rozwińzwiń

Filmy mojego życia

Okładka książki Filmy mojego życia autorstwa Alberto Fuguet
Okładka książki Filmy mojego życia autorstwa Alberto Fuguet
Alberto Fuguet Wydawnictwo: Muchaniesiada literatura piękna
336 str. 5 godz. 36 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Las películas de mi vida
Data wydania:
2008-11-03
Data 1. wyd. pol.:
2008-11-03
Liczba stron:
336
Czas czytania
5 godz. 36 min.
Język:
polski
ISBN:
9788392464532
Tłumacz:
Marcin Sarna
Podróżujący z Chile do Japonii młody sejsmolog Beltrán Soler zatrzymuje się w hotelu na obrzeżach Los Angeles i zamiast kontynuować lot – bierze się za spisanie listy najważniejszych filmów swojego życia.

Ranking ów pozwala mu zanurzyć się we własną przeszłość, bo przecież każdemu seansowi towarzyszą różne wspomnienia, okoliczności, ludzie i rozmowy.

Słoneczne dzieciństwo w hollywoodzkiej Kalifornii i bolesne dojrzewanie w surowym Santiago, nixonowska Ameryka i pinochetowskie Chile, ekscentryczna rodzina w kryzysie i filmowa obsesja, pierwsze miłości i zdrada najbliższych, "Bliskie spotkania trzeciego stopnia" i "Carrie" – wszystko to splata się w fascynującą opowieść w rytmie pop.
Średnia ocen
6,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Filmy mojego życia w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Filmy mojego życia

Średnia ocen
6,0 / 10
67 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Filmy mojego życia

avatar
1477
665

Na półkach:

To nie jest leksykon ukochanych produkcji autora. Filmy mojego życia prędzej mogłaby uchodzić za półautobiograficzą powieść niezbyt dobrze znanego w Polsce chilijskiego pisarza, Alberto Fugueta. Książka została na świecie bardzo dobrze przyjęta i rzeczywiście czyta się ją fajnie. To opowieść o życiu młodego chłopaka, urodzonego w Chile i spędzającego dzieciństwo w Stanach Zjednoczonych, jednak dorastającego w ojczyźnie. Dziś jako szanowany sejsmolog zajmuje się trzęsieniami ziemi…

Poznajemy go jako oschłego naukowca, którego kontakt z bliskimi ogranicza się do kilku telefonów rocznie. Właśnie wyrusza z Chile na sympozjum naukowe w Japonii i międzylądowanie wypada mu w Los Angeles, gdzie spędził część swojej młodości. Siłą rzeczy powracają wspomnienia. Ich katalizatorem jest również kobieta, obok której Soler siada w samolocie. To właśnie ona zachęca go do sporządzenia listy najważniejszych filmów.

Każdy rozdział to konkretny film, z reguły przebój lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Bohater wspomina, gdzie i w jakich okolicznościach go obejrzał, czasami dołącza jakieś przemyślenia dotyczące fabuły. Oczywiście stanowią one pretekst do rozważań o dojrzewaniu, opowieści o rodzinie, o odejściu ojca, o przeprowadzce z LA do Chile, o kumplach i pierwszej miłości. Autor nie zalewa swojej opowieści tonami sentymentalizmu. Pokazuje emigrantów chilijskich, burzliwą sytuację w tym kraju (prawicowa dyktatura Pinocheta),ale i zwykłe życie klasy średniej.

Filmy mojego życia są lekturą dla osób, które cenią powieści obyczajowe, historie rodzinne, ale i filmy. Bo te filmy przez całą książkę się przewijają i bohater często do nich wraca. Ciekaw jestem, jak ten zabieg odbierze ktoś, kto nie lubi kina albo po prostu się nim nie interesuje. Czy lektura okaże się męcząca? Być może. Ja jako miłośnik filmów wcale się nie nudziłem.

Więcej recenzji:
https://zdalaodpolityki.pl/category/ksiazka/

To nie jest leksykon ukochanych produkcji autora. Filmy mojego życia prędzej mogłaby uchodzić za półautobiograficzą powieść niezbyt dobrze znanego w Polsce chilijskiego pisarza, Alberto Fugueta. Książka została na świecie bardzo dobrze przyjęta i rzeczywiście czyta się ją fajnie. To opowieść o życiu młodego chłopaka, urodzonego w Chile i spędzającego dzieciństwo w Stanach...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
267
180

Na półkach: ,

Rewelacyjny pomysł na książkę! A jej tematyka wprost napawa mnie sentymentem, gdyż pierwsze teksty, które zaczęłam zamieszczać w sieci odnosiły się właśnie do obejrzanych przeze mnie filmów. Teraz, gdy patrzę wstecz i przez pryzmat tej książki stwierdzam, że i ja mogłabym w oparciu o obejrzane tytuły przedstawić Wam swoje życie, bo to doprawdy inspirujący pomysł!

Bohater książki Fugueta traktuje bowiem kino jako pretekst do opowiedzenia nam swojej historii. Podróż zaczynamy bardzo wcześnie i byłam szczerze zdumiona, gdy przeczytałam, że Beltrán pamięta swoją pierwszą wizytę w kinie, mając zaledwie 3 lata. Chomik nie jest w stanie sobie przypomnieć, kiedy po raz pierwszy obejrzał film na dużym ekranie, a liczył sobie wtedy na pewno więcej wiosen, niż zaledwie trzy. A wy pamiętacie swój pierwszy kinowy seans?

Dzieje Beltrána poznajemy do momentu uzyskania przez niego pełnoletności, a opisywane wydarzenia przeplatane są współczesnością, czyli procesem twórczym całej tej historii, kiedy to bohater opowiadając nam swoje koleje losu, decyduje się po wielu latach na odnowienie kontaktu z rodziną, a trzeba Wam wiedzieć, że odmalowany przez niego portret rodziny Solerów jest pełen pokoleniowych zgrzytów, wzlotów, upadków i ludzkich słabości.

