O tych, co z kosmosu ... : spór o paleoastronautykę. T. 1-2

Okładka książki O tych, co z kosmosu ... : spór o paleoastronautykę. T. 1-2 autora Arnold Mostowicz, 8303015923
Okładka książki O tych, co z kosmosu ... : spór o paleoastronautykę. T. 1-2
Arnold Mostowicz Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawnicza popularnonaukowa
Kategoria:
popularnonaukowa
Format:
papier
Data wydania:
1987-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1987-01-01
Język:
polski
ISBN:
8303015923
Średnia ocen

6,3 6,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup O tych, co z kosmosu ... : spór o paleoastronautykę. T. 1-2 w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki O tych, co z kosmosu ... : spór o paleoastronautykę. T. 1-2

Średnia ocen
6,3 / 10
53 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce O tych, co z kosmosu ... : spór o paleoastronautykę. T. 1-2

avatar
230
39

Na półkach:

Pozycja dość wiekowa (rok wydania 1987) nieżyjącego już popularyzatora paleoastronautyki w Polsce jednak poruszająca tematykę która i dziś pozostaje nierozwiązana i dyskusyjna. Każdy rozdział książki traktuje o innym zagadnieniu, a autor opiera swoje wywody o pozycje książkowe niedostępne ówcześnie na polskim rynku wydawniczym. I tak znajdziemy tu wprowadzenie do tematu książki Josepha F. Blumricha, który był przez wiele lat inżynierem w NASA pracującym między innymi przy projekcie Apollo. Jako zagorzały przeciwnik Denikena zamierzał z technicznego punktu widzenia publicznie zdyskredytować jego teorię o kontaktach proroka Ezechiela z istotami pozaziemskimi, które opisane są w Biblii. Jednakże zagłębiając się w lekturę pism biblijnych Ezechiela doszedł ze zdziwieniem do wniosku że opisy proroka faktycznie z punktu widzenia człowieka ery kosmicznej mogą być uznane nie za "widzenie Pana" lecz doświadczenie lądowania istot z innej planety w pojeździe kosmicznym. Tylko na podstawie tekstów proroka Blumrich skonstruował model takiego statu określając jego wszystkie parametry techniczne ( model który jest w pełni sprawnym urządzeniem). Ciekawostką jest to że Blumrich na podstawie wizji Ezechiela skonstruował specjalny rodzaj kół które opatentował. Kolejnym arcyciekawym tematem jest hipoteza wysnuta przez autorów książki "Maszyna do produkcji manny" którzy na podstawie analizy tekstów biblijnych oraz tekstu Zoharu dochodzą do wniosku, że naród wybrany podczas 40 letniej wędrówki przez pustynię do ziemi obiecanej był karmiony nie cudownym pokarmem zesłanym przez Boga Jahve z nieba lecz produktem spożywczym wytworzonym w specjalnej maszynie która wraz z Arką Przymierza ( będącą źródłem zasilania owej maszyny) była przechowywana w przybytku Pana, a naród wybrany był nie przez Boga tylko przez istoty pozaziemskie do eksperymentu, mającego za zadanie sprawdzenie w długim okresie czasu skutków zdrowotnych spowodowanych jednostajnym sposobem żywienia. Produkt żywieniowy miał być wytwarzany z chlorelli a więc glonów które w bardzo prosty sposób można wytworzyć w przestrzeni kosmicznej i są obecnie testowane jako pokarm dla astronautów. Jest również rozdział poświęcony tajemniczym kamieniom z Ica na których kilka tysięcy lat temu uwieczniono ludzi z nowoczesnymi urządzeniami jak teleskop, biorących udział w skomplikowanych operacjach (przeszczep serca) czy uwiecznionych w towarzystwie wielkich gadów oficjalnie wymarłych 65mln lat temu. Autor porusza również temat zagadkowej wiedzy Dogonów o systemie Syriusza. Plemię to na długo przed tym zanim oficjalna nauka odkryła Syriusza B czyli białego karła okrążającego macierzystą gwiazdę Syriusza A wiedzieli o jego istnieniu. Mało tego znali jego położenie względem gwiazdy a także okres orbitalny wokół gwiazdy trwający 50 lat. Wiedzę tę mieli im przekazać przybysze z gwiazd. Jest też mowa o drewnianych statuetkach znalezionych w grobowcach faraonów egipskich, które przez oficjalną archeologię określane są jako wyobrażenia ptaków jednak dowiedziono na podstawie praktycznych eksperymentów iż są to modele szybowców, które wykazują cechy aerodynamiczne i są zdolne do lotu. Mimo upływu czasu jest to dobra pozycja dla osób które chciałyby zaznajomić się z tematami z kręgu paleoastronautyki. Atutem tej książki jest obecnie również to, iż pozycje książkowe prezentowane przez autora jako nieosiągalne w ojczystym języku w ówczesnym czasie są obecnie dostępne na polskim rynku wydawniczym. Polecam

Pozycja dość wiekowa (rok wydania 1987) nieżyjącego już popularyzatora paleoastronautyki w Polsce jednak poruszająca tematykę która i dziś pozostaje nierozwiązana i dyskusyjna. Każdy rozdział książki traktuje o innym zagadnieniu, a autor opiera swoje wywody o pozycje książkowe niedostępne ówcześnie na polskim rynku wydawniczym. I tak znajdziemy tu wprowadzenie do tematu...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
220
154

Na półkach:

czytałem jako dziecko, czytam jako dorosły, daje dużo do myślenia nawet osobom wierzącym.
miazga!

czytałem jako dziecko, czytam jako dorosły, daje dużo do myślenia nawet osobom wierzącym.
miazga!

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
154
142

Na półkach:

To ta sama kategoria i czas, co książki Blani-Bolnara. Nie za bardzo obroniły się przed upływem czasu. Dziś budzą raczej sentyment niż uznanie.

