Pod białym niebem. Natura przyszłości

Okładka książki Pod białym niebem. Natura przyszłości
Elizabeth Kolbert Wydawnictwo: Wydawnictwo Filtry popularnonaukowa
288 str. 4 godz. 48 min.
Kategoria:
popularnonaukowa
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Under a White Sky. The Nature of the Future
Data wydania:
2022-03-23
Data 1. wyd. pol.:
2022-03-23
Liczba stron:
288
Czas czytania
4 godz. 48 min.
Język:
polski
ISBN:
9788396391100
Tłumacz:
Jakub Jedliński
Średnia ocen

                7,3 7,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Pod białym niebem. Natura przyszłości w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Pod białym niebem. Natura przyszłości



książek na półce przeczytane 668 napisanych opinii 275

Oceny książki Pod białym niebem. Natura przyszłości

Średnia ocen
7,3 / 10
79 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
482
307

Na półkach:

"Ta książka opowiada o ludziach próbujących rozwiązać problemy wywołane przez ludzi starających się rozwiązać problemy." To zdanie chyba najlepiej podsumowuje "Pod białym niebem przyszłości".

Książkę Kolbert czyta się bardzo dobrze, przedziwne schadenfreude towarzyszące lekturze daje momentami niezłą frajdę, a parę razy nawet złapałem się za głowę - a to dla mnie oznacza dobrze spędzony czas.

Ale tak jak dla jednych czytelników kolejne rozdziały tylko potwierdzają szaleństwo toczące nasz gatunek, tak dla innych autorka może nie zawsze sprawiedliwie opisywać starania ludzi i instytucji portretując ich jako - w najlepszym razie dobrotliwych, a w najgorszym niebezpiecznych - wariatów. Też miałem chwilami takie wrażenie, ale finalnie sądzę, że Kolbert wie co robi, nawet jeśli czasem wydaje się robić narracyjny krok wstecz, jakby czuła, że zbyt łatwo byłoby jej się zagalopować w jednoznacznych osądach.

Także nawet jeśli przewracasz oczami na myśl o kolejnej książce o "złych ludziach niszczących przyrodę", to sądzę, że warto się chwilę przemęczyć. Koniec końców "Pod białym niebem przyszłości" może dać szerszy pogląd na ciąg przyczynowo skutkowy, który towarzyszy wielkim przedsięwzięciom. Przynajmniej pierwsza połowa książki skupia się nie na hipotetycznych lecz na rzeczywistych konsekwencjach działań takich jak zmiany biegów rzek, budowanie tam, sprowadzanie gatunków inwazyjnych. Dopiero druga - odpowiednio podbudowana pierwszą - jeży włosy na głowie, gdy wyobrazimy sobie, do czego mogą doprowadzić wielkoskalowe projekty typu inżynierii genetycznej czy geoinżynierii.

Ale Kolbert ostatecznie rozkłada ręce i pyta: czy możemy teraz pozwolić sobie aby nie brnąć dalej na ścieżce, którą podążamy od zawsze? Czy możemy liczyć na cudowną odmianę naszych przyzwyczajeń i ogólnoświatową zgodność w dążeniu do wspólnych celów? Realnie?

A czytelnik może postawić sobie inne pytanie: Czy w ogóle kiedykolwiek mieliśmy wpływ na naszą naturę?

"Ta książka opowiada o ludziach próbujących rozwiązać problemy wywołane przez ludzi starających się rozwiązać problemy." To zdanie chyba najlepiej podsumowuje "Pod białym niebem przyszłości".

Książkę Kolbert czyta się bardzo dobrze, przedziwne schadenfreude towarzyszące lekturze daje momentami niezłą frajdę, a parę razy nawet złapałem się za głowę - a to dla mnie oznacza...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

345 użytkowników ma tytuł Pod białym niebem. Natura przyszłości na półkach głównych
  • 241
  • 99
  • 5
54 użytkowników ma tytuł Pod białym niebem. Natura przyszłości na półkach dodatkowych
  • 27
  • 12
  • 4
  • 3
  • 3
  • 3
  • 2

