Opowiadania, t. 1

Okładka książki Opowiadania, t. 1 autora William Faulkner,
Okładka książki Opowiadania, t. 1
William Faulkner Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy literatura piękna
400 str. 6 godz. 40 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Collected Stories
Data wydania:
1967-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1967-01-01
Liczba stron:
400
Czas czytania
6 godz. 40 min.
Język:
polski
Tłumacz:
Jan Zakrzewski, Zofia Kierszys
Średnia ocen

6,5 6,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Opowiadania, t. 1 w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Opowiadania, t. 1

Średnia ocen
6,5 / 10
45 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Opowiadania, t. 1

Sortuj:
avatar
693
153

Na półkach:

William Faulkner przedstawia nam - na pozór - spokojne życie amerykańskiego południa (w tym wyimaginowanym hrabstwie Yoknapatawpha). Jednak pod zasłoną codziennej rutyny kryję przepełniona skrajnymi emocjami historia - w niektórych wersjach mogłoby się wydawać bez początku i końca. Najważniejsze jest właśnie to co myślą i JAK POSTRZEGAJĄ ówczesny świat bohaterowie. Większość książki jest opisywana jakby z punktu widzenia określonej osoby (to jest strumień świadomości bodajże) która relacjonuje wydarzenia w czasie przeszłym bądź teraźniejszym. Może się wydawać - nuda, jednak moim zdaniem to nadaje całym historią takiej niesamowitej realności, że czułem się jakby druga osoba siedziała obok mnie i opowiadała mi całą historię prosto w oczy. Czasem wydawać się może, że autor się powtarza albo coś w tym stylu, jednak dla mnie był to dyskretny sposób budowania napięcia, bo za każdym razem leciutko odsłaniał część historii ale w taki sposób, że nie wszystko było wyłożone na tacy - nie ma mowy o czytaniu z "otwartych kart" - czytelnik ma za zadanie wywnioskować co się w ogóle dzieje z dialogów - dla mnie takie podejście to ogromny plus i lekki powiew świeżości w mojej czytelniczej przygodzie

Wracając do treści - mamy tutaj historię z bardzo szerokiego spektrum; poczynając od historyjek z białymi w roli głównej (no tak, ogólnie rzecz biorąc te opowiadania - przynajmniej dla mnie - aż zioną rasizmem, jeśli tak miało wyglądać południe stanów zjednoczonych to nie zazdroszczę),murzynami i kończąc na indianach. Autor postarał się żeby każdej grupie nadać RÓŻNORODNY styl i czasem po prostu czytając wypowiedzi można się domyślić kto jest kim.

Dla mnie lekkim wstrząsem jeśli mogę to tak powiedzieć było przedstawienie jak w zwykłym życiu (wiem powtarzam się ale cała książka jest przesączona historiami o małych ludziach) ludzie próbują kombinować, jaka nienawiść w nich żyje itp. - nie mam zamiaru streszczać utwory bo przecież w opinii nie o to chodzi ale to okrucieństwo które czai się w szarym życiu a niekoniecznie w wielkich wojnach jest po prostu przytłaczające

Podsumowując - polecam. Chociaż jak to w wypadku opowiadań niektóre są lepsze a niektóre gorze. Oraz niektóry są poprowadzone mimo wszystko w bardzo dziwny sposób, może byłem "zamulony" albo coś - zwyczajnie ciężko mi się w dwóch czy trzech historyjkach połapać o co biega.

William Faulkner przedstawia nam - na pozór - spokojne życie amerykańskiego południa (w tym wyimaginowanym hrabstwie Yoknapatawpha). Jednak pod zasłoną codziennej rutyny kryję przepełniona skrajnymi emocjami historia - w niektórych wersjach mogłoby się wydawać bez początku i końca. Najważniejsze jest właśnie to co myślą i JAK POSTRZEGAJĄ ówczesny świat bohaterowie....

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

136 użytkowników ma tytuł Opowiadania, t. 1 na półkach głównych
  • 73
  • 61
  • 2
47 użytkowników ma tytuł Opowiadania, t. 1 na półkach dodatkowych
  • 30
  • 5
  • 3
  • 3
  • 3
  • 2
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki Sztuka powieści. Antologia wywiadów I z „The Paris Review”. Wywiady z pisarzami Julian Barnes, Saul Bellow, Jorge Luis Borges, Julio Cortázar, Don DeLillo, William Faulkner, Jonathan Franzen, Max Frisch, Gabriel García Márquez, Ernest Hemingway, Michel Houellebecq, Aldous Huxley, Javier Marías, Vladimir Nabokov
Ocena 7,2
Sztuka powieści. Antologia wywiadów I z „The Paris Review”. Wywiady z pisarzami Julian Barnes, Saul Bellow, Jorge Luis Borges, Julio Cortázar, Don DeLillo, William Faulkner, Jonathan Franzen, Max Frisch, Gabriel García Márquez, Ernest Hemingway, Michel Houellebecq, Aldous Huxley, Javier Marías, Vladimir Nabokov
William Faulkner
William Faulkner
