Niestety, ale o "Wędrującym Ogniu" mam do powiedzenia jeszcze mniej dobrego niż o poprzedniku. W dalszym ciągu pióro Guya Gavriela Kaya pozostaje na wysokim poziomie i w zasadzie jest to główny aspekt, który utrzymuje mnie przy tej serii (nie licząc tego, że nie lubię zostawiać zaczętej już serii).
Największym problemem są, pozostają, a nawet stają się jeszcze bardziej nużące i nielogiczne - postacie. Nie umiem, mimo szczerych chęci, odnaleźć się w jakiejkolwiek osobie, czy to w studentach z "naszego" świata, czy w fantastycznych bohaterach z Fionavaru. Brakuje mi w nich jakiejś refleksji, głębszych emocji - są w dużej mierze jednowymiarowe i zdecydowanie zbyt szybko akceptują otaczający je świat i wydarzenia.
Jest tu jedna scena, przy której najpierw parsknąłem śmiechem, a potem czułem się podenerwowany i zrezygnowany przez resztę książki. Widziałem gdzieś recenzję, że "Wędrujący Ogień" to wspaniała powieść o pięknie wolnej woli. Dosłownie nie może to być dalsze od prawdy, odniosłem zupełnie przeciwne wrażenie. Fionavar jest dla mnie tak przesiąknięty determinizmem, że trudno jest mi bardziej polubić ten świat i historię.
Nie chcę być przesadnie negatywny - jest tu naprawdę dużo budowania świata, dużo do odkrycia, dużo by przyciągnąć uwagę czytelnika do wydarzeń przepełnionych folklorem i legendami, ale nie jest to dla mnie wystarczające, aby wesprzeć powoli czołgającą się do przodu fabułę.
W dużym skrócie - Narnia ma romans z Władcą Pierścieni w Brytanii, ale finalnie nie wychodzi zbytnio ciekawie.
Niestety, ale o "Wędrującym Ogniu" mam do powiedzenia jeszcze mniej dobrego niż o poprzedniku. W dalszym ciągu pióro Guya Gavriela Kaya pozostaje na wysokim poziomie i w zasadzie jest to główny aspekt, który utrzymuje mnie przy tej serii (nie licząc tego, że nie lubię zostawiać zaczętej już serii).
Największym problemem są, pozostają, a nawet stają się jeszcze bardziej...
Za mną drugi tom tej, khem Narni dla dorosłych. Niestety sporo słabszy od poprzedniego. Zwłaszcza początek był gorszy (jeszcze bardziej!) niż w Letnim Drzewie. Dużo tu było chaosu i mimo, że rozumiem zamysł mieszania w cyklu tych wszystkich mitologii i legend to zestaw wątków Króla Artura, Ginewry i Lancelota był tutaj moim zdaniem zupełnie niepotrzebny. Ani nie wybrzmiewał jakoś porządniej, ani nic nie dodawał od siebie, a jedynie rozmywał w mojej opinii inne, ciekawsze motywy. Chyba był tylko po to aby niesławna Marion Zimmer Bradley mogła się zachwycić i opatrzyć okładkę serii swoim cytatem.
Mamy więc na początku naszych bohaterów w realnym świecie, mamy Stonehenge i wszystko to się jakoś zupełnie nie klei. A opis wydarzeń jest tak oniryczny, że ciężko rozgryźć co do końca nasze postacie porabiają. Do tego dowiadujemy się, że tutejszy Sauron, torturujący jedną z bohaterek w poprzedniej części, jak się okazuje spowodował jej ciążę i teraz obawia się swojego potomka. Ja wiem, że gwałt to poważna, tragiczna, niewyobrażalna wręcz sprawa, zresztą cierpienie i trauma ww. postaci są tutaj dosyć mocno opisane, ale świadomość, że tutejszy Sauron (no dokładnie taki, tolkienowski, bóg ciemności) w akcie bycia takim właśnie Sauronem spowodował niechcianą ciążę, jakoś wybijał mnie zupełnie z poważnego czytania. Te rozwiązania fabularne po prostu do siebie nie pasują. Nie da się ich traktować bez przewracania oczu. To jest właśnie ten cały początek. Wpadka gwałcącego Saurona, a potem lecimy do Stonehenge przywołać Króla Artura na pomoc i hops do Fionavaru. Jest źle!
