rozwiń zwiń

Kochankowie z Marony

Okładka książki Kochankowie z Marony
Jarosław Iwaszkiewicz Wydawnictwo: Wydawnictwo Iskry literatura piękna
182 str. 3 godz. 2 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Data wydania:
1976-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1963-01-01
Liczba stron:
182
Czas czytania
3 godz. 2 min.
Język:
polski
Średnia ocen

                7,0 7,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Kochankowie z Marony w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Kochankowie z Marony



książek na półce przeczytane 763 napisanych opinii 563

Oceny książki Kochankowie z Marony

Średnia ocen
7,0 / 10
233 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1206
906

Na półkach:

O tym jak przeżyć romans życia ze śmiercią dyszącą w kark.
Na oficjalne zakończenie mojego kontaktu z Iwaszkiewiczem trafiło mi się chyba jego najlepsze opowiadanie. Nie ma tu raczej głębokiego uczucia, a bardziej coś w rodzaju przygody, fascynacji, chęć przeżycia jakiegoś wielkiego porywu, który dla jednej strony będzie stanowić dobre zwieńczenie i moment zapomnienia o tym, co nieuchronne, a dla drugiej będzie tym najpiękniejszym, najbardziej intensywnym okresem do wspominania na resztę życia. Bohaterowie rozmawiają ze sobą, ale właściwie się nie komunikują, przerzucają się kwestiami, ale dialog między nimi nie istnieje, nie wiadomo nawet do końca w których momentach mówią prawdę, a kiedy kłamią, bo właściwie nie mają potrzeby odbycia prawdziwej, szczerej rozmowy - nie muszą się poznawać, nie mogą snuć żadnych planów na przyszłość, bo oboje dobrze wiedzą, że żadnej przyszłości przed nimi nie ma.

O tym jak przeżyć romans życia ze śmiercią dyszącą w kark.
Na oficjalne zakończenie mojego kontaktu z Iwaszkiewiczem trafiło mi się chyba jego najlepsze opowiadanie. Nie ma tu raczej głębokiego uczucia, a bardziej coś w rodzaju przygody, fascynacji, chęć przeżycia jakiegoś wielkiego porywu, który dla jednej strony będzie stanowić dobre zwieńczenie i moment zapomnienia o...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

529 użytkowników ma tytuł Kochankowie z Marony na półkach głównych
  • 340
  • 189
89 użytkowników ma tytuł Kochankowie z Marony na półkach dodatkowych
  • 47
  • 14
  • 7
  • 5
  • 4
  • 4
  • 4
  • 4