Amerykański powieściopisarz, autor opowiadań i poeta. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w 1949. Życie Faulknera związane było z amerykańskim Południem, a bogata twórczość pisarza była literacką rekonstrukcją jego dziejów od czasów wojny secesyjnej po współczesność. Jego rodzicami byli Murry Cuthbert i Maud Butler Falknerowie. Pochodzili oni z rodzin niegdyś zamożnych, ale poważnie zubożonych przez wojnę domową. Był najstarszym z czterech synów. Pradziadkiem pisarza był wojskowy i literat William Clark Falkner. Szkołę średnią opuścił bez dyplomu. Krótko służył w Royal Canadian Air Force. Wcześniej został odrzucony przez amerykańską komisję werbunkową jako zbyt lekki i niski (miał 5 stóp i 5 cali wzrostu, czyli 165 cm). W drodze wyjątku został przyjęty na University of Mississippi, ale odszedł z uczelni po trzech zaledwie semestrach. Na studiach wstąpił do bractwa Sigma Alpha Epsilon. Wybrał drogę niezależnego pisarza. Jego żoną była od 1929 Estelle Oldham, przyjaciółka z dzieciństwa. Mieli córkę Jill. Zmarł na atak serca w wieku 64 lat. Twórczość Faulknera uchodzi za stawiającą czytelnikowi wysokie wymagania. Jest on uznawany za jednego z najważniejszych amerykańskich pisarzy. Utwory Amerykanina, o sporej głębi emocjonalnej i często dotyczące konfliktów psychologicznych, cechują się długimi zdaniami i wyszukanym tokiem narracji – w przeciwieństwie do dzieł długoletniego rywala Faulknera, Ernesta Hemingwaya, znanego z oszczędnego w wyrazie, wręcz minimalistycznego stylu. Niektórzy uznają Faulknera za jedynego prawdziwego amerykańskiego reprezentanta prozy modernistycznej lat 30., stawiając go w jednym szeregu z Jamesem Joyce'em, Virginią Woolf i Marcelem Proustem. Zwie się Faulknera współczesnym Dostojewskim, głównie z uwagi na powieść Wściekłość i wrzask (The Sound and the Fury, 1929),w której, jak pisze Bieńkowski, Faulkner "zszedł do piekła patologii i ukazał współczesny świat w całym chaosie, w całym wrzasku, w całej wściekłości". Faulkner w swoich utworach stosował technikę znaną pod nazwą strumienia świadomości, liczne retrospekcje, a także wykorzystywał kilku narratorów jednocześnie. Akcja wielu jego utworów rozgrywa się w fikcyjnym hrabstwie Yoknapatawpha, będącym synekdochą (pars pro toto) amerykańskiego Południa. Na początku kariery pisarskiej Faulkner pisał także wiersze i tłumaczył lirykę Paula Verlaine’a.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Manhattan Transfer John Dos Passos
Manhattan Transfer
John Dos Passos
„Manhattan Transfer” to książka, którą albo się polubi, bez trudu dając się porwać poszarpanej narracji i mnogości wątków oraz bohaterów, albo taka, którą odrzuci się z ulgą po przeczytaniu ostatniej strony. Sam zaliczam się raczej do tej drugiej grupy – Dos Passos zmęczył mnie okrutnie, z trudem sklecam teraz te linijki, by oddać swoje wrażenia. Sięgnąłem po „Manhattan” jako książkę o mieście. I początkowo trafiłem na znany literacko schemat opowieści jak w „Billy Bathgate” czy fenomenalnej powieści „Ragtime” (obie autorstwa Edgara Laurence’a Doctorowa) – jedyny w swoim rodzaju klimat Nowego Yorku z lat dwudziestych, szemrane interesy, prohibicja, muzyka, spelunki, szerokie ulice i świat mieszkańców szalonego, wciąż rosnącego, puchnącego miasta. I gdyby całość była spójna, sadzę, że mielibyśmy do czynienia z dziełem porównywalnym z książkami Doctorowa, tymczasem Dos Passos przedłożył formalno-literacki eksperyment nad fabułę i tak kompozycja zabiła opowieść. Trudno mi nawet powiedzieć, kogo można zaliczyć do głównych bohaterów powieści – wielu pojawia na chwilę, na stronę, dwie, ich wątki urywają się, by wyskoczyć znienacka w innym czasie i miejscu, co sprawia, że trudno za nimi podążać i przejmować się ich losami (a los doświadcza ich na wszelkie możliwe sposoby). Miasto jako jedyne pozostaje na pierwszym planie, a jednocześnie wciąż faluje zmianami i jest niestałe w uczuciach. Trochę to tak, jakbyśmy lecieli dwupłatowcem i przyglądali się mieszkańcom z wysoka: co zobaczymy, to nasze, reszta to migawka, rzut oka, jedno spojrzenie. Wypełnione dźwiękami miasto-potwór, a gdzieś pośrodku jego zgiełku mrowią się bohaterowie – aktorka, dziennikarz, adwokat oraz ich kochanki, kochankowie, wciąż zmieniający się tak samo jak szybko zmienia się metropolia, w której przyszło im żyć. I gdyby tak patrzeć na powieść, być może odebrałbym ją inaczej (musi istnieć trop, który prowadzi od punktu A do Z). Tu wszystko co powinno być constans, zostało pocięte, poprzerywane. Nie wynika to jednak z nadmiaru tematów (Dos Passos miejski nastrój oddaje wyśmienicie),lecz przyjętej formy pędzących przez kolejne stacje wagoników metra. Dla mnie za szybko. Ktoś powie, że to powieść modernistyczna i że wybrzydzam. Może mieć rację (naprawdę nie znoszę książkowych klasyfikacji!) i choć lubię literackie eksperymenta, ten okazał się dla mnie niewybuchem, mimo że „Manhattan transfer” to klasyka literatury.
