rozwiń zwiń

Miasta dla ludzi

Okładka książki Miasta dla ludzi
Jan Gehl Wydawnictwo: technika
288 str. 4 godz. 48 min.
Kategoria:
technika
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Cities for People
Data wydania:
2014-05-07
Data 1. wyd. pol.:
2014-05-07
Liczba stron:
288
Czas czytania
4 godz. 48 min.
Język:
polski
ISBN:
9788392861041
Tłumacz:
Szymon Nogalski
Średnia ocen

                7,6 7,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Miasta dla ludzi w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Miasta dla ludzi



książek na półce przeczytane 538 napisanych opinii 166

Oceny książki Miasta dla ludzi

Średnia ocen
7,6 / 10
67 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
218
40

Na półkach:

Fantastyczne przypomnienie o tym, co w urbanistyce najważniejsze. Cieszę się, że po nią sięgnąłem – dobrze jest sobie uświadomić, jak tworzyć przestrzenie naprawdę przyjazne mieszkańcom. Mimo że autor jest ekspertem, książka jest napisana językiem zrozumiałym dla każdego. Polecam każdemu, kto chce lepiej zrozumieć swoje miasto. Ode mnie 8/10.

Fantastyczne przypomnienie o tym, co w urbanistyce najważniejsze. Cieszę się, że po nią sięgnąłem – dobrze jest sobie uświadomić, jak tworzyć przestrzenie naprawdę przyjazne mieszkańcom. Mimo że autor jest ekspertem, książka jest napisana językiem zrozumiałym dla każdego. Polecam każdemu, kto chce lepiej zrozumieć swoje miasto. Ode mnie 8/10.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

549 użytkowników ma tytuł Miasta dla ludzi na półkach głównych
  • 444
  • 96
  • 9
66 użytkowników ma tytuł Miasta dla ludzi na półkach dodatkowych
  • 26
  • 13
  • 10
  • 5
  • 5
  • 4
  • 3

Tagi i tematy do książki Miasta dla ludzi

Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Uczyć się od Las Vegas. Zapomniana symbolika formy architektonicznej Robert Venturi
Uczyć się od Las Vegas. Zapomniana symbolika formy architektonicznej
Robert Venturi Denise Scott Brown Steven Izenour
"Proces uczenia się jest nieco przewrotny: oglądamy się wstecz na historię i tradycję, żeby iść naprzód; można też patrzeć w dół, żeby iść do góry. A wstrzymywanie się z osądem może być wykorzystywane jako narzędzie, dzięki któremu nasze późniejsze sądy będą bardziej wyrozumiałe. Tym sposobem można się uczyć od wszystkiego." Każda dziedzina sztuki i nauki ma swoich klasyków. Można uznać ich za archaicznych, można się z nimi nie zgadzać, można krytykować. Ale znać wypada, bo to od nich zaczął się dyskurs, którego intensywność (w przeciwieństwie do tematyki) w zasadzie nigdy się nie zmienia. Klasykami architektury urbanistycznej są autorzy Uczyć się od Las Vegas - Robert Venturi, Denise Scott Brown oraz Steven Izenour, którzy pod koniec lat '60 ubiegłego wieku wraz ze swoimi studentami spędzili kilka tygodni w tym mieście i... nauczyli się wiele. Las Vegas autorom jawiło się jako fenomen komunikowania się w architekturze (Pustynne miasto to spotęgowany i zwielokrotniony przydrożny komunikat), symbolika (ale nie symbolizm!) formy architektonicznej. Przekonują do brzydoty i zwyczajności w architekturze, krytykując nowoczesność, monumentalizm i tradycjonalizm zamkniętych na człowieka, otwartych zaś na Człowieka (sic!) koncepcji zatwardziałych i jedynie słusznych architektów tzw. megastruktury. Robią to poważnie, ale też nie bez poczucia humoru. "Świat nie może czekać, aż architekt zbuduje swoją utopię, ponieważ powinien on zająć się przede wszystkim ulepszaniem tego, co jest, a nie tym, co być powinno. To rola skromniejsza od tej, jaką chciał powierzyć architektom ruch modernistyczny, za to artystycznie bardziej obiecująca." Odwiedzają paradoksalnie nie centrum metropolii i nie charakterystyczne miejsca, na które uwagę zwracają wcześniejsze (dzisiejsze zresztą także) podręczniki, ale urban sprawl i commercial strip, a więc mieszkalne przedmieścia (miasto, które się rozprzestrzenia, rozlewa) oraz komercyjną budowę pasa przydrożnego - z parkingami, szyldami i frontami centrów handlowych. Porównują architekturę tzw. kaczki i dekorowanej budy (opowiadając się za tą drugą, jako że można dekorować konstrukcję, ale absolutnie nie konstruować dekorację ). Pokazują, że to, co zwykłe, może stać się niezwykłe, wszak ten nieład to tylko ład, którego nie potrafimy dostrzec. "Uczyć się od Las Vegas" to książka niełatwa. Zorientowanym może wydać się nieco archaiczna (wszak Las Vegas wygląda dziś zupełnie inaczej, za to polskie przedmiejskie komercyjne pasy przydrożne przechodzą drugą młodość), może zbyt "programowa", bo też i trudno zgodzić się ze wszystkimi koncepcjami autorów. Ale jej piękne wydanie, schematy, które ułatwiają laikom rozumienie omawianych zagadnień i niemal "kultowość" tej pozycji każą zakładać, że stanie się ponadczasowa także i u nas. Idealnie w posłowiu określiła to tłumaczka książki, Anna Porębska, popkultura popkulturą, ale czasem warto czytać klasyków. A czego wy nauczycie się od Vegas?
