rozwiń zwiń

Maratończyk

Okładka książki Maratończyk
Bill RodgersMatthew Shepatin Wydawnictwo: Galaktyka Seria: Bieganie biografia, autobiografia, pamiętnik
296 str. 4 godz. 56 min.
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Seria:
Bieganie
Tytuł oryginału:
Marathon Man
Data wydania:
2014-10-01
Data 1. wyd. pol.:
2014-10-01
Liczba stron:
296
Czas czytania
4 godz. 56 min.
Język:
polski
ISBN:
9788375793482
Tłumacz:
Piotr Cieślak
Średnia ocen

                7,7 7,7 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Maratończyk w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Maratończyk



książek na półce przeczytane 669 napisanych opinii 665

Oceny książki Maratończyk

Średnia ocen
7,7 / 10
67 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
10
6

Na półkach: ,

Świetna książka ukazująca losy zwykłego mężczyzny, który dotarł na sam szczyt i trwał jako numer jeden wiele lat. Ujmująca swoją prostotą, świetny, skromny gośc, który odmienił losy biegania maratonów. Nogi same się rwą do treningu przy tej pozycji. Szacunek za wielkie osiągnięcia Rogersa. Godna przeczytania dla kogoś kto uwielbia biegać i nie tylko.

Świetna książka ukazująca losy zwykłego mężczyzny, który dotarł na sam szczyt i trwał jako numer jeden wiele lat. Ujmująca swoją prostotą, świetny, skromny gośc, który odmienił losy biegania maratonów. Nogi same się rwą do treningu przy tej pozycji. Szacunek za wielkie osiągnięcia Rogersa. Godna przeczytania dla kogoś kto uwielbia biegać i nie tylko.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

164 użytkowników ma tytuł Maratończyk na półkach głównych
  • 83
  • 79
  • 2
45 użytkowników ma tytuł Maratończyk na półkach dodatkowych
  • 35
  • 3
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Maratończyk