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na62 dni temu
Niepokonane William Faulkner
Niepokonane
William Faulkner
„Niepokonane” Williama Faulknera to powieść o dorastaniu w świecie, który sam nie dorósł. Opowiada o Południu, które przegrało wojnę, ale zyskało coś znacznie groźniejszego: przekonanie, że klęska może stać się fundamentem tożsamości. Historia rodziny Sartorisów staje się pretekstem do zgłębienia mitów, które okazują się trwalsze niż domy, armie i państwa. Faulkner prowadzi narrację przez czas wojny secesyjnej i Rekonstrukcji, nie jako kronikarz, lecz jako badacz pamięci. Wydarzenia historyczne nie są tu jedynie sekwencją faktów, lecz procesem pęknięcia — świata, zasad, wyobrażeń o honorze, męskości i rasie. Bayard Sartoris, narrator powieści, dorasta na oczach czytelnika: od nastolatka, który traktuje wojnę jak przygodę, do młodego mężczyzny, który dostrzega, że najtrudniejsze wybory nie mają w sobie nic z heroicznego gestu.Równolegle dojrzewa Ringo — czarny, zniewolony bohater. Ich zawoalowana relacja należy do najbardziej przejmujących i niewygodnych w całej twórczości Faulknera. Zaczynają jako równi sobie w dziecięcej wyobraźni, sprycie i odwadze, lecz z czasem porządek rasowy Południa wdziera się między nich systemowo. Bayard nie staje się okrutny ani świadomie dominujący, po prostu coraz częściej to on podejmuje decyzje. Faulkner ukazuje, że nierówność nie zawsze rodzi się z wrogości; bywa produktem świata, który działa sam, bez potrzeby złej intencji. Postać ojca Bayarda, pułkownika Johna, początkowo funkcjonuje jak figura legendarna. To bohater Konfederacji, ucieleśnienie odwagi i niezłomności. Z biegiem czasu ten obraz ulega erozji. Syn zaczyna dostrzegać porywczość, skłonność do odwetu oraz moralną krótkowzroczność rodzica. Dorastanie nie polega tu na odrzuceniu ojca, lecz na pogodzeniu się z jego sprzecznościami. Autor nie uniewinnia Sartorisa, ale też go nie potępia. Interesuje go raczej mechanizm, w którym prywatna legenda zaczyna usprawiedliwiać publiczne zło.Epizodyczna konstrukcja tj. siedem opowiadań układających się w całość, wzmacnia ten efekt. Wczesne historie, opowiadane z perspektywy latorośli, filtrują działania zbrojne przez romantyczną mgłę. Dopiero stopniowo, wraz z wzrastaniem do samodzielności narratora, ujawnia się pełny ciężar rzeczywistości: grabież, rasizm, chaos Rekonstrukcji, cynizm nowych porządków. Rozwój świadomości jednostki odbywa się równolegle z demontażem mitu Starego Południa.Jednak prawdziwe centrum moralne „Niepokonanych” znajduje się nie w męskich pojedynkach, lecz w postaciach kobiecych. Rosa, Babcia Sartoris — pozornie uwięziona w konwenansach, okazuje się postacią najbardziej radykalną. Jest strategiem, oszustką,filantropką, kobietą czynu. Kradnie muły Jankesom, sprzedaje je z powrotem, a pieniądze rozdaje biednym, nie pytając o kolor skóry. Jej śmierć stanowi moment graniczny: kończy się dziecięca naiwność Bayarda, a vendetta której się dopuszcza, nie przynosi ukojenia, lecz wiedzę, że brutalność nie zamyka żadnych rachunków. Drusilla to z kolei postać tragiczna. Odrzuca rolę południowej damy, wybiera życie żołnierza, gniew, działanie. Jej bunt jest cielesny i otwarty, dlatego musi zostać złamany. Co ciekawe, normy płciowe okazują się trwalsze niż wojna. Drusilla zostaje wtłoczona w małżeństwo, w suknie, które tłumią jej energię i sens istnienia. Faulkner opisuje ten upadek bez patosu: jako powolne wypalenie, bardziej okrutne niż śmierć na polu bitwy. Kulminacją powieści jest „Zapach werbeny” — opowiadanie, w którym Bayard odrzuca logikę odwetu. Oczekuje się od niego, że pomści ojca. On jednak wybiera inną formę siły: staje twarzą w twarz z mordercą bez broni. To moment, w którym Faulkner dokonuje radykalnego przewartościowania pojęcia męskości. Dojrzałość nie polega już na podtrzymywaniu tradycji krwi, lecz na jej przerwaniu. Ostatecznie to kobiety uczą Bayarda najważniejszej lekcji. Rosa, która nie uznaje klęski jako argumentu moralnego. Drusilla, której wojna daje efemeryczną wolność, by następnie odebrać ją w imię porządku społecznego. I Jenny, cicha, stanowcza, pozbawiona złudzeń, która jako jedyna wypowiada na głos to, czego Południe nie chce usłyszeć: że dziedziczenie przemocy nie jest honorem, lecz chorobą pamięci. To one są naprawdę „niepokonane”, bo nie pozwalają, by historia odebrała im zdolność myślenia i elementarnego współczucia. Decyzja Bayarda nie jest gestem słabości, lecz najtrudniejszą formą odwagi. Oznacza odrzucenie całego dziedzictwa, które go ukształtowało (nazwiska, mitu, rodzinnej legendy). Faulkner peroruje, że dorosłość polega na zdolności powiedzenia „dość” światu, który domaga się kolejnego strzału.„Niepokonani” nie są więc opowieścią o zwycięstwie ani nawet o przetrwaniu. To opowieść o ludziach, którzy nie potrafią przestać żyć pokłosiem działań zbrojnych, i o jednym, który w końcu decyduje się przerwać przekaz transgeneracyjny. Zapach werbeny, delikatny i uporczywy, nie symbolizuje triumfu, lecz pamięć bez nienawiści. I to właśnie ona okazuje się u Faulknera jedyną możliwą formą ocalenia.