Po części żałuję, iż tak niewiele z przytoczonych przez autora tytułów miałam okazję do tej pory obejrzeć, bo na pewno lektura byłaby wtedy jeszcze ciekawsza. Interesujący jest bowiem punkt widzenia, w którym to w głównej mierze właśnie kino wpływa na tożsamość młodego człowieka. Nie przeczę, iż sama doświadczyłam nie raz magii tej dziesiątej muzy, a po lekturze mój apetyt na nadrabianie zaległości w tym temacie znacznie wzrósł i nie mówię tu o tej współczesnej papce, którą serwują nam multipleksy, ale o prawdziwym kinie, które każdy szanujący się kinoman powinien moim zdaniem znać czyt. "Casablanca", "Dawno temu w Ameryce", czy chociażby hołubiona przez naszego bohatera "Tragedia Posejdona".
Eh... Gdybym tylko nie była taką serialomaniaczką :P

Wracając jednak do tematu książki, przeczytać ją naprawdę warto. Mi osobiście bardzo podobał się jej klimat. Myślę, że wielbiciele kina na pewno znajdą tu dla siebie wiele smaczków, podobnie jak zwolennicy literatury latynoamerykańskiej.

Rewelacyjny pomysł na książkę! A jej tematyka wprost napawa mnie sentymentem, gdyż pierwsze teksty, które zaczęłam zamieszczać w sieci odnosiły się właśnie do obejrzanych przeze mnie filmów. Teraz, gdy patrzę wstecz i przez pryzmat tej książki stwierdzam, że i ja mogłabym w oparciu o obejrzane tytuły przedstawić Wam swoje życie, bo to doprawdy inspirujący pomysł!

Bohater książki Fugueta traktuje bowiem kino jako pretekst do opowiedzenia nam swojej historii. Podróż zaczynamy bardzo wcześnie i byłam szczerze zdumiona, gdy przeczytałam, że Beltrán pamięta swoją pierwszą wizytę w kinie, mając zaledwie 3 lata. Chomik nie jest w stanie sobie przypomnieć, kiedy po raz pierwszy obejrzał film na dużym ekranie, a liczył sobie wtedy na pewno więcej wiosen, niż zaledwie trzy. A wy pamiętacie swój pierwszy kinowy seans?

Dzieje Beltrána poznajemy do momentu uzyskania przez niego pełnoletności, a opisywane wydarzenia przeplatane są współczesnością, czyli procesem twórczym całej tej historii, kiedy to bohater opowiadając nam swoje koleje losu, decyduje się po wielu latach na odnowienie kontaktu z rodziną, a trzeba Wam wiedzieć, że odmalowany przez niego portret rodziny Solerów jest pełen pokoleniowych zgrzytów, wzlotów, upadków i ludzkich słabości.

Po części żałuję, iż tak niewiele z przytoczonych przez autora tytułów miałam okazję do tej pory obejrzeć, bo na pewno lektura byłaby wtedy jeszcze ciekawsza. Interesujący jest bowiem punkt widzenia, w którym to w głównej mierze właśnie kino wpływa na tożsamość młodego człowieka. Nie przeczę, iż sama doświadczyłam nie raz magii tej dziesiątej muzy, a po lekturze mój apetyt na nadrabianie zaległości w tym temacie znacznie wzrósł i nie mówię tu o tej współczesnej papce, którą serwują nam multipleksy, ale o prawdziwym kinie, które każdy szanujący się kinoman powinien moim zdaniem znać czyt. "Casablanca", "Dawno temu w Ameryce", czy chociażby hołubiona przez naszego bohatera "Tragedia Posejdona".
Eh... Gdybym tylko nie była taką serialomaniaczką :P

Wracając jednak do tematu książki, przeczytać ją naprawdę warto. Mi osobiście bardzo podobał się jej klimat. Myślę, że wielbiciele kina na pewno znajdą tu dla siebie wiele smaczków, podobnie jak zwolennicy literatury latynoamerykańskiej.

Rewelacyjny pomysł na książkę! A jej tematyka wprost napawa mnie sentymentem, gdyż pierwsze teksty, które zaczęłam zamieszczać w sieci odnosiły się właśnie do obejrzanych przeze mnie filmów. Teraz, gdy patrzę wstecz i przez pryzmat tej książki stwierdzam, że i ja mogłabym w oparciu o obejrzane tytuły przedstawić Wam swoje życie, bo to doprawdy inspirujący pomysł!

Bohater książki Fugueta traktuje bowiem kino jako pretekst do opowiedzenia nam swojej historii. Podróż zaczynamy bardzo wcześnie i byłam szczerze zdumiona, gdy przeczytałam, że Beltrán pamięta swoją pierwszą wizytę w kinie, mając zaledwie 3 lata. Chomik nie jest w stanie sobie przypomnieć, kiedy po raz pierwszy obejrzał film na dużym ekranie, a liczył sobie wtedy na pewno więcej wiosen, niż zaledwie trzy. A wy pamiętacie swój pierwszy kinowy seans?

Dzieje Beltrána poznajemy do momentu uzyskania przez niego pełnoletności, a opisywane wydarzenia przeplatane są współczesnością, czyli procesem twórczym całej tej historii, kiedy to bohater opowiadając nam swoje koleje losu, decyduje się po wielu latach na odnowienie kontaktu z rodziną, a trzeba Wam wiedzieć, że odmalowany przez niego portret rodziny Solerów jest pełen pokoleniowych zgrzytów, wzlotów, upadków i ludzkich słabości.

