Pilch niewątpliwie był (a właściwie nadal jest, nie zamierzam go degradować) geniuszem literackim. Jak sam narrator-autor powiedział: chciał stworzyć dzieło życia (i śmierci) - traktat o piciu - które wymagałoby od niego poświęcenia swojego istnienia i zachlania się do grobowej deski. Autor-narrator wybiera jednak życie, kończy z literaturą, odrzuca niechybne zakończenie i przechodzi do chaosu rzeczywistości, wyrywa się z pijackiego koszmaru, wyrywa się utartym schematom. Piękno języka Pilcha, jego myślenie pełnymi zdaniami, jest prawdziwą ucztą, daje ukojenie. Jest to pogmatwane, tak jak powinno być pogmatwane życie deliryka, ale w pewnym, dość nagłym, momencie wszystko się kończy. Zapada kurtyna, bohater wraca przez otwarte bramy doczesności i wybiera życie, co jest samo w sobie sztuką.
„[…] Nagle ogarnęła mnie potworna złość, byłem zły na bankomaty, których jeszcze parę lat temu nie było. Ogarnęła mnie furia, przypomniałem sobie o upadku muru berlińskiego i byłem przeciwko upadkowi muru berlińskiego, wszyscy entuzjaści rozbijający murarskimi młotami mur berliński zabierali mi brunetkę w żółtej sukience, i byłem przeciwko „Solidarności”, bo „Solidarność” zabierała mi brunetkę w żółtej sukience, i Lech Wałęsa zabierał mi brunetkę w żółtej sukience, i Jan Paweł II wołający: zstąp, Duchu Święty, zabierał mi brunetkę w żółtej sukience, i zstępujący i odmieniający oblicze ziemi Duch Święty zabierał mi brunetkę w żółtej sukience”. s.11-12
„[…] Sny pijaka dzieli od jawy tekturowa ściana, nocą pijakowi śni się to, co przeżył za dnia, trzeba raczej powiedzieć: nocą pijakowi pokazują się jego dzienne majaczenia”. s.15
„[…] Byłem nieuleczalny - to pestka, nikt nie jest uleczalny (zwłaszcza zdrowi są nieuleczalni) […]”. s.16
„- Nie chcę się zapić na śmierć, w każdym razie nie teraz. Prawdę powiedziawszy, najchętniej zapiłbym się na śmierć po długim i szczęśliwym życiu”. s.17
„[…] Obaj nie dotykaliśmy istoty rzeczy, obaj zdawaliśmy sobie sprawę, iż nie dotykamy istoty rzeczy, obaj byliśmy udręczeni nieuchwytnością istoty rzeczy”. s.18
„[…] Pomiędzy najzręczniejszą nawet literaturą a porywczą prostotą własnej trwogi nie ma bowiem wyboru”. s.20
„[…] Czy jabłko, które spadło na głowę Izaaka Newtona, było czy nie było drobiazgiem? Kosmiczny drobiazg? Nie ma innych drobiazgów jak kosmiczne. Ale do stu tysięcy furgonów beczek! Nie trzeba przywoływać zasad wszechświata w obronie nieustannie przepadających zapalniczek, portmonetek, dokumentów, piór wiecznych i kulkowych, długopisów, maszynopisów, książek, skarpet, popielniczek, szalików, rękawiczek und so weiter. Tak jak nie trzeba wytaczać w tej sprawie, w sprawie rozgardiaszu przedmiotów, argumentu „dociekań najwyższej wagi”. Nieustanne myślenie o drobiazgach nie musi rozpraszać „dociekań najwyższej wagi”, wystarczy, że rozprasza codzienne dociekania, a rozprasza je rujnująco, jeśli docieka się całymi zdaniami. Ja, na przykład, dociekam całymi zdaniami. Powiem więcej: z rozpaczliwym uporem utrzymuję się przy życiu dzięki myśleniu całymi zdaniami”. s.42
„[…] Z dojmującą przykrością myślę o chwili, kiedy ostatnie akapity, zdania, fragmenty zdań sczezną w mojej głowie i zostaną tam nieczytelne rękopisy, widma nazw, majaki, koniec. Heroikomiczny wybór pomiędzy demencją a śmiercią nie bawi mnie w najmniejszym stopniu”. s.42-43