encaminne - awatar encaminne
ocenił na 9 11 lat temu
Deliryczny Nowy Jork. Retroaktywny manifest dla Manhattanu Rem Koolhaas
Deliryczny Nowy Jork. Retroaktywny manifest dla Manhattanu
Rem Koolhaas
Recenzowana książka stanowi ciekawe zjawisko: jej autor, słynny architekt holenderski, napisał manifest post-factum dla niebosiężnych wizji nowojorskich budowniczych! Manifesty były popularne w sztuce końca XIX oraz początku XX wieku i objaśniały ludziom, co dopiero zostanie stworzone. A tu do praktyki dorobiono teorię po wielu latach. Lecz jakaż wspaniała jest ta teoria..! Zacznę od ważnej uwagi: nie jest to historia urbanistyki Nowego Jorku. Wiele rzeczy zostało nieuwzględnionych lub pominiętych. Zamiast tego książka skupia się na paru obszarach, głównie Manhattanie i Coney Island. Dotyczy czasów, gdy tworzono głównie wieżowce w stylu Art Deco, a nie szklane prostopadłościany, którym początek dał Mies van der Rohe. Nie poświęcono w niej miejsca słynnym, wielkoskalowym i bardzo kontrowersyjnym reformom Roberta Mosesa i polemizowaniu z nimi przez Jane Jacobs. Autor nie pisze w kierunku chronologicznym, lecz raczej rozprawia o kolejnych obszarach. Zaczyna od organizowanych na Coney Island wesołych miasteczkach, by potem skierować uwagę ku szeregowi wieżowców, poświęcając każdej budowli osobne akapity zapełnione garścią głębokich uwag i rzucając światło na trudno dostrzegalne czynniki. Na sam koniec opisano wizyty Salvadora Dalego i Le Corbusiera w Nowym Jorku oraz to, co z nich (nie) wyszło. Zarazem twórca dostrzega w owych wesołych miasteczkach zaczątki bujnego kapitalistycznego systemu dostarczania rozrywki, który nie spocznie i będzie się rozwijał wszerz i wzdłuż – hen wysoko, aż ku niebu! Oprócz nakreślenia historii obiektów czasem już nieistniejących Koolhaas wspomina niezrealizowane wizje. Możemy ujrzeć projekt wieżowca autorstwa Gaudiego (który wygląda, że nigdy nie był tworzony z myślą o realizacji – była to raczej wizualizacja, która deweloper chciał zaprezentować w celach autopromocji) oraz o zatrważającym projekcie „specyficznej Wenecji” Corbetta. W owej „Wenecji” miejsce wód zajęłyby drogi wypełnione samochodami i parkingi. Dla pieszych przewidziano specjalne platformy na pierwszych piętrach wieżowców. Celem architekta było odciążenie ruchu. Trzeba przyznać, że w swej wizji poszedł dużo dalej niż Moses… Miasta to nie tylko budowle; są one tworzone przez ludzi dla ludzi. Nie umknęło to autorowi. „Deliryczny Nowy Jork” to nie tylko książka techniczna, dużo uwagi poświęcono w niej kwestiom społecznym (choć ludzie są tu głównie rozpatrywani jako klienci). Wydaje mi się, że podejście Koolhaasa stanowiło inspirację dla Grzegorza Piątka. Książkę kończy opis wizyt Dalego i Le Corbusiera w Nowym Jorku. Ta część może zdać się nieco mniej zrozumiała wielu czytelnikom, ale wydaje mi, że autor chciał powiedzieć, iż Nowy Jork był na tyle dziwnym i sztucznym miastem, że prowokacje Dalego nie robiły na nikim wrażenia. Zaś Le Corbusier, gwiazda i samozwańczy mesjasz architektury snuł wizje „naprawy” miasta. Z jego pomysłów zrodził się gmach ONZ. Zbiegło się to z końcem projektowania wieżowców w dawnym stylu. Koolhaas wspaniale operuje piórem – jego dzieło doskonale się czyta, choć wymaga skupienia. Trzeba mocno zaprząc do pomocy wyobraźnię, by ujrzeć oczyma umysłu opisywane obszary. Z tego powodu lektura ta nie będzie każdemu odpowiadać, podobnie jak fakt, że traktuje ona tylko o części dziejów nie tak dużego fragmentu miasta. Jednak gorąco ją polecam miłośnikom architektury i urbanistyki oraz Nowego Jorku!