Tagi i tematy do książki Pod białym niebem. Natura przyszłości

Inne książki autora

Elizabeth Kolbert
Elizabeth Kolbert
Elizabeth Kolbert – urodzona w 1961 roku amerykańska dziennikarka i publicystka. Studiowała literaturę na Uniwersytecie Yale. Jest jedną z najbardziej cenionych specjalistek w dziedzinie zmian klimatycznych i ochrony środowiska. Początkowo związana z „New York Timesem”, od 1999 roku pracuje w prestiżowym tygodniku „The New Yorker”. Laureatka wielu wyróżnień za działalność publiczną i nagród dziennikarskich. Międzynarodową sławę przyniosła jej książka "Szóste wymieranie. Historia nienaturalna", za którą otrzymała Nagrodę Pulitzera. Opisuje w niej trwające właśnie, szóste już w historii naszej planety, wielkie wymieranie gatunków. To największa katastrofa od 66 milionów lat, kiedy to w ziemię uderzyła planetoida, powodując wyginięcie m.in. dinozaurów. Obecnie sprawcą anihilacji kolejnych istnień jest człowiek. Brytyjski dziennik „The Guardian” uznał ten tytuł za jedną z najważniejszych książek wszechczasów w kategorii literatura faktu.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Niedźwiedzia przysługa Matthew Hongoltz-Hetling
Niedźwiedzia przysługa
Matthew Hongoltz-Hetling
Sceneria niewielkiego miasteczka Grafton w stanie New Hampshire, otoczonego gęstymi lasami i surową naturą, stała się areną jednego z najbardziej zdumiewających przedsięwzięć w historii USA. Matthew Hongoltz-Hetling w swojej książce opisuje kontrowersyjny eksperyment społeczny – „Free Town Project”. Grupa libertariańskich idealistów postanowiła stworzyć tam utopijne miejsce, całkowicie wolne od „opresyjnego” państwa. W ich wizji raj oznaczał brak podatków, regulacji budowlanych, a nawet straży pożarnej. Jednak to, co na papierze brzmiało jak manifest absolutnej wolności, w rzeczywistości szybko wymknęło się z rąk, zamieniając miasteczko w poligon doświadczalny dla skrajnych idei. Moja ocena to 6,5/10. Choć temat jest fascynujący, momentami reportaż grzęźnie w nadmiarze dygresji. Niemniej, autor rzetelnie punktuje absurdy współczesności. Najbardziej jaskrawym przykładem klęski utopii okazali się… sąsiedzi z lasu. Brak wywozu śmieci (bo to usługa publiczna) i ignorowanie zasad bezpieczeństwa sprawiły, że Grafton stało się stołówką dla czarnych niedźwiedzi. Zwierzęta przestały bać się ludzi, co doprowadziło do bezprecedensowej fali ataków. Hongoltz-Hetling z sarkastycznym zacięciem pokazuje, że gdy znika wspólna odpowiedzialność, natura błyskawicznie wypełnia tę próżnię w najbardziej brutalny sposób. Książka to przestroga przed konsekwencjami skrajnych idei. Profesjonalizm autora objawia się w ukazywaniu, jak odmowa płacenia za podstawową infrastrukturę prowadzi do degradacji życia społecznego. Fachowość reportażu uderza w punkt: wolność bez odpowiedzialności to jedynie zaproszenie dla chaosu. Choć narracja bywa chaotyczna, „Niedźwiedzia przysługa” pozostaje trafną diagnozą ludzkiej pychy. Fachowo udokumentowana historia o tym, jak walka o brak podatków zakończyła się kapitulacją przed niedźwiedziami, jest jednocześnie tragiczna i komiczna. To lektura rzetelna, która pokazuje, że żadna utopia nie przetrwa starcia z rzeczywistością i brakiem wyobraźni jej twórców.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 6 1 miesiąc temu
Biedni w bogatym kraju. Przebudzenie z amerykańskiego snu Nicholas Kristof
Biedni w bogatym kraju. Przebudzenie z amerykańskiego snu
Nicholas Kristof Sheryl WuDunn
Pełna pasji książka o amerykańskiej biedzie. Autorzy łączą ogólne rozważania z historiami zwykłych ludzi, których system wpędził w spiralę biedy, uzależnień i życiowego upadku. Portretują USA jako bardzo bogaty kraj Trzeciego świata. Poruszająca lektura. Dwójka autorów pochodzących ze stanu Oregon napisała książkę o amerykańskiej biedzie. Dobrze znają temat, bo sami się wyrwali z nędzy, ale wielu ich znajomym i przyjaciołom z Oregonu się nie powiodło. Sytuacja społeczna i ekonomiczna w kraju ich wykończyła: długotrwałe bezrobocie, bieda, stres, po prostu rozpacz pchnęły ich w narkotyki, alkohol, drobną przestępczość, liczne choroby (otyłość!) i przedwczesną śmierć. Typowy dyskurs liberalny panujący obecnie w Ameryce twierdzi, że ci ludzie sami są sobie winni, bo każdy jest kowalem własnego losu. No nie, wielu jest skazanych już w dzieciństwie, bo pochodzą z biednych i patologicznych rodzin, dziedziczą nędzę i rozpacz. Portretują autorzy Amerykę jako kraj wspaniały dla bogaczy, którzy nie tylko cieszą się fortuną, ale także korzystają z licznych ulg podatkowych, dotacji i odpisów. A gdy popełnią przestępstwo, na przykład finansowe, są nader łagodnie traktowani przez sądy. Natomiast biedakom wiatr w oczy wieje: za drobne przestępstwa albo trafiają