„Siedziałem wygodnie rozparty i wypatrywałem oświetlonych okien, zawsze mnie frapowały okna, w których późną nocą świeciło się światło, ktoś czytał całą noc książkę swego życia, ktoś umierał, ktoś dusił się w strasznym kaszlu, ktoś budził się z krzykiem ze snu koszmarnego, ktoś brał kogoś w ramiona, ktoś brał coś na uspokojenie, ktoś płakał z tęsknoty, ktoś szedł do łazienki”. s.51
„[…] jeszcze, jeszcze można było zgasić dobrze już płonący ogień, jeszcze można było obie butelki kupione w całonocnym sklepie wylać do zlewu, wyrzucić do zsypu, a nawet cisnąć nimi przez otwarte okno, i właśnie ta możliwość, cień tej możliwości niewymownie dramatyzował sytuację, nie szło tu bowiem o to, że dalej istniał rzeczywisty wybór pomiędzy piciem a niepiciem, nie, takiego wyboru nie było już dawno (szczerze mówiąc, takiego wyboru nie było od co najmniej dwudziestu lat),natomiast można było wciąż jeszcze udawać, że taki wybór istnieje, pozorować kabotyńską szamotaninę i nie tyle wahać się pomiędzy piciem a niepiciem, co wiedząc, że już się w zasadzie przestało niepić, dalej męczeńsko wydłużać drogę do picia”. s.55
„[…] Poruszałem się z niezwykłą prędkością, bo szło o to, by jak najprędzej wlać w siebie pierwszą dawkę prawdy i zabić męczącą retorykę. Trzeba było jak najprędzej skończyć z świadomą literaturą wiecznych wątpliwości i wybrać niezachwiane, nieprzytomne życie”. s.57
„Nie drażniła mnie pijacka obłuda Kolumba Odkrywcy, nie można szczerze pić bez obłudy, usta muszą przeczyć trunkowi, co właśnie przeszedł przez gardło. Pan Bóg niechybnie dla ulżenia pijakom nie wypisał na kamiennych tablicach przykazania: nie kłam. Słowo musi przeczyć nałogowi. Kłamstwo w plemieniu deliryków jest honorem - prawda wpierw jest nietaktem, później zniewagą, na końcu rozpaczą. […] Prawdziwie straceńcze picie musi być zakryte, kto je odkrywa, kapituluje, przyznaje się do bezradności, pozostaje mu płacz, zgrzytanie zębów i mityngi AA”. s.65-66
„[…] Słowo jest moją używką, moim narkotykiem, rozsmakowałem się w przedawkowywaniu. Język jest moim drugim, co mówię, drugim, język jest moim pierwszym nałogiem”. s.66
„[…] Tak jest, z pijackim uporem powtarzam raz jeszcze: realność całej sytuacji sprawiała mi ulgę, nadto byłem udręczony nieustannie doskwierającą fikcyjnością”. s.77
„Jaką duszę ma człowiek, który wie, że przepił wszystkie pralki świata? Odpowiadam: duszę ma uskrzydloną, a myśl jego wiruje jak bęben w ostatniej fazie odsączania. Kiedy czujesz na sercu ciężar miliarda przepitych pralek - jest nie do zniesienia. Ale kiedy unosisz udręczony wzrok i widzisz, jak ptasie ławice białoskrzydłych pralek szybują pod wodnistymi niebiosami niczym eskadry papieskich helikopterów, pojmujesz, iż jest ci dane więcej niż innym. Jest ci dany niekonwencjonalny dar i jeśli zdołasz przeżyć, jeśli przedtem nie umrzesz, możesz zacząć wędrówkę w poszukiwaniu wszystkich utraconych pralek, a nawet - tak jest - w poszukiwaniu wszystkich utraconych rzeczy”. s.90-91
„[…] Niekiedy już po setnej, a jak kto wątlejszy to nieraz już i po dziesiątej przepitej pralce bezpowrotnie traci ciekawość i wolę spraw doczesnych. A duchowość całkowicie uwolniona z więzi doczesności to jest przecież czysta grafomania. Przepijanie wszystkich pralek świata nieubłaganie wiedzie do całkowitego zaniedbania doczesności - w pisaniu całkowite zaniedbanie doczesności wiedzie do grafomanii, kto zatem pisze i pije, jest w trudnej sytuacji. Piłem i nie zaniedbywałem pisania i teraz z pijacką łzą w oku piszę o zaniedbanej przez picie pralce”. s.91
„- Po co się budzić, skoro na jawie jest jeszcze gorzej? Jawa jest jednym wielkim powodem do picia.