Zbyszek - awatar Zbyszek
ocenił na 7 1 rok temu
Lukier i mięso. Wokół architektury w Polsce po 1989 roku Jarosław Trybuś
Lukier i mięso. Wokół architektury w Polsce po 1989 roku
Jarosław Trybuś Grzegorz Piątek
Świetna, świetna! Słuchajcie, jest tak: siada sobie trzech gości po fachu i prowadzą dyskusję. Akademicką taką... Jadą więc przez największych polskich architektów i ich realizacje, obiecujące i mocno trzymające się pracownie, efekty największych konkursów architektonicznych w Polsce, najlepsze obiekty które udało się zbudować (lukier). A przeplatają to myślami, takimi jak np. o polskim modernizmie, jego ideach, szczerości tamtej architektury, i tym co się z nią dzisiaj wyprawia. O tym dlaczego w naszym kraju bezkarnie można zburzyć zabytkową czy po prostu wartościową zabudowę i oddać najwartościowszy teren komercyjnym inwestorom, stuprocentowo na ich warunkach, tak samo jak 20 lat temu, jak w jakiejś republice bananowej. O kondycji środowiska architektonicznego, o kulcie obrazka i jak on wpływa na wybory inwestorów, o fasadowym podejściu do "rewitalizacji" w większości polskich miast i miasteczek, zamiast realnej zmiany na rzecz społeczności i o przyczynach tego stanu rzeczy. No i generalnie o tej zwykłej, szarej codziennej zabudowie, która najważniejsza jest dla zwykłych szarych ludzi (mięso). I piękna jest ta dyskusja. Pomimo, że dyskutują ludzie młodzi, a wiek w ich fachu ma zasadniczy wpływ na sądy, idee, opinie. Ale najważniejsze żeby była dyskusja, debata. O jakże wspaniale by było, gdyby na tym poziomie rzeczowym debatowali w Polsce samorządowcy, sponsorzy zmian przestrzeni bublicznej, politycy! Tylko pomyślcie...!
Grzegorz - awatar Grzegorz
ocenił na 7 11 lat temu
W stronę architektury  Le Corbusier
W stronę architektury
Le Corbusier
Homilia papieża modernizmu Mija 99 lat, od kiedy po raz pierwszy W stronę architektury zostało opublikowane. I choć teraz trzymam w ręku trzecie polskie wydanie oparte na n-tym wydaniu francuskim z 1995 roku, opatrzone przedmowami i uzupełnieniami samego Le Corbusiera oraz wstępem profesor Marty Leśniakowskiej, znaczenie tej pozycji pozostaje w gruncie takie samo. To prawdopodobnie najważniejsza książka XX wieku z zakresu architektury, swoisty społeczny manifest Janneret-Grisa, jednocześnie zapatrzonego w grecki Akropol i będącego naocznym świadkiem gwałtownego rozwoju techniki, podziwiającego projekty samochodów, samolotów czy chociażby silosów zbożowych. Le Corbusier wytyka współczesnym sobie architektom z jednej strony odejście od klasycznych form z nieposzanowaniem bryły, powierzchni czy planu a z drugiej ich nienadążanie za inżynierami i tworzenie architektury, która nie odpowiada potrzebom człowieka nowoczesnego. Dzieło składa się z siedmiu części-esejów. W moim odczuciu są na tyle hermetyczne, że czytelnik nie poczuje się nadto zagubiony zaczynając lekturę na przykład od rozdziału „Domy seryjne”, porządkowo będącego przedostatnim. Warto jednak zastosować się do podziału zastosowanego przez autora. Dojrzymy wtedy eklektyzm Vers une architecture, stanie się wtedy dla nas logiczny związek między liniami kompozycyjnymi fasady rzymskiego kapitolu a pokładem transatlantyku Aquitania. O przeczytanie od deski do deski nie będzie zresztą trudno, styl Le Corbusiera w tłumaczeniu Tomasza Swobody jest atrakcyjny i powinien być przystępny nawet dla osób niezaznajomionych do tej pory z terminologią fachową, gdyż jeśli już występuje, zostaje ona należycie wytłumaczona. Czytelnika nie będzie opuszczać jednak wrażenie, że czyta on dzieło przełomowe, będące początkiem rewolucji projektowo-poglądowej. Książka ta nie jest bowiem podręcznikiem dla studentów politechniki, przygotowującym do wykonywania zawodu architekta. Owszem, Le Corbusier dzieli się projektami will, wieżowców, małych budynków mieszkalnych. Ale to tylko środek przekazu swojej wizji, część planu. A ten w moim odczuciu był dość jasny: dokonać rewolucji w architekturze