za kraty, albo zabiera im się prawo jazdy, co praktycznie wyklucza ich z życia. W ogóle nie ma państwowych programów pomocy biedakom, nieliczne które istnieją i – jak pokazują autorzy – przynoszą świetne efekty, są inicjatywą prywatną. To wielki paradoks, że ten najbogatszy kraj świata tak olewa swoich biedaków, to polityka przypominająca najbiedniejsze kraje Trzeciego świata. Ciekawe, że w ostatnich dekadach gospodarka Ameryki odnotowała spektakularny wzrost, ale jego owoce trafiły do 10% najbogatszych, reszta albo tkwi w miejscu, albo ubożeje. Przyczyną tego stanu rzeczy jest olbrzymia i wciąż rosnąca nierówność, na przykład: „zaledwie trzech Amerykanów – Jeff Bezos, Bill Gates i Warren Buffett – posiada majątek równy majątkowi całej uboższej połowy populacji”. W tej nieco chaotycznej i powierzchownej, ale wazvnej książce znajdziemy dużo więcej przykładów (edukacja, opieka zdrowotna, itd.) jak amerykański system prawny i ekonomiczny stygmatyzuje biedaków i skazuje ich na codzienną wegetację i przedwczesną śmierć. Co więcej, bieda jest dziedziczona, dzieci nędzarzy mają bardzo małe szanse wyrwania się do lepszego życia. Co ciekawe, wielu bohaterów książki głosowało na Trumpa, z pewnością ten pan nie poprawi ich sytuacji. Po koniec książki autorzy przedstawiają szereg sensownych propozycji pomocy dzieciom z ubogich rodzin, chodzi o to, żeby się wyrwały ze spirali nędzy, ale myślę, że owe propozycje mają małe szanse na realizację. W obecnej amerykańskiej atmosferze społecznej i politycznej uznane by były za komunistyczne...
almos - awatar almos
ocenił na 7 17 dni temu
Wojna z pięknem. Reportaż o oszpecaniu Szwecji Fredrik Kullberg
Wojna z pięknem. Reportaż o oszpecaniu Szwecji
Fredrik Kullberg
Książka „Wojna z pięknem. Reportaż o oszpecaniu Szwecji” autorstwa Fredrika Kullberga to pozycja, która dla wielu polskich czytelników może okazać się terapeutycznym, choć bolesnym zaskoczeniem. Przyzwyczajeni do idealizowania skandynawskiego ładu, estetyki i poszanowania przestrzeni, nagle zostajemy skonfrontowani z brutalną diagnozą: Szwecja, wzór urbanistycznego spokoju, pada ofiarą systematycznego i bezdusznego oszpecania. Kullberg nie pisze jednak suchego traktatu o architekturze; tworzy żarliwy, reportażowy manifest przeciwko triumfowi funkcjonalizmu nad estetyką i zysku nad tożsamością. Głównym motywem książki jest proces, który autor nazywa tytułową „wojną”. To walka między tym, co lokalne, historyczne i harmonijne, a tym, co powtarzalne, betonowe i „nowoczesne” w najbardziej pejoratywnym tego słowa znaczeniu. Kullberg zabiera nas w podróż po szwedzkich miastach i miasteczkach, które niegdyś miały swój unikalny charakter, a dziś stają się kopiami samych siebie. Autor punktuje rzesze urzędników, deweloperów i architektów, którzy w imię optymalizacji kosztów i źle pojętego postępu, wyburzają urokliwe drewniane domy lub ceglane fabryki, by zastąpić je szklanymi klockami i parkingami. Fascynujące, a zarazem przerażające jest to, jak bardzo diagnozy Kullberga korespondują z polskim problemem „betonozy”. Autor pokazuje, że niszczenie piękna nie jest tylko kwestią estetyki, ale ma głęboki wpływ na dobrostan psychiczny mieszkańców. Szwedzki reportażysta argumentuje, że żyjąc w otoczeniu brzydoty, stajemy się ubożsi wewnętrznie, tracimy więź z historią i poczucie bezpieczeństwa, jakie daje znajomy krajobraz. Kullberg z pasją opisuje walkę lokalnych społeczności o ocalenie choćby fragmentów dawnej Szwecji, pokazując, że głos obywatela często rozbija się o mur biurokracji i korporacyjnych interesów. Warsztatowo książka stoi na bardzo wysokim poziomie. Kullberg łączy osobiste obserwacje z rzetelną analizą trendów urbanistycznych. Jego język jest pełen ironii, a czasem wręcz sarkazmu, co czyni lekturę dynamiczną i angażującą. Autor nie boi się wskazywać konkretnych nazwisk i inwestycji, które uważa za estetyczne zbrodnie. Jednocześnie książka jest bogato ilustrowana przykładami, które pozwalają czytelnikowi naoczne zweryfikować tezy autora. To sprawia, że „Wojna z pięknem” staje się nie tylko reportażem, ale i wizualnym przewodnikiem po tym, jak nie należy budować miast. Mimo pesymistycznego wydźwięku, publikacja ta niesie ze sobą pewną dozę nadziei. Kullberg, obnażając mechanizmy niszczenia krajobrazu, edukuje czytelnika i uwrażliwia go na otaczającą przestrzeń. Po lekturze tej książki trudno przejść obojętnie obok nowego bloku czy wybrukowanego rynku – zaczynamy zadawać pytania o sens i jakość tych zmian. Podsumowując, „Wojna z pięknem” to lektura obowiązkowa dla urbanistów, aktywistów miejskich i każdego, komu nie jest obojętny wygląd naszych miast. Fredrik Kullberg udowadnia, że walka o piękno to nie luksus dla elit, ale walka o godne życie i szacunek dla przyszłych pokoleń. To otrzeźwiające spojrzenie na Szwecję, które uczy nas, że dbałość o krajobraz nigdy nie jest dana raz na zawsze – trzeba o nią dbać z równą determinacją, z jaką inni starają się go zabetonować.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 6 2 miesiące temu