W Fionavarze za to sytuacja się tradycyjnie poprawia. Piątka bohaterów z naszego świata błyskawicznie przeskakuje w swoje tutejsze osobowości, tak że zapominamy o tej całej katastrofie portal fantasy, a potem schodzą i oni na dalszy plan na rzecz bohaterów tutejszych. Księcia Diarmuida, Lorena, Kapłankę Dany, jeźdźców z równiny i całej reszty. I oni są super. Pasują do tego świata, pasują do tej koncepcji sił światła walczących z ciemnością. Bajkowość i sielankę zakłóca nam na chwilę pewna ogólno miejska orgia, z okazji przesilenia letniego (nic zdrożnego, wszystko w tradycyjnym, baśniowym stylu), a kończymy spektakularnym pojedynkiem czarodziejów, z heroicznym poświęceniem itp. Część Fionavarską czyta się przyjemnie, choć nie tak jak poprzednio. Mniej tu zaskoczeń, mniej nietypowych rozterek i problemów. Ot, zwykłe fantasy, ślicznie napisane z takim poetyckim patosem, który potrafi momentami bardzo dobrze zadziałać. Ale to chyba było za mało.
Bo jak ocenić coś tak nierównego, tak bardzo źle rozpoczętego. Poprzedni tom z nawiązką wynagrodził mi początkowe problemy. Tutaj już nie do końca, raczej finalnie wyszedł tylko na zero, równoważąc jedynie początkowe absurdy. Miałem cały czas poczucie, że gdyby mniej upchano tu tych legend i postaci, zrezygnowano z rzeczywistych rodowodów głównej piątki bohaterów, to wszystko byłoby dużo lepsze. Można by cały Camelot wywalić bez żadnej straty. Czułem wyraźnie ten casus wciąż jeszcze początkującego autora, który chciał tutaj za dużo, zbyt wiele rzeczy zrobić na raz.
Wędrujący Ogień oceniam niestety tylko na 6/10. Za Fionavar i jego mieszkańców. Za księcia Diarmuida (chciałbym go więcej, więcej). Za poetycką prozę. Za motyw Kevina. Jednak sama fabuła i jej co dziwniejsze rewiry nie pozwalają mi tym razem na więcej. Oby trzeci tom wrócił na prostą. Lektury nie żałuję ale poleciłbym w tym miejscu tylko gatunkowym pasjonatom i badaczom.
Za mną drugi tom tej, khem Narni dla dorosłych. Niestety sporo słabszy od poprzedniego. Zwłaszcza początek był gorszy (jeszcze bardziej!) niż w Letnim Drzewie. Dużo tu było chaosu i mimo, że rozumiem zamysł mieszania w cyklu tych wszystkich mitologii i legend to zestaw wątków Króla Artura, Ginewry i Lancelota był tutaj moim zdaniem zupełnie niepotrzebny. Ani nie wybrzmiewał...
Mimo kilku bardzo dobrych fragmentów - parę interakcji między Finnem i małym Darienem, ofiara Kevina, spotkanie Paula z morskim bóstwem, wewnętrzna przemiana surowej kapłanki Jaelle - czuję się mocno rozczarowana, a nawet znużona. Kay namnożył postaci o wysokiej pozycji społecznej i wielkich mocach, i teraz musi znaleźć dla nich wszystkich zajęcie, więc każde przywoływanie wielkich mocy (których w książce jest ze cztery albo pięć) rozpoczyna się od wyliczanki, kto bierze w obrzędzie udział. Dziwny jest też czasem podział na podrozdziały (to znaczy, że czasami nie ma go w ogóle i bez ostrzeżenia przechodzimy do innej postaci, położonej setki kilometrów dalej, po prostu w kolejnym akapicie).
Kiedy się zastanawiam, co poszło nie tak, dochodzę do wniosku, że problemem jest sposób wykorzystania przez Kaya wielkich mitów (król Artur, śmierć Adonisa, życiodajny kocioł) - pakuje ich za dużo w jedną książkę i w dodatku nie są one dla fabuły głębokim, organicznym szkieletem, tylko często toporną i nazbyt widoczną protezą.
Liczne sceny erotyczne (no dobrze, sugestie scen erotycznych, bo Kay szczęśliwie jest dosyć oględny w opisach) wyglądają tak, jakby autor stwierdził, że być muszą, bo w wędrówce bohatera Campbella jest spotkanie z boginią. Niemal za każdym razem byłam nimi zaskoczona, bo nie wydawały mi się sensownie uzasadnione fabularnie. Wyjątkiem był wątek miłosny Diarmuida i Sharry rozpoczęty już w "Letnim drzewie", chociaż obie postaci za mało lubię, żeby ich historia mnie mocno poruszyła.
