Cóż za wyrafinowana proza! Wspaniałe zdania, paradoksalne przeciwieństwa, alternatywne wersje zdarzeń i ludzi - zachwyty nad “Skazą” można ciągnąć długo, choć nie jest to lektura lekka.
Od początku czujemy się bowiem nieco zdezorientowani, nie wiedząc nie tylko, o co chodzi, ale i gdzie jesteśmy. Ani kiedy. Chcąc nie chcąc, musimy zawierzyć Autorce, kiedy pisze: “Z pewnego punktu widzenia nie ma zmyślonych opowieści. Każda na koniec, wbrew wszelkim pozorom, okazuje się prawdziwa i nieunikniona”.
A druga niezbędna rzecz przy lekturze: sami musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, cóż to za świat przedstawiony? Czy jesteśmy wśród byle jakiej scenografii i aktorów, czy też precyzyjniej - statystów, odtwarzających role przypisane im przez nieznanego demiurga?
Według mnie ta programowa zagadkowość to wielka zaleta, jedna z wielu tej niejednoznacznej, nierealistycznej (czy na pewno?) przypowieści, wręcz zmuszającej czytelnika do własnej interpretacji, a pole do tego szerokie…
Taki to nieczęsty rodzaj literatury, który w zasadzie nie daje żadnych odpowiedzi na fundamentalne pytania. Wręcz przeciwnie, na koniec pozostawia człowieka w zadumie. Za to “pracuje” jeszcze długo po przeczytaniu, zwłaszcza w kontekście współczesnym, chociaż ma już swoje lata - 2006. Notabene właśnie o to chodzi w książkach, tych dobrych: kazać nam o sobie jeszcze długo długo myśleć, a może i nie zapominać.
Co tu dużo gadać: bardzo wymagająca to stylistyka. Każde zdanie trzeba czytać “pojedynczo”, a do wielu i wracać. Niektóre wątki znikają, by pojawić się dopiero za jakiś czas w nowej, albo oczywistej, lub wręcz przeciwnej odsłonie. I jeszcze coś, co szczególnie lubię: ani jednego dialogu!
Misterna tu bardzo konstrukcja całości. Na początku nie ma napięcia, które jednak narasta z każdą stronicą. Szybko nastaje atmosfera niepewności, potem już jawnego strachu, któremu towarzyszy jego nieodłączna siostra: pewność i buta władzy, także samozwańczej.
Jesteśmy w jakimś mieście, a konkretnie w jego centrum na placu, dokąd przybywają nieokreśleni uchodźcy, gdzie dokonuje się jakiś niejasny przewrót społeczno-polityczny. Atmosfera gęstnieje gdy do miasta przybywają bliżej nieokreśleni uchodźcy.
“W tle tłum, zawsze ten sam, dźwigający walizki i uginający się pod ich ciężarem, odpoczywający na walizkach, nie pozwalający się łatwo od swoich walizek odpędzić. (...) Bez kanapy, bez fotela, bez sypialni i jadalni każdy z uchodźców zajmował tak mało przestrzeni, że mniej już nie można, ale i tego było za wiele”.
“Nie ma komu zastanowić się, co począć teraz z tym tłumem, który z wolna zawłaszczył całą przestrzeń placu, by pośród upartego zapachu naftaliny siedzieć na walizkach i czekać nie wiadomo na jakie zakończenie”.
“Życie toczyło się ze spokojem tuż obok jakiejś szczególnie groźnej ewentualności, jak to zwykle bywa. Na bolesne pytanie, dlaczego to właśnie pod ich oknami koczują uchodźcy, nie będzie żadnej odpowiedzi”.
Odczytuję tę fabułę jako odnoszącą się do III Rzeszy, choć skojarzenia wyglądają na wymieszane i nieoczywiste. “Bez potwierdzenia w postaci potłuczonego szkła chrzęszczącego pod obcasem, bez witryn zabitych deskami dla ochrony przed rabunkiem, fakty dokonane nie były wiele warte. Żeby stać się rzeczywistością, potrzebowały należycie wyrazistych opisów i odpowiednio podniosłego tonu”.
Albo i inaczej: może chodzi tu o jakiś historyczny “bezczas” lub też wszystkie możliwe czasy równolegle - coś takiego, jak w znakomitej a gruntownie zapomnianej książce Piotra Wojciechowskiego “Czaszka w czaszce”. Nagle w “Skazie” pojawiają się bowiem pogłoski o zbliżających się ostatecznych rozstrzygnięciach: a to o rychłym alianckim desancie, a to armii Kołczaka, która przywróci prawowite rządy, a to uzbrojonych partyzantach, obiecujących ratunek przed katastrofą anarchii, a to o międzynarodowych siłach pokojowych, a to o nadciągających Hunach; nadlatuje też helikopter. Czy to tylko odwieczna historia wygrano-przegranych w skrócie?