- Skoro pijesz we śnie i na jawie, tak naprawdę nie wiesz, jak jest na jawie”. s.109
„- Korci mnie, żeby odpowiedzieć: nie ma mądrzejszych i bardziej doświadczonych ludzi od mądrych i doświadczonych pijaków, ale byłby to typowo pijacki aforyzm, a ja ostatnio stronię od pijackich aforyzmów. Wychodzisz ze szpitala, czyli wychodzisz z choroby i wracasz do świata, który sam w sobie jest wielką chorobą. Czyli co?”. s.112
„- Kto, kiedy i gdzie powiedział - jadowitość pojawiła się i rosła w moim głosie - kto, kiedy i gdzie powiedział, kto, kiedy i gdzie napisał, że ja jestem od normalnego życia?
- A od jakiego życia jesteś? Nienormalnego? Wyjątkowego? Genialnego? Chorego?
- Ja jestem, Alu, od życia wyjątkowo nieszczęśliwego.
- Weź się w garść i zacznij żyć umiarkowanie, ale szczęśliwie.
- Umiarkowanie, ale szczęśliwie? Przecież to jest sprzeczność sama w sobie.
- To nie jest sprzeczność, kiedy to zrozumiesz, przestaniesz pić”. s.118-119
„Teraz… Teraz - czyli kiedy? Po wypiciu pierwszej stabilizującej, czy po wypiciu drugiej uskrzydlającej półlitrówki? Teraz? Po szalbierczym wytrzeźwieniu? Teraz? Po wyjściu? Po wejściu? Po zejściu? Teraz - po trzech, a może po sześciu tygodniach, po czterdziestu, a może po stu czterdziestu dniach”. s.123
„Słyszę wyraźnie jak we śnie: jest w tej muzyce siła nadchodzącej śmierci i jest w tej muzyce siła powstrzymywania nadchodzącej śmierci, prawdziwą pisarska siła odwracania biegu zdarzeń. W stukartkowym zeszycie chcę w końcu jeszcze napisać rzecz najtrudniejszą (godne zadanie dla własnej pychy): historię człowieka, który się podnosi, nabiera siła i z ryzykownej metafory wielkiej wojny wychodzi cało i zwycięsko. Chcę dać literaturę, która wyzwala ze słabości i silna jest jak pastorałka Don Juana”. s.143-144
„Jak się domyślasz, ostro z nimi w duchu polemizuję, choć mam świadomość, że moja polemika mija się z celem, moje założenia są inne, terapeucice pragną doprowadzić rzeczywistość do trzeźwości, ja pragnę doprowadzić rzeczywistość do literatury, w pewnym miejscu - nie ma siły - nasze drogi się rozchodzą”. s.148
„[…] Pierwsza osoba liczby pojedynczej jest elementem fikcji literackiej. Boże mój, cóż to za szczęście i jakiż to instynkt: teraz właśnie ogłosić koniec literatury i móc z czystym sumieniem powiedzieć po prostu - ja”. s.149
„Kiedy mówię, że porzucam mój nałóg dla Ciebie, mówię prawdę. Kiedy mówię, że porzucam mój nałóg dla nas, mówię prawdę. Bo mnie nie ma bez Ciebie, bo mnie nie ma bez nas. Moje „ja” już nie jest w liczbie pojedynczej. Przestaję istnieć, kiedy Ciebie nie ma, każde rozstanie jest nie do przeżycia. (Pamiętasz, jak oboje płakaliśmy na Dworcu Centralnym? Jak biegłaś wzdłuż wagonu?) Nie możesz być dalej niż kilkaset centymetrów ode mnie, potem wszystko jedno, czy jesteś o kilometr, czy trzysta kilometrów stąd. (Trzysta kilometrów od moich ramion). Potem i tak jest otchłań i wszystko, co jest w środku, bardzo… (Koniec rękopisu czytelny tylko dla adresatki)”. s.155