i planowaniu przestrzennym a także w sposobie postrzegania człowieka otoczonego architekturą. Le Corbusier wiedział, że XIX-wieczne miasto nie jest przystosowane do XX-wiecznych realiów. Ciasna zabudowa pierzejowa w centrach miast, niedoświetlone mieszkania w kamienicach, długa i droga budowa domu, nieosiągalna dla większości obywateli. W to miejsce proponuje zmianę poglądu na dom: z luksusowej inwestycji, zapchanej niepotrzebnym wyposażeniem i zdobnictwem na, zgodnie z duchem postępu techniki, maszynę do mieszkania-tanią i dostępną dla wszystkich. Zamiast ciasnych centrów miast – rozciągnięcie zabudowy na wyższe wieżowce, oddzielane pasami zieleni i miejscami do aktywności i integracji. Miasto miało się stać miejscem zaprojektowanym dla człowieka i jego potrzeb. W stronę… wydane przez Centrum Architektury stanowi wierne odwzorowanie pierwszych wersji z lat dwudziestych XX wieku. Zachowana została oryginalna struktura rozdziałów, utrzymano pierwotne umiejscowienie fotografii, szkiców i notatek Le Corbusiera oraz innych twórców. A tych są naprawdę setki. Nie mamy w końcu do czynienia z dziełem teoretyka a czynnego architekta i urbanisty. Janneret-Gris rozpościera przed naszymi oczami wizję miast wieżowców, tanich domów seryjnych z prefabrykatów, chce, byśmy razem z nim wytykali błędy w założeniach ówczesnych profesorów francuskiej Akademii Sztuk Pięknych i ich niefunkcjonalne Boulevard Raspail a podziwiali kokpity samolotów, nadwozia samochodów czy perfekcyjne w swoim pragmatyzmie i użyteczności fabryki oraz porty wodne. Dochodzę tu jednak do pewnego zarzutu, który stawiam Le Corbusierowi podczas lektury. W niektórych miejscach tekst rozdzielony jest znaczną liczbą fotografii i szkiców, które, zgodnie z ich przeznaczeniem, należy dość dokładnie przestudiować, by zrozumieć, co Le Corbusier chciał przekazać zamieszczając je. Większość posiada także notatki. Sprawia to, że zaburzony jest czasem odbiór tekstu rozdziału. Nieraz musiałem wracać i powtórnie przeczytać fragment przed sekcją graficzną, by odnaleźć się w dalszej lekturze. Miałem też kilka razy wrażenie, że ilustracje nie dotyczą bezpośrednio konkretnego zagadnienia a są jedynie dodatkiem, chociażby w rozdziale „Architektura albo rewolucja”, choć są to moim zdaniem problemy marginalne. Dziś idee Le Corbusiera może nie wzbudzają już takich emocji, nie wszystkie założenia urbanistyczne okazały się też trafne. Jednak chociażby wizja, dla niektórych w momencie wydania skrajnie socjalistyczna, zapewnienia mieszkańcom godnych warunków do życia, bezpiecznego miejsca na ziemi z dostępem do światła i bieżącej wody w tanich mieszkaniach z prefabrykatów, ukształtowała obraz przestrzenny wielu miast, zwłaszcza po II Wojnie Światowej. Le Corbusier był wizjonerem a tę książkę polecam każdemu, kto chce zapoznać się przemyśleniami geniusza. Piotr Lis
ptr_ls - awatar ptr_ls
ocenił na 9 4 lata temu
Kompleks gmachu. Architektura władzy Deyan Sudjic
Kompleks gmachu. Architektura władzy
Deyan Sudjic
Deyan Sudjicz bada w tej książce relacje między architekturą a władzą, biorąc na tapet współczesną, XX-wieczną architekturę. Książkę zaczynają rozdziały o ww. reżimach, z czego szczególne wrażenie robi opis budynków stworzonych dla Hitlera przez Alberta Speera, najjaskrawiej chyba pokazujących jak architektura może służyć władzy, podkreślać jej potęgę - nawet jeśli jest ona iluzoryczna - onieśmielać politycznych przeciwników. Autor koncentruje się na opisie konkretnych realizacji i ich twórców, podchodząc do nich mocno krytycznie. Błyskotliwie wytyka wady i niedociągnięcia - większość budynków opisanych w tej książce to przykłady złej architektury (wg. Sudjica): dziwnej, brzydkiej, kiczowatej, niefunkcjonalnej, marnotrawiącej przestrzeń - co jest tradycyjnym sposobem na podkreślenie statusu - oraz przepłaconej; wśród nich biblioteki prezydenckie w Stanach Zjednoczonych czy Millenium Dome. Współczesność w ogóle cierpi na modę na