To ta sama kategoria i czas, co książki Blani-Bolnara. Nie za bardzo obroniły się przed upływem czasu. Dziś budzą raczej sentyment niż uznanie.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

128 użytkowników ma tytuł O tych, co z kosmosu ... : spór o paleoastronautykę. T. 1-2 na półkach głównych
  • 78
  • 47
  • 3
46 użytkowników ma tytuł O tych, co z kosmosu ... : spór o paleoastronautykę. T. 1-2 na półkach dodatkowych
  • 39
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki O tych, co z kosmosu ... : spór o paleoastronautykę. T. 1-2

Inne książki autora

Okładka książki Ekspedycja. Ostatni rozkaz Alfred Górny, Arnold Mostowicz, Bogusław Polch
Ocena 5,8
Ekspedycja. Ostatni rozkaz Alfred Górny, Arnold Mostowicz, Bogusław Polch
Okładka książki Ekspedycja. Tajemnica piramidy Alfred Górny, Arnold Mostowicz, Bogusław Polch
Ocena 6,3
Ekspedycja. Tajemnica piramidy Alfred Górny, Arnold Mostowicz, Bogusław Polch
Okładka książki Ekspedycja. Planeta pod kontrolą Alfred Górny, Arnold Mostowicz, Bogusław Polch
Ocena 6,3
Ekspedycja. Planeta pod kontrolą Alfred Górny, Arnold Mostowicz, Bogusław Polch
Okładka książki Ekspedycja. Zagłada wielkiej wyspy Alfred Górny, Arnold Mostowicz, Bogusław Polch
Ocena 6,8
Ekspedycja. Zagłada wielkiej wyspy Alfred Górny, Arnold Mostowicz, Bogusław Polch
Okładka książki Ekspedycja. Bunt olbrzymów Alfred Górny, Arnold Mostowicz, Bogusław Polch
Ocena 6,8
Ekspedycja. Bunt olbrzymów Alfred Górny, Arnold Mostowicz, Bogusław Polch
Okładka książki Ekspedycja. Walka o planetę Alfred Górny, Arnold Mostowicz, Bogusław Polch
Ocena 6,7
Ekspedycja. Walka o planetę Alfred Górny, Arnold Mostowicz, Bogusław Polch
Okładka książki Ekspedycja. Ludzie i potwory Alfred Górny, Arnold Mostowicz, Bogusław Polch
Ocena 6,7
Ekspedycja. Ludzie i potwory Alfred Górny, Arnold Mostowicz, Bogusław Polch
Arnold Mostowicz
Arnold Mostowicz
Urodził się w Łodzi w 1914 roku. Jego rodzina ze strony ojca pochodziła z Krośniewic spod Kutna. W końcu XIX wieku ojciec Mostowicza, Ignacy - wówczas kilkunastoletni chłopiec - przybył do miasta, które już w tamtych czasach nazywano Ziemią Obiecaną. Pracował jako chłopiec na posyłki i sprzedawca w firmie Zachariasza Warszawskiego będącej hurtowym przedstawicielstwem zakładów Krusche-Endera, a jednocześnie intensywnie się uczył. Zanim zdał maturę i wyjechał do Warszawy, by studiować prawo, sprowadził do Łodzi niemal całą swoją krośniewicką rodzinę. Wszyscy zamieszkali w domu przy ulicy Cegielnianej 9. W połowie lat dwudziestych ulica otrzymała nazwę Śródmiejska, a dom - numer 26. Dziś to miejsce funkcjonuje jako Więckowskiego 26. Jak wyglądała w pierwszych latach wieku ta ulica i dom, gdzie co sobotę w mieszkaniu babki zbierała się cała rodzina, można się dowiedzieć z książek Arnolda Mostowicza. To w nich pisarz ożywił przeszłość miasta i niezwykłą atmosferę, która towarzyszyła tamtym czasom i tamtej Łodzi, której już nie ma. "Trzeba widać dożyć tak sędziwego wieku, jakiego dożyłem, by zdać sobie sprawę, że bywają długi wdzięczności również wobec wszystkiego, co w czasach naszej młodości otwierało nam świat ulotnych wrażeń czy trwałych przeżyć" - napisał w szkicu "Pamiętajcie o ogrodach". Jego dziadek ze strony matki, Salomon Goldsztajn, był łódzkim felczerem, człowiekiem wierzącym, ale całkowicie zasymilowanym z kulturą polską. Miał pięciopokojowe mieszkanie przy ulicy Narutowicza, co było dowodem jego zamożności i znaczenia. Dał córce posag, a na zięciu wymógł, by zajął się jakimś konkretnym zajęciem. Ojciec Mostowicza, którego wielką miłością i pasją była literatura i teatr (w stolicy związał się z kołem literackim Icchaka Lejba Pereca, jednego z największych poetów jidisz, przyjaźnił się z Szolem Alejchemem, innym wybitnym pisarzem żydowskim),zarabiał na życie pracując w hurtowni tkanin, potem prowadził sklep z materiałami włókienniczymi. Jednocześnie brał czynny udział w życiu kulturalnym żydowskiej Łodzi. Prowadził studio teatralne, pisał wiersze i felietony. Był zresztą człowiekiem niezwykle wszechstronnym i utalentowanym. Gdy w okresie międzywojennym rodzinę przycisnęła bieda, opracował metodę produkowania tzw. kanw, specjalnych tkanin sprowadzanych dotąd wyłącznie z zagranicy. To ów wynalazek pozwolił mu w ciągu krótkiego czasu wzbogacić się na tyle, by w 1932 roku wysłać syna na studia medyczne do Francji. Arnold Mostowicz przedstawił atmosferę swoich studenckich lat w książce "Miłość z wariatem w tle" (1993). Przez sześć lat do Polski przyjeżdżał z Francji tylko na wakacje. Do kraju wrócił po studiach, tuż przed wybuchem wojny. We wrześniu 1939 roku, uciekając z Łodzi przed armią niemiecką, trafił do Warszawy. W czasie oblężenia stolicy pracował w szpitalu Dzieciątka Jezus. Potem - przez cztery lata - był lekarzem w łódzkim getcie. "Jeszcze wczoraj - wczoraj? Nie, kilka miesięcy temu - w oblężonej Warszawie uczył się alfabetu wojny totalnej prowadzonej przez Niemców przeciw Polsce. To była jego wojna, tak jak była wojną trzydziestu