Tagi i tematy do książki Kochankowie z Marony

Inne książki autora

Okładka książki Listy 1956–1960 Anna Iwaszkiewicz, Jarosław Iwaszkiewicz
Ocena 0,0
Listy 1956–1960 Anna Iwaszkiewicz, Jarosław Iwaszkiewicz
Okładka książki Listy 1950-1955 Anna Iwaszkiewicz, Jarosław Iwaszkiewicz
Ocena 8,3
Listy 1950-1955 Anna Iwaszkiewicz, Jarosław Iwaszkiewicz
Okładka książki Listy 1944-1949 Anna Iwaszkiewicz, Jarosław Iwaszkiewicz
Ocena 8,3
Listy 1944-1949 Anna Iwaszkiewicz, Jarosław Iwaszkiewicz
Jarosław Iwaszkiewicz
Jarosław Iwaszkiewicz
Pisarz (pseudonim Eleuter), poeta, eseista, tłumacz, współtwórca grupy poetyckiej Skamander, współpracownik Wiadomości Literackich, wieloletni redaktor naczelny Twórczości. Naukę rozpoczął w 1902 w szkole w Warszawie, w 1904 przeniósł się wraz z rodziną do Elizawetgradu (dziś Kirowohrad), gdzie uczęszczał do liceum, a od 1909 mieszkał i uczył się w Kijowie w liceum nr 4. W tymże liceum, w związku z poznaniem uzdolnionych artystycznie kolegów (zwłaszcza Mikołaja Niedźwiedzkiego, którego określał jako swój uniwersytet) oraz nauczycieli, podjął pierwsze próby twórcze, głównie w zakresie komponowania utworów muzycznych, ale także poezji. Po maturze rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Kijowskim, których jednak nie ukończył. Studiował także w konserwatorium w Kijowie. Pod koniec nauki w liceum i na początku studiów pracował też jako korepetytor, odbywając wtedy wiele podróży po dworach polskich i rosyjskich na terenie Polski i Naddnieprzańskiej Ukrainy, z których wrażenia będą kanwą licznych późniejszych utworów. Szczególnie istotny dla jego twórczości był pobyt w Byszewach koło Łodzi i znajomość z tamtejszym środowiskiem szlacheckim. W 1918 w związku z rozszerzającym się chaosem rewolucyjnym na Kijowszczyźnie wyjechał do Warszawy. Debiutował w 1915 wierszem Lilith w kijowskim piśmie "Pióro". Debiut książkowy to Oktostychy w 1919. Na początku lat 20. służył w stacjonującym w Ostrowie Wielkopolskim 221. Pułku Piechoty złożonym głównie z ochotników (towarzyszył mu m.in. Aleksander Wat). Od 1928 zamieszkał w Podkowie Leśnej w posiadłości Stawisko. Dzisiaj znajduje się w niej muzeum. W latach 1923–1925 był sekretarzem marszałka Sejmu Macieja Rataja. Od 1927 pracował w dyplomacji. Pełnił obowiązki sekretarza ambasady RP w Kopenhadze (1932–1935) i Brukseli (1935–1936). W czasie II wojny światowej działał w strukturach Polski Podziemnej w wydziale kultury i sztuki. Współpracował z prof. Lorentzem przy ratowaniu zabytków kultury. Willa w Stawiskach przez cały okres okupacji, a zwłaszcza po upadku Powstania warszawskiego, była schronieniem dla wielu ludzi kultury. W latach 1945–1946, 1947–1949 i 1959–1980 pełnił funkcję prezesa Związku Literatów Polskich. Od marca 1947 do grudnia 1948 wydawał pismo "Nowiny Literackie", które miały w jego zamierzeniu wznowić tradycje "Wiadomości Literackich". Po wojnie bezpartyjny poseł na Sejm PRL I, II, III, IV, V, VI i VII kadencji, przewodniczący Polskiego Komitetu Obrońców Pokoju. Pochowany 5 marca 1980 na cmentarzu w Brwinowie pod Warszawą. Za swoją działalność literacką i polityczną otrzymał wiele nagród i odznaczeń, m.in. tytuły doktora honoris causa Uniwersytetu Warszawskiego (1971) i Jagiellońskiego (1979).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Bramy raju Jerzy Andrzejewski
Bramy raju
Jerzy Andrzejewski