Efemerycznoscchwil - awatar Efemerycznoscchwil
ocenił na82 miesiące temu
Sartoris William Faulkner
Sartoris
William Faulkner
🦅🚗 Ród jak pomnik: duma stoi, człowiek pęka 🚗🦅 🎭 Gatunek: saga/obyczaj + powojenna rana + „stary Południowy etos” w zderzeniu z nowoczesnością
 🌡️ Nastrój: elegancka melancholia, lekka dekadencja, dużo obyczaju i społecznych rytuałów (czasem aż „za grzecznie”)
 🎧 Tryb czytania: rozdziałami – to bardziej ciąg scen i napięć niż jedna „akcja jak strzał”
 ⭐ Ocena ode mnie: 6/10 — ciekawe jako prolog rodu i świata Yoknapatawphy, ale mnie nie porwało jak „mocniejsze” Faulknerowskie uderzenia 🧠 Sedno – o czym to jest 🧠
 To jest książka o dziedziczeniu: nie majątku, nie nazwiska, tylko temperamentu i klątwy stylu życia.
Faulkner pokazuje ród Sartorisów jak mechanizm samonakręcający się: honor, duma, gest, ryzyko – a pod spodem zwykła ludzka kruchość. I to właśnie boli najbardziej, bo tu nikt nie jest tylko „arystokratą” ani tylko „wrakiem”. Tu każdy jest trochę jednym i drugim. 🧷 Sedno fabuły (bez spoilerów) 🧷
 Po wielkiej wojnie (i po wcześniejszych wojnach, które ten ród ma we krwi) wracamy do Jefferson i okolic — do świata, gdzie legendy rodzinne są żywsze niż ludzie. W centrum są trzy siły:
 🔹 stary porządek: dom, ziemia, rytuały, pamięć, reputacja
 🔹 nowoczesność: auta, prędkość, technika, zmiana obyczajów
 🔹 powojenna rana: to, co człowiek przywozi z wojny, nawet jeśli milczy —
A w środku tego wszystkiego: rodzina i miasteczko, które patrzą, komentują, szepczą — i próbują „utrzymać formę”, kiedy forma dawno pęka. 🎭 Postacie – kto tu niesie ciężar 🎭
 🧓 stary Bayard: uparty jak głaz, żyjący w swoim rytmie i w swojej ciszy (czasem dosłownie),człowiek-instytucja
 🗡️ Miss Jenny: jedna z najlepszych „ciętych” postaci — język jak szpila, serce schowane głęboko. Potrafi zgasić patos jedną linijką
 🏎️ młody Bayard: energia po wojnie, która nie umie się zatrzymać. To nie „bunt” – raczej próba przegazowania bólu
 🌫️ Narcissa i Horace: spokojniejsza oś – bardziej „ludzka codzienność” niż legenda rodu, dzięki nim ta historia oddycha obyczajem
 🐴 świat służby/domowników (Simon, Elnora, Isom): ważny, bo Faulkner pokazuje, jak „mit rodu” działa także na tych, którzy ten ród obsługują i znoszą ✅ Co działa (u mnie) ✅
 🪵 Klimat miejsca – werandy, cmentarz, miasteczko, rytm dnia: to ma w sobie gęstość pamięci
 🧨 Napięcie między legendą a człowiekiem – heroizm bywa tu autodestrukcją w ładnym garniturze
 🗣️ Dialogi i złośliwe obserwacje – zwłaszcza Miss Jenny: błysk i ironia, która nie jest kabaretem, tylko sposobem przetrwania ⚠️ Czemu 6/10 ⚠️
 🐢 Bardziej „obyczaj” niż trzęsienie ziemi: dużo scen, rozmów, napięć społecznych – mniej bezlitosnej intensywności, którą pamięta się latami
 🧱 Momentami czułem „pierwszy tom”: świat jest kapitalny, ale nie wszystko ma jeszcze siłę rażenia (jakby Faulkner dopiero ostrzył pazur)
 🎩 Dekadencja bywa tu bardziej elegancka niż mroczna – a ja lubię, kiedy Faulkner bardziej „dokręca śrubę” 🧠 Motywy, które zostają 🧠
 ⏳ czas jako przeciwnik: ród próbuje zatrzymać dawny sens życia, ale świat już jedzie dalej
 🏛️ pomnik vs. człowiek: legenda rodzinna potrafi zabić delikatniej niż kula — przez oczekiwanie, rolę, przymus bycia „kimś”
 🏎️ prędkość jako ucieczka: nowoczesność nie jest tu „postępem” – bywa narkotykiem 🧷 Wytrych pamięci 🧷
 🔥 Zimne cygaro / powtarzalne gesty / dom, który pamięta — tu przedmioty i rytuały robią za „echo rodu”. Czujesz, że pamięć wisi w powietrzu jak zapach stajni i dym. 🎯 Dla kogo / nie dla kogo 🎯
 ✅ Jeśli chcesz wejść w Yoknapatawphę od strony rodu, obyczaju, miasteczka i „mitu Południa” — warto
✅ Jeśli lubisz literaturę o tym, jak wojna wraca do domu (nawet kiedy się o niej nie mówi)
 ❌ Jeśli oczekujesz Faulknera w trybie „rozrywa wnętrzności i zostawia zdanie jak gwóźdź” — tu może być za miękko 🪶 Domknięcie – subiektywnie 🪶
 „Sartoris” czytam jako Faulknera bardziej obyczajowego, jeszcze nie tak bezlitośnie „skondensowanego” jak w późniejszych rzeczach. Dla mnie: wartościowe tło i portret świata, ale bez tej siły, która każe wracać.
Za to jako pomost do kolejnych książek — jak najbardziej. 🧩 Clue 🧩 „Pomnik stoi. W środku — rysa, która prowadzi całe życie.”