Po części żałuję, iż tak niewiele z przytoczonych przez autora tytułów miałam okazję do tej pory obejrzeć, bo na pewno lektura byłaby wtedy jeszcze ciekawsza. Interesujący jest bowiem punkt widzenia, w którym to w głównej mierze właśnie kino wpływa na tożsamość młodego człowieka. Nie przeczę, iż sama doświadczyłam nie raz magii tej dziesiątej muzy, a po lekturze mój apetyt na nadrabianie zaległości w tym temacie znacznie wzrósł i nie mówię tu o tej współczesnej papce, którą serwują nam multipleksy, ale o prawdziwym kinie, które każdy szanujący się kinoman powinien moim zdaniem znać czyt. "Casablanca", "Dawno temu w Ameryce", czy chociażby hołubiona przez naszego bohatera "Tragedia Posejdona".
Eh... Gdybym tylko nie była taką serialomaniaczką :P

Wracając jednak do tematu książki, przeczytać ją naprawdę warto. Mi osobiście bardzo podobał się jej klimat. Myślę, że wielbiciele kina na pewno znajdą tu dla siebie wiele smaczków, podobnie jak zwolennicy literatury latynoamerykańskiej.

http://kronikachomika.blogspot.com/

Rewelacyjny pomysł na książkę! A jej tematyka wprost napawa mnie sentymentem, gdyż pierwsze teksty, które zaczęłam zamieszczać w sieci odnosiły się właśnie do obejrzanych przeze mnie filmów. Teraz, gdy patrzę wstecz i przez pryzmat tej książki stwierdzam, że i ja mogłabym w oparciu o obejrzane tytuły przedstawić Wam swoje życie, bo to doprawdy inspirujący pomysł!

Bohater...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
863
565

Na półkach: ,

Czasem kupujemy książkę ze względu na tytuł. Tak właśnie trafiłam na tę książkę.
Historia chilijskiej rodziny, która wyemigrowała z Chile do USA, a potem znów osiedliła się w Chile. Momentami gorzka opowieść o życiu, kinie i ...trzęsieniach ziemi. Autor posłużył się ciekawym pomysłem na formę książki - główny bohater opowiada nam swoją historię (i swojej rodziny) poprzez filmy, które oglądał w dzieciństwie.

Czasem kupujemy książkę ze względu na tytuł. Tak właśnie trafiłam na tę książkę.
Historia chilijskiej rodziny, która wyemigrowała z Chile do USA, a potem znów osiedliła się w Chile. Momentami gorzka opowieść o życiu, kinie i ...trzęsieniach ziemi. Autor posłużył się ciekawym pomysłem na formę książki - główny bohater opowiada nam swoją historię (i swojej rodziny) poprzez...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

156 użytkowników ma tytuł Filmy mojego życia na półkach głównych
  • 92
  • 60
  • 4
52 użytkowników ma tytuł Filmy mojego życia na półkach dodatkowych
  • 42
  • 3
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Filmy mojego życia