„Bramy raju" to powieść wyprzedzająca swoje czasy. Niesamowite jak można pisać o cielesności i o tym co się z nią wiąże w sposób tak nieskrępowany i silnie oddziałujący na zmysły. To zresztą ciekawe, bo w większości mamy tu do czynienia z monologami wewnętrznymi lub spowiedziami bohaterów. Wstawek czysto opisowych mamy tutaj niewiele. Może to właśnie dzięki temu, kiedy się już pojawiają, zwracają na siebie uwagę. Andrzejewski był gejem (patrz. „Homobiografie" Tomasika). To napięcie między pragnieniem homoseksualnym czy ogólnie erotycznym, a niemożnością jego pełnej realizacji albo tłumieniem go wybrzmiewa tutaj głośno. Nie da się tego napięcia nie wyczuć, nie sposób go ominąć. Właściwie prawie każda postać „Bram raju" kieruje się jakimś pragnieniem, dąży do osiągnięcia spełnienia erotycznego i duchowego. Zdaje się, że według Andrzejewskiego te dwie siły muszą w końcu się ze sobą zderzyć, co widać na ostatnich stronach powieści. Jeśli chodzi o samą formę dwóch zdań, to wydaje się ona być pretekstowa. Ta kropka mogłaby równie dobrze się tam pojawić i nic złego by się nie wydarzyło. Jest to jednak świadomy zabieg artystyczny. Myślę, że to jedno długie zdanie ma odpowiadać samemu głównemu motywowi powieści. Jest nim dążenie do celu, nieustanny marsz. Dzięki takiej formie czytelnik może poczuć się tak, jak protagoniści, którzy w swojej wędrówce nie zatrzymują się. I będą szli całą noc...
Igor - awatar Igor
ocenił na 8 1 rok temu
Romans Teresy Hennert Zofia Nałkowska
Romans Teresy Hennert
Zofia Nałkowska
Ona jeszcze ładna, już niemłoda mężatka, z przeszłością, którą w dawniejszych czasach warto było dyskretnie odstawić jak szkielet do szafy. On - przystojny, dziarski oficer, nieco zblazowany, z jednej strony cyniczny, z drugiej - żarliwy. I miłość, która przychodzi nagle, zupełnie nie w porę i tak, że nie sposób się przed nią obronić. W tle inny romans - a właściwie miłostka antypatycznego, żonatego oficerka ze skłonnością do malwersacji, ze śliczną ale "diablo drogą" pracownicą pewnego biura. Oględnie mówiąc, żadna z tych miłosnych historii nie zakończy się happy endem. Wszystko rozgrywa się w realiach młodziutkiej Polski z początku lat dwudziestych XX wieku, w środowisku wyższych wojskowych i osób "z towarzystwa". I to tło społeczne wydaje się być ciekawsze niż sam wątek miłosny. Opisy towarzyskich spotkań, trosk i radości opisywanej klasy są całkiem interesującym obrazem epoki, zwłaszcza, że widzianym oczami pisarki - bezpośredniego świadka tych czasów. Nasz młody kraj nie wydaje się krainą mlekiem i miodem płynącą. Wielu wojskowych po wojnie idzie w odstawkę, ich pobory nie tylko nie wystarczają na wystawną reprezentację, ale czasem wręcz na skromne życie. Co nie zmienia faktu, że "oficeryje" nie chcą rezygnować z luksusowych przyjemności, niektórzy nawet kosztem wyprzedawania rodzinnych pamiątek i mebli. Czyżby Ojczyzna nie była w stanie odwdzięczyć się jej obrońcom? Sprawy socjalne innych grup społecznych również szorują po dnie, zupełnie jakby Polska uznała osiągnięcie upragnionej niepodległości za szczyt i kres swych celów. Mimo ciekawego kontekstu, książka mnie nie porwała i nie uwiodła. Nałkowska była przez długie lata niesłychanie wpływową osobą w różnych organizacjach związanych ze słowem pisanym. Jednak Jej twórczość zestarzała się raczej nieładnie. "Medaliony" to oczywiście ponadczasowy hit, ale to raczej ze względu na ich tematykę niż urodę narracji. Jeśli mam zwracać się do literatury sprzed II Wojny, wolę już Dołęgę lub Makuszyńskiego.
Katarzyna Anna - awatar Katarzyna Anna
oceniła na 6 1 rok temu
