając żydowską gazetę, jednym słowem, dzielimy troski i aspiracje bohaterów powieści. „Tyle się spodziewał po Ameryce, a dostał tak mało.” Jest w tej książce sporo biedy, cierpienia i trosk, ale niewątpliwie jest to powieść wysokiej duchowej urody, dodająca otuchy moralnej, a do tego czyta się świetnie, dlatego cenię, szanuję, uważam, admiruję i wysoko stawiam, Bernard Malamud, amerykański pisarz pochodzenia żydowskiego, wychowany na Brooklinie w rodzinie imigrantów z Rosji, wierzy, podobnie, jak Dostojewski, że szansę na odkupienie win ma największy nawet grzesznik i ta wiara jest w tym utworze czytelna, jest „zbrodnia”, jest „kara” i jest „nadzieja na odkupienie win”, jest także napięcie pomiędzy światem duchowym a materialnym, tak charakterystyczne dla najważniejszych dzieł Marca Chagalla oraz mnóstwo refleksji o tym, jak trudno jest zmienić kierunek życia. Powieść spodoba się czytelnikom czułego i niepomnego uraz serca. Książka wydana w roku 1957. „- Moja mama pyta - powiedziała prędko - czy pan mógłby jej dać na kredyt do jutra funt masła, bochenek żytniego chleba i małą butelkę octu jabłkowego. Kupiec znał matkę. - Nie będzie więcej kredytu. Dziewczynka wybuchnęła płaczem. Morris dał jej ćwierć funta masła, chleb i ocet. Odnalazł na podniszczonym kontuarze, obok kasy, pokreślone ołówkiem miejsce i dopisał liczbę pod pozycją „Pijaczka”. Suma ogólna wyniosła teraz dwa dolary i trzy centy, których nie miał nadziei nigdy zobaczyć. Ale Ida zrzędziłaby, gdyby zauważyła nową kwotę, więc zmniejszył sumę do jednego dolara i sześćdziesięciu jeden centów. Jego spokój - ta odrobina spokoju, jaką miał - wart był czterdzieści dwa centy.” Przewrotnie rzecz ujmując, można zaryzykować stwierdzenie, że jest to powieść również o tym, że z wiekiem spada zapotrzebowanie na zysk, a rośnie na święty spokój. ; )
Jeanne - awatar Jeanne
ocenił na 8 1 rok temu
Śmierć Wergilego Hermann Broch
Śmierć Wergilego
Hermann Broch
W próbach wyniesienia swojej twórczości ponad czasowość udało się Wergiliuszowi stworzyć przeznaczoną nieprzemijalności "Eneidę". Jednak zanim tego dokonał, samemu będąc naznaczonym piętnem śmierci, musiał się wielokrotnie zbliżać do nieskończoności wszechbytu i gubić w gęstwinie słów-obrazów, z których ostatecznie utkał swoje wiekopomne dzieło. Dlatego też wykorzystując rozterki starożytnego poety, Herman Broch wypełnił swoją książką pozostałą po Wergilim przestrzeń o nieskończonej ilości kierunków. "Śmierć Wergilego" może się wydawać jakby wyłączonym z toku życia przykładem przepaścistej formy literackiej. Zgadzam się z tym, to dzieło napisane bardziej dla wyostrzonego nasłuchiwania, niż śledzenia toczącej się bez pośpiechu akcji. To długie wpatrywanie się w rozpostarty ponad bytem wielowarstwowy obraz na którym sen i jawa stają się jednością. Określiłbym go nawet nasłuchiwaniem kroków zmierzającego do nieśmiertelności Wergiliusza. Tak mocno wyczuwa się tu wypełnioną ludźmi samotność wielkiego człowieka. Pośród ciszy i wywoływanych gorączką urojeń można odczuć wpływ bezczasu i bezprzestrzenności. A niezmiernie zawile i wyczerpująco opisał to właśnie Herman Broch. Fascynujące w tej książce staje się osobliwe urzeczenie śmiercią. Dzięki niemu do odbioru połączonych ze sobą filozoficznego traktatu i eposu, wdziera się niewyrażalne. Czytelnik zostaje postawiony przed próbą wysłania w świat ostatniego spojrzenia rzymskiego poety. Jednak zanim Wergili ostatni raz ogarnie wykreowaną przez Brocha wszechprzestrzeń istnienia, to można dostrzec jak człowiek bardzo może być zamknięty w swej doczesnej niedoskonałości. Modernistyczne dzieło austriackiego pisarza uzmysławia ogrom piękna symboliki czego przykładem staje się ukazanie znaczenia jaźni we wszechświecie. Na początku lektury odniosłem wrażenie, jakby "Eneida" i "Śmierć Wergilego" jednocześnie wyłoniły się z nieskończoności a podróż z nimi również miałaby ku niej prowadzić. Stapianie się ze sobą tych dwóch dzieł jest dla mnie czymś abstrakcyjnym i wymagającym niesamowitej uwagi ale nagroda w postaci odkrywania sensu bezkresnego dziania się, warta jest tego trudu. Droga do czystego zapomnienia, rozpłynięcie się w nim i przewrotne unicestwienie śmierci w sławie. W każdej możliwości jaką nam daje Herman Broch, możemy poznawać wyrażone w dziesiątkach paraboli ludzkie istnienie. Nawet jeśli to wszystko toczy się w pozornym bezruchu, to senny byt "Śmierci Wergilego" daje nam więcej, niż niejedno przyspieszenie. Każdy kolejny i z trudem przychodzący oddech jest jak oczekiwanie i nasłuchiwanie upływu bezlitosnego czasu. Jeszcze bardziej zachwycające staje się wychwytywanie powoli upadających w nicość słów. Tak jakby od tego zależało, które z nich będą żyć na wieki. A ja w tej powieści ciągle poszukiwałem tego jedynego i pierwszego słowa na drodze do nieprzemijalności. I za każdym razem w coraz bardziej mętniejącym obrazie dostrzegałem krystalicznie czystą głębię tego dzieła. Wielka jest jego zagadkowość i uznałbym je za wychodzące naprzeciw serii badań nad ładem wszelkiego bytu. Przepływające przez "Śmierć Wergilego" prądy życia mogą się wydać omamem ale należy pamiętać o ich nieustannym zamienianiu w eteryczność wszystkiego, co chociażby na chwilę mogłoby się wydać rzeczywiste. To dlatego wątek Eneasza i Dydony tak przyciąga swoim tragizmem. Dlatego też duet Plocji i Wergiliusza staje się trampoliną do skoku z przeszłości w przyszłość, z miejsc w których wygrywane na flecie przez fauna melodie zastąpione zostały pustką wszechświata. Tutaj można obejrzeć jak wszystkie twarze życia, jedna po drugiej runęły w przepaść. Nie wiem na ile Hermanowi Brochowi zależało na ukazaniu pozorów człowieczego życia ale finalne przedstawienie skruszonej w nicości jaźni okazało się wspaniałym elementem nieskończenie przepaścistego snu. W tym właśnie śnie dokonano postawienia ofiarnego kamienia świata i to w nim musiała się rozegrać "Śmierć Wergilego". Na granicy czasu, wyzwalająca z cierpienia i różnorodna bogactwem wspomnień.
czytający - awatar czytający
ocenił na 10 10 miesięcy temu

Cytaty z książki Pożar na ulicy Keplera

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Pożar na ulicy Keplera