rozwiń zwiń

Morderca znad Green River: Prawdziwa Historia Detektywistyczna

Okładka książki Morderca znad Green River: Prawdziwa Historia Detektywistyczna
Jeff JensenJonathan Case Wydawnictwo: Kboom komiksy
240 str. 4 godz. 0 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Green River Killer: A True Detective Story
Data wydania:
2023-06-06
Data 1. wyd. pol.:
2023-06-06
Data 1. wydania:
2011-09-13
Liczba stron:
240
Czas czytania
4 godz. 0 min.
Język:
polski
ISBN:
9788396589682
Średnia ocen

                7,1 7,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Morderca znad Green River: Prawdziwa Historia Detektywistyczna w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Morderca znad Green River: Prawdziwa Historia Detektywistyczna

Średnia ocen
7,1 / 10
62 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1377
1376

Na półkach:

Początek obiecujący i wciągający, jednak w trakcie rozwoju fabuły przeskoki czasowe, które właściwie nie miały jakiegoś specjalnego uzasadnienia, bo prowadziły do znanego od początku celu, nie przekonywały. Rozpieszczony historiami w stylu „True Detective” liczyłem na jakiś choćby mały twiścik, jednak skończyło się lekkim rozczarowaniem

Początek obiecujący i wciągający, jednak w trakcie rozwoju fabuły przeskoki czasowe, które właściwie nie miały jakiegoś specjalnego uzasadnienia, bo prowadziły do znanego od początku celu, nie przekonywały. Rozpieszczony historiami w stylu „True Detective” liczyłem na jakiś choćby mały twiścik, jednak skończyło się lekkim rozczarowaniem

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

124 użytkowników ma tytuł Morderca znad Green River: Prawdziwa Historia Detektywistyczna na półkach głównych
  • 67
  • 57
49 użytkowników ma tytuł Morderca znad Green River: Prawdziwa Historia Detektywistyczna na półkach dodatkowych
  • 17
  • 15
  • 8
  • 4
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki Kraina Jutra. Początek Jonathan Case, Jeff Jensen
Ocena 5,8
Kraina Jutra. Początek Jonathan Case, Jeff Jensen

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Słyszeliście, co zrobił Eddie Gein? Eric Powell
Słyszeliście, co zrobił Eddie Gein?
Eric Powell Harold Schechter
„Psychoza”, „Milczenie owiec”, „Teksańska masakra piłą mechaniczną” i wiele innych horrorów ma swoją genezę w Plainfield. To tu narodził się Eddie Gein, który stał się symbolem psychopaty z prowincji. Choć udowodniono mu tylko dwie zbrodnie, jego życie obrosło legendą. Niektóre zbrodnie zostają zamknięte w aktach sądowych i z biegiem czasu powoli blakną w pamięci. Inne natomiast zaczynają żyć własnym życiem: ktoś opowie je po swojemu, ktoś doda jakiś detal, ktoś nakręci film, a potem reszta świata podchwytuje ten obraz i powtarza go w nieskończoność. Sprawa Eda Geina zdecydowanie należy do tej drugiej grupy. To jedno z tych nazwisk, które wciąż echem odbijają się w popkulturze – czasem bezpośrednio, częściej w formie motywów, które wszyscy znamy, nawet jeśli nie łączymy ich z oryginalnym źródłem. Komiks „Słyszeliście, co zrobił Eddie Gein?” od KBoom próbuje na chwilę uciszyć to echo i przywrócić ciszę. Nie chodzi o to, by oszczędzić czytelnikowi grozy, ale by oddzielić fakty od mitów. I by pokazać, dlaczego akurat ta historia stała się paliwem dla wyobraźni twórców filmów, książek oraz całej masy klisz, które dziś uważamy za klasykę horroru. Autorzy albumu, Harold Schechter i Eric Powell, nie idą w kierunku taniej sensacji. To istotne, bo przy Geinie łatwo dać się ponieść, przechylić szalę w stronę eksploatacji i udawać, że to „tylko opowieść”. Tutaj od samego początku wyczuwa się, że to komiks traktowany na poważnie. Schechter ma doświadczenie w true crime i w takich historiach zazwyczaj szuka tego, co nieefektowne, ale autentyczne. Zamiast delektować się potwornością, stara