Przed nieznanym trybunałem Jan Józef Szczepański
Przed nieznanym trybunałem
Jan Józef Szczepański
Interesujące eseje z 1975 r., zawierające etyczne credo Jana Józefa Szczepańskiego (rocznik nie byle jaki– 1919), jednego z lepszych polskich pisarzy, ostatniego prezesa Związku Literatów Polskich, zlikwidowanego przez Spawacza w stanie wojennym. Najciekawszy wydaje się tekst „W służbie wielkiego armatora” – czyli Ojczyzny (dziś już nie da się nie dodać: i Synczyzny z Córczyzną). Opisując zbiorowy portret swego pokolenia, Autor wspomina niby rzecz oczywistą, ale jakże gorzką w kontekście tego wszystkiego, co już czekało za progiem dorosłości i trwało aż do wieku mocno dojrzałego. „Dwadzieścia lat bez garbu owej wyjątkowości narodowego losu – bez piętna przekleństwa i świętości, w przekonaniu że już za nami cała ta atmosfera pokuty i misji, anielstwa i diabelstwa, infantylizmu i wzniosłości, które z historii naszej uczyniły rodzaj misterium – patetycznego i (jakeśmy to chyba odczuwali) nieco histerycznego zarazem”. „Byliśmy pierwszym normalnym, zdrowym psychicznie pokoleniem Polaków od paru stuleci. Więc i sztandary nasze musiały być inne. Inne gesty. Inny styl gry na dziejowej scenie”. „Stąd zapewne Conrad. Ledwo zauważany dotychczas - jeden z klasyków w bibliotece. (…) I nagle odkrycie: aktualniejszy niż wszyscy. Jak gdyby czekał na ten czas, żeby wyznaczyć nam kurs na mapie”. Chodzi oczywiście o etykę wierności - sobie i zasadom - która wyznawało i generalnie jednak zachowało pokolenie Szczepańskiego. Autor nigdy się w Peerelii nie zeszmacił, wręcz przeciwnie – pamiętam go jako autorytet i nie byle jaka osobowość. I pamiętam też jego niewielkie, wstrząsające opowiadanie „Buty” – o wymordowaniu ”na zimno” przez AK oddziałku azerskich kolaborantów, którzy nie chcieli już walczyć po stronie Niemców, a tylko przeżyć, i przyłączyli się do partyzantki. Było ono jednym z pierwszych (1956), a raczej nielicznych, tekstów o tym, co naprawdę się działo podczas wojny, a nie kolejną malowanką dla grzecznych przedszkolaków na rocznicową akademię wypichconą. Mam zaś problem z tekstem z tego zbioru o o. Maksymilianie Kolbe. Jego czyn był heroiczny, jak żadne inne samobójstwo, bo także i w tych kategoriach można rozpatrywać to, co uczynił w tamtym antyświecie – samobójstwa, aby Inny przeżył. Istotę obozu Autor ujmuje w kilku mistrzowskich zdaniach: „Obozy koncentracyjne służyły nie tylko represji i eksterminacji +elementów niepożądanych+. Ich zadaniem było między innymi wskazanie fikcyjności etyki ludzkiego braterstwa – zasady podważającej najoczywiściej roszczenia rasowego elitaryzmu. Podludzie powinni byli ginąć wdeptywani w błoto jak robaki – masowo, lecz samotnie, anonimowo, bez godności należnej ofiarniczemu cierpieniu, w upodleniu i hańbie, o ile możności przykładając się sami do własnej zagłady”. „Stąd szczególna pogarda, z jaką odnosili się do wszelkich głosicieli humanitaryzmu. Intelektualiści, księża, przedstawiciele doktryn politycznych, opartych na założeniach uniwersalizmu, poddawani byli w obozach specjalnemu reżimowi poniżeń. Bo to była próba prawdy. +I gdzie wasza ludzkość? Gdzie się podziała, kiedy skaczecie sobie do gardeł o skórkę chleba, kiedy na rozkaz kapo okładacie się kijami?