Endryou Poczopko - awatar Endryou Poczopko
ocenił na62 miesiące temu
Mefisto Klaus Mann
Mefisto
Klaus Mann
„Niech sobie stoi, ten wielki człowiek, pośrodku swego w najwyższym stopniu podejrzanego Olimpu. Któż się tam dookoła tłoczy? A to dopiero piękne zgromadzenie bogów! Urocza grupa groteskowych i niebezpiecznych typów, przed którymi opuszczony przez Boga lud wije się w delirium uwielbienia. Ukochany fuhrer skrzyżował ramiona, schylił złośliwe czoło, a jego ślepy, okrutny otępiały wzrok biegnie ponad tłumami, które klęcząc z jego stóp, szepczą pacierze. (…) Któż to taki? Aktor? Wiadomo, że wielcy panowie mają słabość do komediantów. Stąpa skromnie, ale stanowczymi krokami ku przednim szeregom. Musicie przyznać: nieźle wygląda w tym towarzystwie, ma taką samą fałszywa godność, taką samą histeryczną energię, taki sam bije z niego próżny cynizm i tania demoniczność.” (s. 238.) Klaus Mann, Mefisto, przekł. J. Dmochowska, PIW, Warszawa 1983. Przed lekturą tekstu, warto wiedzieć: Klaus Mann: • najstarszy syn Tomasza Manna; • opuścił Niemcy w 1933 r. po dojściu Hitlera do władzy; • na emigracji walczył z faszyzmem (głównie atakował Trzecią Rzeszę). Klaus Mann: • autor powieści Mefisto - powieści z kluczem, napisanej w 2-3 roku emigracji, wyd. w 1936 r.; • chciał napisać powieść społeczną, jak przeczytamy w Posłowiu M. Wydmucha (Warszawa 1982),wyszła ostra krytyka reżimu (autor znał ludzi mających bliskie kontakty z dostojnikami Trzeciej Rzeszy); • powieść zyskała szybki rozgłos (pod zmienionymi nazwiskami kryli się ludzie znani autorowi); • główny bohater utożsamiany z Gustafem Grundgensem (pełnił m. in. funkcję intendenta Preussische Staatstheater w Berlinie, placówki podlegającej Goringowi. To na co zwracał uwagę sam autor, to fakt, że powieść nie jest tylko o jednym konkretnym człowieku (Hofgenie),ale odsłania problem natury moralnej. Z pozoru służąc sztuce, artysta służy władzy. Przykłady takich karier widziała Trzecia Rzesza, widziały kraje w czasach zniewolenia. W powieści K. Manna: ważny jest bohater, ważny jest kontekst, ważna jest narracja. Nawet bez klucza trafia do Czytelnika! 10/10 *w 1981 r. powstał film Istvana Szabo „Mefisto” , z wyjątkową rolą Klausa Marii Brandauera, film nagrodzony w Cannes, zdobył też Oskara za najlepszy film nieanglojęzyczny; ** w filmie (polski akcent) zagrała Krystyna Janda.
zoe - awatar zoe
ocenił na101 rok temu
Molloy Samuel Beckett
Molloy
Samuel Beckett
Samuel Beckett, nieustępliwy demaskator języka i tożsamości, w "Molloyu" odsłania przed nami labirynt ludzkiego istnienia, jakiego literatura rzadko się ima. Powieść ta, będąca pierwszą częścią jego słynnej trylogii, stanowi swoisty punkt zerowy literatury nowoczesnej, miejsce, gdzie język zaczyna się załamywać pod ciężarem własnych ograniczeń, a człowiek — jako figura, jako podmiot — rozpada się na fragmenty. Beckett nie interesuje się fabułą w tradycyjnym sensie; raczej z precyzją chirurga rozbiera ją na czynniki pierwsze, pokazując, że to, co wydaje się być opowieścią, jest w istocie spazmatycznym skowytem świadomości, próbą uchwycenia sensu tam, gdzie sens już dawno umarł. Molloy, którego imię samo w sobie brzmi jak echo, jak zanikający dźwięk, jest postacią, której istnienie oscyluje między obecnością a nieobecnością. Przebywa w pokoju u matki — a może raczej: jego ciało spoczywa w pokoju, podczas gdy jego świadomość miota się w przestrzeniach wewnętrznych, których żaden współrzędny system nie zdoła opisać. Narracja nieustannie się zapętla, a język, zamiast być narzędziem wyjaśniania, staje się narzędziem zaciemniania. Molloy próbuje dojść do matki — czy może do centrum siebie samego — lecz każda próba ruchu, fizycznego lub myślowego, kończy się w martwym punkcie. W tej pozornej stagnacji jednak Beckett ukazuje prawdziwe dramaty świadomości: niezdolność do komunikacji, rozpadającą się pamięć, przemoc samego istnienia. Beckett nie oferuje nam opowieści, lecz monolog. A może raczej — szereg monologicznych porywów, które nie układają się w liniowy dyskurs, lecz dryfują w strumieniu języka, który sam siebie podważa. Molloy mówi, aby mówić, mówi, aby istnieć, lecz jego słowa coraz mniej znaczą, coraz bardziej obnażają pustkę, która rośnie wraz z każdą próbą nazwania rzeczywistości. Słowo u Becketta nie jest już gwarantem sensu, ale ruchem ku jego nieobecności. W tym sensie "Molloy" jest powieścią, która ukazuje katastrofę języka — i właśnie w tej katastrofie odnajduje swoją głębię. Druga część powieści, w której głos zabiera Moran, pozornie oferuje większą klarowność: oto mamy narrację przypominającą sprawozdanie, relację z misji, której celem jest odnalezienie