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Zadyma w dzikim sadzie Kiran Desai
Zadyma w dzikim sadzie
Kiran Desai
Wszystkiemu winne pijane małpy. Pomimo że książka została napisana w latach siedemdziesiątych, jest zaliczana przez hindusów i nie tylko do klasyki powieści hinduskiej. Może dlatego, że świetnie oddaje klimat i ducha Indii, ducha pełnego wewnętrznych sprzeczności, mieszanki tradycji i nowoczesności. Indie, najludniejszy kraj na świecie, gdzie trudno jest o intymność i samotność, a domy są wielopokoleniowe. Nie inaczej jest w maleńkim górskim indyjskim miasteczku, z ciasnymi, brudnymi uliczkami, gdzie każdy o każdym wie wszystko, a życie jest nudne i jednostajne. W takim miasteczku, w dziwnych okolicznościach przychodzi na świat Sampath. Jego ojciec jest urzędnikiem państwowym i pragnie dla swego pierworodnego syna tego samego, a nawet żeby osiągnął więcej niż on. Sampath jednak uczyć się nie chce. Sfrustrowany ojciec załatwia mu pracę na poczcie, zajęcie nudne, a jedyna rozrywka to czytanie cudzych listów. Ta nuda go przytłacza i po wywołanej na ślubie szefa zadymie ucieka. Nie ucieka jednak daleko, a zostaje w pobliżu miasteczka, wdrapuje się na drzewo i tam mieszka. On ucieka od świata, ale czy świat go nie dogoni? W świecie zachodnim można by traktować Sampatha jako nieudacznika, ale w Indiach, gdzie tylu dziwnych świętych mężów, on staje się kolejnym z nich. Sampath staje się lokalną atrakcją. Nie może narzekać, karmią go, siedząc na drzewie, może się umyć i załatwiać inne potrzeby, otoczony opieką rodziny. Przybywają do niego tłumy po poradę i błogosławieństwo. Sampathowi przydało się czytanie cudzych listów. Jego ojciec, który kiedyś go tak ganił, teraz dzięki niemu zarabia ogromne pieniądze i ciągle rozwija rodzinny biznes. Niestety sielankę przerywają małpy, święte zwierzęta w Indiach, które wprowadzają chaos. Sampathowi pozostaje zejście z drzewa lub ucieczka jeszcze dalej. Kiran Desai z przymrużeniem oka wspaniale oddaje świat hinduski i mentalność jego mieszkańców. Poznajemy plejadę barwnych postaci, których zachowanie nas zaskakuje. W barwny sposób opisuje świat mnie obcy, pełen zachwycających zapachów i smaków, ale też smrodu, kurzu i upału. Można podejść do tej powieści filozoficznie, czyli poszukiwanie swojego miejsca na świecie i sensu życia. Tyle tylko, że taka historia mogła się wydarzyć tylko w Indiach. Jednak jest to powieść iskrząca się od humoru, który czasami dla europejczyków jest absurdalny. Czytając ją, bawiłam się znakomicie, ten rodzaj humoru mnie odpowiada. Recenzja w serwisie "Na kanapie"
jatymyoni - awatar jatymyoni
ocenił na71 rok temu
Dobrze jest, jak jest Annie Proulx
Dobrze jest, jak jest
Annie Proulx
Dobrze jest, jak jest! Czy można coś zrobić, żeby było lepiej? Czy to lepiej w rzeczywistości na dobre wszystkim wyszło, czy obróciło rzeczywistość do góry nogami, żeby w końcu uwiadomić, że trzeba było cieszyć się z tego co się miało. Z drugiej strony patrzeć jak dzień za dniem mija w biedzie i nic z tym nie zrobić, nie podjąć prób zmiany swego życia, nie dążyć ku samorozwojowi. Annie Proulx w kilku opowiadaniach przedstawia historie życia zwykłych ludzi. Farmerzy, górnicy, ranczerzy, myśliwi. Różni ludzie zamieszkujący stan Wyoming. Młodsi, starsi, pary, małżeństwa, dzieci. Mnóstwo różnorodnych postaci i jeden wspólny mianownik- BIEDA. Akcja opowiadań toczy się w Trudnych czasach Wielkiego Kryzysu, latach 30 tych XX wieku, bądź jeszcze w dalszym okresie, bo roku 1885. Autorka przedstawia amerykańska prowincję obdartą ze skóry. Nagą, surową, nie mającą litości dla zwykłego człowieka. Człowieka, który pragnie za wszelką cenę polepszyć swój byt, wyrwać się ze szponów biedy, żeby złapać choć odrobinę słodyczy i dobrego życia. Dodatkowo do tego pięknie opisuje przyrodę tamtejszego stanu, gdzie Wielkie Równiny łączą się z Górami Skalistymi. Piękna, dzika jeszcze obfitująca w niezaludnione zakątki ziemia, po której beztrosko biegają mustangi. Niestety książka jest mocno przytłaczająca, spowita mgłą śmierci. Śmierci, która wygląda z każdego opowiadania. Nie polecam osobom wrażliwym, przechodzącym bardziej smutny czas w swoim życiu, osobom ze skłonnościami do depresji.
Perzka - awatar Perzka
oceniła na62 lata temu
Paraiso Travel Jorge Franco
Paraiso Travel
Jorge Franco
Kolumbijskiego pisarza Jorge Franco poznałam przy okazji jego debiutanckiej powieści „Rosario Tijeras". Była to miłość od pierwszego zdania. Jego kolejne dzieło miałam okazję przeczytać w ramach comiesięcznych spotkań DKK w mojej miejscowości. Choć „Paraiso Travel” można uznać za bardzo dobrą książkę, to jednak pozostaje daleko w tyle za „RosarioTijeras". Akcja powieści rozpoczyna się w małym kolumbijskim miasteczku, gdzie przemoc, bieda i wojny gangów są chlebem powszednim. Marlon jest spokojnym i dobrym chłopakiem. Z kolei jego ukochana Reina to wulkan energii. Dziewczyna jest piękna, szalona, a przede wszystkim opętana marzeniami o emigracji. Oczywiście to Stany Zjednoczone mają być rajem na ziemi. Młodzi składają wniosek o wizę, który zostaje odrzucony. Ale jest jeszcze nadzieja, którą w Reinie roznieca pani z biura. Otóż istnieje możliwość nielegalnego przerzutu przez granicę wszystkich, którym odmówiono wiz, ale trzeba pokryć ogromne koszty podróży. Dziewczyna bez wyrzutów sumienia okrada najbliższych i wraz z