Inne książki autora

Bill Rodgers
Bill Rodgers
Trzydzieści lat po ostatnim zwycięstwie w maratonie bostońskim pozostaje najsławniejszym biegaczem w Stanach Zjednoczonych. Jako jedyny wygrał czterokrotnie zarówno maraton bostoński, jak i nowojorski. W dwóch ze swoich bostońskich triumfów (1975 i 1979) ustanowił rekord USA w danym dystansie. Rekordy USA na odległości 25 i 30 kilometrów wciąż należą do niego. Brał udział w maratonach w Republice Południowej Afryki, Europie, Azji i Australii. Pod koniec lat siedemdziesiątych trzy razy został okrzyknięty najlepszym maratończykiem roku. Uczestniczył również w igrzyskach olimpijskich w 1976 roku.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Sztuka cierpienia Shane Niemeyer
Sztuka cierpienia
Shane Niemeyer
,,Wewnętrzne demony” - to określenie, ten dość wymowny zbitek słów, chyba każdy go zna, chyba każdy wie, co ono oznacza. Bo, jakby nie patrząc, cóż w końcu każdy z nas jest inny, i każdy z nas jako indywidualny ,,ludź” i osobny, pojedynczy reprezentant gatunku, ma jakieś swego rodzaju niematerialne, psychologiczne blokady, z którymi ciężko lub co najmniej dość trudno, mimo, mimo wielu mocnych chęci i prób... będzie wygrać. I jest w tym wszystkim jakaś dziwna prawda: mamy prawo ,,nie ogarniać wszystkiego dookoła”, mamy prawo odpocząć i powiedzieć sobie dość w ,,realizowaniu wszystkiego, wszędzie, naraz, i co się tylko da i zapragnie”, jakby świat się zaraz miał skończyć, a czas stanąć totalnie w miejscu. Jedną z, choć to zabrzmi dziwnie, prawd, która potrafi spłynąć na nas niczym jakieś niebiański nadnaturalne objawienie lub ,,katharsis dla psyche” jest fakt, iż tak naprawdę żadnych wewnętrznych demonów nie ma – to od nas samych zależy to jak sobie poukładamy w danym momencie, konkretnym dniu, miesiącu, okresie, czy nawet latach własne, cholernie cenne życie. To nasze działania wykuwają siłę lub, co jest z korzyścią dla nas, słabość takowych ,,wewnętrznych demonów”. Czyli, jak wnioskuje to stare porzekadło: ,, Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”. I tu pojawia się pewien haczyk: rozumienie własnych działań, własnych słabości, celów w życiu, tego, co chce się osiągnąć (a może w ogóle w naszym – Twoim czy Jego – przypadku o żadnym mega-wielkim życiowym targecie myśleć nie musimy; być może to życie jest celem, a nasze kroki to droga ku niemu), samoświadomość własnego miejsca tu, teraz i za 5 czy 10 lat w przód – wszystko to, a nawet i więcej, o czym zapewne zapomniałem dodać, warunkuje już na starcie idealnie dostosowane ,,wewnętrzne paliwo”, ot iście odpowiednią mieszankę benzyny do sterujących nami silników, którymi są nasze umysły i dusze, do swego rodzaju walki z ,,gnębiącymi nas demonami”, ich stosunkowo szybkiej akceptacji i pozbycia się, czy do postawienia solidnej osobowościowo-psychologicznej twierdzy, do której ,,demony” te nie będą miały żadnego dostępy. Jednak nie jest to takie proste, z drugiej strony odpowiednia mentalność i spojrzenia na siebie przez pryzmat całej bytności dotychczas może ruszyć to nasze działania ku danym celom lub ku ,,drodze". Tak, teoretycznie nie wiadomo jakich motywatorów ku tym etapom zmian nie trzeba: ,,wystarczy zepnąć poślady, wystarczy chcieć uwierzyć w siebie, że to a to zrobimy lub to dokonamy, a to się po prostu stanie, a przynajmniej jeśli po drodze do budowania lepszej wersji siebie coś dalej nas będzie gnębiło, to ta piękna i potrzebna myśl, ot silnej wierze we własne Ja, zakiełkuje w głowie, a reszta powinna w miarę płynnie się dla nas korzystnie ułożyć. Dostaniemy zastrzyk wewnętrznej, oczyszczającej ,,psychę" siły, a wtedy taki mimo iż ciężki początek, to o wiele dla nas lepiej niż nierobienie nic i ciągłe ,,męczenie buły i biadolenie nad własną egzystencją”, które to jest najgorszym rakiem na naszej niematerialnej tkance osobowości, czymś co nadżera jak nagła rdza na pięknym kształtnym metalu… wszystkie warstwy naszego Ja. Tak, lepszy pierwszy drobny krok do zrobienia swego rodzaju ,,wewnętrznego przełamania” niżeli parcie się od razu z wszystkimi możliwymi środkami na dany cel lub problem. Jak mawiał Bruce Lee: ,,Be like a water, my friend!” – w naszym