tajemniczego Molloya. Lecz z każdą stroną również i ta opowieść zaczyna się rozpadać. Moran, początkowo surowy i logiczny, powoli popada w fizyczną i psychiczną ruinę. Jego podróż przypomina groteskową wersję podróży bohatera — tyle że tutaj nie ma celu, nie ma katharsis, nie ma powrotu. Istnieje jedynie postępujący rozpad, który demaskuje złudność porządku i racjonalności. W tym kontraście — między pozorną strukturą a rzeczywistym chaosem — Beckett ukazuje, że każda próba uchwycenia świata za pomocą języka jest skazana na fiasko. Nie dlatego, że język jest zły, lecz dlatego, że świat nie ma już formy, którą dałoby się opisać. Beckettowska ironia nie jest złośliwa, lecz egzystencjalna. Molloy i Moran to nie tyle dwie postacie, co dwie emanacje tej samej świadomości. Ich losy nie są symetryczne, lecz spiralne: jeden zdaje się wyłaniać z drugiego, jakby byli dwiema fazami tej samej dekonstrukcji. W tym sensie "Molloy" nie jest powieścią o kimś ani o czymś, lecz powieścią o trwaniu — o tym, jak trwać, gdy wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Trwanie to u Becketta nie jest jednak heroiczne. Nie ma w nim patosu. Jest raczej rodzajem milczącego oporu, uporu, który wyraża się w samym akcie pisania, mówienia, oddychania. Molloy, który ssie kamienie według skomplikowanego algorytmu, jest figurą tego absurdu: nie wiadomo, po co to robi, ani czy w ogóle to robi, lecz fakt, że coś robi, staje się jego ostatnim śladem człowieczeństwa. To, co szczególnie fascynujące, to sposób, w jaki Beckett gra z oczekiwaniami czytelnika. W świecie Molloya nie ma logiki, przyczynowości, nie ma czasu w tradycyjnym sensie. Jest za to język, który trwa, który się snuje, który jednocześnie tworzy i niszczy. Beckett, jak nikt inny, potrafi ukazać język jako strukturę niestabilną, nękaną przez własną nieadekwatność. Molloy mówi, lecz sam nie wierzy w to, co mówi. A jednak mówi. I to właśnie ten paradoks — potrzeba mówienia w świecie, w którym nie ma już nic do powiedzenia — czyni z Becketta jednego z największych pisarzy XX wieku. Forma "Molloya" jest równie radykalna jak jego treść. Długie, meandrujące zdania, brak klasycznego podziału na rozdziały, brak dramatycznych punktów zwrotnych — to wszystko służy jednemu celowi: rozbiciu czytelniczych przyzwyczajeń. Beckett nie pozwala na łatwe utożsamienie się z bohaterem, nie oferuje pocieszenia ani rozwiązania. Zamiast tego proponuje doświadczenie literackie graniczące z metafizycznym: czytelnik zostaje wciągnięty w proces, który nie ma końca, tak jak nie ma końca samotność świadomości zamkniętej w sobie samej. A jednak, mimo całej tej surowości i radykalizmu, "Molloy" nie jest powieścią pesymistyczną. Jest to raczej tekst głęboko afirmatywny, choć na poziomie innym niż przywykliśmy to rozumieć. Afirmacja ta nie dotyczy świata, który można zrozumieć, lecz samego aktu pisania, trwania, bycia w języku. Beckett nie mówi: oto sens — mówi: oto trwanie mimo braku sensu. I to trwanie, ciche, kruche, a jednak uporczywe, staje się najgłębszym wyrazem człowieczeństwa. Molloy i Moran nie są bohaterami w klasycznym sensie. Są figurami naszej kondycji: zagubione, rozdarte, a jednak trwające. Czytanie "Molloya" to doświadczenie graniczne. Wymaga cierpliwości, wymaga pokory, ale też otwartości na literaturę, która nie tyle opowiada, co doświadcza. Beckett nie interesuje się opowieścią, lecz warunkami jej możliwości. Jego pisarstwo to nieustanne zadawanie pytań o to, czym jest podmiot, czym jest język, czym jest istnienie. W tym sensie "Molloy" to nie tylko powieść, ale też traktat ontologiczny i epistemologiczny, zapis świadomości, która próbuje uchwycić siebie samą, choć wie, że to niemożliwe. Literatura Becketta nie zna kompromisów. "Molloy" jest tego najlepszym przykładem: surowa, bezlitosna, ale jednocześnie przejmująco ludzka. W świecie, który utracił sens, Beckett odnajduje coś innego — może nie sens, lecz rytm, może nie prawdę, lecz trwanie. I to wystarcza. Bo jeśli istnieje jakiś ratunek, jakaś forma zbawienia, to nie w wielkich narracjach, lecz w małych gestach: w słowie, które się wymawia, choć nie ma już nadziei, że zostanie zrozumiane. Dlatego "Molloy" nie tylko zasługuje na uwagę, ale wymaga jej. To nie jest książka do połknięcia jednym tchem. To książka, która domaga się, by ją czytać uważnie, powoli, z szacunkiem dla każdej pauzy, dla każdego zawahania. Bo właśnie w tych zawahaniach, w tych zatrzymaniach, w tych niedopowiedzeniach kryje się prawda, której nie sposób wypowiedzieć wprost. Beckett wiedział, że język jest zawodny — ale też wiedział, że nie mamy niczego poza nim. I dlatego pisał. I dlatego czytamy.