Marlonem udaje się w niebezpieczną podróż. Po dotarciu na miejsce para kłóci się i Marlon opuszcza wynajęty pokoik, żeby zapalić papierosa i ochłonąć. Zaczepiony przez policjanta biegnie przed siebie i po jakimś czasie orientuje się, ze nie wie gdzie jest, a co najgorsze, nie wie jak wrócić do mieszkania i do Reiny. Bez dachu nad głową, bez jakichkolwiek dokumentów, bez znajomości języka zostaje skazany na łaskę i niełaskę zupełnie obcych ludzi… W swojej prozie Franco w doskonały sposób ukazuje destrukcyjną siłę miłości. Reina jest egoistką, która w bezwzględny sposób wykorzystuje wszystkich wokoło, a już najbardziej pastwi się nad ślepo zakochanym Marlonem. Chłopak zrobi wszystko co tylko ukochana mu rozkaże. Wcale nie chce wyjeżdżać, nie wierzy w magię Nowego Jorku, jest mu zwyczajnie dobrze wśród przyjaciół i rodziny. Ale to pierwsze, naiwne i obezwładniające uczucie jest silniejsze. Reina straszy go samobójstwem, kusi własnym ciałem, obiecuje, że jak tylko przekroczą granicę to odda mu i ciało i duszę. Owładnięty miłością i pożądaniem chłopak ucieka z domu i razem z ukocha nielegalnie przekraczają granicę. Wszystko zmienia się, gdy strach każe mu uciekać przed policjantem. Zagubiony w ogromnym mieście, bez pieniędzy i legalnych dokumentów, skazany jest na śmierć. Ale pomocną dłoń wyciągają do niego inni emigranci, którzy dają mu szansę na normalne życie. Ale duch Reiny nadal go prześladuje, dręczy, nie daje o sobie zapomnieć. Jak skończy się ta historia? Czy Marlón wykorzysta otrzymaną szansę i odbije się od dna? Co stało się z Reiną? Czy ziścił się jej american dream? Przekonajcie się sami! Warto! I niech ta opowieść będzie ostrzeżeniem dla wszystkich, którym wydaje się, że tylko w innym miejscu i czasie można odnaleźć szczęście. Wypada powtórzyć za Dorotą Terakowską „Nie ma lepszych miejsc. Są tylko lepsi ludzie”. Polecam! PS Na podstawie powieści powstał film o takim samym tytule. Co prawda nie jest tak dobry jak książka, ale i tak wart obejrzenia. Polecam.
Marta Kowal - awatar Marta Kowal
ocenił na712 lat temu
Londonistan Gautam Malkani
Londonistan
Gautam Malkani
Akcja tej książki rozgrywa się w Anglii, w w londyńskiej dzielnicy, w której żyją urodzone już w Europie nastoletnie dzieci hindusów, muzułmanów i sikhów. Z Indii i Pakistanu. Bohaterami opowieści są ci, którzy wbrew oczekiwaniom rodziców, nie stawiają na naukę jako szansę na znalezienie dla siebie miejsca w obcym im świecie, ale wybierają szybkie dorabianie się na odblokowywaniu, a potem paserstwie ukradzionych komórek. Zbuntowani przeciwko daremnym pragnieniom rodziców upodobnienia się do białych Brytyjczyków. Narratorem Londonistanu jest Jas, który bardzo zabiega o to, by nie odróżniać się od szybkiego w biciu Hardjita Jahala i jego paczki. Książka zaczyna się od sceny, gdy Hardjit kopie do nieprzytomności białego kolegę ze szkoły za to, że ten rzekomo nazywa bohaterów historii Pakistańcami. Kopanie białych zastępują walki z muzułmanami sprowokowane uwodzeniem hindusek. Gdy Jas zakochuje się w muzułmance Samirze, kryje się ze swoimi uczuciami przed kumplami nie dopuszczającymi do łamania granic między religijnych. Zabiega o bliskość dziewczyny budując związek na pozie, udawaniu i pieniądzu, uznanym tu za "witaminę P, która zapewnia człowiekowi witalność". W książce skonfrontowano nas z dwoma językami, na granicy których żyje główny bohater. Język nieśmiałego jąkały, który pierwotnie jest językiem książek, nauki i refleksji i dosadny, wulgarny język gangu. Jas przyjmując go, próbuje przemieniać swoje zasady i sposób, w jaki żyje na podobieństwo tego języka, który przeciwstawia się "obciachowej mowie białych" i mowie kokosiaków tj. tych, którzy z wierzchu są brązowi a wewnątrz już biali, a więc tych, którzy "kupili kit o wykształceniu". Bohaterowie, wydziedziczeni z nieznanych im Indii i Pakistanu, wykluczeni ze świata białych swoje miejsce znajdują w świecie przestępczym, pielęgnując kult pieniądza i "Niewidzialnej Panny Przemocy, która rozprzestrzenia się jak wirus, robiąc dobrze każdemu, kto ją ogląda". W książce motywy dojrzewania, pożądania, pierwszych zbliżeń z dziewczyną, manipulowania drugą osobą, by móc zaspokoić swoje potrzeby. Równolegle - walka o pozycję wśród rówieśników, o ich uznanie, podziw, o to, by się nie ośmieszyć, by nie odrzucono. Towarzyszą temu konflikty młodych z rodzicami, bunt przeciw ich oczekiwaniom, poczucie niezrozumienia. Szczególnie widać to w historii brata jednego z członków gangu, udręczonego przygotowaniami do ślubu przeżywanymi w cieniu kastowych uprzedzeń i kompleksów matki. Znaczący motyw tożsamości. Czy bohater jest Indusem oderwanym w Londynie od swoich korzeni, czy "kokosiakiem", z zewnątrz brązowym, w środku białym, imitatorem kultury białych? Gautam Malkani opowiada tę historię żywym, zabawnym, nierzadko (w zgodzie z realiami) wulgarnym językiem. Bohaterowie wyraziści. Zakończenie zaskakujące. Kopiuję z postu na mojej stronie nietylkoindie.pl
Tamanna - awatar Tamanna
oceniła na611 lat temu
Życie jest bajką Dubravka Ugrešić
Życie jest bajką
Dubravka Ugrešić