się zrozumieć, jak to możliwe, że zwykły człowiek z małego miasteczka staje się postacią, o której mówi cały kraj. A teraz przejdźmy do tego, co w tej historii najbardziej fascynujące z perspektywy recenzji – czyli jej popkulturowych skutków ubocznych. Gein nie zabił „dziesiątek ludzi”, jak czasem sugerują uproszczone wersje. Mówimy o dwóch potwierdzonych morderstwach, profanacjach grobów i makabrycznych przedmiotach wykonanych z ludzkich szczątków. Tyle. A jednak z tego „tyle” wyrosła cała współczesna wyobraźnia o horrorze (…). Pełna recenzja: https://blogokomiksach.pl/slyszeliscie-co-zrobil-ed-gein-recenzja/
Wojtek - awatar Wojtek
ocenił na 8 1 miesiąc temu
CONTRITION Carlos Portela
CONTRITION
Carlos Portela Keko
Szukacie komiksu o mrocznym, kryminalnym klimacie, a do tego z fabułą dającą do myślenia? To koniecznie zwróćcie uwagę na Contrition duetu Portela-Keko. To rzecz daleka od cukierkowych, czy nawet zwyczajnie kolorowych obrazków, którą kończy się czytać z mnóstwem refleksji w głowie. Opowieść, której akcja dzieje się w mieście-getcie na Florydzie musi być mocna. Tym bardziej jeśli to getto, które jest miejscem wypełnionym przez przestępców seksualnych, którzy po odbyciu kary nie są do końca wolni, gdyż restrykcyjne prawo daje im niewiele możliwości osiedlenia się. To wspaniała podbudowa dla opowieści, a Carlos Portela wykorzystuje ją w pełni. Niesamowity, rewelacyjnie zbudowany jest klimat opowieści. Ze względu na wyłącznie czarną kreskę jako nośnik grafiki przywodzący na myśl kino noir, a jednocześnie świetnie oddający duszny klimat odosobnienia i beznadziei, sennego małomiasteczkowego życia. Czuć w tym westernową nutę, ale i kryminalne zacięcie. Miejsce akcji jest co prawda fikcyjne, ale nie tak do końca zmyślone. Podobna osada rzeczywiście na Florydzie istnieje i jej powstanie jest wynikiem restrykcyjnego prawa, które co prawda chroni potencjalne ofiary, ale też doprowadza do absurdalnej sytuacji, że w jednym miejscu gromadzi się duża grupa byłych skazańców, najczęściej bez możliwości podjęcia stałej pracy. A co z fabułą? Mamy tu podejrzaną śmierć w ogniu i dziennikarskie śledztwo, które jest torpedowane i które kosztuje też wiele samą dziennikarkę. A także opowieść o złu, którego może doświadczyć jedna osoba, i o złu, które ma w sobie człowiek. Niespieszna narracja sprawia, że czytelnik na własnej skórze wręcz odczuwa duszną atmosferę miejsca akcji przesyconego poczuciem beznadziei. I niczym bagno stopniowo wciąga go niepokojąca opowieść. Współbrzmienie tekstu i obrazu oddziałuje na emocje czytelnika i przemawia do niego wyraźnie. Ta historia buduje przestrzeń do refleksji na wiele tematów, przede wszystkim koncentrując się na pytaniach o zło tkwiące w człowieku, o możliwość odkupienia, a także o wybaczenie ze strony ofiary. I oczywiście nie daje jednoznacznych odpowiedzi, bo takich nie ma. To czytelnik może wybrać, jaka interpretacja do niego przemawia. Niemniej sam przyczynek do refleksji już jest moim zdaniem cenny. Oczywiście forma komiksu nie jest naturalnym medium do wszechstronnej, pogłębionej refleksji i wielowymiarowego ujmowania tematu, toteż trzeba być gotowym na pewne uproszczenia. Twórcom nie udaje się ich uniknąć, ale nie jest to błąd nie do wybaczenia. Sama bowiem historia dostarcza mnóstwa emocji i pozwala skierować uwagę na tematy spychane na margines, jak choćby rozdzielność kary i pokuty, więzienie po uwolnieniu. Jest tu trochę sztampy, motywów znanych nam z powieści i kina, jak choćby dążenie do zemsty czy postać dziennikarki zatracając się w swojej pracy tak bardzo, że przestaje dostrzegać wartość w swoim dotychczasowym życiu. A jednak mimo wszystko twórcy potrafią zaskoczyć. Fabuła prowadzona nieliniowo pozwala nam na stopniowe odkrywanie różnych aspektów opowieści, a dobrze