Artur w ogóle nie jest postacią, tylko zbitką liter na kartce. Powinnam się chyba nim przejąć wyłącznie ze względu na swoją znajomość legend arturiańskich, tylko z jakiegoś powodu to nie działa. Co gorsza, w wątku Jennifer, wciągniętej w tę arturiańską strukturę, ujawnia się jakiś dziwny determinizm i fatalizm, jakby wolna wola postaci w ogóle nie miała znaczenia, a jedyną drogą jest całkowite wejście w archetyp. Zobaczymy, co zrobi z tym trzeci tom.
Najlepiej wypada wątek Kevina, ale niestety nie mogłam się pozbyć wrażenia, że jest to powtórka z rozrywki i remiks wątku Paula z "Letniego drzewa". Jeśli jednak o tym zapomnieć, to jest to najbardziej sensowna, a także najlepiej napisana część książki.
Natomiast wątek Dariena, który ma niby wybrać między dobrem a absolutnym złem swojego ojca, na razie głębią i subtelnością dorównuje motywowi dotkniętych z "Sagi o Ludziach Lodu", względnie kreskówce "Papirus", w której złe sługi Seta rozpoznawało się po czerwonych oczach. Wszyscy drżą, co to będzie, a tymczasem Darien na razie nie zrobił jeszcze nic.
Ostatni mój wyrzut - mam wrażenie, że Kay to taki kamerzysta, który robi zbliżenia na rzeczy, które mnie w ogóle nie obchodzą, a zostawia poza kadrem wszystko, co miałoby dla mnie znaczenia. Najlepszym przykładem są wątłe i powtarzalne opisy postaci, w których najczęściej mowa jest po raz fefnasty o ich kolorze włosów i oczu, lśniących tak czy owak w celu wprowadzenia poetyckiego nastroju.
Mimo kilku bardzo dobrych fragmentów - parę interakcji między Finnem i małym Darienem, ofiara Kevina, spotkanie Paula z morskim bóstwem, wewnętrzna przemiana surowej kapłanki Jaelle - czuję się mocno rozczarowana, a nawet znużona. Kay namnożył postaci o wysokiej pozycji społecznej i wielkich mocach, i teraz musi znaleźć dla nich wszystkich zajęcie, więc każde przywoływanie...
Poprzeczka w pierwszym tomie ustawiona wysoko, tu już bardziej przeciętne fantasy z jazdą na koniach i takimi bzdurami. W sumie w porządku, ale gdyby taki był pierwszy tom, to po następne bym nie sięgnął.
Poprzeczka w pierwszym tomie ustawiona wysoko, tu już bardziej przeciętne fantasy z jazdą na koniach i takimi bzdurami. W sumie w porządku, ale gdyby taki był pierwszy tom, to po następne bym nie sięgnął.
Bardzo dużo się dzieje w tej trylogii, a sposób przenikania się wątków to majstersztyk. Pewnie zapomnę o tej historii, ale bezapelacyjnie pięknie napisana. Trzeci tom najlepszy, tak jakby autor był w kulminacyjnym momencie treningu, po długiej, 2-tomowej rozgrzewce.
Bardzo dużo się dzieje w tej trylogii, a sposób przenikania się wątków to majstersztyk. Pewnie zapomnę o tej historii, ale bezapelacyjnie pięknie napisana. Trzeci tom najlepszy, tak jakby autor był w kulminacyjnym momencie treningu, po długiej, 2-tomowej rozgrzewce.
Lektura Wędrującego ognia była ciężka i jeżeli momentami mi się podobała, to jednak były to momenty zbyt mało liczne. Pełne patosu momenty nie wywołały u mnie zachwytu, a znużenie bądź irytację. Może to wina tłumaczenia i niedokładnej redakcji książki, w której zbrakło miejsca na jasny podział na podrozdziały dotyczące konkretnych bohaterów. Nie zmienia to faktu, że sam autor mógł lepiej dopracować i wyostrzyć niektóre wątki, a i nie skupiać się tak bardzo na wspominaniu o mało istotnych kwestiach. Obrazuje to chociażby fakt, że opisanie śmierci postaci nie dało mi do zrozumienia, że postać ta umarła – dowiedziałam się o tym z rozmyślań innego bohatera kilkadziesiąt stron później.