„[…] Generalnie problem polega na tym: jak pogodzić głębię pijanej duszy z płycizną pijanego ciała? Jak to wyjaśnić i jak go uzgodnić? Jak w ogóle połączyć najwyższe uwznioślenie duszy ze straszliwym pawiem? Jaką czarną nicią połączyć fantastyczną i kreacyjną lekkość z prześcieradłem nazajutrz czarnym od potu? Jaki jest związek pomiędzy wieczorną odwagą, brawurą a porannym lękiem, trwogą?”. s.204
„[…] Nie ma cię, nie ma cię i nigdy nie będzie. Nie, ty jesteś. Ja jestem. Jestem, bo nie wybieram śmierci. Stary Kubica, mając do wyboru brak flaszki u wezgłowia albo śmierć, wybrałby śmierć. Ja wybieram życie i Stary Kubica w niebiańskiej gospodzie (anioł mu nalewa) pije moje zdrowie. Dziadku - mówię do niego - pijany ojcze mego pijanego ojca, dziadku, byłem na tym samym ośnieżonym placu, flaszka stała u mego wezgłowia, ten sam czarny pot spływał ze mnie, dygotali moje serce i trzęsły się moje ręce. Ale wybieram życie, jest przy mnie miłość silna jak twój śpiew, ona daje mi ocalenie. Nasz nałóg, który ciebie zabił, ze mnie schodzi jak z węża schodzi skóra węża; zwyciężyłem, z tobą się dzielę moim zwycięstwem, piszę o tobie i piszę o sobie nie tylko po to, by pokazać, że prawdziwa deliryczna proza nie kończy się śmiercią: kończy się życiem, które nie wiadomo, jak się skończy”. s.216-217
„Kiedy to było? Nie było tego wcale. Nie ma literatury, bo nie ma tamtej przeszłości i nie ma tamtych historii. Jest tylko czas teraźniejszy […]”. s.221
„[…] Panie Boże, uczę się przy niej wolności, moje serce uczy się bić, oddycham, jestem, bo ona jest. Jaki to problem: żakiet porzucony w mokrej trawie? Jaki to problem: pomięte i wilgotne spodnie? Jaki to problem: iść boso i boso wsiadać do podmiejskiej kolejki? Chodź, chodź, teraz tak. Na twoją skórę pada cień liścia i kropla deszczu. Przestałem się bać. Ktoś we mnie przestał się bać. Nie boi się”. s.227
„- Nigdy ciebie nie zdradzę. Nigdy ciebie nie okłamię. Dawniej bym powiedział, że z mojego punktu widzenia to są całkowicie samobójcze zdania, jeszcze rok temu tak bym powiedział, ale zapomniałem tamtego języka. Straciłem mój język, a może uwolniłem się z uwięzi mojego języka, może mój język zstąpił z koturnowych wysokości”. s.230
„Chciałem powiedzieć, że nie wszystko, co powstaje w mojej głowie, jest związane ze mną, chciałem raz jeszcze przytoczyć (chyba tysiąc razy je przytaczałem) powiedzenie Franza Kafki: „Z samym sobą nie mam nic wspólnego”, chciałem się po prostu bronić przed dojrzewającym w głowie tej uroczej terapeucicy-okularnicy zakazem twórczości własnej, ale machnąłem ręką. Zakaz - jak powszechnie wiadomo - rodzi konspirację, konspiracja niekiedy bywa bardzo twórcza”. s.233