budowane i podsycane napięcie przykuwa do lektury i więzi w dusznej atmosferze i kłębowisku rozmyślań. Nie każda z postaci ma co prawda równie dobrze przedstawioną "backstory", ale mnie osobiście podoba się zestawienie postaci dziennikarki i pewnego wojskowego śledczego, którzy oddając się pracy, tracą - choć w inny sposób - swoje rodziny. Wizualnie gra tutaj wszystko. Brak koloru doskonale pasuje do tematyki i mrocznej aury tej historii, a czarna kreska przypominająca ryciny z gazet nadaje opowieści wręcz dokumentalistycznego charakteru i wiarygodności. W kadrach pojawia się wiele interesujących detali, które uzupełniają narrację, współtworząc jej nastrój i klaustrofobiczną aurę - jak choćby gazety, sceny z przeszłości, a twórcy czasem za pomocą kilku kadrów budują scenę, która przemawia do czytelnika i uruchamia całą lawinę obrazów. Są czasem wytrychami do skojarzeń wycelowanymi tak, by wywołać konkretne emocje. A w trakcie lektury niejednokrotnie miałam wrażenie, że oglądam storyboardy przygotowane do filmu. Być może fabuła nie wszystkich do siebie przekona, być może niektórym zabraknie pogłębionego ujęcia tematu. Z drugiej jednak strony można tę historię potraktować jako punkt wyjścia do własnych rozważań, do poszukiwania komentarza w różnych dziełach kultury czy pracach naukowych. Dla mnie to całkiem udanie opowiedziana kryminalna historia, w której mieszają się zagadnienia obsesyjnego podążania za tematem i jego skutków, zła tkwiącego w człowieku, kary, zemsty, pokuty i odkupienia. Świetnie narysowany komiks z nieidealną fabułą, której zaletami są niepokojący, duszny klimat i nieoczywiste przesłanie. To nie jest komiks, który ma się podobać. On jest jak ostry kamyk w bucie, który nie pozwala nam obojętnie pójść dalej. To opowieść o kryminalnym charakterze, która zmusza do zwrócenia uwagi na kwestie spychane przez margines. Mroczna, konfundująca i niełatwa do jednoznacznej oceny.
zaczytASY - awatar zaczytASY
ocenił na 7 2 miesiące temu
Powrót pszczołojada Aimée de Jongh
Powrót pszczołojada
Aimée de Jongh
Aimée de Jongh zobrazowała poczucie winy oraz jego destrukcyjny wpływ na życie Simona, który nigdy nie przepracował traum z przeszłości, przez co zmuszony jest obecnie skonfrontować się z własnymi dylematami bez odpowiedniego wsparcia. Byłoby mu łatwiej, gdyby stanął do walki z jednym przeciwnikiem. Niemniej, snucie podobnych rozważań nie ma większego sensu, skoro w „Powrocie pszczołojada” tragedie zostają zwielokrotnione, a granice między nimi wyraźnie zatarte, dzięki czemu łatwiej dojść do wniosku o ich wzajemnym oddziaływaniu na kondycję psychiczną człowieka. Samobójstwo nieznanej kobiety, dramatyczny finał sprzeczki ze szkolnym kolegą oraz widmo bankructwa z powodu nierentowności rodzinnej księgarni łączy błędne przekonanie Simona o odpowiedzialności za każde z tych zdarzeń, mimo że nie mógł im zapobiec. Wykształcił w sobie mechanizm zaprzeczenia traumie, w związku z czym nie widzi potrzeby skorzystania z fachowej pomocy. Wspomniany problem dostrzega autorka, która do świata Simona wprowadza tajemniczą Reginę, aby przypomnieć bohaterowi o mądrości płynącej z obserwacji pszczołojadów w okresie jego dorastania. Im dalej w las, tym więcej drzew, co idealnie opisuje rozwój wydarzeń z niedawno poznaną dziewczyną oraz przewrotny finał komiksu o potrzebie rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Aimée de Jongh poprowadziła swój debiut sprawną ręką, o czym świadczy graficzne dopracowanie angażującej fabuły z intrygującą końcówką. Przez chwilę rozważałem, czy na korzyść ilustracji nie zadziałałoby dodanie im barw, jednak po zamknięciu oczu i wyobrażeniu sobie potencjalnej kolorystyki doszedłem do wniosku, że efekt byłby groteskowy, a co mogłoby przekreślić „Powrót pszczołojada” w oczach wielu czytelników.