Dużo marudzę, bo książka naprawdę nie należy według mnie do arcydzieł literatury fantastycznej, ale... ale kilka rzeczy jednak mi się spodobało. Jedna, całkiem nieźle opisana bitwa. Kilka klasycznych scen fantasy, z mieczami, królami i czarami – to też wypadło całkiem w porządku. Chwilami udawało mi się tez zapałać sympatią do poszczególnych bohaterów, choć chaos panujący w powieści nie pozwalał mi na dłużej zapamiętać o kim właściwie czytam i jaki związek z ogółem sytuacji ma dany bohater.
Autor Fionavarskiego gobelinu mnie nie przekonał – mogła z tego wyjść dobra trylogia fantasy, a wyszła dosyć męcząca batalia czytelnika z kolejnymi nietrafionymi pomysłami autora. Gdy momentami powieść wciągała i tak bez przeszkód dało się odłożyć książkę na bok i zająć czymś innym, tak więc zdecydowanie nie polecam.
Lektura Wędrującego ognia była ciężka i jeżeli momentami mi się podobała, to jednak były to momenty zbyt mało liczne. Pełne patosu momenty nie wywołały u mnie zachwytu, a znużenie bądź irytację. Może to wina tłumaczenia i niedokładnej redakcji książki, w której zbrakło miejsca na jasny podział na podrozdziały dotyczące konkretnych bohaterów. Nie zmienia to faktu, że sam...
Moim zdaniem trylogia Fionavarskiego Gobelinu jest arcydziełem fantasy. Z początku podchodziłem sceptycznie do tej lektury, ponieważ po przeczytaniu pierwszego rozdziału uznałem ją za odbiegającą od mojego gustu (czasy współczesne, Toronto). Czytałem jednak dalej i było to najlepszą decyzją jaką dotychczas podjąłem w sprawie książek. Historia piątki przyjaciół zachwyciła mnie. Momentami zapominałem całkowicie o otaczającym mnie świecie i zaniedbywałem otoczenie nie mogąc oderwać wzroku od książki. Jednocześnie mogłem się wzruszać i przeklinać niesprawiedliwość losu. Polecam jak najserdeczniej wszystkim fanom gatunku i nie tylko!
Moim zdaniem trylogia Fionavarskiego Gobelinu jest arcydziełem fantasy. Z początku podchodziłem sceptycznie do tej lektury, ponieważ po przeczytaniu pierwszego rozdziału uznałem ją za odbiegającą od mojego gustu (czasy współczesne, Toronto). Czytałem jednak dalej i było to najlepszą decyzją jaką dotychczas podjąłem w sprawie książek. Historia piątki przyjaciół zachwyciła...
Wspaniałe rozwinięcie wszystkich wątków zapoczątkowanych w pierwszym tomie ("Letnie Drzewo"). Wartka akcja, element zaskoczenia, barwne postacie oraz ukłon w stronę licznych mitologii i legend. Ponadto niezbyt często spotykana w fantasy psychologiczna głębia postaci oraz namiętność i ludzkie rozterki i słabości, których niestety brak u licznych, sztampowych autorów gatunku. U mnie najlepsza po Donaldsonie, trylogia "Closed doors". Duża piątka z plusem.
Wspaniałe rozwinięcie wszystkich wątków zapoczątkowanych w pierwszym tomie ("Letnie Drzewo"). Wartka akcja, element zaskoczenia, barwne postacie oraz ukłon w stronę licznych mitologii i legend. Ponadto niezbyt często spotykana w fantasy psychologiczna głębia postaci oraz namiętność i ludzkie rozterki i słabości, których niestety brak u licznych, sztampowych autorów gatunku....
Dobra kontynuacja pierwszego tomu. Historia wciąga coraz bardziej, czytelnik angażuje się w losy bohaterów jeszcze mocniej... Jak najbardziej polecam :)
Dobra kontynuacja pierwszego tomu. Historia wciąga coraz bardziej, czytelnik angażuje się w losy bohaterów jeszcze mocniej... Jak najbardziej polecam :)
Idealne rozwinięcie historii. Można myśleć, że już nic więcej się nie da zrobić. A tu autor serwuje niespodziankę. Wplata w opowieść legendy z innego okresu, które są ponadczasowe i można znaleźć odniesienia w wielu innych książkach.
Idealne rozwinięcie historii. Można myśleć, że już nic więcej się nie da zrobić. A tu autor serwuje niespodziankę. Wplata w opowieść legendy z innego okresu, które są ponadczasowe i można znaleźć odniesienia w wielu innych książkach.