Bratyslawski - awatar Bratyslawski
ocenił na108 miesięcy temu
Most San Luis Rey Thornton Wilder
Most San Luis Rey
Thornton Wilder
„Nad zbiegami okoliczności można by się zdumiewać na sto różnych sposobów” – czytamy w tej znakomitej opowieści poświęconej odwiecznemu pytaniu ”Co jest prawdą?”, wraz z pomocniczymi: „Skąd możemy się jej dowiedzieć?” oraz „Skąd czerpać empatię?”. Niby to o niczym. Ot, gdzieś w Ameryce Płd. w 18. wieku zawalił się wiszący most, parę osób zginęło, a pewien franciszkanin próbuje dociec, co z tego wynika. Odpowiedź brzmi: wszystko - cały sens czy też bezsens ludzkiej egzystencji. I jasne się staje, że tę pięć postaci łączy nie tylko nagła śmierć. Co rzadkie, tam i wtedy, świetnie nakreślone są postacie kobiece. A ponadto: jak to jest napisane...!!! Nie dziwota, że Sandor Marai zachwycił się tym małym arcydziełkiem. Można nawet na siłę doszukiwać się tu pewnych podobieństw a może też i inspiracji… W każdym razie Pulitzer z 1928 r. był nieprzypadkowy - wtedy ceniono nieoczywiste, pozornie nieskomplikowane opowieści. „Brat Juniper wykrył, że najmniej można się dowiedzieć od ludzi najbardziej związanych z przedmiotem badań. (…) Ci, którzy wiedzieli najwięcej, powiedzieli najmniej” – ta pełna rezygnacji konstatacja potwierdza, że „the Truth is out there”. Czy jest w tym kontekście przypadkiem, że na koniec biedny franciszkanin stwierdza: ”Przepaść między wiarą i faktami jest większa niż się na ogół przypuszcza”. Czy możemy się zatem dziwić, że tworzona przezeń Księga, która miała opisać „jak było”, trafia na Indeks Ksiąg Zakazanych, a jej autor....? Cóż, ponosi taki los, jaki podobno sam Pan Buk zalecił swym ziemskim funkcjonariuszom (choć zarazem żadna to antyklerykalna agitka). I tylko zapewnienie o niezrywalnym moście, którym jest – czy też: może być, aby nie wpadać w pewien "harlequinizm" - Miłość, daje na koniec nadzieję… Kilka cytatów: …Albo żyjemy z przypadku i umieramy z przypadku, albo żyjemy według planu i umieramy według planu… ...Niektórzy mówią, że nigdy nie będziemy wiedzieć i że dla bogów jesteśmy jak muchy, które chłopcy zabijają w dzień letni, a inni mówią przeciwnie, że nawet najmniejszy wróbel nie zgubi jednego piórka bez woli Boga... …Widziała, że ludzie tego świata chodzą w zbroi egoizmu, pijani samouwielbieniem, spragnieni komplementów, mało słysząc z tego, co się do nich mówi, niewzruszeni wypadkami, które spotykają ich najbliższych przyjaciół, w strachu przed wszelkimi apelami, które wymagałyby od nich jakichś ofiar…. …Styl to jedynie godne pogardy naczynie, w którym gorzki napój podaje się światu... …Przeorysza należała do tych osób, które marnują życie, ponieważ zapłonęły miłością do jakiejś idei na kilka stuleci przed jej właściwym pojawieniem się w określonym momencie historii cywilizacji. Matka Maria del Pilar walczyła przeciwko swojej epoce, pragnąc by kobietom przyznano nieco ludzkiej godności.... …Istniało wtedy w Limie coś owinięte w wiele łokci fioletowego jedwabiu, z którego wystawała wielka nabrzmiała głowa i dwie pulchne, przeźroczyście białe ręce – był to arcybiskup…. …Przeczytał całą literaturę starożytną i wszystko z niej zapomniał poza ogólną atmosferą wdzięku i sceptycyzmu. Znał się kiedyś na Ojcach Kościoła i soborach, ale zapomniał już wszystko, poza nieokreślonym wspomnieniem sporów, które nie miały żadnego związku z Peru…. …Jak wszyscy bogacze, nie mógł uwierzyć, że biedni (popatrzcie na ich domy i ich ubrania!) mogą rzeczywiście cierpieć. Jak wszyscy ludzie żyjący w zbytku wierzył, że tylko ludzie oczytani mogą wiedzieć, iż są nieszczęśliwi…. …Czerpał coś w rodzaju radości z przekonania, że na świecie wszystko urządzone jest źle. Szeptał do ucha franciszkanina myśli i opowiastki, które zaprzeczały, jakoby ktokolwiek kierował światem…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na103 lata temu
Molloy i cztery nowele Samuel Beckett
Molloy i cztery nowele
Samuel Beckett
Obserwuję pojawiające się od połowy listopada podsumowania roku: najlepsze książki w różnych kategoriach, kalendarze adwentowe i inne ciekawe koncepty. Wpasuję się dziś w ten trend, przedstawiając Wam najtrudniejszą książkę tego roku - niepozorną, bo liczącą niespełna 200 stron, ale szalenie wymagającą, w odbiorze oraz w umiejętności interpretacji. MOLLOY to antypowieść; utwór, który, przeczytany bez znajomości kontekstu historycznoliterackiego oraz zamysłu autora, jest nudną opowieścią o wycinku z życia dwóch mężczyzn, zapisaną w duchu strumienia świadomości. Wzbogacony o ten kontekst staje się mozolną podróżą w poszukiwaniu nowego sposobu na prowadzenie narracji w powszechnie znanym (i zgranym?) gatunku literackim, jakim jest powieść (fr. nouveau roman). Utwór