http://stonerpolski.pl/numer-2/235-hejt-i-inne-bangery-justyny-kulikowskiej-recenzja.html
„Będzie o brudzie, typie” – mówi podmiotka i zapowiada: pękające serduszka, bezrobocie, papierosy i skręty, skręty i papierosy, hasztagi, hasztagi, wojna. „Natchnieni poeci niech raczej zamilkną wraz z mizoginami” – jak głosi Kira Pietrek w blurbie, Kulikowska nie przeprasza. Podmiotka zebranych w debiutanckim tomie utworów urodzonej w Szczuczynie pisarki również tego nie robi. Bezwstydnie opisuje zabielone speedem blaty, mimochodem wspomina o przemocy domowej i hard porno. „Niech nie pierdolą / że kobiecie nie przystoi”.
Hejt i inne bangery Justyny Kulikowskiej to kolejna pozycja wydana przez Korporację Ha!art w Serii Poetyckiej pod redakcją Mai Staśko. Seria ta „prezentuje wiersze poetów i poetek, które działają. Zabierają głos, zajmują stanowisko, wkurwiają i krzyczą. Są zaangażowane, są zaangażowani: feministycznie, ekologicznie, pracowniczo, antykapitalistycznie. Walczą o lepszy świat”[i]. Kluczowymi cechami Hejtu…są wyrażane przez podmiotkę niepewność życia prekariuszki oraz wynikający z ideowej i emocjonalnej pustki neoliberalnego świata nihilizm.
„Przeczytaliście: Camusa, Bartha, kogoś jeszcze –
nazwiska nie pamiętam. Rozprawialiście
o wyższości Klimta nad kimś jeszcze – nazwiska
nie pamiętam. Nie mam pewności, nie mam
pewności, czy łkaliście na stacji Ełk albo na
jakiejkolwiek
stacji. Ełk i łkanie. Nie mam pewności, czy żyć,
zerżnąć, zmarznąć – pokaleczyło wam usta albo
dłonie. Lepiej się wymilczcie. Lepiej się wymilczmy,
będzie czyściej, będziemy czyści, w chuj”.
(Splendor)
Splendor swoim oskarżycielskim tonem dopełnia prowokacyjny Hejt 0.1 („Będzie o brudzie, typie…”). Ukazuje on fikcję, w jakiej tkwią inteligenci, nieoszpeceni przyziemnością mowy potocznej, niezmartwieni mrozem. Podmiotka nie podziela ich lęku przed pobrudzeniem rąk, choć może jest to kwestia przyzwyczajenia lub przymusu:
„Ta fraza będzie brzydka, tak brzydka jak moja wypłata.
Wiesz, przerzuciłam się na tytoń, bo ekonomiczniej”.
(Dziękuję)
Świat przedstawiony w Hejcie… jest w dużej mierze wirtualny. Nie jest to jednak literatura statusów na fejsie – przywołuje raczej na myśl tumblra, którego młoda kobieta nadal nie potrafi skasować, okazało się bowiem, że dorosłość nie wybawiła z egzystencjalnych kłopotów adolescencji, przyniosła za to zmartwienie sytuacją materialną, przygodny seks i narkotyki, które mają przynieść ukojenie (ale czy to robią? Podmiotka nie odnajduje w nich radości). Internet jawi się jako przestrzeń intymna, prywatna, w której użytkownik uwolniony jest spod jarzma społecznych konwenansów. Trzeba tylko postarać się, by nie pojawił się nikt nieproszony, stąd też powracający w całym tomie motyw usuwania historii przeglądarki:
„Zlizać historię przeglądarki, jak zlizuję słodycz (…).
Zlizać historię przeglądarki, jak zwierzę zlizuje/ę z siebie brud (…)”.