„[…] Zdaniem Szymona, gdyby umiał on swoje zdanie wypowiedzieć, nadmierne rozjaśnienie umysłu prowadzi do nerwowości. Wiedzieć coś do końca to znaczy nie mieć już żadnego zapasu wiedzy na dany temat, a jak człowiek nie ma żadnego zapasu - głupio się czuje; człowiek wtedy czuje się tak, jakby kończyły mu się papierosy. Nie „człowiek”, a ja Szymon, nie „się”, ale ja Juruś. I nie „czuje”, ale „pije”…”. s.241
„I mój nałóg schodził ze mnie, tak jak z węża schodzi skóra węża, na ścianę padały ostatnie cienie dotykalnych widm, ona była przy mnie, trzymała mnie za rękę, czułem w sobie wiosenny przybór sił. Jeszcze pół roku temu szykowałem się na inne zakończenie, w cichości serca byłem pewien, że spiszę do końca ciemny protokół mojego nałogu, postawię kropkę na wilgotnym papierze i za pomocą niewielkich, już bardzo niewielkich dawek gorzkiej żołądkowej samego siebie na tamten świat wyprawię”. s.259
„[…] Nie jestem w stanie opisać własnego wyzwolenia jako serii przekonujących wydarzeń, nie potrafię dać ewolucyjnej historii własnego zmartwychwstania - daję jedynie te epifaniczne wersy, ale też zmartwychwstanie moje było niczym epifania, było niczym haiku, było niczym jeden nieomylny jak błyskawica wers”. s.260
„Dziesięcioleciami chlałem niczym bydlę nieczyste, przez dziesięciolecia byłem pijany jak bydlę nieczyste i w ciągu kilku godzin bez zasługi wytrzeźwiałem. Bez zasługi? Nie, radykalnie odrzucam wszelką kokieterię. Moją zasługą była moja rozpacz, moją zasługą były moje modlitwy i moją zasługą jest moja miłość”. s.261
„[…] Byłem zamarzającym na kość kościotrupem i byłem rozczarowany stereotypową fabułą własnej agonii, wszystko szło tak, jak tysiąc razy o tym czytałem: przymknąłem zamarzające powieki i zaczęło mi się przypominać całe moje zmarnowane życie, dobry traf chciał jednak, że na początek przypomniała mi się piłka nożna i przypomniały mi się wszystkie bramki strzelone w dzieciństwie, i ujrzałem żółtą węgierską futbolówkę, jak wpada po moim uderzeniu do bramki na stadionie Startu w Wiśle, i do wszystkich bramek prowizorycznie wytyczonych na krakowskich Błoniach, i przypomniała mi się bramka strzelona głową na łące pod schroniskiem na Markowych Szczawinach, i przypomniały mi się bramki strzelone w sali gimnastycznej na Powązkach. Przypomniały mi się wszystkie moje piłkarskie sny, koszmary, majaczenia i już we śnie przedśmiertnym uginałem bezwiednie prawą nogę, tak jakbym chciał ostatni raz skierować widmową piłkę do widmowej bramki, i pięta moja dotknęła zamarzniętej bocznej linii ostatniego kręgu, odbiłem się, tak jest, jakkolwiek to brzmi, a brzmi to kiepsko: odbiłem się. Powtarzam jednak - byłem rozczarowany fabułą agonii, a fabuła ocalenia nie okazywała się lepsza, też była niewyszukana jak powieść dla kucharek”. s.261-262
„Pod wieczór na werandzie z rozległym widokiem będziemy pić herbatę. Nasze dusze nigdy stąd nie odejdą i nigdy tu nie usną”. s.262
OPINIE i DYSKUSJE o książce Spiski. Przygody tatrzańskie
Literatura Piękna przez duże P.