pięciu milionów Polaków. Brał w niej udział na ulicy, w domu, w przygodnych szpitalikach, w szpitalu wreszcie. Klęska Polski była jego klęską. Nie miał jednak czasu na jej rozpamiętywanie. Nim dokonał remanentu swoich strat, Niemcy rozpętali nową wojnę. Z Żydami. A więc ponownie z nim" - wspomina ten okres w książce "Żółta gwiazda i czerwony krzyż" (1988). W sierpniu 1944 roku, po likwidacji getta w Łodzi, Mostowicz trafił do Oświęcimia, a potem do kilku innych obozów hitlerowskich na terenie III Rzeszy. Po wojnie nie podjął praktyki lekarskiej. Zajął się dziennikarstwem i literaturą. Był m.in. redaktorem naczelnym "Gazety Krakowskiej" i "Szpilek". Pisał książki popularyzujące naukę ("Biologia zmienia człowieka", "Biologia zmienia medycynę", "Biologia uczy myśleć"). Zajmował się również fantastyką. W książkach "My z kosmosu", "O tych co z kosmosu", "Zagadka Wielkiej Piramidy", "Spór o Synów Nieba", próbował wyjaśnić tajemnice intrygujące ludzkość od wieków. Parał się też tłumaczeniem. Opracował antologię humoru francuskiego i radzieckiego, wydał tomy opowiadań francuskich humorystów Alfonsa Allais i Camiego. Mieszkał w Krakowie i w Warszawie. Do Łodzi przyjeżdżał sporadycznie. W łódzkim getcie zginęła niemal cała jego rodzina. "Najdłużej ciągnęło się umieranie sześciu wnuków najstarszej siostry ojca... Im wszystkim wypisałem karty zgonu. Z całej krośniewickiej rodziny zostałem sam - bez jednej łzy w oku" - wyznał po latach. Mimo licznych prób porzucenia rodzinnego miasta, mimo wielu lat oddalenia, Łódź wracała wciąż we wspomnieniach, rozmowach i snach. Dopominała się należnego miejsca w jego pamięci. Tak jak pamięci dopominali się łódzcy Żydzi. Kiedy w 1995 roku w Łodzi powołano do życia Fundację Monumentum Iudaicum Lodzense, której celem była opieka nad dziedzictwem łódzkich Żydów, głównie nad cmentarzem żydowskim na Bałutach, został jej prezesem. "Chodzi nam o przywrócenie pamięci o zamordowanym narodzie żydowskim. Cmentarz jest punktem wyjścia dla działań późniejszych, które będą miały na celu przypomnienie roli i znaczenia łódzkiego żydostwa w rozwoju miasta" - tłumaczył dziennikarzom. Jego zdaniem Łódź jest jedynym miastem w Europie, gdzie Żydzi odegrali tak wielką i twórczą rolę w życiu społecznym, politycznym i kulturalnym. Właściwie we wszystkich dziedzinach łódzcy Żydzi zapisali przepiękną kartę - podkreślał Mostowicz i na dowód tego przytaczał długą listę nazwisk wspaniałych artystów, naukowców, lekarzy związanych z Łodzią: Jankiel Adler, Mosze Broderson, Artur Szyk, Seweryn Sterling, a dalej Artur Rubinstein, Julian Tuwim, Maurycy Trębacz, Aleksander Tansmann... W ostatnich latach swego życia Arnold Mostowicz zrobił bardzo wiele dla ożywienia pamięci o łódzkich Żydach. Nie tylko intensywnie kwestował na rzecz ratowania i odnowienia cmentarza żydowskiego - czego efektem jest sporo wykonanych prac na bałuckim kirkucie - ale również służył tej sprawie swoim piórem. "Łódź moja zakazana miłość" to zbiór artykułów i publikacji drukowanych w ostatnich latach w różnych polskich pismach, a poświęconych Łodzi oraz łódzkim Żydom (2000). Jego książkę spina klamra: dwa ważne przemówienia. Jedno wygłoszone zostało w Łodzi z okazji nadania mu tytułu Honorowego Obywatela Miasta Łodzi (1998 r.),drugie - w auli Uniwersytetu Jagiellońskiego - z okazji obchodów 50. rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Oba teksty zawierają przesłanie, które towarzyszyło życiu i działalności pisarza: "Pragnę stale i ciągle przypominać obecność społeczności żydowskiej w dziejach mojej Łodzi, skoro wkrótce ta pamięć będzie jedynym, co po tej społeczności pozostanie". Wielu łodzian zauważyło i doceniło jego pracę i poświęcenie. Coraz więcej osób interesuje się przeszłością miasta, dostrzega jego wielokulturowe korzenie. O Łodzi, gdzie obok siebie współistniały różne narody i różne religie, coraz więcej się mówi i pisze. Do miasta zaczęła przyjeżdżać młodzież żydowska z Izraela i USA. Nie tylko po to, by zobaczyć, gdzie ich dziadkowie umierali, ale gdzie żyli. Zaczęto też uważniej przyglądać się przeszłości miasta. Zauważono, że bezwzględni łódzcy kapitaliści, wśród których nie brakowało fabrykantów żydowskiego pochodzenia, po tym jak już się wzbogacili, zbudowali też w Łodzi pałace i kamienice, które dziś są chlubą miasta, finansowali kościoły, tworzyli gazety, chodzili na koncerty i wystawy, wspierali artystów. "Kiedyś w duchu przekory wymarzyłem sobie głośno, że może kiedyś na Piotrkowskiej, gdzieś w Alejach czy może w Helenowie powstanie pomnik Nieznanego Lodzermenscha, tego, któremu Łódź zawdzięczała i dziesiątki bibliotek i wspaniałą orkiestrę symfoniczną, żywy teatr i w ogóle rozwój życia artystycznego" - pisał w jednym z esejów. "Nie ma obawy, taki pomnik nieprędko zostanie wzniesiony" - uspokajał Arnold Mostowicz. Ale gdyby przypadkiem tak się stało, niewątpliwie byłaby to również w dużym stopniu jego zasługa i sukces. Zmarł 3 lutego 2002 roku w Warszawie. Twórczość: - "Ballada o Ślepym