budynki-ikony, którymi chce się wyróżniać każde miasto, które na to stać, a które to budynki są projektowane przez wąskie grono architektów-celebrytów, mających "licencję na dziwactwo" - co często kończy się spektakularną klapą… Do realizacji ocenionych pozytywnie, opisanych w Kompleksie gmachu należy budynek parlamentu szkockiego - szkoda, że tych dobrych realizacji jest w tej książce tak mało. Ciekawa książka, pełna faktów i ciekawostek dotyczących współczesnej architektury, pozwalająca inaczej, bardziej świadomie popatrzeć na budynki, które nas otaczają, zrozumieć jakie motywy stoją za ich wzniesieniem. W końcu są one czymś trwałym, co porządkuje przestrzeń, nadaje jej charakteru, daje szansę wytchnienia od chaosu - jak twierdzi autor. Cóż, przynajmniej pozornie, bo wiemy, że zburzenie czegoś i wymazanie go z krajobrazu, jest banalnie proste… Szkoda, że autor bardzo koncentruje się na konkretnych realizacjach architektonicznych oraz ich twórcach, a mało tu refleksji natury ogólnej, podsumowującej to, co z tego wynika. Zabrakło mi też przykładów dobrej architektury (może po prostu te dobre nie pasują do koncepcji, bo nie epatują siłą i pieniędzmi), a narracja w moim odczuciu była trochę chaotyczna - autor swobodnie skacze między różnymi wątkami i nie było to dla mnie czytelne dlaczego akurat wybrał taki, a nie inny przykład, by zilustrować dany problem. Ewidentnie brakuje też zdjęć tych opisywanych budynków. Tym niemniej pozycja godna polecenia - jeśli ktoś jest w stanie ją zdobyć, bo dziś jest to już niełatwe.
joly_fh - awatar joly_fh
ocenił na 7 5 miesięcy temu
Dizajn i sztuka Bruno Munari
Dizajn i sztuka
Bruno Munari
O przewadze bambusu nad marmurem I zatrzęsły się ziemia, wody i niebiosa i zagrzmiały burze i pojawiła się anglojęzyczna księgarnia, która nie zabija cenami, a Pan wiedział, że to było dobre. W związku z tym przyszedł czas na zrecenzowanie arcydzieła teorii sztuki projektowania - Design as Art, za którego zaistnienie się odpowiedzialny jest włoski artysta, Bruno Munari, prawdziwa gwiazda swojej dziedziny. Niestety, wbrew temu, co kojarzy się z gwiazdorstwem, nie wiem nic o jego żonie, dzieciach i życiu osobistym, a jeszcze mniej o jego jamniku (którego być może nie posiadał), nie będziemy się więc tym zajmować. Design as Art to czterdzieści dwa artykuły, pogrupowane w pięciu rozdziałach, a także dwie przemowy. Jedna z nich to wstęp do wydania angielskiego, niezmiernie nudny, druga, ta ogólna, jest o wiele ciekawsza. Oprócz tego w oprawie znaleźć można tytułowy tekst Design as Art oraz appendiks The Machines of my Childhood. Pozwolę sobie na podawanie tytułów i fragmentów w ich oryginalnym brzmieniu i bez tłumaczenia, ponieważ, jak sądzę, żaden z was nie będzie miał z nimi najmniejszego problemu. Jeżeli zaś angielski, lingua franca naszych czasów, zejdzie kiedyś, wzorem łaciny, do akademickiego podziemia, z pewnością znajdą się tacy redaktorzy, którzy gorliwie opatrzą tekst stosownymi przypisami i sprzedadzą go z zyskiem znacznie wyższym, niż gdyby owych przypisów zabrakło. Nie traćmy więc nadziei. Zanim przejdziemy do omawiania zawartości Design as Art, kilka słów o wydaniu i typografii książki. Nie istnieje, niestety, żaden przekład tego dzieła na język polski i tylko brak znajomości włoskiego powstrzymuje mnie przed wykonaniem jego pierwszej wersji. Póki co, wystarczyć mi musi ( i nie tylko mnie) angielskie tłumaczenie, którym w 1971 roku zajął się Patrick Creagh na zlecenie wydawnictwa Penguin Books. Książka pierwotnie została wydana w ramach serii Pelican Books, której misją było przede wszystkim edukowanie czytelnika. Egzemplarz, który mi służył (i, miejmy nadzieję, będzie służyć jeszcze długo), to szósta już edycja książki, włączonej do serii Penguin Modern Classics. Za typograficzną stronę wydania odpowiedzialny jest, jak informuje mnie stopka, Germano Facetti, Włoch, pracujący dla Penguin Books w latach 1962-1971. Sposób, w jaki wydano