U mieszkańców domów przy placu początkowe współczucie wobec uchodźców w miarę szybko przemienia się w złość i rozgoryczenie (brzmi znajomo….?). Oddane jest to w mistrzowski sposób: “Około południa w witrynie zakładu fotograficznego nie było już ani jednego ślubnego zdjęcia. Zniknął także portret aktorki filmowej w białym lub futrze, a zamiast niego pojawiła się zupełnie nowe ekspozycja: mocno powiększony i przez to marnej jakości zdjęcie mężczyzny z rzędem orderów na marszałkowskim mundurze, białym jak śnieg. Zamiast powłóczystego spojrzenia spod długich rzęs – ostry, arogancki wzrok, przeszywający na wylot niczym wystrzał z dubeltówki”.
Domyślamy się, czego to zapowiedź. “Uchodźcy są uchodźcami, ich los jest przesądzony i oczywisty dla każdego oprócz nich samych: nigdzie nie ma dla nich miejsca, ani tu, ani tam. W tej kwestii warto liczyć przede wszystkim nad cud. Czyż nie lepiej więc, żeby to wszystko, co jest im jeszcze pisane, nastąpiło niezwłocznie?”.
Pierwszym krokiem jest, jak zawsze, segregacja: “To, co tutejsze, zostało na powrót oderwane od tego, co napłynęło skądinąd, i był to pierwszy krok do uporania się z nieporządkiem”.
“Naraz zaczynają się obawiać czegoś nieokreślonego, choć już przywykli, że to ich się obawiano”.
“Ogłoszono tłumowi zarządzenie o konfiskacie lasek i rzeczywiście laski zostały złożone we wskazanym miejscu, wszystkie, nie wyłączając tej białej, po czym w rękach gwardzistów stały się narzędziem utrzymania porządku. Podwładni widzą, że teraz porządek opiera się już tylko na ich skrupulatności, inaczej mówiąc, na ciosach ich pałek, i tak będzie, powiedzmy, przez najbliższe pół godziny”.
Nienazwana groza narasta: “Nawet gdyby najwyższym nakładem starań pozbawić uchodźców tej właściwości tak dla ogółu kłopotliwej, jaką było życie - niewiele dobrego udałoby się przez to osiągnąć, cóż bowiem począć wtedy z przyprawiającą o ból głowy liczbą niepotrzebnych ciał?”.
“Uchodźcy to sprawa osobna. Umrą i o wszystkim zapomną. Razem z nimi znikną ich cierpienia. (...) Jakaż to ulga dla mieszkańców kamienic. Po co przyzwalać na istnienie, które nie służy żadnemu godnemu celowi, a tylko hołduje nieładowi przemiany materii, nieustannemu krążeniu nadziei i rozpaczy, i pod żadnym względem, przenośnym ani dosłownym, nie spełnia wymogów schludności”.
Nie wiemy, jak t o się stało. Zrozumieniu mechanizmu może służyć zdanie o solidnych drzwiach zamykających s z c z e l n i e schron w piwnicy budynku, do którego wtłoczono tłum uchodźców.
Pozostały po nich artefakty: “I dopiero tamte, wcześniejsze zdjęcia, gdzie widać ich jeszcze w pełni urody, zdrowia i pomyślności, byłyby właściwą po nich pamiątką. (...) Oczy patrzące w przyszłość bez śladu przerażenia, ubrania z prosto spod igły, jeszcze nie zszargane przez los. Oto, co powinno pozostać ich wizytówką w tej historyjce, gdy sami już ją opuścili”.
“Zdania uchodźców od początku nie wzięto pod uwagę w żadnej kwestii, więc tym mniej liczono się z nim teraz, kiedy ich już nie było”.
“Stan pierwotny, trwający szczęśliwie, zanim się pojawili uchodźcy, został przywrócony. Wdarłszy się tak natarczywie w sam środek swojskiej przestrzeni, nie dość obszernej i nie dość zasobnej dla wszystkich, zostali z niej jednak ostatecznie wykluczeni, raz na zawsze usunięci z pola widzenia”.