Maksie" (Biblioteka „Tygla Kultury”, Łódź 1998) - "Biologia zmienia człowieka" (ISKRY 1977) - "Biologia zmienia medycynę" (ISKRY 1982) - "Bogowie z kosmosu" - (1978-82) (scenariusz komiksowy wspólnie z Alfredem Górnym),- Biologia uczy myśleć, Warszawa 1988, ISBN 83-203-2447-5, - Żółta gwiazda i czerwony krzyż, Warszawa 1988, ISBN 83-06-01729-3, - "My z kosmosu" (KAW 1978, 1984),- "O tych co z kosmosu" (Warszawa 1987, ISBN 83-03-01592-3),- "Zagadka Wielkiej Piramidy" (Warszawa 1991, ISBN 83-900083-5-1),- "Spór o synów nieba" - Warszawa 1994, ISBN 83-86028-05-X, - "Miłość z wariatem w tle" (1993),- "Łódź, moja zakazana miłość" (1999)[2], - "Karambole na czerwonym suknie" (2001),- "Lekarska ballada" - (Łódź 2003, ISBN 83-88552-25-2) - wydana pośmiertnie, maszynopis opatrzony datą 1994),
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Opowieści biblijne Zenon Kosidowski
Opowieści biblijne
Zenon Kosidowski
Takie opowieści…. Ta recenzja będzie miała charakter historyczny. Odwołamy się do dawnych czasów i spróbujemy skonfrontować je z dzisiejszymi. Dziś o „Opowieściach biblijnych” Zenona Kosidowskiego…. Do tej książki wróciłam po…. blisko pół wieku. Jako nastolatka, wraz z innymi wówczas spragnionymi wiedzy, wchłanialiśmy jak przysłowiowa gąbka, wszystko, co napisał Kosidowski. Ach, szalone lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte… Książka ukazała się po raz pierwszy w 1963 roku i od razu zrobiła furorę. We wszystkich kręgach. Zwolennicy rozczytywali się w wyjaśnianiu plag egipskich. Przeciwnicy krytykowali za … krytykę Biblii. Bo Biblia jest nie do czytania, nie do szukania taniej sensacji, ale do wierzenia w nią, w to, co zawiera. Jako że też kiedyś młoda byłam, wiem, że to, co zakazane jest najlepsze. Jeśli więc ksiądz na lekcji religii, (nie, to wówczas nie były jeszcze lekcje, to była katecheza w salkach przy kościołach) grzmiał, że Kosidowski kala wiarę, to młody człowiek, nawet nie znający Kartezjusza1, szukał odpowiedzi na liczne nurtujące go pytania. Bo młody człowiek bunt ma w naturze. (kolejna taka afera w moim otoczeniu wybuchła po serii „antyreligijnych” książek Dana Browna, ksiądz uczący w szkole zakazał czytania „herezji”). Po roku 1980 i paru innych, nieżyjący już Kosidowski idealnie wpisał się w schemat pisarza komunistycznego. Po pierwsze występował przeciwko nauce Kościoła Katolickiego. Po drugie pisał o Biblii w czasach, kiedy panował socjalizm. Mało tego, pozwolono mu drukować książki na tematy religijne. Po trzecie – jego utwory przetłumaczono na język rosyjski i wydano w ZSRR! No tak, ostatni argument przeważa. Kto miał kontakt z ZSRR – wrogiem wszystkiego. Maryla Rodowicz też. W związku z tym, że w osobie pisarza odkryto wroga klasowego, zapomniano o nim. Dopiero po wielu latach zaczęto przyglądać się jego pisarstwu. Zauważono, że utwory nie powstały w wyniku prowadzenia własnych badań np. archeologicznych. Pisarz po prostu zbierał wieści ze świata, czytał innych i tworzył oparte na tekstach źródłowych opowieści. Bibliografię zawsze starannie podawał. Czy miał rację? Nie wiem. Jedni twierdzą, że tak. Inni – nie. Ci drudzy nadal uważają go za antykościelnego komunistę niszczącego prestiż Biblii. W każdym razie jego książki do dziś nie doczekały się osobnych artykułów w Wikipedii. A szkoda, bo w pamięci czytelników w wieku senioralnym, te książki nadal są obecne. „Opowieści biblijne”, czytane po wielu, wielu latach ciągle są przyjemne. Proste, czytelne streszczenia biblijnych ksiąg i napisane równie prosty językiem komentarze sprawiły, iż czytałam ponownie tę książkę z przyjemnością. Nie wywołała u mnie emocji, jak przed laty, bo już ją znałam. Czy dzisiejszy młody czytelnik da się ponieść owym emocjom? Postanowiłam swój egzemplarz przekazać właśnie zaczytanemu nastolatkowi …. Pożyjemy, zobaczymy….
gks - awatar gks
ocenił na810 miesięcy temu
Terminator 2 Dzień Sądu Randall Frakes
Terminator 2 Dzień Sądu
Randall Frakes
Lata 90-te to ostatnia dekada przed wkroczeniem ludzkości w nowe Millenium. Ten piękny i specyficzny okres czasu, to nie tylko moda na bycie zbuntowanym nastolatkiem, pogrążonym we własnym świecie, zagubionym człowiekiem. To nie tylko długie godziny spędzone na graniu we Flippery przy osiedlowych kioskach czy zbieranie kolorowych naklejek z gum do żucia i wsypywanie sobie do budzi tony oranżadki w proszku, przeznaczonej raczej do przyrządzania z wodą. To również okres wysypu, jak „grzyby po deszczu”, różnej gamy filmów z gatunku i podgatunków pośród niego, o fantastyczno-naukowej tematyce - ze składową proroczej wizji, namaszczeniem swego rodzaju prekognicji czegoś nadchodzącego i nieuchronnego: z nadchodzącą apokalipsą końca świata, i ewentualną adaptacją takiego ,,końca" do formy przedstawienia życia po takiej apokalipsie. A wszystko, co, do takiego ruchu w materii gatunku kinematografii doprowadziło, zaczęło się od pojawienia się w eterze kultury popularnej jednego z najważniejszych filmów dekady lat 90-tych, "Terminator 2: Dzień