Niestety, ale o "Wędrującym Ogniu" mam do powiedzenia jeszcze mniej dobrego niż o poprzedniku. W dalszym ciągu pióro Guya Gavriela Kaya pozostaje na wysokim poziomie i w zasadzie jest to główny aspekt, który utrzymuje mnie przy tej serii (nie licząc tego, że nie lubię zostawiać zaczętej już serii).
Największym problemem są, pozostają, a nawet stają się jeszcze bardziej nużące i nielogiczne - postacie. Nie umiem, mimo szczerych chęci, odnaleźć się w jakiejkolwiek osobie, czy to w studentach z "naszego" świata, czy w fantastycznych bohaterach z Fionavaru. Brakuje mi w nich jakiejś refleksji, głębszych emocji - są w dużej mierze jednowymiarowe i zdecydowanie zbyt szybko akceptują otaczający je świat i wydarzenia.
Jest tu jedna scena, przy której najpierw parsknąłem śmiechem, a potem czułem się podenerwowany i zrezygnowany przez resztę książki. Widziałem gdzieś recenzję, że "Wędrujący Ogień" to wspaniała powieść o pięknie wolnej woli. Dosłownie nie może to być dalsze od prawdy, odniosłem zupełnie przeciwne wrażenie. Fionavar jest dla mnie tak przesiąknięty determinizmem, że trudno jest mi bardziej polubić ten świat i historię.
Nie chcę być przesadnie negatywny - jest tu naprawdę dużo budowania świata, dużo do odkrycia, dużo by przyciągnąć uwagę czytelnika do wydarzeń przepełnionych folklorem i legendami, ale nie jest to dla mnie wystarczające, aby wesprzeć powoli czołgającą się do przodu fabułę.
W dużym skrócie - Narnia ma romans z Władcą Pierścieni w Brytanii, ale finalnie nie wychodzi zbytnio ciekawie.
Niestety, ale o "Wędrującym Ogniu" mam do powiedzenia jeszcze mniej dobrego niż o poprzedniku. W dalszym ciągu pióro Guya Gavriela Kaya pozostaje na wysokim poziomie i w zasadzie jest to główny aspekt, który utrzymuje mnie przy tej serii (nie licząc tego, że nie lubię zostawiać zaczętej już serii).
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNajwiększym problemem są, pozostają, a nawet stają się jeszcze bardziej...
Za mną drugi tom tej, khem Narni dla dorosłych. Niestety sporo słabszy od poprzedniego. Zwłaszcza początek był gorszy (jeszcze bardziej!) niż w Letnim Drzewie. Dużo tu było chaosu i mimo, że rozumiem zamysł mieszania w cyklu tych wszystkich mitologii i legend to zestaw wątków Króla Artura, Ginewry i Lancelota był tutaj moim zdaniem zupełnie niepotrzebny. Ani nie wybrzmiewał jakoś porządniej, ani nic nie dodawał od siebie, a jedynie rozmywał w mojej opinii inne, ciekawsze motywy. Chyba był tylko po to aby niesławna Marion Zimmer Bradley mogła się zachwycić i opatrzyć okładkę serii swoim cytatem.
Mamy więc na początku naszych bohaterów w realnym świecie, mamy Stonehenge i wszystko to się jakoś zupełnie nie klei. A opis wydarzeń jest tak oniryczny, że ciężko rozgryźć co do końca nasze postacie porabiają. Do tego dowiadujemy się, że tutejszy Sauron, torturujący jedną z bohaterek w poprzedniej części, jak się okazuje spowodował jej ciążę i teraz obawia się swojego potomka. Ja wiem, że gwałt to poważna, tragiczna, niewyobrażalna wręcz sprawa, zresztą cierpienie i trauma ww. postaci są tutaj dosyć mocno opisane, ale świadomość, że tutejszy Sauron (no dokładnie taki, tolkienowski, bóg ciemności) w akcie bycia takim właśnie Sauronem spowodował niechcianą ciążę, jakoś wybijał mnie zupełnie z poważnego czytania. Te rozwiązania fabularne po prostu do siebie nie pasują. Nie da się ich traktować bez przewracania oczu. To jest właśnie ten cały początek. Wpadka gwałcącego Saurona, a potem lecimy do Stonehenge przywołać Króla Artura na pomoc i hops do Fionavaru. Jest źle!