Potosí. Góra, która zjada ludzi Ander Izagirre
Potosí. Góra, która zjada ludzi
Ander Izagirre
To książka, która już od pierwszych stron uderza brutalną prawdą o miejscu, gdzie historia wyzysku nigdy się nie skończyła, a bogactwo jednych wciąż budowane jest na cierpieniu innych. To nie jest tylko opowieść o dalekiej Boliwii, to gorzkie świadectwo mechanizmów, które nadal rządzą współczesnym światem. Najbardziej poruszającym elementem reportażu jest historia Alicii, czternastoletniej dziewczynki, zmuszonej do pracy w kopalni, by utrzymać rodzinę. Jej codzienność, pełna strachu, głodu i fizycznego wyniszczenia, staje się symbolem losu tysięcy dzieci, które zamiast dorastać, walczą o przetrwanie. Izagirre oddaje jej głos z ogromną wrażliwością, ale bez upiększeń, niemal czuje się duszący pył i ciężar skał. Autor nie ogranicza się jednak do jednostkowej historii. Z niezwykłą precyzją pokazuje, jak kolonialna przeszłość splata się z brutalnością współczesnego kapitalizmu. Wskazuje odpowiedzialność globalnych korporacji i instytucji, które korzystają z taniej pracy i zasobów, pozostawiając lokalne społeczności w skrajnej biedzie. To reportaż, który oskarża, system, polityków i obojętność świata. „Potosí” to książka trudna, momentami wręcz przytłaczająca, ale niezwykle potrzebna. Zmusza do refleksji nad ceną, jaką płacą inni za nasz komfort, i nad tym, czy naprawdę chcemy pozostać głusi na ich cierpienie.
Natalia - awatar Natalia
oceniła na 8 11 dni temu
Chronologia wody Lidia Yuknavitch
Chronologia wody
Lidia Yuknavitch
"Chronologia wody”, to literacki granat, który rozsadza tradycyjne ramy autobiografii. Tematyka tego wspomnieniowego dzieła oscyluje wokół traumy, cielesności, uzależnienia i nieustannego procesu stwarzania siebie na nowo poprzez sztukę. Yuknavitch nie opowiada swojej historii linearnie; zamiast tego posługuje się toposem wody – płynnej, niszczycielskiej, ale i dającej życie. Woda jest tu metaforą pamięci, która nie trzyma się dat, lecz przypływów i odpływów emocji. Największą zaletą książki jest jej radykalna szczerość i surowość języka. Autorka nie szuka odkupienia ani litości; opisuje swoje ciało, poronienie, destrukcyjne relacje i błędy z brutalną, niemal biologiczną precyzją. To proza „brudna”, nasycona seksualnością i bólem, która jednocześnie wznosi się na wyżyny poezji. Yuknavitch posiada rzadką umiejętność przekuwania odrazy w piękno, co czyni tę lekturę doświadczeniem niemal fizycznym. To manifest „dziewczyny-wyrzutka”, która odnajduje swój głos w pisaniu, traktując literaturę jak jedyną deskę ratunku na wzburzonym morzu życia. Duszna atmosfera i najważniejsze rady Recenzję muszę zacząć od dusznej atmosfery, która dominuje w pierwszej części książki. Opisy toksycznego domu rodzinnego, w którym przemoc ojca miesza się z apatią matki, wywołują u czytelnika dreszcz klaustrofobii. Ta duszność – brak powietrza, brak możliwości ucieczki – staje się paliwem dla późniejszych, ryzykownych wyborów życiowych autorki. Czytelnik niemal tonie razem z nią w oparach alkoholu i chaosu, by po chwili wynurzyć się na powierzchnię dzięki jej pasji do pływania. Najważniejsze wnioski i rady płynące z tej bolesnej lekcji to: Sztuka jako przetrwanie: Yuknavitch udowadnia, że opowiedzenie własnej historii, nawet tej najbardziej wstydliwej, jest aktem radykalnego samouzdrowienia. Akceptacja chaosu: Chronologia życia nie musi być logiczna, by miała sens. Nasze błędy i blizny są taką samą częścią nas, jak nasze sukcesy. Ciało jako mapa: Autorka uczy nas, że ciało pamięta wszystko, czego umysł stara się wyprzeć, i to właśnie przez kontakt z cielesnością wiedzie droga do odzyskania siebie. Moja ocena to mocne 8/10. To książka wybitna, zmieniająca postrzeganie literatury kobiecej i autobiograficznej. Jest odważna w sposób, który onieśmiela. Brakujące dwa punkty wynikają jednak z faktu, że jest to lektura skrajnie wyczerpująca. Intensywność emocjonalna i pewien rodzaj ekshibicjonizmu mogą być dla niektórych czytelników barierą nie do przejścia. Momentami nieliniowość narracji sprawia, że łatwo zgubić wątek, co wymaga od odbiorcy pełnego skupienia i ogromnej empatii. „Chronologia wody” to pozycja dla tych, którzy nie boją się literatury totalnej, dotykającej trzewi. Yuknavitch stworzyła arcydzieło o tym, jak podnieść się z dna, nie zapominając o smaku soli i piasku w ustach. To brutalna, ale ostatecznie dająca nadzieję pieśń o odporności ludzkiego ducha.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 8 1 miesiąc temu