Sądu" z Arnoldem Schwarzeneggerem i Lindą Hamilton w rolach głównych. Sequel filmu Jamesa Camerona, który debiutując w 1984 roku od razu zyskuje aprobatę krytyków i przede wszystkim miłośników kina z ogólnej gałęzi fantasy, którzy po serii filmów, takich jak "Indiana Jones: Poszukiwacze zaginionej Arki (1981)", czy "Obcy. Ósmy pasażer Nostromo (1979)" lub "trylogia Gwiezdnych Wojen (1977-83)", zapragnęli chłonąć więcej i więcej, rzeczywiście okazał się strzałem w dziesiątkę. Mówi się, że "Dzień Sądu" - szczególnie gdy hordy głodnych fantastyczno-naukowej rozrywki nerdów zdołało obejrzeć film, odpowiednio go omówić i zanalizować - już jakiś czas po premierze wiele wskazywało na to, że był on o wiele lepszy, staranniej i płynniej skomponowany, nawet bardziej przełomowy w wielu aspektach kinematografii, od swojego poprzednika, tak naprawdę pierwowzoru: i jako pojedynczy, zwykły film, i jako jeden obrazów z cyklu Terminatora. Ów sequel, za którego reżyserię ponownie odpowiadał James Cameron, to aż nadto specyficzna, pełna paradoksów podróży w czasie produkcja. Dzieło to naznaczyło i wprowadziło światowe społeczeństwo w kolejne 10 lat, które miały zakończyć się nastaniem jak przewidywali ,,sekciarze”: albo końca świata albo wspaniałych chwil poprzetykanych tą niezmierzoną cudowną idyllą cywilizacyjnego dobrobytu. Cybernetyczni zabójcy wysyłani w przeszłość przez niezwykle potężne samoświadome zbiorowe jestestwo, tworzące rój inteligentnych mechanicznych zabójców o niesłychanych możliwościach bojowych. A wszystko tylko dla jednego celu: podtrzymać przez ,,rój" swoje istnienie i zabić jedynego człowieka, który teraz w przyszłości mógłby owemu roju inteligencji, Skynetowi, zagrozić wymazaniem jego ,,ostatecznej dominacji” nad człowiekiem w rzeczywistości, w której to on Skynet jest bytem naczelnym, absolutnym. Mimo wielu wad konstrukcyjnych fabuły obrazu związanych z zapętlonym motywem podróży w czasie, ba, z samym ,,psuciem czasu” w ogóle, oraz naginaniem płynności funkcjonowania Wszechświata pod każdym względem w wyniku takich ,,wycieczek w Czasie", "Dzień Sądu" okazał się filmem kompletnym z gatunku tak specyficznego nurtu fantastycznego, któremu, jak na początek lat 90-tych, w których miał on swoją premierę, niczego nie brakowało. A wizjonersko tu zastosowane wizualizacje graficzne, wydajność efektów dostosowujących się do środowiska obrazu filmu i go śledzącego, szybki, w odpowiednich miejscach filmu tnący i przyspieszający go montaż, tak aby w odpowiedniej ,,stagnacji” fabuły dzieła znalazło się miejsce na linię dramatu zazębioną wokół postaci Sary Connor i jej syna Johna, okazały się niezwykłą zaletą, o niezwykłej mocy, dla "Terminatora 2", oraz przepustką dzieła i jego twórców do hollywoodzkiego dreamlandu. A co by było, gdyby coś takiego, co uogólniając miało miejsce w "Dniu Sądu", wydarzyło się nie tylko na ekranach kin, lecz w normalnej, zajętej przez byt ludzki, rzeczywistości, i to w bardziej nieprzewidywalnym, opłakanym w skutkach stylu? Sequel "Terminatora", możliwe że nie powstał jako prosty, schematyczny i flagowy środek, dla ,,pogłaskania” spragnionych fantastycznych popkulturowych ,,chleba i igrzysk” entuzjastów, i zaspokojenia ich olbrzymiego głodu rozrywki, który im się udziela i zdaje się nigdy nie gasnąć. Jego drugim znaczącym celem, który wynika z głębszego podejścia do tego, co jako film przedstawia, jaki koncept zawiera i jakie wartości przesyła, jest przekazywanie ludziom – jako ogółowi Cywilizacji – swego rodzaju przestrogi, uwagi, pouczenia wobec tego, jak cienka granica dzieli globalny organizm ludzki od chęci ulepszenia świata, czy transhumanistycznego ulepszenia człowieka do realnej ,,zabawy w Boga", gdzie – nieważne czy na polu zbiorowości, czy na tkance dokonań jednostki – wszystko zaczyna ulegać odwróceniu, destabilizacji i, w nawiązaniu do pewnego fenomenu popkultury, przejścia na Ciemną Stronę Mocy. "Terminator 2: Dzień Sądu" miał postraszyć i nauczyć Cywilizację Ziemian, niedługo wchodzącą w nowe tysiąclecie, że nowe technologie i zarzewie dla nauk pojawią się, i to na pewno, a to jak je wykorzystamy, i czy stworzymy w końcu ,,samoświadomego" robota, cyborga, czy androida naśladującego swym konstruktem sylwetkę człowieka, zależy od nas samych. Bo widowisko, które przygotował dla nas James Cameron, i wypuścił w eter kin w 1991 roku, ujmując to w tym bardziej refleksyjnym i metafizycznym polu rozważań, zrealizowało ono swe zamierzenia bardzo dobrze. Bez zająknięcia wytłuściło odważną, dychotomiczną m.in. do serii filmów "Podróż do przyszłości" interpretację i adaptację nurtu ,,podróży w czasie”, które w kulturze masowej istnieją od dziesiątek lat. Na samym filmie, "Terminator 2" się nie kończy. Produkcja ma swoją adaptację książkową, której należy się dosadniej przyjrzeć, jako rozszerzeniu scenariusza obraz kinowego, jednakże na nim do końca niebazującego. Szok, postrach, panika, początkowo również niedowierzanie, ale i typowo geekowska radocha i