Design... świadczy o niezwykłym poczuciu smaku jego projektanta. Okładka jest biało-czarna i ascetyczna w formie, ozdobiona jedynie rysunkami Munariego, które pojawiają się ponownie, lecz w większej ilości, przy okazji tekstu Character Building; w środku próżno szukać jakichkolwiek zbędnych elementów, krój pisma jest przyjemny i dobrze czytelny, a lekko brązowy papier nie powoduje męczących oczy kontrastów (należałoby pokazać tę książkę każdemu wydawcy, decydującemu się na drukowanie podręczników akademickich na obrzydliwie lśniącym, kredowym papierze). Teksty Munariego ilustrowane są dodatkowo wykonanymi przez niego rysunkami, mniej lub bardziej schematycznymi, w zależności od potrzeb. Całość tworzy jedno z najlepszych i najpiękniejszych wydań, z jakimi kiedykolwiek się zetknęłam. Edycja Perfekcyjnie Prosta. Design as Art Każdy artykuł z książki Munariego jest niewielkich rozmiarów esejem, roztrząsającym pewien aspekt z dziedziny projektowania – najczęściej dotyczący psychologii patrzenia, a poza tym ogólnej filozofii tzw. 'dizajnu'. Słowo to, o ile mi wiadomo, nie występuje jeszcze w słowniku, z drugiej jednak strony wydawnictwo Karakter opatruje swoją pozycję Widzieć / Wiedzieć – o której była już mowa – podtytułem: Wybór najważniejszych tekstów o d i z a j n i e. I jak tu być mądrym? Powróćmy jednak do książki, która jest głównym przedmiotem tej recenzji. Munari wyłuszcza w artykułach swoje poglądy na sposób, w jaki powinno się podchodzić do projektowania. Jego Rzecz Idealna w niczym nie przypomina fikuśnych gadżetów za grube pieniądze, dostępnych wyłącznie dla biznesmenów i snobów, które mogą ustawić w swoim dopieszczonym, wystylizowanym salonie pomiędzy wysokojakościowym reprintem plakatu Picassa, a sprowadzanymi z Japonii, audiofilskimi wydaniami albumów jazzowych. Wręcz przeciwnie! Projekt powinien być prosty, łatwy w obsłudze, wykonany z naturalnych materiałów, niedrogi, ogólnodostępny, a przy tym – i przez to – piękny. Zresztą, nie tylko wzornictwo Munariego jest różne od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni; także zadania wyznaczone projektantom są nieco inne: „The designer of today re-establishes the long lost contact between art and the public, between living people and art as a living thing”. Grają trąby, drżą góry, artyści-projektanci, otoczeni świetlistym halo zniżają się do poziomu profanów, przekazując im swój święty ogień! Munari był obdarzony naprawdę niezwykłym poczuciem humoru. Design as Art został napisany w 1966 roku. Dwadzieścia trzy lata wcześniej, w roku 1943 Ingvar Kamprad otworzył w szwedzkiej Smalandii pierwszy sklep sieci Ikea. Sześćdziesiąt osiem lat od jego założenia i prawie pięćdziesiąt od pierwszego wydania Design as Art nie ma właściwie żadnej innej firmy, która choćby minimalnie zbliżyła się do ideałów, o których pisał. Jakby tego było mało, coraz częściej słyszę głosy deprecjonujące to, co udało się osiągnąć Szwedom. Rzecz jasna rozumiem, że to, co dostępne dla mas, nie ma prawa być dobre, a najlepszym wykładnikiem dobrego smaku są zera na metce z ceną, sądzę jednak, że snobizm nie musi czuć się zagrożony. Poza nielicznymi wyjątkami nabywca nadal ma zasadniczo dwie drogi – ekskluzywna i bajońsko droga prostota albo tania obfitość kiczu. Nawiasem mówiąc, trudno mi znaleźć jakąkolwiek inną książkę teoretyczną, której autor tak wdzięcznie i ironicznie rozprawiałby się z wizualnym filisterstwem i snobizmem. Bez odpowiedzi i komentarza zostawię za to pytanie, dlaczego lampa zaprojektowana przez Munariego z nylonu i stalowych obręczy w najtańszej wersji kosztuje ponad pięćset dolarów. Z powodu mojej nieukrywanej sympatii dla autora Design as Art pozwolę sobie zrzucić odpowiedzialność za tę sytuację na firmę, która zajmuje się ich produkcją. How One Lives in a Traditional Japanese House Pamiętam, z jakim zachwytem patrzyłam jako nastolatka na nowo powstające budynki, przypominające grube, lśniące chrabąszcze, pełne