Świetny język, doskonała opowieść dziejąca się podhalu w latach 80-tych.
Kuczok to niewątpliwie wirtuoz słowa.
Literatura Piękna przez duże P.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toŚwietny język, doskonała opowieść dziejąca się podhalu w latach 80-tych.
Kuczok to niewątpliwie wirtuoz słowa.
Typowy Kuczok.
Nieskazitelny.
Wszystko idealnie zobrazowane I wciągające.
Typowy Kuczok.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNieskazitelny.
Wszystko idealnie zobrazowane I wciągające.
Opowieść w której wspomnienia mieszają się z wyobrażeniami. Osnuta tajemnicą tatrzańskiej mitologii jednostkowa historia stosunków polsko-polskich, między Ślązakami i Góralami. Potrafi męczyć i uwierać przez okrutnie celne wyostrzanie przywar każdej z subnacji, by chwilę później porwać w świat magiczny i omotać czytelnika mitologiczną historią. Rewejacyjna, choć niekoniecznie wciągająca od pierwszych stron.
Opowieść w której wspomnienia mieszają się z wyobrażeniami. Osnuta tajemnicą tatrzańskiej mitologii jednostkowa historia stosunków polsko-polskich, między Ślązakami i Góralami. Potrafi męczyć i uwierać przez okrutnie celne wyostrzanie przywar każdej z subnacji, by chwilę później porwać w świat magiczny i omotać czytelnika mitologiczną historią. Rewejacyjna, choć...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAtrakcyjny w formie i niebłahy w treści realno-magiczny opis tatrzańskich „przygód” narratora na przestrzeni blisko 20 lat schyłkowego PRL-u i odrodzonej RP. Plus cenne spostrzeżenia antropologiczno-etnograficzne i ogromna wyobraźnia językowa autora z licznymi metaforami i stylizowaną gwarą.
Atrakcyjny w formie i niebłahy w treści realno-magiczny opis tatrzańskich „przygód” narratora na przestrzeni blisko 20 lat schyłkowego PRL-u i odrodzonej RP. Plus cenne spostrzeżenia antropologiczno-etnograficzne i ogromna wyobraźnia językowa autora z licznymi metaforami i stylizowaną gwarą.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKilka niebanalnych opowieści o śląskiej rodzinie spędzającej wakacje wśród górali w Tatrach. Przenikliwe i oczywiste na przemian, zabawne ale i czasem nudne. Warto przeczytać.
Kilka niebanalnych opowieści o śląskiej rodzinie spędzającej wakacje wśród górali w Tatrach. Przenikliwe i oczywiste na przemian, zabawne ale i czasem nudne. Warto przeczytać.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDojrzewanie widziane przez pryzmat górskiej kanikuły. Urywki z życia trzyosobowej śląskiej rodziny, która spędza wakacje w Bukowinie. Poprzez kolejne odsłony coraz to innych, późniejszych odwiedzin w Tatrach doświadczamy zmian jakie zaszły w życiu nie tylko głównego bohatera, chłopaka, który na oczach czytelnika staje się mężczyzną, ale również monitorujemy zmianę stosunków między jego rodzicami.
Pierwsza opowieść jest ujmująca: 1982 rok, Mistrzostwa Świata w piłce nożnej, wielkie czasy polskiej reprezentacji, Boniek, Szarmach, Majewski, Kupcewicz i... Łazuka, wyśpiewujący Entliczek, pentliczek, co zrobi Piechniczek. Młody bohater usiłuje zaszczepić w tubylcach miłość do futbolu, nie tylko w kwestii telewizyjnego kibicowania, ale także aktywnego uprawiania tej dyscypliny. W tym czasie jego ojciec próbuje przeżyć codzienne biesiadowanie z góralami, którzy za kołnierz nie wylewają. W ogóle na początku książki jawią się oni jako ludzie nieprzystępni, gardzący ceprami, pijusy i awanturnicy, często obarczeni furą dziecków, składający ręce do modlitwy przed wszelkimi czynnościami podejrzewanymi o grzeszność.