Recenzja powieści postmodernistycznej „Baba Jaga zniosła jajo" z „Przekroju” nr 50 / 2004 r. Nowe wydanie powieści figuruje już pod innym tytułem. „DYSKRETNA ROZPACZ BABY JAGI” Nowa Dubravka Ugrešić Cóż takiego mogła znaleźć Nada Matić w hot dogu zamiast parówki? Oj, można się przestraszyć, prawda? Szczególnie gdy ktoś jak Nada ma „serdeczną, szeroką, ko­chliwą naturę". Państwo nie mają? I nie śmieszą Państwa ograne chwyty? Tym le­piej. Opowiadania rzekomo erotyczne ze­brane w książce „Baba Jaga zniosła jajo" powstały głównie w latach 80. i wyglądają na postmodernistyczną potańcówkę z kon­wencjami. Ponoć Ugrešić postanowiła zająć się tą tematyką, gdy spostrzegła, że w jej rodzimej literaturze erotyzują tylko autorzy bajek dla dzieci. Pisarka drwi z metod, któ­re sama stosuje, wykpiwa podejrzane źródła literatury i „niepełną osobowość" pisarczyka brodzącego w kliszach i cytatach. Bidulek eros i bidula literatura - drugoplanowi bohaterowie opowiadań - bywają że­nujący. Wesolutki nastrój gdzieś znika, miej­sce czarnego humoru zajmuje gorycz. „Nie żyjemy, tylko opisujemy się wzajemnie" - uśmiecha się krzywo autorka i wyciąga z maszyny do pisania „białe jedwabne chu­steczki dyskretnie przesiąknięte rozpaczą". To książka dla melancholików, którzy budzą się z krzykiem w środku dnia, bo przyśniło się im, że sztuka umarła, a oni na jej pogrze­bie podrywają korpulentną stażystkę oddziału chirurgii plastycznej. I budzą się w szczególnym domu. Ruszają się tu wszystkie ściany, przez jedną wjeżdża tramwaj, przez drugą wchodzi trzypiętrowa kwoka, a w salonie siedzą niedopasowani kochankowie. To dom Gogola i Charmsa. Ugrešić podaje parówki, tylko troszkę od­grzewane. I bardzo śmieszne. ocena: • • • • / 6 [Maja Mozga-Górecka] Zapraszam na blog: tesinblog.wordpress.com
san-escobar - awatar san-escobar
ocenił na71 rok temu
Nim zapadnie noc Michael Cunningham
Nim zapadnie noc
Michael Cunningham
To jest książka, którą ratowałabym z płonącego domu. Raz zdarzyło mi się ją komuś pożyczyć i dopóki do mnie nie wróciła czułam niepokój, chciałam, by już wróciła na półkę. Cunningham po swojej nagrodzonej Pulitzerem powieści „Godziny”, w której ukazał życie trzech kobiet, w różnych epokach, na przestrzeni jednego dnia, zyskał miano specjalisty od powieści o krótkim horyzoncie czasowym. Tworzone przez niego historie mają jednak znacznie większy ciężar gatunkowy niż lot muszki jednodniówki. Książkę otwiera cytat z Rilkego – „Albowiem piękno jest tylko przerażenia początkiem”. I to nas bardzo ładnie usadza w pierwszym rzędzie kameralnego, rodzinnego dramatu ludzi wiodących ustabilizowane życie w przestronnym lofcie nowojorskiego Soho. Peter jest marszandem sztuki, jego małżeństwo z Rebeccą działa jak dobrze naoliwiony mechanizm, dni płyną im w jednostajnym rytmie, bez gwałtownych szarpnięć i hamowań. Do czasu, gdy młodszy brat Rebekki wprowadza się do nich, by zerwać z narkotykową przeszłością. Głębia analizy życia wewnętrznego bohaterów zabiera nas w rejestry najwyższego piękna i totalnego rozpadu. Symboliczny jest tu wątek słynnej instalacji Damiena Hirsta przedstawiającej żarłacza białego w ogromnym akwarium wypełnionym formaliną, pod wiele mówiącym tytułem: „Fizyczna niemożliwość śmierci w umyśle istoty żyjącej.” To, co myśli Peter patrząc w akwarium w MET dostarczyłoby materiału do analizy zastępom specjalistów od terapii psychodynamicznej. Ten rodzinny dramat oszczędza nam okołorozwodowych didaskaliów, bo rozgrywa się w warstwie głębokiej autoanalizy głównego bohatera, w sferze możliwości i pytań, które stawia sobie większość z nas wchodząc w smugę cienia. Co by było, gdyby…? Nocny spacer Petera po Nowym Jorku, jest dla mnie najpiękniejszą, bo nie pozbawioną autentyczności i brzydoty, wielozmysłową wycieczką nie tyle w trzewia miasta, co w głąb samego siebie.
Magda Maskiewicz - awatar Magda Maskiewicz
ocenił na93 miesiące temu
Brzemię rzeczy utraconych Kiran Desai
Brzemię rzeczy utraconych
Kiran Desai
Czytam tę książkę po raz kolejny i ponownie jestem pod wrażeniem talentu autorki, z jakim opisuje ona skomplikowaną sytuację Nepalczyków w latach 80-tych, ale też wraca do wcześniejszych wydarzeń z życia bohaterów. Tak że mamy przed oczami pewien okres w historii Indii, który ma kluczowe znaczenie dla stabilizowania się państwa po odzyskaniu niepodległości. Nie jest to jednak reportaż, jak można sądzić z mojego opisu, a wręcz powieść jako się zowie przez duże P. Poznajemy tu kilku bohaterów, których życiowe perypetie, pozornie bez znaczenia, dają nam obraz społeczeństwa i warunków, w jakich się kształtuje nowe państwo. Z wydarzeń na plan pierwszy wysuwa się powstanie Nepalczyków dążących do niezależności i suwerenności. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana, a to z powodu tego, że tę piękną ideę realizują ludzie tacy, jakimi ich Pan Bóg stworzył i... system (niewolniczy),który ich ukształtował. Jednych wykreował, czasem dziwnym zrządzeniem losu, na panów, a innych na... kucharzy. Jeden się na manifestację nie wybiera, a drugi z nakazu musi pójść. Nie tylko oni zresztą są tu obnażeni i pozbawiają czytelnika złudzeń. Podobnie się dzieje z innymi bohaterami. Każdy z nich dźwiga brzemię: rodziny, systemu, emigracji, a nawet miłości. Książka wnikliwa, przejmująca, napisana świetnym stylem. Nie daje poczucia komfortu. Na każdym z nas ciąży odpowiedzialność za rzeczy, które się dzieją i musimy czuć się odpowiedzialni. Tak zdaje się mówić do nas Kiran Desai i nie pozwala spokojnie zasnąć.
Marzena - awatar Marzena
oceniła na102 lata temu
Monsieur Pain Roberto Bolaño
Monsieur Pain
Roberto Bolaño