dyrektor_negacja - awatar dyrektor_negacja
oceniła na 7 1 rok temu
Tunele Rutu Modan
Tunele
Rutu Modan
Zostałem wielkim fanem Rutu Modan przy okazji “Ran wylotowych”, które zachwyciły mnie kameralnością, pisaniem relacji i zgrabnością scenariusza. Toteż długo nie czytałem z zamówieniem kolejnego komiksu autorki. “Tunele” są wyraźnie inne. Już sama kreska jest bardziej przerysowana, koślawa, ciut bardziej eksperymentująca z formą, ale jednocześnie lekko skręcająca w stronę komiksu humorystycznego. Którym notabene “Tunele” nie są, ale mają wyczuwalnie lżejszy ton. O cóż tu chodzi? W ręce córki znanego (choć już starego i nie do końca kontaktującego) archeologa trafia prawdziwy rarytas: tablica ze wskazówkami jak odnaleźć Arkę Przymierza. Kobieta bez dłuższego pomyślunku pakuje manatki, załatwia ekipę, zabiera dzieciaka ze szkoły i jedzie. Kopać. A tak się składa, że kopać muszą pod murem bezpieczeństwa na terenie Izraela, z arabską wioską po drugiej stronie. Autorka kopie tu tunele, kopie w przeszłości bohaterów, ale i w ich teraźniejszości. Cały komiks to trochę wielkie równanie relacji między przeróżnymi postaciami, które czytelnik stopniowo rozwiązuje, poznając coraz więcej zmiennych. Mnóstwo tu gierek, zdrad, rodzinnych niesnasek, rodzinnych pogodzeń, rozważań i relacji na tle religijnym i kulturowym, niektórych wcale nie tak oczywistych i zero-jedynkowych jak można by się spodziewać. Najbardziej urzekł mnie tu ton historii. Niejednoznaczny, nie stroniący od wyolbrzymień, dystansu i elementów humorystycznych, jednocześnie ani trochę nie bagatelizując poruszanych tematów, których wachlarz jest tu naprawdę szeroki. Jest tu miejsce na komiks przygodowy, dramat rodzinny, historię sensacyjną, komedię, a wszystko ładnie się zazębia wokół bardzo zgrabnej i mądrej opowieści. Rutu Modan wciąż na tak. Mniej niż w “Ranach wylotowych”, ale wciąż bardzo na tak. Po więcej recenzji zapraszam na Instagram: @traczytanko
Krzysztof Traczyk - awatar Krzysztof Traczyk
ocenił na 7 6 miesięcy temu
Wiele śmierci Laili Starr Filipe Andrade
Wiele śmierci Laili Starr
Filipe Andrade Ram Venkatesan
Jak Śmierć radzi sobie z życiem? „Świat Dysku” ma swoją odpowiedź, ale czy jesteśmy gotowi na inne? Ram V w absurdalny, a jednocześnie egzystencjalny sposób opowiada schematyczną historię na ten temat. Historię, która może zaskakiwać, choć jak to bywa, im bliżej końca, tym więcej widać. Punktem wyjścia jest panteon bogów indyjskich, który wygląda niczym korporacja. Nie różni się niczym poza tym, że niektóre postacie mają niebieską skórę, więcej rąk i tym podobne. Właśnie w tej korporacji pracuje nasza główna bohaterska, która jest boginią śmierci. Niestety przyszłe przewidywania rynkowe (niedługo ma się urodzić wynalazca nieśmiertelności) skłaniają władze korpo do przeprowadzenia restrukturyzacji. I tak też zaczyna się nasza historia – zwolnieniem Śmierci z pracy. Jak każda bezduszne korpo daje broszurę, jak to jest żyć jako śmiertelnik i zostaje wysłana na Ziemię. I tam nasza Śmierć staje się Lailą Starr. Na naszej planecie w wyniku jej dziwnego szczęścia lub pecha (a może karmy?) spotyka dziecko, przez które straciła pracę, a potem umiera. Na szczęście ma chody u boga życia i za każdym razem wskrzesza ją w trochę