zakłopotanie. Tak wyglądały moje reakcje na wieść o tym, że sequel "Terminatora" z 1984 roku doczekał się swojej książki. Jeszcze dziwniej, jeszcze bardziej odrębnie czułem się, gdy z dozą zaangażowania wprawionego entuzjasty popkultury i poświęcającego się swej pasji czytelnika, przysiadłem do owej nowelizacji, i z strony na stronę, od początku aż do końca tytułu, oddałem się klimatowi i specyfice pozycji, pogrążając się w lekturze na dobre. Po pierwszych kilkunastu stronach ,,upowieściowienia” sequela - choć bardziej bym powiedział, że beletrystyka przyjmuje znamiona rozwiniętego pisarsko scenariusza - autorstwa Randalla Frakesa, wprawiony w Uniwersum Terminatora czytelnik powinien być mocno zadowolony. I w takim spektrum emocjonalnych reakcji znalazłem się i ja, reagując na powieść jak najbardziej na plus, jednakże nie aż tak wylewnie czy ekspresyjnie w stylu ,,hulajdusza". Beletrystyka ta zdecydowanie przeznaczona jest dla widzów i wnikliwych fanów, którzy widzieli "Dzień Sądu" nieraz, znają film od ujęcia do ujęcia, a najlepiej, jakby byli świeżo po jego seansie. Dużą część pierwszej części powieści poświęca się post-apokaliptycznej, zdeptanej przez Skynet przyszłości: jest to kilkadziesiąt stron niezwykle realnych, barwnych, porażających faktem przelania realizmu z filmu na nowelizację opisów rzeczywistości - do czego należy zaliczyć nastroje i nastawienie członków Ruchu Oporu i ,,zwyczajnych" ludzi do obecnej sytuacji, w której ,,ludzkie ogryzki i ochłapy apokalipsy” się znajdują. Ten zabieg, ta mocna choć czasami zbyt dosadna i szczegółowa, a co za tym idzie i gubiąca się, uwypuklona rzeczywistość – to wszystko wkręca w czytelniku solidną śrubę, zaskakując go aż miło skalą takich wydatnych kreacji skynetowskiej spalonej na czarny gęsty popiół przyszłości. Przykładowo, albo tłumacz wydania, którego stałem się posiadaczem, albo sam autor w oryginalnym języku powieści to wprowadził, Terminator określany jest tu jako ,,Terminator endoszkieletowy" bądź ,,wysokiej technologii kostucha przychodząca po duszę człowieka". Co istotne, i nie można o tym nie wspomnieć na łamach recenzji nowelizacji, trzeba przyznać autorowi, czy wydawnictwu i ichniejszemu tłumaczowi, iż bardzo ciekawie prezentują się w tej formie całej treści "Dnia Sądu" takowe ,,słowne zaskoczenia”; jest to namacalną główną cechą każdej ,,powieści po filmie" – bez względu na pierwowzór, który ona, na macierz literacką, zmienia. Dla geeka i entuzjasty Terminatora i, tak dynamicznej, podobnej gałęzi tematycznej z świata fantastyki naukowej, zawsze będzie to wyjątkowym dla ,,fanowskiego serducha” smaczkiem, rozszerzeniem, czy dodatkiem, który o wiele bardziej pogłębi znajomość Uniwersum. A mamy tu multum tejże sposobności, elementów: od podania, jak na tacy dla fana – czego w filmie nie doświadczymy: począwszy od całego procesu funkcjonowania i budowy od skali mikro do makro modelu T-1000 a.k.a. ,,policjant Austin”, przez wątek Milesa Dysona, drugoplanowej, lecz ,,pośrednio-istotnej" postaci, naukowca pracującego nad pewnym elementem obwodu elektronicznego i zespołu procesorów, zdobytych z niezwykłej wysoko zaawansowanej sztucznej kończyny jakiegoś mechanizmu wiele lat temu odnalezionego, co poskutkuje w przyszłości stworzeniem Skynetu, a skończywszy na nakreślaniu wyglądu i odbioru poszczególnych scen z punktu widzenia określonych postaci, np. scena dramatyczno-dynamiczna w szpitalu w Pesadero w Kalifornii, gdzie starli się po raz pierwszy T-1000 z T-800, została rozpisana z pozycji widzenia tej sytuacji przez Sarę Connor a.k.a. ,,pacjentkę nr 82”. Randall Frakes nie jest nader znanym autorem; to nie Alan Dean Foster, czy Jason Fry, którzy w ,,zabiegach nowelizacyjnych” odnajdują się dość dobrze. Frakes ofiarował społeczności fanów coś specjalnie dla nich – coś, co z punktu widzenia funkcjonowania tego literackiego bytu, jako płynnej powieści, nie ma tego konkretnego zastosowania i przeznaczenia. Po przeczytaniu "Dnia Sądu" osoba niezaznajomiona z Uniwersum Terminatora będzie w konsternacji i w kropce. Cóż, tytuł ten, to coś tylko dla fanów ,,książki po filmie”, dla geeków szanujących ten rodzaj kina, tą wizję Jamesa Camerona czy dla entuzjastów gustujących w rolach aktorskich Arnolda Schwarzeneggera bądź Lindy Hamilton. Beletrystyczny sequel "Terminatora" finiszuje w stylu filmu, nic bardziej szczególnego, jednak dla fanów ,,cybernetycznego killera" znajdzie się tu coś naprawdę bardzo, ale to bardzo wytwornego, okalającego dość znacznie i utrzymującego w ciągłym rytmie ich typ zainteresowań.
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na76 lat temu
Księga tajemnic i rzeczy niezwykłych Thomas de Jean
Księga tajemnic i rzeczy niezwykłych
Thomas de Jean