W tej nierealistycznej, słusznie nie przywiązującej wagi do niezbitych (?) faktów, jest też możliwość że “uchodźcy” wydostają się z pułapki i jadą do Ameryki, gdyż schron okazuje się pusty (jak Grób po 3 dniach?). “Jest pusto, zupełnie pusto we wszystkich kątach, nie ma tam nikogo. Tylko powietrze stoi ciężkie od oddechów i naftaliny”.
“A za oknem czyste niebo, zimne jak lód”.
Inne cytaty:
“Jeśli ta historyjka należy do mnie, już tylko zaciskam powieki, żeby nic nie widzieć”.
“W magazynku znajduje się jeden nabój (...),jeden nabój to mało, ale też o wiele za dużo, skoro każdy z osobna mógł nim zostać trafiony. Nabity rewolwer w zasadzie powinien prędzej czy później wystrzelić, choć liczono właśnie na niedoskonałość reguł, na to, że się od czasu do czasu zacinają”.
“Generał od samego początku nie rozumiał nic: w jego historyjce, tej, z której się wziął i do której zamierzał powrócić, panowały najlepsze wojskowe porządki, do niczego innego nie był przyzwyczajony. Chętnie mu udzielono wyczerpujących wyjaśnień, z których zrozumiał jeszcze mniej”.
“Cokolwiek by zrobić, zawsze wychodzi się albo na tchórzliwego asekuranta, albo na nieodpowiedzialnego hazardzistę, i trudno utrzymać się pomiędzy skrajnościami”.
“Jedyna szansa na szczęśliwe zakończenia tkwi w skracaniu opowieści. W urywaniu wątków w samą porę, zanim zszargają się, poplączą i zasupłają. A przede wszystkim w unikaniu puent jak ognia, który raz zaprószony, wypali wszelką nadzieję”.
Truizmem byłoby dodać, że Tulli jest wyznawczynią pesymistycznej wersji dziejów. “Każdą historię pustoszą napięcia, każdą niszczy skaza pogardy (...). Szczęśliwe zakończenia nigdy nie bywają szczęśliwsze niż to możliwe”.
OPINIE i DYSKUSJE o książce Poranek Marii i inne opowiadania
Spoko się czytalo
Spoko się czytalo
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to"...Czyż nie jest tak, że trzeba popłynąć, pobiec w kierunku światła i sparzyć się - a choćby i spłonąć? Czyż los tego, który płonie, nie jest po stokroć szczęśliwszy od losu tego, który zawsze jest tylko popiołem?..."
Na początku była poezja i gniew. Nadal jest poezja i gniew, ale przyszedł i czas na debiut prozatorski, trudny temat, nowe ujście dla retoryki poetki - pisarki.
Zacznijmy od okładki, czarne tło, żaluzja, która otula i chroni pozornie, i ciało kobiety w pozycji embrionalnej, mocno przytrzymująca kolana rękami. Ciało automatycznie przyjmuje tę pozycję gdy organizm doświadcza traumy psychicznej lub fizycznej. Osiem opowiadań , osiem oskarżeń, osiem krzywd wobec kobiet. Trama, zranienie, uraz, starcie, okaleczenie, obtarcie, uszkodzenie ciała, obrażenie, wstrząs, draśnięcie, otarcie, rana, szok, cięcie, zacięcie, ranka, uszkodzenie, nieszczęście...słowo, które rani i przeszywa niczym sztylet.
Zauważono również, że w ten sposób radzą sobie z napadami paniki osoby cierpiące na zaburzenia lękowe lub przeżywające silny stres.
Obcujemy z bohaterami prozy Fiedorczuk, w świecie przemocy psychicznej i fizycznej, z przyspieszonym kursem dojrzewania, złożonością natury ludzkiej i meandrów, poszukiwania własnej tożsamości i jestestwa, akceptacji i szacunku, odniesienia się do wielokulturowości i przyrody. Silna więź człowieka z naturą, uczenie się obcowania i dbania o dobro i ekologię.
Dojrzałość i empatyczność.
Polecam.
Julia Fiedorczuk urodzona w 1975 roku w Warszawie.
polska poetka, pisarka, tłumaczka i krytyczka literacka, doktor habilitowana, nauczycielka akademicka w Instytucie Anglistyki UW i współtwórczyni (wraz z Filipem Springerem) Szkoły Ekopoetyki przy Instytucie Reportażu, laureatka Nagrody Poetyckiej im. Wisławy Szymborskiej 2018.