Samiec alfa musi odejść. Dlaczego patriarchat szkodzi wszystkim Liz Plank
Samiec alfa musi odejść. Dlaczego patriarchat szkodzi wszystkim
Liz Plank
Książka Liz Plank „Samiec alfa musi odejść. Dlaczego patriarchat szkodzi wszystkim” to jedna z tych pozycji, które wybijają czytelnika z bezpiecznej strefy komfortu, niezależnie od jego płci czy poglądów. Kanadyjska dziennikarka podjęła się karkołomnego zadania: napisania o feminizmie w sposób, który nie tylko nie wyklucza mężczyzn, ale stawia ich w samym centrum debaty jako ofiary systemu, który rzekomo został stworzony, by im służyć. Moja ocena tej publikacji to solidne 7/10 – doceniam świeżość spojrzenia i ogrom zebranych danych, choć momentami razi mnie publicystyczny, nieco zbyt amerykański optymizm autorki. Bohaterem tej książki nie jest konkretna osoba, lecz konstrukt „idealnego mężczyzny”, czyli tytułowego samca alfa. Plank analizuje, jak współczesne wzorce męskości – nakazujące siłę, dominację, tłumienie emocji i nieustanną rywalizację – stają się dla mężczyzn emocjonalną klatką. Autorka posługuje się terminem „świadoma męskość”, proponując odejście od sztywnych ram na rzecz większej empatii i wrażliwości. Fabuła tej reporterskiej opowieści prowadzi nas przez statystyki dotyczące samobójstw, uzależnień, przemocy oraz problemów z nawiązywaniem głębokich relacji wśród mężczyzn. Plank argumentuje, że patriarchat, narzucając mężczyznom rolę nieustraszonych zdobywców, odbiera im prawo do bycia ludźmi w pełnym tego słowa znaczeniu. To nie jest atak na męskość jako taką, ale na jej toksyczną, ograniczającą wersję. Największą siłą publikacji jest empatyczne podejście. Liz Plank nie oskarża mężczyzn o całe zło świata; ona zaprasza ich do rozmowy. Jej teza jest prosta: wyzwolenie kobiet nie jest możliwe bez wyzwolenia mężczyzn z okopów tradycyjnej roli społecznej. Autorka przytacza dziesiątki badań socjologicznych i psychologicznych, które udowadniają, że kraje o wyższym poziomie równouprawnienia to miejsca, w których mężczyźni żyją dłużej, są zdrowsi i rzadziej ulegają wypadkom. Z drugiej strony, jako czytelnik ceniący konkret, muszę odnotować pewne mankamenty. Styl Plank jest typowo anglosaski i dynamiczny, co momentami sprawia, że skomplikowane problemy społeczne są kwitowane błyskotliwymi, ale uproszczonymi puentami. Książka ma strukturę długiego artykułu prasowego, co po dwustu stronach bywa nużące. Czasami brakuje tu głębszej analizy systemów ekonomicznych, które podtrzymują patriarchat – autorka skupia się głównie na psychologii i kulturze, co jest ważne, ale nie wyczerpuje tematu. „Samiec alfa musi odejść” to lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce zrozumieć, dlaczego współczesny świat wydaje się tak bardzo skonfliktowany. To manifest nadziei, który mówi: „Mężczyzno, nie musisz być twardy jak głaz, by być wartościowy”. Choć momentami książka wydaje się zbyt idealistyczna, jej podstawowe przesłanie jest niezwykle cenne. Liz Plank napisała książkę, która może być trudna do przełknięcia dla tradycjonalistów, ale jest niezwykle potrzebna w czasach kryzysu tożsamości. To zachęta do porzucenia zbroi, która dawno przestała chronić, a zaczęła ciążyć. Jeśli szukasz rzetelnego, choć nieco lekkiego wprowadzenia do współczesnych studiów nad męskością, jest to pozycja dla Ciebie.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 7 2 miesiące temu
Nie ma i nie będzie Magdalena Okraska
Nie ma i nie będzie
Magdalena Okraska
To nie jest zwykły reportaż. To brutalnie szczery zapis polskiej rzeczywistości, która dla wielu jest codziennością, a dla reszty niewygodnym obrazkiem, od którego najlepiej odwrócić wzrok. Miałam poczucie, że autorka weszła do mojej głowy i przelała na papier emocje, których sama nie potrafiłam ubrać w słowa. Ta książka rezonuje ze mną w 100%. To głos zapomnianej Polski. Okraska nie bawi się w eufemizmy. Pisze o miastach, z których wyjechał ostatni pociąg nadzie i o ludziach, którzy zostali na peronie. To lektura o Polsce B i C... i każdej kolejnej litery alfabetu, która oznacza marginalizację. Dla mnie ta podróż była bolesna, bo dotyczyła miejsc, które znam nie z kolorowych czasopism, ale z własnego życia. Powrót do korzeni: Lidzbark Największym ciosem był dla mnie ostatni rozdział poświęcony Lidzbarkowi. To miasto koło Działdowa (gdzie się urodziłam). Czytanie o ulicach, o znajomym krajobrazie, który w oczach autorki staje się symbolem stagnacji, było smutnym doświadczeniem. Dlaczego warto? Ta książka nie daje pocieszenia. Nie znajdziecie tu optymistycznego zakończenia ani recepty na uzdrowienie prowincji. Jest tylko, i aż, surowa prawda o braku nadziei na zmianę. To lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce zrozumieć, dlaczego polski krajobraz poza wielkimi metropoliami wygląda tak, jak wygląda. Dla każdego, kto pochodzi z małego miasta. Dla mnie to lustro, w którym po raz pierwszy zobaczyłam swoje rodzinne strony bez retuszu. To smutne, ale potrzebne świadectwo.