(Liż)
Podmiotka chroni swoją intymność, być może tym bardziej paranoicznie, że nie jest nauczona jej dzielić. Relacje międzyludzkie w Hejcie… to wspólne „obracanie bielą, zamiatanie z blatu bieli” (#_wylogować), „pieprzenie się w rytm techno” (Się), w końcu „zmiana hasła dostępu i wymiana ciał na nowe” (Rotacja), ale również przemoc – niechciane dłonie na pupie (Dziękuję) i nieudane małżeństwo matki:
„Wyobraź sobie fizyczny odpowiednik słowa: rozpacz. Zużytą
i wypłukaną twarz mojej matki (po trzydziestu latach
dostawania wpierdol). Wyobraź sobie fizyczny odpowiednik
słowa: rozpacz. Dłonie ludzi pracujących w fabrykach,
spękane jak skorupa żółwia – wielkiego i starego żółwia,
dźwigającego ten świat. Wyobraź sobie pęknięcie: czekanie
na koniec albo łzę, tak obsesyjnie jak na przelew ze skrilla.
Wyobraź sobie miłość do ręki, która bije, pokorę wobec rąk,
które skąpo karmią. Wyobraź sobie zmęczenie, którego nie
obejmie żadne słowo ani forma”.
(Pętelka)
Wyżej przytoczona proza poetycka jest chyba moim ulubionym utworem Kulikowskiej. W swoim minimalizmie rezygnuje z obecnych wszędzie indziej hasztagów i porównań do memów, odwołuje się za to do empatii odbiorcy, skonfrontowanego z nieopisywalnym. Jeśli realne wygląda właśnie tak, trudno się dziwić ucieczce w świat Internetu, niekończących się afterów i dragów. Łącząc te elementy z przewlekłym lękiem o jutro, wynikłym z braku stabilności ekonomicznej, otrzymujemy mroczny obraz pustki wielkomiejskiego życia.
Podobnie jak Stanisława Majakowskiego w jego recenzji Hejtów i innych bangerów, zastanawia mnie kwestia hasztagów. Majakowski odkopał pierwotną wersję Trybów, w której zabrakło udziwnień żywcem wziętych z instagrama, które nazwał celnie „nazbyt efekciarską próbą zyskania sympatii zbuntowanego czytelnika”[ii]. Nie sposób się z nim nie zgodzić. Internet jest w tej poezji wystarczająco obecny, aby dodatkowo poddawać ją masowej hasztagizacji. Ciekawszym użytym przez Kulikowską zabiegiem jest natomiast – wzorem np. Davida Fostera Wallace’a – stosowanie w tekście przypisów, których treścią są wtrącenia do utworów lub ich kontynuacja.
Tomik zakończony jest tercetem pt. Kurwy, który można czytać jako swoiste podziękowania: „Wszyscy byliście zajebiści, wszyscy byliśmy zajebiści / Mieliście/mieliśmy chłodny dystans, gdy płonęły miasta”. Podmiotce lirycznej nie starcza jednak tej ironii nazbyt długo. Kończące wiersz enigmatyczne zapytanie o zajebistość sugeruje podjęcie refleksji: czy aby na pewno, współtworząc dla siebie ten pełen fałszu świat, byliśmy, byliście – my, wy, kurwy – tacy spoko, tacy fajni?
Cóż, Justyna Kulikowska ma zdecydowanie dobre flow. Kibicuję jej w zbieraniu nagród za ten naprawdę obiecujący debiut!
Opinia
W swoim tomiku Pszoniak opowiada nam historię swojego rodzinnego Bytomia, brudnego, mrocznego i wypełnionego miejskimi legendami na miarę czarnej wołgi. Poezja wyrasta z kopalń, pomników, po prostu, śląskiego miasta. Ze Ślązakami jakoś tak jest, że czują się wyjątkowo związani ze światem, z którego pochodzą i Pszoniak tego stereotypu nie łamie – wręcz przeciwnie – czerpie z niego pełnymi garściami. Czy jednak oprócz miasta jest u Pszoniak coś jeszcze?