Poetycki debiut "Listopad nad Narwią" (Legnica 2000) nagrodzony przez Polskie Towarzystwo Wydawców Książek. W 2005 została wyróżniona austriacką nagrodą Huberta Burdy za wiersze, które ukazały się w czasopiśmie „Manuskripte” w przekładzie Doreen Daume. Nominacja do Nagrody Literackiej „Nike” 2016 za powieść "Nieważkość". Laureatka Nagrody Poetyckiej im. Wisławy Szymborskiej 2018 za tom "Psalmy" oraz nominowana za ten tom do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej „Silesius” 2018 w kategorii książka roku. W roku 2021 nominacja do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy za powieść "Pod słońcem".
"...Czyż nie jest tak, że trzeba popłynąć, pobiec w kierunku światła i sparzyć się - a choćby i spłonąć? Czyż los tego, który płonie, nie jest po stokroć szczęśliwszy od losu tego, który zawsze jest tylko popiołem?..."
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNa początku była poezja i gniew. Nadal jest poezja i gniew, ale przyszedł i czas na debiut prozatorski, trudny temat, nowe ujście dla retoryki poetki -...
Nie miałam planu. Nie miałam założeń ideologicznych ani formalnych. Zachciało mi się pisać długimi zdaniami. Budować akapity. Opowiadać. (…) Wyszła mi książka o kobietach: o kobietach, którymi jestem, którymi byłam i którymi mogłabym być. A także o takich, które nie są mną, ale które znam, dobrze lub tylko z widzenia. I nawet o takich, których nie znam wcale – pisała w „Poranek Marii... Instrukcja obsługi” Julia Fiedorczuk. „Instrukcja”, której fragment zacytowałam, jest odautorskim komentarzem do wydanej nakładem Biura Literackiego, książki:„Poranek Marii i inne opowiadania”.
Oceniać książki po okładce nie należy, ale ignorować okładki również nie warto (poza wyjątkami, jak od każdej reguły). Czasem także z tego graficznego „wstępu” do treści można wiele wyczytać. Z okładki prozatorskiego debiutu Fiedorczuk ja wyczytałam: kobiecość, cielesność, ciemność i tajemnicę. Wszystkie te wątki odnalazłam dość wyraźnie wyeksponowane również we wnętrzu książki.
Na „Poranek Marii i inne opowiadania” składa się osiem tekstów: „Mamo, moje ciało chce tańczyć”, „Imago”, „Poranek Marii”, „Medulla”, „Zetka”, „Święto Niepodległości”, „Orgaspace” oraz „Wiersz dla Matyldy”. Choć całość objętościowo prezentuje się dość niepozornie (zaledwie 98 stron),nie daje się „połknąć” zbyt łatwo. Za wiele w niej grudek, chropowatości i dziwności, nad którymi trzeba się na chwilę zatrzymać i zastanowić…"Za wiele" nie oznacza jednak niedoskonałości, wady, czy przesady. Czasem dopiero pewien nadmiar jest w stanie zatrzymać rozpędzoną maszynerię codzienności, która tak niechętnie (z braku czasu, oczywiście) skłania się ku refleksjom i mało pragmatycznej wnikliwości.
W książce "Poranek Marii i inne opowiadania" Julii Fiedorczuk dotyka obszarów zanurzonych w opozycji pomiędzy tym, co większość z nas uznałaby za „normalne” i ludzkie, a tym, co określilibyśmy i określiłybyśmy „nienormalnym” i nieludzkim. W opozycji pomiędzy czymś ucywilizowanym, kulturowo wygładzonym i społecznie akceptowalnym a czymś „dzikim”, nieakceptowanym i, właśnie, „chropowatym”. W głębi tej opozycji, w jej najciemniejszym zakątku, daleko od rozwidlenia, gdzie wszystko wydaje się jasne, dzieją się rzeczy dziwne, przykre, trudne, ambiwalentne… Te „rzeczy” przydarzają się przede wszystkim kobietom.
Doświadczenia kobiet, opisane przez Julię Fiedorczuk są grudkami, które wyłowić możemy z pozornie idealnie gładkiej masy, jaką tworzy nasza kultura, społeczeństwo. Ich chropowatość, to efekt wspomnianej opozycji, w której usytuowane zostają kobiety. Kobiety stają w opozycji do reszty społeczeństwa. Są Innym, a innym być nie jest łatwo. Właśnie dlatego w „Poranku Marii” nie znajdziemy radosności, lekkości, kolorowości, ani miłości. Być może nieco wbrew temu, co mógłby sugerować tytuł. Poranek, zapewne większość z nas skojarzy z jasnością, zmianą, nowym dniem. Dla bohaterek książki nowy dzień rzeczywiście nastaje, ale często ten „nowy” okazuje się być takim samym, jak poprzednie. Co wtedy? Co, jeśli każdy kolejny dzień oznacza wyłącznie powtarzalność i nieuchronność czegoś złego, trudnego, nieprzyjemnego? Jeśli nie przynosi upragnionej zmiany? Ulgi? Jak żyć wtedy? Czy w ogóle warto...? To ostatnie pytanie, czy raczej jedne z możliwych na nie odpowiedzi, pojawiają się w książce. W dojrzałej, mocnej i przejmującej książce Julii Fiedorczuk.