W Fionavarze za to sytuacja się tradycyjnie poprawia. Piątka bohaterów z naszego świata błyskawicznie przeskakuje w swoje tutejsze osobowości, tak że zapominamy o tej całej katastrofie portal fantasy, a potem schodzą i oni na dalszy plan na rzecz bohaterów tutejszych. Księcia Diarmuida, Lorena, Kapłankę Dany, jeźdźców z równiny i całej reszty. I oni są super. Pasują do tego świata, pasują do tej koncepcji sił światła walczących z ciemnością. Bajkowość i sielankę zakłóca nam na chwilę pewna ogólno miejska orgia, z okazji przesilenia letniego (nic zdrożnego, wszystko w tradycyjnym, baśniowym stylu), a kończymy spektakularnym pojedynkiem czarodziejów, z heroicznym poświęceniem itp. Część Fionavarską czyta się przyjemnie, choć nie tak jak poprzednio. Mniej tu zaskoczeń, mniej nietypowych rozterek i problemów. Ot, zwykłe fantasy, ślicznie napisane z takim poetyckim patosem, który potrafi momentami bardzo dobrze zadziałać. Ale to chyba było za mało.
Bo jak ocenić coś tak nierównego, tak bardzo źle rozpoczętego. Poprzedni tom z nawiązką wynagrodził mi początkowe problemy. Tutaj już nie do końca, raczej finalnie wyszedł tylko na zero, równoważąc jedynie początkowe absurdy. Miałem cały czas poczucie, że gdyby mniej upchano tu tych legend i postaci, zrezygnowano z rzeczywistych rodowodów głównej piątki bohaterów, to wszystko byłoby dużo lepsze. Można by cały Camelot wywalić bez żadnej straty. Czułem wyraźnie ten casus wciąż jeszcze początkującego autora, który chciał tutaj za dużo, zbyt wiele rzeczy zrobić na raz.
Wędrujący Ogień oceniam niestety tylko na 6/10. Za Fionavar i jego mieszkańców. Za księcia Diarmuida (chciałbym go więcej, więcej). Za poetycką prozę. Za motyw Kevina. Jednak sama fabuła i jej co dziwniejsze rewiry nie pozwalają mi tym razem na więcej. Oby trzeci tom wrócił na prostą. Lektury nie żałuję ale poleciłbym w tym miejscu tylko gatunkowym pasjonatom i badaczom.
Za mną drugi tom tej, khem Narni dla dorosłych. Niestety sporo słabszy od poprzedniego. Zwłaszcza początek był gorszy (jeszcze bardziej!) niż w Letnim Drzewie. Dużo tu było chaosu i mimo, że rozumiem zamysł mieszania w cyklu tych wszystkich mitologii i legend to zestaw wątków Króla Artura, Ginewry i Lancelota był tutaj moim zdaniem zupełnie niepotrzebny. Ani nie wybrzmiewał...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMimo kilku bardzo dobrych fragmentów - parę interakcji między Finnem i małym Darienem, ofiara Kevina, spotkanie Paula z morskim bóstwem, wewnętrzna przemiana surowej kapłanki Jaelle - czuję się mocno rozczarowana, a nawet znużona. Kay namnożył postaci o wysokiej pozycji społecznej i wielkich mocach, i teraz musi znaleźć dla nich wszystkich zajęcie, więc każde przywoływanie wielkich mocy (których w książce jest ze cztery albo pięć) rozpoczyna się od wyliczanki, kto bierze w obrzędzie udział. Dziwny jest też czasem podział na podrozdziały (to znaczy, że czasami nie ma go w ogóle i bez ostrzeżenia przechodzimy do innej postaci, położonej setki kilometrów dalej, po prostu w kolejnym akapicie).
Kiedy się zastanawiam, co poszło nie tak, dochodzę do wniosku, że problemem jest sposób wykorzystania przez Kaya wielkich mitów (król Artur, śmierć Adonisa, życiodajny kocioł) - pakuje ich za dużo w jedną książkę i w dodatku nie są one dla fabuły głębokim, organicznym szkieletem, tylko często toporną i nazbyt widoczną protezą.
Liczne sceny erotyczne (no dobrze, sugestie scen erotycznych, bo Kay szczęśliwie jest dosyć oględny w opisach) wyglądają tak, jakby autor stwierdził, że być muszą, bo w wędrówce bohatera Campbella jest spotkanie z boginią. Niemal za każdym razem byłam nimi zaskoczona, bo nie wydawały mi się sensownie uzasadnione fabularnie. Wyjątkiem był wątek miłosny Diarmuida i Sharry rozpoczęty już w "Letnim drzewie", chociaż obie postaci za mało lubię, żeby ich historia mnie mocno poruszyła.