szkła i czarnego marmuru. Kilka lat wcześniej w miejscu (nadal zresztą obowiązującej) industrialnej estetyki można było oglądać czerwoną dachówkę oraz kolorowe elewacje, które wprost doskonale komponowały się z moimi nowymi, tęczowymi lakierkami i tak tragicznie nie pasowały do niczego poza nimi. Munari załamałby nad nimi ręce. Nad budynkami, nie lakierkami, oczywiście. Ideałem architektonicznym jest dla niego tradycyjne japońskie budownictwo, któremu poświęca osobny tekst. Tekst, jak na tekst przystało, ma tytuł: How One Lives in a Traditional Japanese House. A co jest w środku? Wewnątrz artykułu znajduje się dom, zbudowany z papieru i bambusa, w domu – tylko to, co niezbędne. Ściany są lekkie, można je więc bez problemu przestawiać, a jeżeli jakiś wyjątkowo nieuważny przybysz pobrudzi lub uszkodzi tego typu „mur”, da się go z łatwością i za niewielkie pieniądze wymienić. Mur, nie odwiedzającego; pamiętajmy, że jesteśmy w Japonii, wśród niezwykle taktownych ludzi, którym z pewnością nie przyszłoby do głowy by wymienić gościa, nawet najbardziej nieznośnego, na inny egzemplarz. Kolorystyka tradycyjnego japońskiego budownictwa jedynie na pierwszy rzut oka może wydawać się monotonna. Po bliższym przyjrzeniu się okazuje się, że jej spektrum jest bogate – obejmuje różne odcienie zieleni, brązów i żółci. Autor zauważa, że naturalne materiały, które nie zostają w żaden sposób zabarwione, starzeją się lepiej, podczas gdy te, których kolor zmieniono, prędko brzydną. Pigmenty bledną i utleniają się, a drewno ma skłonność do pękania: „A natural material ages well. Painted material loses its paint, cannot breathe, rots. It has become bogus”. Japoński dom ma jednak jedną, straszliwą wadę – jest delikatny jak ważka, wymaga więc stosownego zachowywania się. Podłoga, składająca się z mat tatami, nie pozwala na rzucanie na nią niedopałków papierosów, nie da się trzaskać drzwiami, uderzenie w ścianę pozostawi w niej dziurę, a każdy brud, czy błoto są od razu widoczne. Munari nie omieszkał podkreślić, jak bardzo jesteśmy szczęśliwi w porównaniu do Japończyków, żyjących w swoich kruchych mieszkaniach. Możemy swobodnie kultywować brak elementarnej ogłady, a nowe generacje tekstyliów, skonstruowanych tak, by nie było widać na nich brudu, radośnie nas w tym wspomogą. Orange, Peas and Rose Trzecim artykułem, który chciałabym polecić waszej uwadze, jest Orange, Peas and Rose z rozdziału Industrial Design. Tekst ten to rzecz wyjątkowa, nawet wziąwszy pod uwagę to, w jak doborowym sąsiedztwie został umieszczony. Pomysł, by potraktować formę, w której zostały zamknięte ćwiartki pomarańczy, kuleczki groszku i pręciki róży, jako rodzaj opakowania, to niezwykle ciekawa koncepcja, tym bardziej, że do ich opisu użyto stosownego języka. Jak wygląda efekt tej roszady? Skórka pomarańczy jest bardziej mięsista, niż kiedykolwiek, groszek sprawia problemy nieprzewidywalnością zawartości opakowania, a róża to pozbawiony funkcji przerost formy nad treścią. Proszę zresztą posłuchać: „Any rational concept of the function of Industrial Design must begin be rejecting the all too common production of objects that are absolutely useless to man. (…) One such object is the rose. The object is very widely produced, and this production often becomes really chaotic in circumstances when the economics of production have been given no serious study at all. The object is formally coherent and pleasantly coloured. It comes in a wide variety of colours, all of them warm. The distribution channels for the sap are well worked out and arranged with great precision; indeed, with excessive precision in the case of those parts which are hidden from view. The petals are elegantly curved, reminding one of a Pininfarina sports car design”. Luxurioursly Appointed Gentlemen's Apartaments Esej o pomarańczy, groszku i róży nie był ostatnim, który uznałam za warty przybliżenia. Pozostał nam jeszcze jeden, szczególnie zabawny