+ W pewnym sensie obozy koncentracyjne były fragmentem ostatecznej światopoglądowej debaty”. „Kosztem dobrowolnej ofiary z życia, złożonej przez jednego człowieka, ocalony został drugi człowiek. Obcy. Niepowiązany ze swym wybawcą innymi więzami, jak tylko więzy ludzkiego braterstwa. Abstrakcyjne hasło ludzkości odzyskiwało widomą treść. Życie okupione śmiercią znów nabierało ceny”. Ale była i druga strona zakonnika (przed wojną nawet pierwsza): nienawiść do Innych. Owszem, Szczepański tego nie ukrywa: „Klerykalne fobie, antysemityzm, system podejrzeń, wiodący do upatrywania szatańskiego spisku w manifestacjach każdego odmiennego stanowiska”. I tylko pytanie, czy dlatego nie pisał o tym moralnym brudzie mocniej czyli prawdziwie, bo byłaby to tzw. „woda na młyn komuny” (świetnie taki mechanizm pamiętam)? Autorowi być może udziela się coś z tej postawy, za to we mnie niestety ma wielkiej wyrozumiałości wobec tamtej postawy Świętego (a czytałem teksty „Małego Dziennika”, ohydnego, prostackiego, szczującego brukowca), czyli kogoś, kto „krzyż miał na piersi a nienawiść w sercu” - nawet po jego wielkim czynie z Auschwitz. Z kolei tekst o bandzie Mansona niczym nie zachwycił, zwłaszcza że Autor podjął chyba zbyt łatwą próbę zrozumienia i wytłumaczenia tego zjawiska, bo chyba nie fenomenu. I tylko dziwne, że tak głęboki umysł podsumował swe wywody w tak płytki sposób: „Pierwszym jednak warunkiem umożliwiającym Chrystusowi-diabłu połów dusz był klimat intelektualny i moralny młodzieżowej rewolucji lat 60. Klimat protestu przeciw wynaturzeniom cywilizacji, identyfikowanym z każdą postacią oficjalnego autorytetu”. Wszystko jest napisane wspaniałym językiem, który najlepiej byłoby określić mianem przedwojennego, w najlepszym tego słowa rozumieniu. J.J. Szczepańskiego znałem jako wybitnego moralistę. Z tym większym, niekoniecznie miłym, zaskoczeniem było dla mnie posłowie Naczelnego Moralizatora RP (różnica obu pojęć oczywista) Jego Najwyższej Przemądrzałości Krzysztofa Zanuddziego. ”Konrad nie chce zejść ze sceny” – tematem sztuki Jerzego Zawieyskiego sprzed lat nie był wprawdzie Wielki Reżyser (ostatni dobry film nakręcił kilka dobrych dekad temu), ale mógłby być. A nawet powinien…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 6 1 rok temu
Kronika wypadków miłosnych Tadeusz Konwicki
Kronika wypadków miłosnych
Tadeusz Konwicki
Piękna wiosna, ciepłe lato sprzyjają miłosnym uniesieniom nawet wtedy gdy to 1939 rok. W przededniu drugiej wojny światowej ówczśni maturzyści, nie znając zbliżającego się końca ich beztroski, upajają się swoją pierwszą miłością. Głowny bohater, 19-letni Witek spotyka przypadkowo wiotką Alinę. W jego sercu wybucha ogrom uczuć do dziewczyny, silnych tak bardzo, jak tylko może być silna pierwsza miłość. Uczucia Witka stopniowo rosną, wraz z tym, jak często w jego myślach pojawia się Alina. Owładnięty swoją pierwszą miłością traci poczucie mijającego czasu i obowiązku zaniedbując naukę i maturalne przygotowania. Niby wydarzenia osadzone blisko 100 lat temu, ale niezmiennie prawdziwe. Bowiem barwa nastoletniej "śmiertelnej" miłości jest niezmienna i niezależna od otaczającej ją rzeczywistości. Książka balansuje na granicy problemów miłości i dorastania. Pokazuje jak obojętność, niezrozumienie i toczące się wokół wydarzenia mogą zniszczyć nawet najbardziej żarliwe uczycie. Autor przedstawia bardzo nostalgiczną opowieść sięgając do czasów i miejsc własnej młodości. Pokazuje jak kruchy może być świat młodych, gdy wokół toczą się burzliwe wydarzenia. Proza Konwickiego jest liryczna i refleksyjna, pełna tęsknoty za dawno minionymi czasami. To prawdziwy slow reading. Nie rzadko opowieść Konwickiego zwalnia, by czytelnika skłonić do zadumy, ale nie każdemu to się spodoba. A zadumać jest się nad czym, bo nad ulotnością młodości i nieuchronnością wydarzeń historycznych, które zawsze niosą zmiany - czasem bardzo drastyczne. Powieść urzeka pięknym językiem, który pobudza zmysły i budzi w czytelniku nostalgię za młodością i młodzieńczą miłością. Ja znalazłam wiele czytelniczej radości w tej lekturze.