Artur w ogóle nie jest postacią, tylko zbitką liter na kartce. Powinnam się chyba nim przejąć wyłącznie ze względu na swoją znajomość legend arturiańskich, tylko z jakiegoś powodu to nie działa. Co gorsza, w wątku Jennifer, wciągniętej w tę arturiańską strukturę, ujawnia się jakiś dziwny determinizm i fatalizm, jakby wolna wola postaci w ogóle nie miała znaczenia, a jedyną drogą jest całkowite wejście w archetyp. Zobaczymy, co zrobi z tym trzeci tom.
Najlepiej wypada wątek Kevina, ale niestety nie mogłam się pozbyć wrażenia, że jest to powtórka z rozrywki i remiks wątku Paula z "Letniego drzewa". Jeśli jednak o tym zapomnieć, to jest to najbardziej sensowna, a także najlepiej napisana część książki.
Natomiast wątek Dariena, który ma niby wybrać między dobrem a absolutnym złem swojego ojca, na razie głębią i subtelnością dorównuje motywowi dotkniętych z "Sagi o Ludziach Lodu", względnie kreskówce "Papirus", w której złe sługi Seta rozpoznawało się po czerwonych oczach. Wszyscy drżą, co to będzie, a tymczasem Darien na razie nie zrobił jeszcze nic.
Ostatni mój wyrzut - mam wrażenie, że Kay to taki kamerzysta, który robi zbliżenia na rzeczy, które mnie w ogóle nie obchodzą, a zostawia poza kadrem wszystko, co miałoby dla mnie znaczenia. Najlepszym przykładem są wątłe i powtarzalne opisy postaci, w których najczęściej mowa jest po raz fefnasty o ich kolorze włosów i oczu, lśniących tak czy owak w celu wprowadzenia poetyckiego nastroju.
Mimo kilku bardzo dobrych fragmentów - parę interakcji między Finnem i małym Darienem, ofiara Kevina, spotkanie Paula z morskim bóstwem, wewnętrzna przemiana surowej kapłanki Jaelle - czuję się mocno rozczarowana, a nawet znużona. Kay namnożył postaci o wysokiej pozycji społecznej i wielkich mocach, i teraz musi znaleźć dla nich wszystkich zajęcie, więc każde przywoływanie...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPoprzeczka w pierwszym tomie ustawiona wysoko, tu już bardziej przeciętne fantasy z jazdą na koniach i takimi bzdurami. W sumie w porządku, ale gdyby taki był pierwszy tom, to po następne bym nie sięgnął.
Poprzeczka w pierwszym tomie ustawiona wysoko, tu już bardziej przeciętne fantasy z jazdą na koniach i takimi bzdurami. W sumie w porządku, ale gdyby taki był pierwszy tom, to po następne bym nie sięgnął.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTo nie jest opinia, ale nowa wersja portalu wymaga wpisania kilku słów, by dołączyć książkę do biblioteczki.
Pozdrawiam
To nie jest opinia, ale nowa wersja portalu wymaga wpisania kilku słów, by dołączyć książkę do biblioteczki.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPozdrawiam
Bardzo dużo się dzieje w tej trylogii, a sposób przenikania się wątków to majstersztyk. Pewnie zapomnę o tej historii, ale bezapelacyjnie pięknie napisana. Trzeci tom najlepszy, tak jakby autor był w kulminacyjnym momencie treningu, po długiej, 2-tomowej rozgrzewce.
Bardzo dużo się dzieje w tej trylogii, a sposób przenikania się wątków to majstersztyk. Pewnie zapomnę o tej historii, ale bezapelacyjnie pięknie napisana. Trzeci tom najlepszy, tak jakby autor był w kulminacyjnym momencie treningu, po długiej, 2-tomowej rozgrzewce.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toLektura Wędrującego ognia była ciężka i jeżeli momentami mi się podobała, to jednak były to momenty zbyt mało liczne. Pełne patosu momenty nie wywołały u mnie zachwytu, a znużenie bądź irytację. Może to wina tłumaczenia i niedokładnej redakcji książki, w której zbrakło miejsca na jasny podział na podrozdziały dotyczące konkretnych bohaterów. Nie zmienia to faktu, że sam autor mógł lepiej dopracować i wyostrzyć niektóre wątki, a i nie skupiać się tak bardzo na wspominaniu o mało istotnych kwestiach. Obrazuje to chociażby fakt, że opisanie śmierci postaci nie dało mi do zrozumienia, że postać ta umarła – dowiedziałam się o tym z rozmyślań innego bohatera kilkadziesiąt stron później.