Chyba na pewno wisi pomiędzy czymś. Tytuł wskazuje, że między wątpliwością, a pewnością, ale też między ruchem, a stagnacją. Autor chwyta Górny Śląsk w szpony poezji i pokazuje, że zawsze, z każdej strony zostają okruszki ludzi, którzy nie chcą iść w danym kierunku, czego śląskie aglomeracje zdają się być doskonałym przykładem. Pszoniak przedstawia przemijanie, ale nie romantyczne, a namacalne – upadające kopalnie, które przekształcają się w muzea, aby nie zniknąć w zapomnieniu i nie przemienić się w legendę. Wracając do samego tytułu, wydaje się on ciekawy nie tyko ze względu na to wyżej wspomniane zawieszenie, ale też na samą grę słów. Niech pierwszy rzuci kamieniem, ten, który nie powiedział „chyba na pewno”, kiedy chciał w coś wierzyć, mieć jakąś pewność dla siebie i innych, a jednak jedyne co miał to przeczucie, zupełnie niewytłumaczalne i nieuchwytne. Jakby tym tomem Pszoniak chciał złapać obecną sytuację i wpompować ją w wersy, aby móc wskazać rzeczywiste źródło swojego „na pewno”.
W wierszach Pszoniaka czuć moc ziemi, która jest równocześnie metaforyczna (krzyk kamienia z dna, zapadanie się miasta, pod którym drążą kopalnię) i zupełnie realna (pieniądz, który płynie czarną rzeką z kopalni). Czy nie jest tak, że każdy widzi odrobinę magii w górnikach, którzy słysząc ten krzyk, to wołanie i zawodzenie ziemi, schodzą w dół, niżej niż my, zwykli ludzie, możemy to sobie wyobrazić, zmieniając pozornie zwykły kamień w ciepło, prąd i pieniądze? I niech ich święta Barbara ma w opiece, choć dba tylko o nich, a nie całe miasto.
Wiersze wydają się harmonijne, na pierwszy rzut oka niezbyt ciężkie, a jednak wypełnione odwołaniami i inspiracjami tymi, którzy przecierali już szlak przed Pszoniakiem – Białoszewski, Kopyt, a gdzieś nieco dalej Czechowicz, Peiper, Tuwim. Jak jednak nie czerpać z tego nieco dalej, z dwudziestolecia międzywojennego, kiedy tak wyraźnie łączy międzywojniaków i Ślązaków maszyna, pęd, dźwięki postępu wygrzebanego z ziemi (bo skądinąd metal na maszyny i węgiel?). I tutaj znowu mamy dwoistość, z jednej strony Pszoniak, który idzie po swoje wydeptanym poetyckim tunelem, a drugiej jest Górny Śląsk, który chcąc nie chcąc warszawieje.
Właśnie w niuansach ukazuje się talent Pszoniaka, który pokazuje świat dwojaki, ale nie wprost – każe nam się go doszukiwać.
Śląsk u Pszoniaka pachnie dymem, jest brudny, szaro-czarny, przemija, zmienia się, zniekształca nie bacząc na swoich mieszkańców, ale czy nie jest tak, że cały świat teraz tak wygląda? W ten świat wdziera się strach przed nieuniknioną zmianą, która z każdą zapowiedzią ma przynieść klęskę, a jednak wciąż istniejemy, palimy papierosy i węgiel, a świat jakoś się nami nie przejmuje.
W swoim tomiku Pszoniak opowiada nam historię swojego rodzinnego Bytomia, brudnego, mrocznego i wypełnionego miejskimi legendami na miarę czarnej wołgi. Poezja wyrasta z kopalń, pomników, po prostu, śląskiego miasta. Ze Ślązakami jakoś tak jest, że czują się wyjątkowo związani ze światem, z którego pochodzą i Pszoniak tego stereotypu nie łamie – wręcz przeciwnie – czerpie z...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to