życiu, nieważne czy opartym o ciągłe realizowanie celów, o spokojne przechodzenie przez egzystencję określoną drogą samorealizacji, chodzi o to aby w środku naszego niematerialnego wnętrza, na każdym jego poziomie, być w równowadze: być jak ten żywy, gorejący w nas ciepły, dodający miliony punktów do naszej życiowej energii Ki, ogień, i palić nim gniew tych, którzy cię otaczają i ci szkodzą, jednak wodą korygować płomienie, które w tobie wrą, które chcą cię zniszczyć, odtrącić to twoje Ja, które budujesz na dalszy plan. ,,Budowa siebie”, ba!, walka o samego siebie, to walka i droga zarazem trwająca całe życie. Barack Obama podczas swojej pierwszej kampanii prezydenckiej wypowiedział pewne, sądzę, niby proste i zwykłe, ale w środowisku sportu i w nurcie samoleczenia czy kwestiach motywacyjnych, mające wielką moc słowa: ,,Yes, I Can… Yes, We Can!” Dla Baracka były one częścią PR-u służącego dla zebrania odpowiedniego poparcia w wyborach o ,,stołek” prezydenta USA, jednak dla topowego lub amatora, atlety, czy zwykłego zjadacza chleba i ,,Jurka spod 9-tka na 4-tym piętrze” stają się one niewypowiedzianą mocą, kierującą tego, kto w nie wierzy na dane mu, dla niego odpowiednie tory walki o lepsze własne Ja, o stworzenie solidnego grubego muru, przez które żadne ludzkie ścierwo lub my sami jeśli sobie tego bigosu byśmy naważyli, się nie przedostanie. Bo moi drodzy, jeśli sporo potrafię, jeśli wierzę, że jestem silny, to jestem wielki, bo jak można, to można!”, wystarczy tylko zadecydować, a to przecież nic nas nie kosztuje. I uwierzcie mi, uwierzcie sobie!, są tacy ludzie, szczególnie w cennym dla mnie osobiście, na pewno dla wielu z Was również, środowisku sportu, którzy powiedzieć, że przeszli w życiu przez ogromne rozżarzone tysiącami stopni, jakby nigdy ,,nie gasnące” wewnętrzne piekło i wyszli na drogę zbudowania w swoim wnętrzu tytanicznej zbroi otaczającej ,,Ja” w każdej warstwie z każdej strony, czyniąc psychikę tej osoby niezniszczalną, to tak jakby… nic nie powiedzieć. I ci ludzie, ci często znani, a często nie sportowcy, to tak naprawdę zwyczajni ,,ludkowie” jak Ty czy Ja – ludzie, którzy swym życiu potrzebowali pewnych zmian, zmian które uczyniłoby ich życie normalnym, pięknym, a problemy i ,,demony” łatwymi do oswojenia lub zwalczenia. I oni to zrobili, dokonali tego: zepnęli poślady, zacisnęli zęby i wzięli się w garść; i żeby było ciekawiej nie potrzebowali do tego żadnego wielkiego mówcy motywacyjnego, czy innego sportowca, ,,który po zakończonej karierze będzie pisał w swej autobiografii jak to mu ciężko było, aby osiągnąć dany sukces, a jedynie: siły własnego Ja, stania się ,,tą wodą, która w tobie płynie i ogniem, który w tobie drzemie”. Kiedy dopięli swego i ci tytani wysiłku, niezrównani mistrzowie swoich ekstremalnych form danych konkurencji sportowych, stali się wielcy dla samych siebie, wtedy stali się wielcy dla innych. To David Goggins, Scott Jurek, Matt Fraser, Kilian Jornet, a także wielu, wielu innych zaczęli pisać, nie tyle, co dla zysku, sławy i podbicia sobie Ego do horrendalnych rozmiarów, dość wyszukane, specyficzne i mocno życiowo-emocjonalne książki sportowo-motywacyjne, które miały stać się - i takie zresztą są - inspiracją, formą brania przykładu do budowania jak najlepszej wersji siebie, a nie ,,gotową recepturą na sukces”. I książki te, gdzie każda z nich okazała się dość nieźle poprowadzonym tytułem, której wydźwięku i wagi dla mojego Ja po prostu nie da się opisać – pozycją od tych wymienionych właśnie wybitności, znaczącą w kontekście globalnej idei czystego, nie skażonego ,,zachłannością i rządzą pieniądza” sportu przeczytałem, włączając je do dziś także w swojej prywatnej kolekcji, tytuły nakreślone przez wyżej wymienionych ,,Tytanów sportu i motywacji!". Jest jednak inna, wpadająca do mojego czytelniczego wora tego typu pozycji, książka, rzecz tak samo jak powyższe ,,motywacyjniaki” dość cenna w branży tego rodzaju związanych z wysiłkiem fizycznem i sprawnością psyhiczną” publikacji: pozycja autorstwa S. Niemeyera, z ambitnym i szczerym, dosłownie i w przenośni życiowym tytułem: ,,Sztuka cierpienia”. Przyznanie się do słabości nie boli, łzy