Ola - awatar Ola
oceniła na 7 23 dni temu
Sól ziemi Józef Wittlin
Sól ziemi
Józef Wittlin
“Sól ziemi” (1935) Józefa Wittlina to perła polskiej literatury - epicka opowieść o człowieku zagubionym w świecie. Tym człowiekiem jest Piotr Niewiadomski - pół Hucuł, pół Polak, dróżnik na stacyjce Topory-Czernielica, na granicy Galicji i Bukowiny, w 1914 r., gdy wybucha I wojna światowa. Obserwujemy życie prostych ludzi, często nieumiejących czytać, następnie mobilizację Piotra do armii austro-węgierskiej, jego drogę do kadry na Węgrzech oraz stopniowe zagubienie i niezrozumienie świata wojny. Cechą tego obrazu jest mozaika narodowościowa. Mamy tu Czechów, Niemców, Rusinów, Ukraińców, Hucułów, Polaków, Węgrów, Żydów. Tutaj cytat dotyczący Żydów, którego nie powstydziłby się sam Reymont w “Ziemi obiecanej”: “Już na ostatnich stokach Karpat pojawiły się olbrzymie plantacje jakiegoś nieznanego gatunku fasoli. Potem, gdy zaczął się step, fasola znikła. Pół dnia jechali stepem, rozgrzanym od wielkiego słońca (Czy i tu był wczoraj koniec świata? – myślał Piotr) – i nagle znów fasola. Coraz więcej jej przybywało i pięła się na coraz wyższych tyczkach. – Co te Madziary tyle fasoli żrą? – To wino, nie fasola – objaśnił jeden z Żydów. Pisał coś zawzięcie w swoim notesie, kreślił, dodawał, jakby obliczał roczny dochód z tych winnic”, rozdz. VII. Portrety bohaterów drugoplanowych - feldfebla Bachmatiuka (fanatycznego wyznawcy i kapłana wojskowej subordynacji) oraz księdza Makaruchy - przytaczam, żeby utrwalić. Ta napisana stylem poetycko-refleksyjno-dokumentalno-empatycznym powieść przywołuje takie fakty jak śmierć papieża Piusa X czy… obecność niemieckiego Siemensa w czasie wojny - nazwa koncernu pojawia się dwukrotnie. Autor wychyla się nawet w przyszłość: “Piotr Niewiadomski też słyszał coś o tym, że świat ma się skończyć w roku 2000”. Czytając powieść Wittlina, nasunęło mi się skojarzenie z Haszkowym Józefem Szwejkiem (prostaczek wrzucony w tryby wielkiej historii), a jeszcze bardziej z “Wojną” Louisa-Ferdinanda Céline’a. Uważam, że “Sól ziemi” i “Wojna” stanowią akuratny ekwiwalent. Obie stają w obronie prostego człowieka i budują w czytelniku niechęć do wojny. To książka, którą można czytać na wiele sposobów: jako opowieść o bezsensie wojny, o początku agonii pewnej epoki, o zderzeniu wyobrażeń z rzeczywistością, o zagubieniu egzystencjalnym. “ Sól ziemi” to powieść głęboka, poważna i aktualna. Czytajcie, a będziecie ubogaceni! Na koniec jeszcze jedna refleksja. Rok 1915 to czas tzw. bieżeństwa (masowej ewakuacji i przesiedleń, głównie prawosławnych mieszkańców, w głąb Rosji). Czytając “Sól ziemi”, zastanawiałem się, czy może to słowo się pojawi. Jednak nie, nie pojawia się. Wittlin planował napisać trylogię, więc ciekawe, czy gdyby akcję kolejnych części umieścił później, to “bieżeństwo” znalazłoby w nich swoje miejsce. Nie dowiemy się, przecież “Zdrowej śmierci” i “Dziury w niebie” nie ukończył.
A. Misiewicz - awatar A. Misiewicz
ocenił na 8 10 dni temu

Cytaty z książki Kochankowie z Marony

Więcej
Jarosław Iwaszkiewicz Kochankowie z Marony Zobacz więcej
Więcej