Ta książka jest genialna w swej niezrozumiałości! Szaleństwo, ciężkie i wilgotne powietrze Paryża, podejrzane praktyki lekarskie, powszechne niezrozumienie, rozczarowanie i przeszywająca samotność kipią dosłownie z każdej kartki! Czytam tę króciutką książeczkę już drugi raz i ciągle jej nie rozumiem, co czyni ją dla mnie jeszcze bardziej wyjątkową i tajemniczą. Na pewno sięgnę po nią po raz kolejny, z nadzieją, że zrozumiem chociaż odrobinę więcej niż poprzednio. "Monsieur Pain" jest książką, zagadkową - to jedyne co jest pewne. Czyta się ją szybko, pozornie wszystko rozumiejąc. Dopiero po odłożeniu jej na bok, rodzą się pytania - O czym jest ta książka? Kim są ci ludzie? Co tam się właściwie wydarzyło? Przez cały czas mam nieodparte wrażenie, że taką książkę mógł napisać człowiek o osobowości na pół Salvadora Dalego, na pół Franza Kafki. Wydarzenia w których bierze udział główny bohater - Pierre Pain, śledzimy jakby przez mgłę. Podobnie z resztą widzi je on sam. Pierre jest mesmerystą - uczniem Franza Antona Mesmera, twórcy koncepcji o magnetyzmie zwierzęcym i pseudonauki od jego nazwiska zwanej mesmeryzmem (polegała na przekonaniu o tym, że ludzki organizm wytwarza fluidy, odpowiedzialne za nasze emocje i uczucia). Pewnego dnia zostaje poproszony o zajęcie się przypadkiem monsieur Vallejo, którego męczy wysoka gorączka i nieustająca czkawka. Błahostka - można pomyśleć. Niestety śladem Pierre'a podążają dwaj tajemniczy Hiszpanie, którzy za wszelką cenę starają się pokrzyżować mu plany. Ciągle śledzony i obserwowany czuje się osaczony - we własnym mieście! W Paryżu! Przez dwóch Hiszpanów! Dochodzi do konfrontacji, której wyników Pierre się nie spodziewał. Niestety wydarzenia coraz bardziej się gmatwają. Bliscy znajomi znikają, dawno zapomniani wracają, w Paryżu dzieją się podejrzane rzeczy. Pain trafia w miejsca i robi rzeczy o które sam by siebie nie podejrzewał. Ktoś ciągle stara się mu zabiec drogę, przeszkodzić w działaniu. A wszystko to dzieje się w atmosferze tajemnicy, ciągłych niedomówień, niezrozumienia. Niskie i kręte korytarze szpitala w którym leży Monsieur Vallejo, zaczynają przekładać się na całą książkę. Rozciągają się i wiją niczym labirynt, ściany się zaciskają dusząc nas i bohatera, a czytelnik czuje się dziwnie ciężko - przytłoczony atmosferą wydarzeń i życiem Pierre'a, dziwnie niedoinformowany i zagubiony - tak samo jak główny bohater. Życie Pierre'a przeplata się z niepokojącymi wizjami, snami. Napięta atmosfera i niepokój drżący w powietrzu towarzyszy nam do ostatniej kartki. Historia przepełniona poetyckością, melancholią, smutkiem i... jakimś nienazwanym uczuciem na pograniczu współczucia i niepokoju. Wniosków i wyjaśnień szukać jednak należy w treści utworu, nie w jego zakończaniu - bo zakończenie niczego nie wyjaśnia.
margoz - awatar margoz
ocenił na79 lat temu
Wszystkie dusze Javier Marías
Wszystkie dusze
Javier Marías
Od dawna najważniejsze jest dla mnie w książkach to, jak dana historia jest opowiadana, a fabuła wydaje mi się drugorzędna. Absolutnie też do mnie trafia dygresyjny styl Autora, czy porzucanie zaczętych wątków i powrót do nich po wielu stronicach – albo i nie. Od dłuższego bowiem czasu w literaturze ważniejsze jest dla mnie nie „co”, lecz „jak”. Dlatego pierwsza moja rzecz Javiera Maríasa (jedna z jego pierwszych, 1989 r.) zasługuje na wysoką ocenę. Gdzieś przeczytałem, że był to „taki Sebald”, ale jednak to nie ten poziom, nie ta uważność, i nie ta empatia – choć Autor świetnie umie w wyrafinowane, złożone zdania, które lubię. Tytuł to ironiczne nawiązanie do najważniejszego kolegium Uniwersytetu Oksfordzkiego (All Souls College),gdzie Autor – ewidentny anglofil - wykładał w latach 80. Ironiczne, bo książka nie tylko, a nawet jedynie w niewielkim stopniu, sprawom duszy poświęcona. Nie uległem pokusie całkowitego utożsamienia narratora z Maríasem, choć wiele tutaj oksfordzkich realiów, pytanie na ile przetworzonych, a na ile rzeczywistych. Wśród wielu wątków tej nielinearnej opowieści, tradycyjnej fabuły w zasadzie pozbawionej, najmocniej do mnie przemówiły charakterystyki ludzi, których tam spotyka. A menażeria to wspaniała, jaką sobie tylko można wyobrazić w tym środowisku. Zbiorowy portret „ciała” naukowego z Oksfordu jest znakomicie złośliwy. Najlepszy jest opis tzw. wysokich kolacji w tymże gronie, gdzie nie sposób uniknąć, celowego zresztą, sąsiedztwa naukowca zanudzającego wywodami nt. swojej pracy naukowej. Zresztą im wyżej w uczelnianej hierarchii, bynajmniej nie jest wiele lepiej pod każdym względem. Nie przypadkiem narratorowi udaje się zaprzyjaźnić tylko z jednym z nich (nb. gejem – co w szczęśliwej Anglii nigdy nie było odbierane tak, jak w naszym pięknym kraju). Realistycznie pisze Autor o relacjach damsko-męskich, będąc uwikłanym w dziwaczny, nieprzesadnie zapewne satysfakcjonujący romans z jedną z wykładowczyń. „Więcej niż raz narażaliśmy się na to, że Edward Bayes, jej mąż, na własne oczy zobaczy ślady tego, o czym z pewnością wiedział i co starał się lekceważyć albo w ogóle zapomnieć. (…) Musiała sprawdzić, czy jej osobista wieczność, ustanowiona i utrzymywana podczas tych chwil spędzonych w moim towarzystwie, nie rozmazała jej makijażu, sprawdzić, czy twarz nie płonęła rumieńcem (...),czy z jej twarzy zniknął wyraz zadowolenia”. Szuka zatem pocieszenia w lokalnych pubach, co