stylu tej jednej serii z fantasy symbiontami, trylogii „Nocnego Anioła” Berenta Weeksa. I ten schemat powtarza się tytułowe wiele razy. Gdyby ktoś miał pretensję do zaspoilerowania struktury, to jednak zdradza ją już tytuł. Poza tym, czy naprawdę wierzycie, że z tak jasno pokolorowaną okładką, jakaś postać w środku mogłaby zabić niewinne niemowlę? Nie piszę, że nie ma tu śmierci i tragedii, ale są jakieś granice. Ponadto napisanie postaci, która zrobiłaby coś takiego i chciałoby się za nią podążać, byłoby naprawdę bardzo trudne. Kolejne życia, spotkania i interakcje z wynalazcą nieśmiertelności dają okazję do refleksji nad różnymi aspektami życia i śmierci. Tej refleksji ulega Laila Star, wynalazca i my jako czytelnicy. Nie wiem, czy komiks mówi nam coś nowego, ale przyjemnie, a czasem emocjonalnie zastanowić się nad przemijaniem w oryginalnej oprawie. Jednak to nie Śmierć ze „Świata Dysku”, czy nawet Bergmana, ocalały ani długowieczna istota. Samo spojrzenie na ten sam problem, chyba z podobnej perspektywy, ale nadal oczami bardziej orientalnymi dla zachodniego czytelnika, może być interesujące. Jedyną uwagę miałbym do tłumaczenia. Niby „Awatara” jest bardziej poprawne (taka wersja jest na Wikipedii), ale nadal rani uszy. „Awatarka” zwyczajnie brzmi lepiej. Dodatkowo ta schematyczność, czasem zabawne i absurdalne śmierci Laili, czy sam rysunek są przyjemne. Komiks nie jest zbyt długi, co pozwala historii płynąć i wpaść w syndrom – jeszcze jednej śmierci (brzmi jak coś z Dark Souls). Niestety ilość powtórzeń i śmierci jest ograniczona, jak u kota, a wszystko kiedyś się kończy. „Bogowie wiedzą: śmierć jest nieszczęściem. Inaczej chętnie umieraliby sami” ~ Safona
Adam Słojewski - awatar Adam Słojewski
ocenił na 8 5 miesięcy temu
Krok po kroku Simon Spurrier
Krok po kroku
Simon Spurrier Matias Bergara Mat Lopes
Krok po Kroku. Zazwyczaj gdy ktoś jest tajemniczy i milczący, zyskuje na atrakcyjności. Czy w przypadku komiksów ta zasada też działa? Krok po Kroku udowadnia, że tak… Choć nie w pełni. To opowieść fantasy o niezwykłym duecie: kolosalnym rycerzu i małej dziewczynce. Przemierzają oni brutalny, pełen niebezpieczeństw świat fantasy. Obserwujemy ich wędrówkę, walkę o przetrwanie, a także rozwój dziecka w cieniu surowej rzeczywistości. Komiks opiera się wyłącznie na obrazie, a brak słów buduje niezwykły klimat – pełen nutki tajemniczości, niedopowiedzeń i wyczuwalnego ciężaru świata przedstawionego. Problem w tym, że taka forma ma też swoje ograniczenia. Historia, choć w gruncie rzeczy dość standardowa, aż prosi się o rozwinięcie. Więcej tomów i dodanie dialogów mogłoby pogłębić relację bohaterów i dodać opowieści dodatkowych odcieni. Ale jednocześnie pojawia się pytanie czy wtedy nie uleciałby właśnie ten ciekawy klimat, który robi największe wrażenie? Wizualnie to prawdziwa perełka. Kreska jest znakomita, a kolory świetnie budują nastrój i nadają światu charakter. Pod względem artystycznym komiks absolutnie mnie kupuje i nie mam się do czego przyczepić. Krok po Kroku to przyjemna lektura, którą trzeba chłonąć wzrokiem. Mimo odrobiny zmarnowanego potencjału fabularnego, wciąż pozostaje fajnym doświadczeniem. Komiks możesz zobaczyć na moim Instagramie: Lukkegeek https://www.instagram.com/p/DOiaeyYjA0i/?igsh=dm1vc3F6aTZnNjh1