Choć pierwsze fragmenty pisane są z perspektywy smarkatego, pełnego niewiedzy o świecie (mnie bardzo wdzięczny wydał się fragment o białczańskiej mgle; bardzo trafny),to każda kolejna odsłona jest już inna, bogatsza, odsłaniająca nowe oblicza mieszkańców gór, ale też uzupełniana w świadomość życiową narratora. Z biegiem czasu autochtoni nabierają nowych barw, są pracowici (w sposób zupełnie instynktowny, bez zastanowienia, organicznie),uprzejmi, ale bez spoufalania się z letnikami, a przede wszystkim darzący starszych ogromnym szacunkiem. I tak z humorem i dystansem przemierzamy kolejne wakacyjne doświadczenia bohatera, poznajemy rdzennych mieszkańców, bierzemy udział w ich codzienności.
W bezpretensjonalny sposób opisuje autor świat przemian społecznych: komuna, jej upadek, problemy z asymilacją do nowych warunków (najbardziej jaskrawy przykład to ojciec malkontent),ale pokazuje także studium upadku miłości rodziców głównej postaci. Książkę traktuję trochę jak góralską gawędę, nie tylko ze względu na efektywnie wplecioną gwarę.
Udana próba twórcza Kuczoka.
http://buchbuchbicher.blogspot.com/
Dojrzewanie widziane przez pryzmat górskiej kanikuły. Urywki z życia trzyosobowej śląskiej rodziny, która spędza wakacje w Bukowinie. Poprzez kolejne odsłony coraz to innych, późniejszych odwiedzin w Tatrach doświadczamy zmian jakie zaszły w życiu nie tylko głównego bohatera, chłopaka, który na oczach czytelnika staje się mężczyzną, ale również monitorujemy zmianę stosunków...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie łatwym orzechem do zgryzienia jest napisanie czegoś o „Spiskach”, ta książka ma w sobie coś z biesiadowania z Góralami. Mocna, gęsta, prawdziwa, że aż w krzyżu boli, o Tatrach, tatrzańskich bajdach, o Góralach i Góralkach, ale napisana przez cepra ze Śląska. Cepra – niecepra - bo prawie Górala przez zasiedzenie, a raczej zachodzenie, po góralskich ścieżkach. Taka biesiada na długo pozostaje w pamięci, a kiedy się siądzie pospołu z gazdami i gazdzinami nie można się już wywinąć od uczestnictwa. Ta książka wciąga!
„Spiski” zaczynają się od pierwszych góralskich wakacji w 1982 roku, roku wielkiego piłkarskiego tryumfu Polaków na Mundialu w Hiszpanii. Główny bohater ma wtedy zaledwie kilka lat i podejmuje się trudnej misji nauczenia góralskich dzieciaków gry w piłkę nożną. Sprawa jest wielce utrudniona, bo większość z chłopców na co dzień biega w obciętych gumiakach, a o trampkach nikt nawet nie słyszał. A do tego dochodzi problem nierówności terenu… bo jak tu grać, gdy jedna połowa boiska jest z górki, a druga pod górę?
Brzmi zabawnie? Cała książka pisana z perspektywy dorastającego narratora jest usiana śmiesznymi historiami, o misiołakach łasych na przeterminowane dziewice, o tatusiu- Płanetniku, którego malkontenctwo na wieś sprowadza zarazę krów, o wielkiej miłości Felusi i Józka i wiele wiele innych. Czyta się z prawdziwą przyjemnością, jeśli ktoś dodatkowo zna te okolice, albo, tak jak ja ma w rodzinie Górali, to wie jak bardzo obraz Podhala odmalowany przez Kuczoka jest prawdziwy. Religijność podniesiona na wyżyny absurdu kontra prosta zasada: oko za oko. Homofobia obok ksenofobii, przyprawiona specyficzną „moralnością”. Góry są Górali, a ceprom nic do tego.