emimakota - awatar emimakota
oceniła na 9 3 miesiące temu
Obietnica Damon Galgut
Obietnica
Damon Galgut
Typowy materiał do nagrody Bookera: saga rodzinna na tle ważnych wydarzeń społecznych. W repertuarze Damona Galguta otrzymujemy historię zamożnych Afrykanerów, potomków właściciela farmy, który na łożu śmierci swojej żony obiecał przekazać domek gospodarczy oddanej czarnoskórej służącej. Ambaras w tym, że jedyną pamiętającą o złożonej przysiędze i nie widzącą w tym społecznej aberracji jest najmłodsza córka, latami upominająca się o należność wiernej gosposi i jej syna. Bohaterowie książki zmieniają się jeden po drugim. Od głowy rodziny po kolejno odchodzące za nim dzieci. Każde z nich to inne spojrzenie na świat - inne przeżycia, poglądy, plany. Razem z nimi zmienia się Południowa Afryka. Postkolonialny kraj obarczony jarzmem niewolnictwa nieustannie boryka się z cieniem Apartheidu. Tytułowa obietnica oddania części posiadłości, jak zasypanie międzyklasowej przepaści, przez lata jest nie do spełnienia. Powieść kontrastuje konserwatyzm z nowoczesnością i frapuje prywatnymi perypetiami trójki rodzeństwa - zwłaszcza najmłodszej Amor, łamiącej wszelkie konwenanse i dla podkreślenia sprzeciwu wobec wykluczających normom społecznym skutecznie odcinającej się od rodziny. Znamienne dla interpretacji są spotkania familii - jedynie przy okazji pogrzebów. Jakby wierząc, że jedynym ratunkiem dla kraju jest zmiana stających na jego czele. A i to, jak pokazała rodzina Swartów, długo nie przynosi wyczekiwanych przemian. Cała nadzieja w dorastających pokoleniach i ich pamięci o złożonej obietnicy.
Julia Cichoń - awatar Julia Cichoń
ocenił na 8 9 miesięcy temu
Tyll Daniel Kehlmann
Tyll
Daniel Kehlmann
Daniel Kehlmann, jeden z najzdolniejszych współczesnych pisarzy niemieckojęzycznych, w „Tyllu” dokonuje karkołomnego zabiegu: przenosi postać legendarnego psotnika, Tylla Ulenspiegla, z XIV wieku wprost w środek XVII-wiecznej pożogi. Efektem jest powieść totalna, która wymyka się sztywnym ramom gatunkowym, balansując między realizmem magicznym, powieścią historyczną a filozoficzną przypowieścią o kondycji człowieka w czasach ostatecznych. Tyll w ujęciu Kehlmanna nie jest jedynie jarmarcznym wesołkiem. To postać niemal metafizyczna – linoskoczek, który potrafi nie tylko balansować nad błotnistymi rynkami niemieckich miasteczek, ale także nad granicą życia i śmierci. Jego obecność w świecie zdominowanym przez głód, fanatyzm religijny i bezsensowne okrucieństwo wojny jest rodzajem buntu. Tyll wybiera wolność, która dla innych jest nieosiągalna, ale ceną za nią jest całkowite wykorzenienie i emocjonalny chłód. Autor z niezwykłą precyzją odmalowuje panoramę Europy Środkowej tamtego okresu. Nie szczędzi czytelnikowi opisów brudu, rozkładu i absurdów ówczesnej polityki. Spotykamy tu postacie historyczne, jak nieszczęsny „Zimowy Król” Fryderyk V czy uczony jezuita Athanasius Kircher, których losy splatają się z wędrówką Tylla. Każda z tych postaci jest nakreślona z sarkastycznym dystansem, co nadaje książce specyficznego, słodko-gorzkiego smaku. To książka wybitna pod wieloma względami, ale posiadająca cechy, które mogą stanowić barierę dla części odbiorców: Język i styl: Kehlmann pisze po mistrzowsku. Jego fraza jest lekka, a zarazem gęsta od znaczeń. Potrafi w jednym zdaniu przejść od wulgarnego opisu obozowego życia do wzniosłych rozważań o naturze wszechświata. Konstrukcja: Powieść nie jest liniowa. Autor żongluje planami czasowymi i punktami widzenia. Ta fragmentacja doskonale oddaje chaos wojny, ale sprawia, że lektura wymaga od czytelnika dużej uważności i cierpliwości w składaniu mozaiki zdarzeń. Chłód emocjonalny: Choć Tyll fascynuje, trudno go pokochać. Jest obserwatorem, katalizatorem zdarzeń, ale rzadko kimś, z kim można się w pełni utożsamić. Ten dystans sprawia, że książkę podziwia się bardziej intelektualnie niż sercem. Magia i błoto Największym osiągnięciem Kehlmanna jest to, jak sprawnie wplata elementy nadprzyrodzone w skrajnie brutalną rzeczywistość. Rozmowy z duchami czy przepowiednie nie wydają się tu tanim chwytem fantasy, lecz naturalnym elementem świata, w którym granica między tym, co racjonalne, a tym, co zabobonne, jeszcze nie istniała. „Tyll” to bolesna i piękna opowieść o tym, że sztuka i humor są jedynymi narzędziami, które pozwalają zachować zmysły w świecie, który oszalał. To lektura dla tych, którzy cenią prozę ambitną, wymagającą i nieoczywistą. Kehlmann stworzył pomnik dla figury błazna, przypominając, że czasem tylko ten, kto stoi z boku i drwi z możnych tego świata, ma szansę naprawdę przetrwać.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 7 17 dni temu