oraz ironiczny. To Luxioursly Appointed Gentlemen's Apartaments. Napisany przed laty, nie stracił nic ze swojej aktualności, nie jest to jednak powód do radości, a raczej do rozpaczy. Tekst rozpoczyna się krótkim wprowadzeniem, które wyjaśnia współczesne, zarówno nam, jak i autorowi, rozumienie luksusu. Bynajmniej nie wiąże się on z wygodą; nikt nie wydaje tysięcy na taki banał jak wygoda. Luksus ma mieć jedną, zasadniczą cechę: musi być wystawny i, co zazwyczaj za tym idzie, skrajnie niepraktyczny. Munari przytacza znakomity przykład: złoty telefon, który wręczono Papieżowi. Trudno o większą i bardziej bombastyczną bzdurę. Dalej jest jeszcze gorzej. „Luksusowe urządzenie mieszkania” każdego „gentlemana” opiera się na karkołomnym piętrzeniu kosztownych idiotyzmów, nie mających żadnego uzasadnienia funkcjonalnego. Wymagające długotrwałego polerowania marmury, ułożone na podłodze, zwłaszcza te, znajdujące się przy drzwiach wejściowych, z powodów użytkowych będą musiały być zasłonięte czerwonym, eleganckim dywanem. Dywan – białym materiałem. B i a ł y materiał, tak łatwo się brudzący – folią. Wyliczenia kolejnych elementów przypominają jako żywo te, które pojawiają się u Flauberta przy okazji opisu lektur Emmy Bovary. Piękną pointę, nie tylko tego konkretnego artykułu, ale całej książki, pozostawię projektantowi: „So we enter the house and tread at once on the plastic, but warm in the knowledge that under it is white material and under that the red carpet and under that the marble. And we know, of course, that the marble is very highly polished”.
Ola Loobeensky - awatar Ola Loobeensky
ocenił na 10 14 lat temu
Walka o ulice. Jak odzyskać miasto dla ludzi Janette Sadik-Khan
Walka o ulice. Jak odzyskać miasto dla ludzi
Janette Sadik-Khan Seth Solomonow
Sadik - Khan, była szefowa ds. transportu w Nowym Jorku opisuje szereg przemian, jakie zostały wprowadzone w tym mieście po to, by uczynić je bezpieczniejszym i bardziej przyjaznym dla ludzi. Wchodziło w grę budowanie ścieżek rowerowych, przebudowa ulic, remonty infrastruktury. Nade wszystko pokazuje ona, że miasto powinno być budowane z myślą o wszystkich, a zatem także pieszych i rowerzystach, a nie tylko samochodach. Tymczasem w XX wieku kompletnie o tym zapomniano, miasta stały się samochodocentryczne; co więcej uznano, że to jest coś zupełnie normalnego. Okazuje się, że nie tylko w Polsce jest to obowiązujący dogmat, w innych krajach jest podobnie. Widzimy, jak rozbudowywane są drogi (a korki wcale nie znikają) i parkingi, a przestrzeń dla innych uczestników ruchu jest ograniczana lub planowana źle. Pieszym rzucane są kłody pod nogi - i to czasem dosłownie. Rowerzysta to zakała ruchu drogowego, bo "ulice są dla samochodów", a pieszy sam jest sobie winien, jeśli zginie pod kołami. No i "nie jesteśmy Amsterdamem". Przyjęliśmy do wiadomości, że ulice są niebezpieczne, ale zamiast robić coś, by poprawić bezpieczeństwo, wyganiamy z nich ludzi. Zamiast zrobić coś, by przejście było bezpieczniejsze - jest ono likwidowane, a pieszym każe się nadkładać drogi - to przykład z mojego podwórka. Ewidentnie pokazuje to, kto w ruchu ulicznym się liczy, a kto nie. Właściwie dlaczego uznaliśmy, że ważne są tylko samochody? W wielu miejscach na świecie ten trend jest teraz odwracany, ale okazuje się, że wcale nie jest to takie proste, bo mentalnie już przywykliśmy do samochodozy. Komu mogą przeszkadzać ścieżki rowerowe? Okazuje się, że mogą - Nowy Jork musiał zmagać się z wieloma protestami, często zupełnie absurdalnymi, przeprowadzając swoje zmiany. Ale okazało się, że można, a Sadik-Khan pokazuje dane i logiczne argumenty na poparcie tego, że jej polityka działa. Włodarze polskich miast powinni brać z niej przykład (ale pewnie tej książki nie przeczytają).
joly_fh - awatar joly_fh
ocenił na 7 3 lata temu

Cytaty z książki Miasta dla ludzi

Więcej
Jan Gehl Miasta dla ludzi Zobacz więcej
Jan Gehl Miasta dla ludzi Zobacz więcej
Więcej