Znajdziemy w „Spiskach” oprócz ciekawych opowieści esencję góralskości opisaną prosto, przaśnie i z humorem. I zmysłowo, bo Kuczok nie stroni od sensualnych opisów, od budowania głodu, ale tego nisko sytuowanego, z podbrzusza. Główny bohater całą książkę idzie do celu (w międzyczasie kończąc liczne kursy wspinaczki i przemierzając Tatary w wzdłuż i wszerz),a cel ten Kuczok opisuje geograficznie, po góralsku, tak:
„Przez Opalone, dalej poprzez Niżne Stanikowe Siodło ku Gładkiej Przełęczy, skąd zmyślnie wdrapał się na sam Czubik, a potem obniżył się ku Pysznej Polanie, krążąc wokół Małej Łąki, przedzierajac się przez Mechy, osiągnął Kudłatą Grańkę, gdzie zatrzymał się dłużej, by przygotowac szturm poprzez Ciemnosmreczyńską Dolinę aż po Głaźne Wrótka, za którymi w Dolinie Ku Dziurze, ukryty w Mokrym Źlebie, zlokalizował otwór Ptasiej Studni (...)”
Chybajta ku mie - bedziem cytać!
Serdecznie polecam lekturę „Spisków” Kuczoka!
Hej!
Nie łatwym orzechem do zgryzienia jest napisanie czegoś o „Spiskach”, ta książka ma w sobie coś z biesiadowania z Góralami. Mocna, gęsta, prawdziwa, że aż w krzyżu boli, o Tatrach, tatrzańskich bajdach, o Góralach i Góralkach, ale napisana przez cepra ze Śląska. Cepra – niecepra - bo prawie Górala przez zasiedzenie, a raczej zachodzenie, po góralskich ścieżkach. Taka...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTo książka o górach tylko w pewnym stopniu. Bardziej o pewnych etapach w życiu narratora i pewnych jego fascynacjach, które zostały powiązane ze Spiskami, góralami, szlakami. Nie brakuje to elementów z gatunków realizmu magicznego. Kuczok świetnie operuje słowem, a do tego nie skąpi bystrego dowcipu. Bardzo dobra lektura!
https://jedenakapit.blogspot.com/2018/07/spiski-przygody-tatrzanskie-wojciech.html
To książka o górach tylko w pewnym stopniu. Bardziej o pewnych etapach w życiu narratora i pewnych jego fascynacjach, które zostały powiązane ze Spiskami, góralami, szlakami. Nie brakuje to elementów z gatunków realizmu magicznego. Kuczok świetnie operuje słowem, a do tego nie skąpi bystrego dowcipu. Bardzo dobra...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPrzejajeczna i bajeczna <3
Przejajeczna i bajeczna <3
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMam mieszane uczucia co do tej książki. Sama w sobie jest bardziej opisem przeżyć głównego bohatera (autora) i opisem jego rodziny. Samą książkę czyta się znośnie, choć jest czasem nudnawa. Bardzo ciężko się czyta wtrącenia wątków fikcyjnych, które nic nie wnoszą do sprawy, wręcz odniosłem wrażenie, że bez nich książka mimo, że krótsza to mogłaby być ciekawsza.
Mam mieszane uczucia co do tej książki. Sama w sobie jest bardziej opisem przeżyć głównego bohatera (autora) i opisem jego rodziny. Samą książkę czyta się znośnie, choć jest czasem nudnawa. Bardzo ciężko się czyta wtrącenia wątków fikcyjnych, które nic nie wnoszą do sprawy, wręcz odniosłem wrażenie, że bez nich książka mimo, że krótsza to mogłaby być ciekawsza.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to