LukkeGeek - awatar LukkeGeek
ocenił na 8 7 miesięcy temu
Giant Mikaël Suivre
Giant
Mikaël Suivre
Kojarzycie to zdjęcie z grupą mężczyzn siedzących na metalowej belce gdzieś ponad rozrastającym się miastem? To jeden z tych obrazów, który żyje już własnym życiem, stał się popkulturową ikoną wyjętą poza rzeczywisty kontekst. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, kim są ci ludzie, jak się tam znaleźli, powinniście przeczytać rewelacyjną powieść graficzną Giant, w której za scenariusz i rysunki odpowiada Mikaël Suivre. To rewelacyjna historia osadzona w czasach wielkiego kryzysu, kiedy do Nowego Jorku wciąż napływały fale imigrantów, a jednocześnie o pracę było coraz trudniej. W tym świecie załapanie się do pracy na budowie drapacza chmur, bez kwalifikacji, było jak manna z nieba. Mikael wciąga w tę historię, zaczynając od mocnego akcentu, jakim jest śmierć jednego z robotników. Motyw ten jest nie tylko próbą uchwycenia uwagi czytelnika, ale i punktem wyjścia do całej opowieści. Autor świetnie buduje klimat swojej opowieści. Po pierwsze - graficznie, decydując się na utrzymanie całej opowieści w palecie barw kojarzonych ze starymi zdjęciami w sepii, ale też kreską nieco przypominającą szkice rysowników z gazet. Mikaelowi udaje się też w oszczędny sposób ożywić całe tło fabularne, pojedynczymi scenami oddając atmosferę czasów - nędzne mieszkania robotników, często zbiorowe, proste przyjemności, popijawy i inne "uciechy" w kontaktach towarzyskich. Wystarczy kilka kadrów, by odwołać się do tego, co czytelnik już wie, widział, o czym czytał, a dzięki temu sama historia pozostaje nieprzegadana. To opowieść, która paradoksalnie mocno wybrzmiewa właśnie teraz, kiedy obserwujemy wszystko, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych. Ponieważ opowieść Mikaela przypomina, że Ameryka to kraj budowany rękami imigrantów, zasilany ich marzeniami i pracą. Choćby dla tak banalnego przypomnienia warto po tę historię sięgnąć. Ale nie tylko. Obok obrazu codzienności najniżej w hierarchii stojących robotników budowlanych, pracujących bez zabezpieczeń, za marne stawki, ale wdzięcznych za jakąkolwiek pracę, mamy też historię samotnego mężczyzny, który izoluje się od wszystkich. Nieprzystępny, wzbudzający ciekawość wielkolud, skrywa wrażliwe wnętrze i z czasem objawia się jako człowiek zamknięty we własnym bólu. Jego historia osobista jest przypomnieniem też o bolesnych kartach historii Irlandii i ranach, które zmęczeni walką imigranci zabrali ze sobą do nowego świata. Mikael zdaje się operować na znanych schematach fabularnych, ale operuje nimi z takim rozmysłem, że udaje mu się stworzyć opowieść emocjonalnie angażującą i wciągającą. To opowieść, która jest przypomnieniem przeszłości, uniwersalnym odbiciem historii, a jednocześnie pozostaje jednostkowa. Przepięknie wybrzmiewa w niej ludzka niedoskonałość, samotność, która staje się skorupą odgradzającą od bólu, ale też potrzeba relacji z drugim człowiekiem, nawet jeśli ze świadomością, że jest ona złudna. W strukturze opowieści ujawnia się scenariuszowy talent autora, który zamyka historię robotników w klamrze radiowego głosu komentującego rzeczywistość. Jednocześnie autor nie napędza biegu wypadków