Recenzja opublikowana na blogu Projekt: książki - projektksiazki.blogspot.com
Nie miałam planu. Nie miałam założeń ideologicznych ani formalnych. Zachciało mi się pisać długimi zdaniami. Budować akapity. Opowiadać. (…) Wyszła mi książka o kobietach: o kobietach, którymi jestem, którymi byłam i którymi mogłabym być. A także o takich, które nie są mną, ale które znam, dobrze lub tylko z widzenia. I nawet o takich, których nie znam wcale – pisała w...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toByłam niedawno w Muzeum Narodowym. Koleżanka miała darmowe bilety - żal było nie skorzystać. Było nudno, co tu dużo mówić. Ale patrząc na tak zwaną sztukę współczesną, stwierdziłam, że im bardziej coś jest współczesne, tym bardziej tego nie rozumiem. A chyba powinnam. Chyba powinnam rozumieć i wyczuwać ducha naszych czasów. A tu nic. Czarny kwadrat na tle beżowego prostokąta jakoś nic mi nie mówił. Nie krzyczał beznadzieją naszej rzeczywistości. A może to ja jestem głucha.
Czytam poezję współczesną, ale ona też nic mi nie pokazuje - może jestem też ślepa.
Sięgnęłam więc po współczesną prozę z nadzieją, że chociaż ona coś mi powie, pokaże, czymś mnie dotknie. Nie.
Mile się czytało, ale sens, przesłanie jeśli w ogóle gdzieś tam jest, to jest dla mnie niezrozumiały. A może ja po prostu jestem głupia.
Zbiór Julii Fiedorczuk składa się z ośmiu opowiadań:
"Mamo, moje ciało chce tańczyć" (nie rozumiem)
"Imago" (nie rozumiem)
"Poranek Marii (rozumiem)
"Medulla" (chyba rozumiem)
"Zetka" (rozumiem)
"Święto Niepodległości" (rozumiałam, póki nie pojawił się motyw Święta Niepodległości, który kompletnie mnie zdezorientował)
"Orgaspace" (rozumiem i to nawet miało cechy opowiadania, o jakim uczono mnie w szkole)
"Wiersz dla Matyldy" (chyba rozumiem)
Opowiadania są tak krótkie, że nie będę nawet wprowadzać w ich treść, bo mogłabym niechcący zdradzić wszystko, co w nich zawarte. Ale.
Ale autorka posługuje się ciekawym, intrygującym językiem.
Wprowadza w świat odmienny od tego rzeczywistego, mimo że posiadający wszystkie jego cechy.
Operuje niedomówieniem, metaforą.
Wkrada się tam poezja, tylko nie podzielona na wersy.
Zakończenia są otwarte, a przebiegu zdarzeń "opisywanych" często można się tylko domyślać.
Opowieści naładowane są po brzegi emocjami, które trudno wyartykułować - tak naprawdę, można je tylko czuć. Nie rozumieć.
Poszczególne obrazy zostają gdzieś z tyłu głowy. Oderwane od kontekstu, którego w sumie i tak nie było.
Jakie to było?
Dziwne. Poetyckie i wulgarne zarazem. Zrozumiałe, a za chwilę zupełnie abstrakcyjne. Ale przede wszystkim smutne. Nie bardzo smutne. Tak trochę smutne.
Warto? Warto.
Bo zatrzyma dłużej, zmusi do myślenia, nie da spokoju.
Bo mimo że nie rozumiem, przeczytałabym to jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze. Może w końcu bym zrozumiała.
Myślę, że bardzo warto.
Byłam niedawno w Muzeum Narodowym. Koleżanka miała darmowe bilety - żal było nie skorzystać. Było nudno, co tu dużo mówić. Ale patrząc na tak zwaną sztukę współczesną, stwierdziłam, że im bardziej coś jest współczesne, tym bardziej tego nie rozumiem. A chyba powinnam. Chyba powinnam rozumieć i wyczuwać ducha naszych czasów. A tu nic. Czarny kwadrat na tle beżowego...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to