także, zwłaszcza jeśli dzieje się to w drodze uświadomienia sobie, jakie błędy się popełniło i co się robi, aby przekuć dotychczasowe własne Ja na kogoś innego, na człowieka bardziej otwartego na zmiany, zdecydowanego życiowo, a nie zagubionego i mało wymagającego od siebie ,,wewnętrznego inwalidę”. Tak walczył ze sobą (ale on wciąż to robi, bo droga do wyjścia z obsesji, uzależnień, w ogóle praca nad sobą, to nauka przez całe życie!) Shane Niemeyer, autor niniejszego książkowego motywatora sportowego, który to w sytuacji prawie że agonalnej, co opisuje on sam przez pierwsze kilkadziesiąt stron tejże autobiografii, w drodze ewolucji własnego poszatkowanego ,,psyche" stał się kimś tak choro zawzięty i zdeterminowanym w pozytywnym sposób, choć droga ku temu była dla niego długa, że rezultaty, które spotkały go na jego tułaczce ku lepszemu i zrównoważonemu życiu, okazały się dużo lepsze i konkretniejsze niż powiedzieć zwyczajnie: ,,wszedł do piekła i z niego wrócił”. Pan Niemeyer, może i trochę zbyt poetycko pisze w niektórych momentach książki, jednak… sama jego historia jest, jego sportowa droga, ten budowany powoli wewnętrzny i fizyczny atletyzm, praktycznie od ZERA!, są warte każdej godziny czytania i dyskutowania o tym. Nie trzeba od razu stawać się nim; nie powinno się myśleć, że mając 40 lat na karku, mięsień piwny będący niczym ,,daszek zakrywający ptaszek”, paląc od czasu do czasu ,,fajki z kawką na śniadanie, jako niezbędne źródło energii na resztę dnia” i jeżdżąc wysłużonym rowerem na całodniowe wycieczki tylko wtedy, gdy robią to inni ,,bo jest pogoda, na dworze pizga słońcem aż miło, a ptaszki robią swoje trele i plumkanie radujące duszę”, nagle z dnia na dzień powiem sobie ,,dość, zmieniam się… za kilka lat chcę być jednym z najsprawniejszych ludzi na Ziemi”. Owszem takie myślenie ma swoje zalety, to jest teoretycznie możliwe, jednakże trzeba być świadomym, że aby osiągnąć tak potężnie długofalowy cel musimy nastawić się na fale fizycznego i psychicznego bólu, na męki zwątpienia, na to, że nie będzie łatwo, a nasze realizowane postanowienie w żadnym wypadku nie może zakłócić choćby i najmniejsza niedogodność. Jeśli chcesz być tak fizycznie wypracowanym jak Niemeyer, którego osiągnięcia sportowe i coachingowe są wręcz w skali tego z jakiego ,,bólu dupy i egzystencjalnej martwoty” się wyrwał, nieprawdopodobne, jakby galaktyczne, pozawymiarowe, to wiedz że jest to droga, którą musisz iść przez resztę życia, dążyć nią do jakiegoś określonego celu: cierpienie dla satysfakcji oczyszczenia, sportowe samodoskonalenie, czy zaliczanie rok w rok coraz to trudniejszych atletycznych celów, definiujących granice twojego organizmu. Nasz autor był jedną wielką obłą gulą zagubionej, rozdartej duszy, którą potrafił (on wciąż to robi, bo to proces, który trwa przez całe życie) wyciągnąć z nieskończonej studni ,,mroko-podobnej”. I dla tych osób, dla tych niepewnych dusz, ta książka smakuje najlepiej; to tego rodzaju inspiracja jest najlepsza dla każdego z nas – nie tylko zawodowego czy amatorsko-wyczynowego sportowca, także dla ludzi na krawędzi decyzyjności egzystencjalnej, w zagubieniu swojej teraźniejszości i przyszłości. ,,Sztuka cierpienia” to książka tak samo skomplikowana, jak i tak samo prosta, orbitująca wokół bycia, sądzę, emocjonalnie na granicy równowagi w stylu ,,Be Water, My Friend” Bruce’a Lee – równowagi, którą osiągnął przez nie prostą, oj nie!, i wciąż się realizującą drogą życiowej zmiany i ewolucji poprzez sport, pan Shane. Nie ma tu rzeczy trudnych do zrozumienia, nie ma nie wiadomo jak skomplikowanego słownictwa i samego sposobu budowy zawartości książki i jej uporządkowania: bez spisu treści, nazywania rozdziałów (jest tylko numeracja), jest tylko ta cholerna ,,droga” autora, którą być może nie będzie danym zrozumieć w pełni i ją zaakceptować każdemu z czytelników, stąd ta ,,skomplikowaność”. A tą drogą, którą kroczy i kroczy od momentu ostatecznego uświadomienia sobie, gdzie znalazły się jego cztery litery, w jak katastrofalnym momencie w życiu, aż do dziś, aż do ostateczności niezrównany Shane Niemeyer.
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na 7 7 miesięcy temu