Dużo marudzę, bo książka naprawdę nie należy według mnie do arcydzieł literatury fantastycznej, ale... ale kilka rzeczy jednak mi się spodobało. Jedna, całkiem nieźle opisana bitwa. Kilka klasycznych scen fantasy, z mieczami, królami i czarami – to też wypadło całkiem w porządku. Chwilami udawało mi się tez zapałać sympatią do poszczególnych bohaterów, choć chaos panujący w powieści nie pozwalał mi na dłużej zapamiętać o kim właściwie czytam i jaki związek z ogółem sytuacji ma dany bohater.
Autor Fionavarskiego gobelinu mnie nie przekonał – mogła z tego wyjść dobra trylogia fantasy, a wyszła dosyć męcząca batalia czytelnika z kolejnymi nietrafionymi pomysłami autora. Gdy momentami powieść wciągała i tak bez przeszkód dało się odłożyć książkę na bok i zająć czymś innym, tak więc zdecydowanie nie polecam.
Lektura Wędrującego ognia była ciężka i jeżeli momentami mi się podobała, to jednak były to momenty zbyt mało liczne. Pełne patosu momenty nie wywołały u mnie zachwytu, a znużenie bądź irytację. Może to wina tłumaczenia i niedokładnej redakcji książki, w której zbrakło miejsca na jasny podział na podrozdziały dotyczące konkretnych bohaterów. Nie zmienia to faktu, że sam...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMoim zdaniem trylogia Fionavarskiego Gobelinu jest arcydziełem fantasy. Z początku podchodziłem sceptycznie do tej lektury, ponieważ po przeczytaniu pierwszego rozdziału uznałem ją za odbiegającą od mojego gustu (czasy współczesne, Toronto). Czytałem jednak dalej i było to najlepszą decyzją jaką dotychczas podjąłem w sprawie książek. Historia piątki przyjaciół zachwyciła mnie. Momentami zapominałem całkowicie o otaczającym mnie świecie i zaniedbywałem otoczenie nie mogąc oderwać wzroku od książki. Jednocześnie mogłem się wzruszać i przeklinać niesprawiedliwość losu. Polecam jak najserdeczniej wszystkim fanom gatunku i nie tylko!
Moim zdaniem trylogia Fionavarskiego Gobelinu jest arcydziełem fantasy. Z początku podchodziłem sceptycznie do tej lektury, ponieważ po przeczytaniu pierwszego rozdziału uznałem ją za odbiegającą od mojego gustu (czasy współczesne, Toronto). Czytałem jednak dalej i było to najlepszą decyzją jaką dotychczas podjąłem w sprawie książek. Historia piątki przyjaciół zachwyciła...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWspaniałe rozwinięcie wszystkich wątków zapoczątkowanych w pierwszym tomie ("Letnie Drzewo"). Wartka akcja, element zaskoczenia, barwne postacie oraz ukłon w stronę licznych mitologii i legend. Ponadto niezbyt często spotykana w fantasy psychologiczna głębia postaci oraz namiętność i ludzkie rozterki i słabości, których niestety brak u licznych, sztampowych autorów gatunku. U mnie najlepsza po Donaldsonie, trylogia "Closed doors". Duża piątka z plusem.
Wspaniałe rozwinięcie wszystkich wątków zapoczątkowanych w pierwszym tomie ("Letnie Drzewo"). Wartka akcja, element zaskoczenia, barwne postacie oraz ukłon w stronę licznych mitologii i legend. Ponadto niezbyt często spotykana w fantasy psychologiczna głębia postaci oraz namiętność i ludzkie rozterki i słabości, których niestety brak u licznych, sztampowych autorów gatunku....
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDobra kontynuacja pierwszego tomu. Historia wciąga coraz bardziej, czytelnik angażuje się w losy bohaterów jeszcze mocniej... Jak najbardziej polecam :)
Dobra kontynuacja pierwszego tomu. Historia wciąga coraz bardziej, czytelnik angażuje się w losy bohaterów jeszcze mocniej... Jak najbardziej polecam :)
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toIdealne rozwinięcie historii. Można myśleć, że już nic więcej się nie da zrobić. A tu autor serwuje niespodziankę. Wplata w opowieść legendy z innego okresu, które są ponadczasowe i można znaleźć odniesienia w wielu innych książkach.
Idealne rozwinięcie historii. Można myśleć, że już nic więcej się nie da zrobić. A tu autor serwuje niespodziankę. Wplata w opowieść legendy z innego okresu, które są ponadczasowe i można znaleźć odniesienia w wielu innych książkach.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to