Są na świecie rzeczy, które w tradycyjny/ racjonalny sposób wyjaśnić niełatwo ... Kogóż z nas nie pociągają różnego rodzaju sekrety i tajemnice, czy też zjawiska niezwykłe, a nawet niesamowite...? Szczególnie zaś te, które tak naprawdę nigdy do końca nie zostały wyjaśnione. Mimo, iż wszelkiej maści znawcy co i rusz prezentują nowe ich rozwiązania, ponoć (tym razem) te "jedynie słuszne". Choć, oczywiście, na ogół tylko ich własnym zdaniem ... O wielu takich zdarzeniach poczytamy w niniejszej książce. Nie mogło więc w niej zabraknąć tematyki UFO. Od dawien dawna bowiem spore rzesze ludzi interesują się latającymi obiektami, których pochodzenie owiane jest tajemnicą, i niełatwo je określić. Pojawiają się więc rozmaite spekulacje. Czy na ten przykład - są to maszyny przedstawicieli innych kosmicznych ras, co pewien czas doglądający Ziemi i jej mieszkańców ? Czy też może "produkty" prastarej cywilizacji, która (ponoć) od lat "ukrywa się"/ funcjonuje wewnątrz naszej planety, i wcale nie jest zainteresowana nawiązaniem bliższego kontaktu z ...nami ? Teoretycznie za tym drugim aspektem przemawiałaby kwestia, że na Ziemi jest kilka szczególnych miejsc, gdzie owe "statki kosmiczne", chętnie i popularnie nazywane "UFO" - pojawiają się znacznie częściej, niż gdziekolwiek indziej... Znajdziemy tu też rozdział poświęcony gigantom. Któż z nas nie słyszał, że kiedyś po naszej planecie chodzili prawdziwi olbrzymi ?... Starożytne pisma w przeróżny sposób tłumaczą ich pochodzenie. Np. w Biblii przeważa teza, iż były to dzieci ziemskich kobiet z ...przybyszami z nieba/kosmosu. Ale oprócz mitów z wielu zakątków świata - co jakiś czas znajdywane są też grobowce/ szczątki owych gigantów sugerujące, że w (dalekiej) przeszłości "coś mogło być na rzeczy". Jednak ta tematyka jest niezbyt chętnie rozwijana przez tak zwaną "oficjalną naukę"... W książce tej poczytamy także o przeróżnych miejscach, które cieszą się "złą sławą", i których po prostu tak naprawdę lepiej jest unikać. Gdyż "negatywna" energia, mająca tam swoje siedlisko, osobom, powiedzmy - "postronnym, nieobeznanym z tematem" - może sprawić sporo (głównie psycho- fizycznych) problemów... Są także inne, niekonwencjonalne i ciekawe tematy. Pewnie każdy znajdzie jakiś interesujący dla siebie. Wierzyć we wszystko nie trzeba, ale poczytać i zapoznać się - warto...
Robwier - awatar Robwier
ocenił na64 lata temu
O naturze ludzkiej Edward O. Wilson
O naturze ludzkiej
Edward O. Wilson
Mniej więcej półtorej dekady temu, a więc jeszcze w dobie księgarskiej posuchy, udana spółka autorska Michał Heller (ksiądz-kosmolog) i Józef Życiński (filozof, późniejszy biskup tarnowski) przyswajali polskim czytelnikom nowe trendy zachodniej nauki i filozofii. Relacje opatrywali pełnym komentarzem własnym. Kto chciał – i potrafił – mógł sobie, bodaj wewnętrznie polemizować zarówno z intelektualnymi nowinkami, jak i z ich krytyczną oprawą. To była uczta! Między innymi w taki właśnie sposób przeniknęła do naszej świadomości socjobiologia. Później jej prekursora, biologa E.Wilsona wydawało się u nas w tłumaczeniach, naturalnie bez żadnych komentarzy, ba, nawet bez kompletnej, biograficznej noty. A potem przyszła moda na Dawkinsa i wszyscy zapomnieli o Wilsonie. Kiedy po przeczytaniu „O naturze ludzkiej” Wilsona wróciłam do „Dylematów ewolucji” Hellera i Życińskiego, dopiero zdumiałam się srodze, z jaką to delikatnością obeszli się dwaj filozofowie chrześcijańscy ze stekiem socjobiologicznych bredni. Zaraz też zachciało mi się bardziej bezpardonowej odprawy dla Wilsona i jego wyznawców. Sama dziedzina, gdyby próbować ja ugryźć od strony nazwy, da się rozłożyć od biedy na dwie nauki: biologię i socjologię. Byłaby więc biologią społeczeństw lub socjologią życia, ale doświadczenie uczy, że pożytek z tak prostackich, semantycznych analiz nie jest większy niż z podziału przysłowiowej dzidy bojowej na zadzidzie, przeddzidzie i dzidę właściwą. Pożytek z socjobiologii jest podobny. Jako nauka tłumaczy ona wszystko, a więc w zasadzie – nic. Jest po prostu od lat ponad dwudziestu jedną z dobrze prosperujących naukowych sekt . Ma swego guru (nawet niejednego, między innymi Richarda Dawkinsa od „samolubnych genów”). Żąda bezwzględnego podporządkowania się swym prymitywnym regułom, skutecznie pierze mózgi wywabiając z nich wszelkie wątpliwości. I jak wszystkie sekty ma do zaoferowania przede wszystkim jedno. Błogi spokój płynący z przerzucenia decyzji na autorytety. E.Wilson zaczerpnął swe genialnie proste koncepcje z macierzystej dziedziny, entomologii. Jak niegdyś La Mettrie swego „Człowieka-Maszynę” pod wpływem oszołomienia inżynierskiego, tak Wilson stworzył człowieka na obraz i podobieństwo pszczoły, wilka, szympansa, czy dowolnego społecznego zwierzęcia. Kiedy Maeterlinck pisał swą słynną książkę o pszczołach zarzucano mu, że antropomorfizuje, pragnąc wspaniały umysł ludzki wtłoczyć w pszczelą główkę, niewiele większą niż główka od szpilki. Kiedy etolog Jane Goodall nadawała obserwowanym przez siebie szympansom imiona, pouczano ją, że przywiązywanie ludzkich emocji do zwierząt może mieć zgubny wpływ na wyniki badań. „Zwierzęcy” stosunek do ludzi bywa równie pożądany, co ludzki stosunek do zwierząt. To jest na pozór zupełnie zrozumiałe. Biologiczna