Wyspa kobiet Lauren Groff
Wyspa kobiet
Lauren Groff
Uważam tę książkę za ciekawy eksperyment. W "Wyspie kobiet" Groff zadaje pytanie: czy powieść o kobietach będących częścią jednej z najbardziej mizogynistycznych instytucji w historii świata może być feministyczna, skoro nawet obiekt ich czci jest mężczyzną? Odpowiedź brzmi - tak jakby. Groff w bardzo ciekawy sposób odwraca typowo męskie historie poprzez brak jakichkolwiek męskich postaci w swojej powieści. Wszystko kręci się wokół kobiet, ich płci, seksualności i zmagań. Wspomina się tutaj raz na jakiś czas o mężczyznach, choćby o Ryszardzie Lwie Serce, ale nigdy nie są oni wymienieni z imienia, ani nie przykłada się do nich takiej wagi jak do kobiet. Nigdy się pojawiają się tutaj również imiona "Adam" czy "Jezus". Czy jest to jednak powieść feministyczna? Zarazem tak i nie, co zapewne było zamiarem autorki. Choć powieść skupia się na kobietach (i lesbijkach), nie są one żyć w pełnoprawnym świecie jako kobiety. By stworzyć swoją wyspę kobiet, muszą całkowicie odizolować się od świata i zwrócić się w stronę herezji, by zyskać choć trochę niezależności. Ale nawet wtedy nie mogą decydować o sobie - Marie, choć pragnie wolności i siły, powiela metody mizoginistycznych patriarchów kościoła poprzez trzymanie swoich podopiecznych w ciągłej niewiedzy, pozbywanie się każdej kobiety, która może jej zagrozić, oraz odcinanie innych zakonnic od świata, by mogła łatwiej je kontrolować. Marie dąży do niezależności i wolności od mężczyzn, jednak chce tych rzeczy tylko dla siebie, a nie dla innych. Jest de facto narcyzem z kompleksem zbawcy, który narzuca swoim podopiecznym swoja wolę i ignoruje ich własne pragnienia, co najlepiej ukazuje jej przyzwolenie na ukaranie Avice - nagle te patriarchalne zasady, które tak lubi łamać, nie stanowią dla niej problemu, kiedy pozwala Godzie na wychłostanie dziewczyny. I tutaj dochodzimy do kolejnego ważnego motywu powieści - miłości dworskiej. Poprzez ten wątek Groff udowadnia, że choć mizoginia jest dziełem mężczyzn, to jednak nawet kobiety mogą tworzyć podobne pułapki. Marie wpada w metaforyczną zasadzkę Eleonory i poświęca jej całe swoje życie - na próżno, bo Eleonora traktuje ją tylko jakie narzędzie. Miłość dworska powoduje u Marie wykształcenie komleksu Madonny i ladacznicy i powstrzymuje ją przed osiągnięciem szczęścia. Zatem nawet w świecie kobiet Marie dopada jej wewnętrzna mizoginia. Podsumowując - jest to powieść dobra i ciekawa pod względem wykonania tematyki, choć jednocześnie dość łatwo jest ją źle zinterpretować. Groff bez wątpienia jest feministką, co bardzo dobrze udowadnia w "Fatum i furii", ale to właściwie nie jest powieść o feminizmie - raczej o idei, która mogła być feminizmem, ale która zawiodła z powodu wad kobiety, która próbowała ją krzewić. Jest to ciekawe studium przypadku, podobała mi się też dlatego, że niedawno na studiach omawialiśmy protofeminizm, mistyczki i dworską miłość.
Fox - awatar Fox
ocenił na 7 2 miesiące temu
Pałace na wodzie. Tropem polskich bobrów Adam Robiński
Pałace na wodzie. Tropem polskich bobrów
Adam Robiński
Książka Adama Robińskiego, „Pałace na wodzie. Tropem polskich bobrów”, to pozycja, która obiecuje czytelnikowi niszową, niemal mistyczną podróż do świata jednych z najbardziej fascynujących inżynierów polskiej przyrody. Moja ocena to rzetelne 6/10 – to lektura estetyczna i pełna pasji, jednak momentami zbyt mocno dryfująca w stronę osobistych dygresji kosztem konkretnej wiedzy o tytuleowych bohaterach. Zawartość: Bóbr jako lustro człowieka Robiński nie pisze klasycznego atlasu przyrodniczego. Zamiast tego, serwuje nam esej podróżniczy, w którym bóbr staje się pretekstem do rozważań nad polskim krajobrazem, historią i naszą skomplikowaną relacją z naturą. Autor wędruje wzdłuż rzek, zagląda w rozlewiska i analizuje, jak te zwierzęta modelują przestrzeń, w której żyjemy. Najważniejsze rady i wnioski płynące z tej lektury to: Pokora wobec inżynierii natury: Robiński uczy nas, że bobry to jedyne stworzenia (poza ludźmi), które potrafią świadomie zmieniać ekosystem na tak ogromną skalę. Ich „pałace” to lekcja zrównoważonego budownictwa. Uważność na detale: Najważniejszą radą dla czytelnika jest zmiana optyki – autor zachęca, by podczas spaceru nad rzeką szukać śladów zgryzów i tam, bo to one opowiadają historię o kondycji naszej wody. Akceptacja dzikości: Książka przypomina, że konflikt człowiek-bóbr jest nieunikniony, ale to my