Becketta niejako pisze się sam, zaprzecza klasycznej koncepcji z ustrukturyzowaną, wciągającą fabułą, wyraźnie zarysowanymi postaciami, określonym miejscem i czasem. Bohaterowie pochodzą znikąd, zmierzają w niezdefiniowanym kierunku, a ich codzienność nie ma w sobie nic pasjonującego. Zostawiam Wam fragment drugiej części, w którym, jak sądzę, autor ukrył własną motywację: (…) to, co robiłem, robiłem nie dla Molloya, który mnie nic nie obchodził, ani dla siebie, z którego rezygnowałem, lecz w interesie roboty, która nas wprawdzie potrzebuje, by się ziścić, ale w istocie jest bezosobowa i przetrwa żyjąc w ludzkich umysłach, kiedy jej nędznych wyrobników już nie będzie. Nikt więc chyba nie powie, że nie traktowałem poważnie mej pracy. Powiedzą raczej ze wzruszeniem, O, to były zuchy, ta rasa już wyginęła, a forma została rozbita (…). Odczłowieczony narrator (jednym z niewielu skrawków informacji na jego temat jest jego nazwisko, Molloy) sporządza raport. W jego umyśle mgliście majaczy pamięć o matce, do której wędrował, nie znając adresu ani celu spotkania. Wspomina własne problemy z poruszaniem się, ekscentryczne zwyczaje oraz rower. Jack Moran (narrator drugiej części, o którym wiadomo nieco więcej) otrzymuje zlecenie przygotowania raportu na temat Molloya. Wyrusza z synem w podróż w nieznane, gdyż miejsce pobytu poszukiwanego mężczyzny nie jest jasne. W trakcie wyprawy zaczyna podupadać na zdrowiu, w celu łatwiejszego przemieszczania się kupują więc rower. Brzmi podobnie? Proza dla czytelników świadomych, których interesuje historia literatury, chociaż trochę ;) --- Ania https://www.instagram.com/double.bookspresso/
double_bookspresso - awatar double_bookspresso
ocenił na82 lata temu
Opowiadania Thomas Mann
Opowiadania
Thomas Mann
135/130/2025 Bardzo zróżnicowany zbiór opowiadań, nawet według najprostszego kryterium, czyli długości :-) Ale po kolei. "Upadła" to opowiadanie o nieszczęśliwej miłości, wspominanej po latach. Bardzo dobre. Dwa kolejne, "Mały pan Friedemann" oraz "Pajac" zaczynają się trochę w klimacie "Buddenbrooków": mieszczańska rodzina, trzy siostry (dwie chude i jedna gruba),pokój z krajobrazami, teatr lalek, śmierć na udar... jednak z czasem przechodzą w kolejne opowieści o nieszczęśliwej miłości. "Friedemann" podobał mi się bardzo, "Pajac" trochę mniej, ale oba opowiadania są świetne. "Luizka" też opiera się na tym uczuciu, a kończy się chyba najbardziej dramatycznie ze wszystkich w tym zbiorze. "Szafa. Historia pełna zagadek" jest opowiadaniem z innej bajki, pasowałaby do zbiorku opowieści niesamowitych. Niezbyt moja bajka, chociaż lubię takie klimaty z dreszczykiem. "Tristan" - to z kolei prototyp "Czarodziejskiej góry", tylko uzdrowisko dla tych z chorobami piersiowymi nie jest w górach szwajcarskich jeno nad morzem niemieckim (oraz między innymi polskim). A główny bohater, pan Kloeterjahn, to jakby Peeperkorn, nie tylko z powodu podobieństwa w nazwisku. Tak samo dziwacznym. I znowu miłość się pęta w tym opowiadaniu. Bardzo dobre. Mniej rozmemłane niż "Czarodziejska góra", co jest zaletą. "Tonio Kroeger" mniej mi przypadł do gustu, zdaje się, że właśnie przez rozmemłanie tytułowego bohatera. "Z rodu Waelsungów" to opowieść o miłości wynaturzonej, ale bardzo dobra. "Anegdota" jest chyba najkrótszą opowiastką w tym zbiorze, ale ma kopa, podobnie jak "Katastrofa kolejowa", chociaż ich tematyka jest zupełnie różna. I kolejne opowiadanie o miłości - "Śmierć w Wenecji". Do tego z polskim wątkiem oraz opisem zębów jak w "Buddenbrookach". Świetne. Przez kolejne, "Pan i pies", nie przebrnęłam. Prawie sto stron o psie??? Nie mam nic przeciwko zwierzętom, ani absolutnie nie zaliczam się do tych, którzy uważają, że dla psa to najlepsza jest buda, krótki łańcuch i żarcie dwa razy na tydzień, żeby zły był. Broń Boże. Ale tak długiego opowiadania o psiaku (także o jakimkolwiek innym zwierzu) nie jestem w stanie czytać. Tym bardziej, że nasze wyobrażenia o wyobrażeniach i przeżyciach psa są tylko wyobrażeniami... Przeskoczyłam więc do "Nieładu i wczesnej udręki" - przepięknego opowiadania o miłości do dziecka w scenerii mieszczańskiej, którą bardzo u Manna lubię. A ostatnie, "Mario i czarodziej", znowu niebzyt w moim guście. Może przez to, że opisuje hochsztaplerskie hipnotyzerskie sztuczki? Podsumowując, bardzo dobry zbiór, przede wszystkim z miłością w tle lub na pierwszym planie. A realia to XIX-wieczne Niemcy: przyjęcia, tańce, wywczasy i wyszkolona służba. Bardzo dobra literatura.
AgaGaga - awatar AgaGaga
oceniła na87 miesięcy temu

Cytaty z książki Opowiadania, t. 1

Więcej
William Faulkner Opowiadania, t. 1 Zobacz więcej
William Faulkner Opowiadania, t. 1 Zobacz więcej
Więcej