baza człowieka, jego ciało łącznie z mózgiem wydaje się działać w strefie dostępnej terminom biologii. Od biedy można więc powiedzieć, że człowiek jest też, między innymi, zwierzęciem lub, co zręczniejsze, że zachował sporo zwierzęcych cech. Głoszenie, że jest tylko zwierzęciem, zdeterminowanym przez geny, niezdolnym do przekroczenia swego biologicznego wyposażenia, beznadziejnie uwikłanym w instynkty, pozbawionym wolnej woli i co najwyżej tresowalnym, to już poznawcze chuligaństwo. Próba sprowadzenia języka do kilku elementarnych przerywników. Socjobiolodzy, zapatrzeni w zaczerpnięte z biochemii kombinacje czterech sekwencji DNA: guaninę, cytozynę, adeninę i uracyl, są jak pisarze zapatrzeni w cztery litery. Z takiego zawężenia może wyniknąć tylko literacka bądź naukowa pornografia. Dość tej propagandy, czas na przykłady, którymi można sypać jak z rękawa, bowiem książki Wilsona to kopalnie aforyzmów. „Umysł ludzki jest urządzeniem, które służy przetrwaniu i reprodukcji”. Pięknie powiedziane, tyle że niezbyt ściśle. Nawet nie wszyscy neurochirurdzy, grzebiący na co dzień pod ludzkimi czaszkami, przystaną na utożsamienie umysłu z mózgiem, a cóż dopiero rzesze psychologów i psychiatrów. Zatem, jeśli nawet mózg jest narzędziem ewolucji, to na pewno nie jest nim umysł, w każdym razie nic na to nie wskazuje. Robiąc swoje wielkie sprzątanie z pomocą „brzytwy Wilsona” autor „The Insect Societies” radzi nam także pozbyć się mrzonek o nieśmiertelnej duszy, której pojęcie jest „nienaukowe”. „Kusząca jest myśl, że w głębi mózgu żyje dusza...” – czytamy. Nic z tego jednak, dobrzy ludzie, więc dajcie sobie wreszcie spokój – taka jest wymowa dalszego ciągu, którego nawet nie warto przytaczać. Pozbywszy się nareszcie od wieków tylko plączącego się pod nogami problemu duszy, przypuszcza wreszcie Wilson atak na naszą ambicję: „Traktować myśli, barwy (?) wzniosłe uczucia, jako coś innego niż przedmiot biologii, to mierzyć zbyt nisko.” Ta figura retoryczna, po prostu rzuca nas na kolana. W konsekwencji okazuje się, że przetrwaniu i rozmnażaniu służą także instytucje społeczne i wszelka w ogóle działalność ludzka, na czele z twórczością, a więc: prawo, religia, sztuka, a nawet nauka. To są wyłącznie rozmaite strategie rozpowszechniania genów. Aż się prosi, żeby skwitować to austriackie gadanie jednym z modnych amerykanizmów. Oops! Kto kiedy widział ludzkie osobniki rozpowszechniające swe geny w sądzie, muzeum, sali wykładowej, czy nie daj Boże w kościele? Na tak prostackie zarzuty ma jednak socjobiologia subtelną gamę nowych instrumentów polemicznych. Tam, gdzie nie wypada rozsiewać genów, przedstawiciele gatunku homo sapiens rozpowszechniają tzw. „memy”, zastępcze „geny myślowe”. O ile jednak prawdziwe geny do przetrwania i ekspansji potrzebują żywego białka, o tyle memom wystarcza papier i farba drukarska, fala radiowa (a zarazem telewizyjna) czy zwykły gaduła obdarzony donośnym głosem. Zatem znów białko! I krąg się zamyka. Geny spuszczają memy jak charty ze smyczy, aby przy ich pomocy dobierać sobie co lepsze geny na wspólników, a co gorsze – niszczyć po drodze. Właśnie po to nasze geny piszą nami wiersze, przemówienia, symfonie i teorie naukowe. Czy to wszystko nie jest genialnie proste? Ktoś się zakochał, żeby miał go kto drapać po plecach. Ktoś napisał symfonię, bo burczało mu w brzuchu. Ktoś za kogoś oddał życie, bo go uwierał kołnierzyk. Socjobiologia to jedno z odkryć takiego mniej więcej rodzaju. Podobnie jak one - napędzana wiarą, że skomplikowane zjawiska musza dać się wytłumaczyć w prosty sposób. Tak właśnie działa ten nad podziw mocny bastion redukcjonizmu. Cóż, koncepcja podobna do wielu innych scjentystycznych straszydeł z minionych epok. Dodajmy, koncepcja bardzo literacka. Bo socjobiologia to po prostu satyra - przydługa i nie rymowana bajka wg Ezopa czy La Fontaine’a. Przypowieść nie biorąca sobie za cel niczego, prócz utarcia nosa istocie ludzkiej, która lubi się wynosić ponad inne stworzenia. Można nie lubić takiej zabawy, a przy tym ją rozumieć, a nawet doceniać. Trzeba jednak wiedzieć, że to tylko zabawa. Sam Wilson pozwala sobie w pewnym momencie na uchylenie błazeńskiej maski, pisząc wprost: „socjobiolodzy rozpatrują człowieka, patrząc nań jak gdyby przez odwrócony teleskop(...) w tymczasowym pomniejszeniu.” Przychodzimy znikąd, jesteśmy nikim, zmierzamy donikąd. Tak mniej więcej rozwiązuje odwieczny ludzki dylemat Edward O.Wilson, ojciec socjobiologii. Rozbrajająco szczerze. „Ludzie jak mrówki, krowy jak boże krówki...”. Czy nie tak widziała ziemię babina w samolocie z wierszyka Tuwima? Rzecz w tym, że jej się to wszystko tylko śniło. A nas kto teraz obudzi z koszmarnego snu?
Katarzyna Turaj-Kalińska - awatar Katarzyna Turaj-Kalińska
oceniła na61 rok temu

Cytaty z książki O tych, co z kosmosu ... : spór o paleoastronautykę. T. 1-2

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki O tych, co z kosmosu ... : spór o paleoastronautykę. T. 1-2


Ciekawostki historyczne