przesadnym nagromadzeniem twistów. W tej historii rozwija się społeczno-obyczajowe tło, jak i tajemnica skrywana przez tytułowego bohatera. Oba te plany ze sobą współgrają, przeplatają się i rozwijają w nieco gawędziarskim rytmie, podkręconym choćby przez pojawienie się dociekliwej dziennikarki. Mikael postawił na proste emocje, na historię, która wyda się znajoma nam wszystkim, jednocześnie oddając autentyzm zamknięty w fikcji. Wizualnie komiks również przemawia prosto, ale dobitnie. Kolorem, kreską, ale też kadrami. Udaje się w nich zamknąć zarówno codzienną rutynę, jak i dynamiczne, zaskakujące zdarzenia. Starannie rozłożone akcenty i pomniejsze sceny budują autentyczne tło dla fikcyjnych zdarzeń i nie ma tu miejsca na przypadkowe, zbędne sceny. Kadry wizualnie osadzają czytelnika w strukturze opowieści i jej atmosferze. Niemal filmowo zderzają ze sobą metaforyczną przyziemność życia budowniczych Nowego Jorku z rozpasaną, sięgającą nieba ambicją możnych. To komiks przypominający czytelnikowi o tym, że ambicje jednych okupione były często ciężką pracą innych. O zderzeniu nadziei z rzeczywistością. O jednostkowych tragediach, które wpływały na wielu ludzi. Świetnie opowiedziana obrazem i słowem historia.
zaczytASY - awatar zaczytASY
ocenił na 7 1 miesiąc temu
RIP 1 - Derrick / Ciężko przeżyć własną śmierć  Gaet's
RIP 1 - Derrick / Ciężko przeżyć własną śmierć
Gaet's Julien Monier
Uwaga, ten komiks nie jest dla osób w złym, a nawet średnim stanie psychicznym. Jest to tak przytłaczająca historia, że potrafi skutecznie zajechać każdy nastrój. RIP Tom 1 Derrick: Ciężko przeżyć własną śmierć to piekielnie ponura opowieść napisana tak, aby obrzydzić Wam praktycznie każdą dziedzinę życia. Tu nie ma miejsca na nadzieję, na jakieś myśli że będzie lepiej. Życie to szambo. Derrick, główny bohater, doskonale o tym wie. Pracuje w ekipie, która czyści mieszkania po zmarłych. Tylko że nie chodzi o żadne sprzątanie, oni wpadają tam jeszcze przed policją i zgarniają wszystkie kosztowności. Szefostwo ma grube wtyki, więc cały proceder działa bez większych problemów. Oczywiście kasa trafia głównie do góry, a Derrick i reszta dostają ochłapy. Za to robota… no cóż. Trzeba się przedzierać przez gnijące zwłoki, robactwo wypełzające z każdej możliwej dziury. Wilgoć, grzyb, smród i cały ten syf. Wszystko jest tutaj do bólu odrażające, paskudne, szpetne, obrzydliwe, plugawe, wstrętne, ohydne, a ilustracje tylko to podkręcają. Dobrze, że są trochę karykaturalne, bo inaczej ciężko byłoby to w ogóle strawić. W połowie tomu pojawia się jednak coś, co może kompletnie zmienić życie Derricka… albo je ostatecznie rozwalić. I wtedy zaczyna się gra. Niebezpieczna, napięta, taka że czytelnik siedzi do końca jak na szpilkach. Bardzo dobry komiks, ale trzeba do niego podejść ostrożnie i z otwartą (nie dosłownie) głową. To nie jest przyjemna lektura, to jest doświadczenie, które potrafi solidnie przeczołgać. Komiks ten i setki innych zobaczysz na moim Instagramie: Lukkegeek
LukkeGeek - awatar LukkeGeek
ocenił na 8 5 dni temu

Cytaty z książki Morderca znad Green River: Prawdziwa Historia Detektywistyczna

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Morderca znad Green River: Prawdziwa Historia Detektywistyczna