Ukryta siła. Jak stałem się jednym z najsprawniejszych ludzi na świecie i odnalazłem siebie Rich Roll
Ukryta siła. Jak stałem się jednym z najsprawniejszych ludzi na świecie i odnalazłem siebie
Rich Roll
"Możesz mieć najlepsze zamiary. Możesz dawać przykład. Ale nie możesz nikogo zmienić." "To nie najszybszy wygrywa. Wygrywa ten, który może zwolnić najmniej." Książka nie tak ciekawa jak "Urodzeni biegacze", ani nie tak dobra jak "Jedz i biegaj", ale wciąż interesująca. Autor, jak sam siebie określił, to "tatusiek w średnim wieku na diecie roślinnej, który był narkomanem". W wieku 39 lat był 100-kilogramowym spaślakiem i postanowił coś z tym zrobić. Nie zgodzę się z zarzutami typu "kolejna historia w stylu od zera do bohatera", ponieważ Rich Roll jasno daje znać, że już od dzieciństwa był mocno aktywny fizyczne i był dobrym pływakiem, zatem nie możemy go określić jako osoba, która nic wspólnego z treningiem nie miała. Nie ma w niej także żadnego religijnego bełkotu, tylko duchowe odczucia. To nie jest to samo, jeśli ktoś nie odróżnia jednego i drugiego, to tylko sugeruje, że nikłe ma o tym pojęcie. Natomiast fakt, że często duchowe elementy są poruszane może dowodzić, że coś jest na rzeczy i osoby pod wpływem intensywnego i długotrwałego wysiłku faktycznie mogą doświadczać jakiejś "jedności ze światem", lecz empirycznie opartej. Nie ma to nic wspólnego z religią, tylko subiektywnymi wrażeniami (nawet nie trzeba być wierzącym). Z kolei jeśli chodzi o jakąś losową wzmiankę o reinkarnacji? "Często żartowałem, że jestem reinkarnacją Richarda Spindle’a, ale to nie do końca żart – czuję się duchowo z nim związany, mam poczucie, iż jestem jego spadkobiercą i powinienem doprowadzić do końca to, czego jemu nie udało się zrobić." Jak widać miał poczucie, że jest jego SPADKOBIERCĄ, a nie jego reinkarnacją w dosłownym tego słowa znaczeniu, no ale każdy może interpretować jak chce, więc ile ludzi, tyle opinii, jednak przez różne nadinterpretacje ktoś może niepotrzebnie poczuć się zniechęcony do lektury. Z kolei jeśli chodzi o sposób odżywiania, któremu w książce faktycznie poświęcono sporo treści, zapewne nawet i 1/3, to się nie wypowiem w kwestii, czy autor ma rację, ale jak wiadomo nie jest on jej jedynym zwolennikiem, który osiąga nadludzkie wyniki sportowe (np. Scott Jurek), zatem jakieś ziarno prawdy musi w tym być. Ale może warto byłoby chociaż samemu spróbować i się przekonać niż odrzucać to tylko za nachalność autora? Gdyż racją jest, że te informacje mogą wydawać się wciskane na siłę dla indoktrynacji czytelnika do weganizmu. Standardowo znalazło się nieco wskazówek treningowych, ale oczywiście ta książka jest biografią, chociaż część o weganizmie można potraktować trochę jak poradnik. Co ciekawe, w tej książce jest wzmianka o Davidzie Gogginsie, zanim stał się sławny na cały świat. Ogółem lekturę polecam, zwłaszcza że istnieje także w wersji audiobook (chociaż oczywiście w takim przypadku nie zobaczymy paru fotografii, które umieścił autor), jedynie należy liczyć się z tym, że około 1/3 objętości dotyczy weganizmu, a niektórzy mogą odebrać to w ogóle jako reklamę tej diety i suplementów. Fragment z książki: Nasze organizmy mają dwa poziomy wyzwalania energii. Pierwszy to system aerobowy, który energię zyskuje ze spalania tlenu i tłuszczu. To on dostarcza energii potrzebnej w codziennych, wykonywanych z określoną intensywnością czynnościach. Kiedy jednak intensywność ta przekracza tak zwany próg aerobowy (to właśnie ponad nim poziom kwasu mlekowego w moim organizmie poszybował w niebo), włącza się drugi system: anaerobowy, który energię potrzebną do nagłych zrywów, dźwigania ciężarów czy szybkiego biegu czerpie z glikogenu, czyli cukru. Ten układ można uruchomić na jakieś dziewięćdziesiąt minut, potem się wyłącza. Chris tłumaczył mi, że wyniki w sportach wytrzymałościowych zależą przede wszystkim od wzmocnienia skuteczności pierwszego, „codziennego” układu.
Trawiak - awatar Trawiak
ocenił na 7 9 miesięcy temu

Cytaty z książki Maratończyk

Więcej
Bill Rodgers Maratończyk Zobacz więcej
Bill Rodgers Maratończyk Zobacz więcej
Bill Rodgers Maratończyk Zobacz więcej
Więcej