musimy nauczyć się koegzystencji, a nie tylko eksploatacji. Recenzję muszę zacząć od przytłaczającej atmosfery, którą Robiński kreśli po mistrzowsku. To duszność parujących bagien, gęstych trzcinowisk i wilgotnego mroku, w którym słychać jedynie plusk ogona o lustro wody. Czytelnik niemal fizycznie czuje lepkość błota i ciężar wilgotnego powietrza nad Narwią czy Biebrzą. Ta duszność ma w sobie coś pierwotnego – to klimat świata, który istniał przed nami i który przetrwa w zakolach rzek, o ile pozwolimy bobrom budować ich „pałace”. Autor świetnie oddaje ten klaustrofobiczny, a jednocześnie kojący spokój dziczy. Dlaczego 6/10? To dobra książka, ale niepozbawiona wad. Robiński pisze pięknym, niemal poetyckim językiem, co jest ogromną zaletą, ale bywa też pułapką. Momentami narracja staje się zbyt rozmyta – autor poświęca wiele stron na własne przemyślenia, spotkania z ludźmi i opisy wędrówek, przez co sam bóbr schodzi na dalszy plan. Brakujące punkty wynikają z pewnego chaosu kompozycyjnego. Czytelnik spodziewający się głębokiej analizy biologicznej lub ekologicznej może poczuć się zawiedziony przewagą formy nad treścią. To raczej literacki reportaż o „szukaniu bobra” niż o „samym bobrze”. Jeśli szukasz nastrojowej prozy o polskiej przyrodzie, będziesz zachwycony, ale jeśli liczysz na konkretne, nowe fakty naukowe, możesz odnieść wrażenie, że autor ślizga się po powierzchni wody, zamiast zanurkować do żeremia. „Pałace na wodzie” to książka dla marzycieli i wędrowców, którzy cenią klimat bardziej niż twarde dane. Adam Robiński stworzył literacki hołd dla polskiej wody, choć sam główny bohater mógłby być w tej opowieści nieco wyraźniejszy.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 6 1 miesiąc temu
Śmierć Viveka Ojiego Akwaeke Emezi
Śmierć Viveka Ojiego
Akwaeke Emezi
Książka napisana przez osobę pochodzącą z Nigerii, mieszkającą w USA. Autorka umieściła fabułę w swojej ojczyźnie, wśród ludzi pociągających się na co dzień językiem igbo (tak jak Chinua Achebe). Książka rozgrywa się współcześnie. Akwaeke Emezi nie kryje inspiracji „Kroniką zapowiedzianej śmierci Marqueza”, od którego zapożyczyła schemat fabularny. Powieść posiada trzy przeplatające narracje – trzecioosobową wszechwiedzącego narratora oraz dwie pierwszoosobowe – kuzyna głównego bohatera – i jego samego - już nieżyjącego. Mają one pozwolić czytelnikom na powolne odkrycie osobowości Viveka oraz okoliczności jego śmierci. A przy okazji życia – szczególnie intymnego – jego przyjaciół. Ciekawostką jest prezentacji osób z grupy Nigerwives – cudzoziemek (jak matka bohatera – Hinduska), które wyszły za Nigeryjczyków i miały z nimi dzieci. Atutem książki jest sięgnięcie po tematykę związaną z osobami nieheteronormatywnymi, czyli LGBT i umiejscowienie ich problemów poza wschodnim wybrzeżem USA czy Kalifornią (czyli miejscami, gdzie najgłośniej się o tym mówi, a sytuacja takich osób jest lepsza niż w 95% krajów świata i reszcie ojczyzny Trumpa). Drugi to pewien „zwrot akcji” w końcówce, lekko zaskakujący, ale dobrze świadczący o pomysłowości osoby, która napisała książkę i pewne informacje o zwyczajach Nigeryjczyków z grupy Igbo. Z kolei minusy to zdecydowany nadmiar przesłania, misyjności i dydaktyki, w tym pewne cukierkowo-infantylne rozstrzygnięcie wątpliwości jednej osoby. Taka amerykańska bajka nie pasująca do reszty powieści. Druga wada to przewidywalność. Łatwo się domyślić, które z przedstawionych osób należą do grup określanych skrótem LGBT i z którą literką są związane. Również nadreprezentacja tych osób w środowisku bohatera to kolejny niepotrzebny grzyb w barszczu. No i nadmierna koncentracja na życiu seksualnym tychże osób. Ma służyć wywołaniu pozytywnych emocji w stosunku do opisywanego środowiska, ale pokazuje jego członków jako osoby myślące tylko o tym, co definiuje ich jako przedstawicieli mniejszości. No i książka jest słaba edytorsko. Słowa z języka igbo nie są tłumaczone, podobnie jak szereg nazw własnych, nieznanych czytelnikowi. Plusy jednakże przeważają, jak nie ilościowo, to „wagowo”. Gdyby powieść Akwaeke Emezi powstała w Nigerii a nie w USA, wówczas niewątpliwie brak ingerencji redaktorów wiedzących, co się dobrze sprzedaje tylko posłużyłby książce. Tylko czy wtedy ktoś przetłumaczyłby są na polski? Przeczytane w ramach wyzwania styczniowego – książka z imieniem w tytule.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na 6 2 miesiące temu

Cytaty z książki Pod białym niebem. Natura przyszłości

Więcej
Elizabeth Kolbert Pod białym niebem. Natura przyszłości Zobacz więcej
Elizabeth Kolbert Pod białym niebem. Natura przyszłości Zobacz więcej
Elizabeth Kolbert Pod białym niebem. Natura przyszłości Zobacz więcej
Więcej

Ciekawostki historyczne