prowokuje go do smętnie trafnych refleksji: „Możliwa różnorodność zachowań jest znikoma, zaskoczenie jest udawane, przedsięwzięte kroki są niezmienna procedurą, wszystko jest dziecięce: zbliżanie, spełnianie, oddalanie się; pełnia, walka, wątpliwości; pewność, zazdrość, opuszczenie, śmiech; wszystko nuży, zanim jeszcze się zacznie”. Mowy o seksie i zaplątanych wielokątnie relacjach zresztą tutaj wiele, bo cóż może bardziej ciekawić posuniętych w wieku starych uczelnianych kocurów. Jedna sprawa, dotycząca nb. „flamy” narratora, wstrząsająca i z tragicznym finałem („ -Ale nie jestem pewna, Tom, może tez być Twoje. I wiem, co odpowiedział mój ojciec: wystarczy ta wątpliwość, żeby nie mogło być moje i nie będzie”). Znakomity, wybitnie empatyczny, jest portret 90-letniego uniwersyteckiego woźnego, nieco zagubionego w czasie, który wchodzących do gmachu wykładowców witał nazwiskami naukowców sprzed lat, nawet sprzed wojny. „Nie wiedział, w którym dniu swego życia znajduje się w danej chwili, do tego stopnia, że nikt nie potrafił z wyprzedzeniem odgadnąć, jaką wybrał datę, a już na pewno nie to, co ten wybór determinuje”. „Codziennie znajdował się w innym roku, podróżował w czasie w przód i wstecz wedle własnego uznania, czy może należałoby powiedzieć, że bez udziału własnej woli”. „Nazwisko, jakim się do mnie zwracał, stanowiło jedyną wskazówkę pozwalającą zorientować się, w jakiej dekadzie przebywa Will, podróżnik w czasie”. „Dla niego byłem członkiem wydziału należącym do przeszłości, choć zawsze tym samym w ramach jednego okresu, który wybierał codziennie jego duch, aby w nim zamieszkać. I nigdy się nie mylił”. „Zastanawiałem się, czy jego umiejętności przemieszczania się w czasie nie obejmują przypadkiem również i przyszłości (..) i czy przebywając w latach dziewięćdziesiątych, nie pozdrawiał kogoś, kto jeszcze nie przyjechał do Oksfordu i kto być może, gdziekolwiek jest, jeszcze nie wie, iż przyjdzie mu żyć w tym niegościnnym i zakonserwowanym we własnym sosie mieście”. Z przyjemnością czytałem znakomite fragmenty o tamtejszych antykwariatach (placówek dziś w zaniku, wobec naturalnej śmierci starszych książek). „Dla pasjonatów antykwariaty są zakurzonym i tajemnym rajem Anglii, odwiedzanym przez najbardziej dystyngowanych kawalerów królestwa”. Zaimponował mi niezwykły wywód o śmieciach jako dowodach na istnienie: „Worek i kubeł są dowodami na to, że ten dzień istniał i dopełnił się, i był odrobinę odmienny od poprzedniego i następnego, choć zarazem taki sam, i że ten dzień jest łącznikiem pomiędzy wczoraj i jutro”. „Worek i kubeł to jedyny zapis, jedyne potwierdzenie przemijania tego człowieka, jedyne d z i e ł o, które naprawdę stworzył. To nić życia, jego zegar. Za każdym razem, kiedy człowiek zbliża się do kubła i coś wyrzuca, ponownie widzi i nawiązuje kontakt z rzeczami, które wyrzucił kilka godzin wcześniej, i to właśnie daje mu poczucie ciągłości”. „Kiedy kubeł się przelewa, dzieło jest skończone, a wtedy, ale tylko wtedy, jego zawartość staje się bezużyteczna". W ramach intertekstualnej gry z czytelnikiem Marias wzmiankuje o Redondzie, wyspie z archipelagu Antyli, której królem sam wszak został. To teraz czas na „Czarne plecy czasu” (podobno nie gorsza)…. Tłumaczenie niezawodnego Wojciecha Charchalisa. Podczas lektury wielokrotnie przychodziła mi na myśl znakomita książka jednego z najlepszych dziś polskich pisarzy Wita Szostaka „Sto dni bez słońca”. Tematyka niemal ta sama: pobyt twórcy (polskiego) w uniwersytecie na irlandzkich wyspach „Finneganach” (sic!). Ten wspaniały pamflet na środowisko akademickie nie ustępuje dziełu Mariasa… (https://lubimyczytac.pl/ksiazka/sto-dni-bez-slonca/opinia/73191270) Inne cytaty: „W Anglii nieznajomi nie rozmawiają ze sobą, nawet w pociągach, czy podczas długiego oczekiwania”. „W Anglii, jak powszechnie wiadomo, na innych ludzi niemal się nie patrzy, albo patrzy się w sposób tak zamaskowany, że zawsze pojawiają się wątpliwości, czy człowiek rzeczywiście patrzy na to, na co zdaje się patrzeć, tak matowe potrafią zrobić się oczy podczas tej naturalnej czynności”. „Wszystko w niej było ekspansywne, przesadne, była stworzeniem nerwowym, była jednym z tych stworzeń, dla których nie został wymyślony czas, dla których samo poczucie czasu i jego upływu jest zniewagą”. „Życie to jedyny rękopis. Życie ciągle jest średniowieczne”. „Śmierć nie odbiera nam tylko naszego własnego życia, ale też życie innych ludzi”. „Szkoda, że studenci, biedne, nierozgarnięte dzieci, zapominają dziewięćdziesiąt pięć procent cudów, których słuchają, i nasze wspaniałe odkrycia zachwycają ich tylko przez kilka minut, mniej więcej do końca zajęć”. „Pani Alabaster (...) uśmiechała się jednym z tych angielskich uśmiechów, jakie widuje się w kinach na ustach sławnych w tej nacji dusicieli w chwili wyboru nowej ofiary. (…) Pan Alabaster (…) był również uśmiechnięty, lecz jego uśmiech przypominał raczej uśmiech anonimowej ofiary dusiciela dokładnie na chwilę przed uświadomieniem sobie, że nią będzie”. „Już ponad wiek temu przestano wychowywać dzieci tak, aby stały się dorosłymi. Obecni dorośli zostali wychowani – zostaliśmy wychowani – tak, by ciągle być dziećmi. Żeby emocjonować się zawodami sportowymi i być zazdrosnymi o cokolwiek. Żeby żyć w ciągłym niepokoju i chcieć wszystkiego. Żeby obawiać się i złościć. Żeby być tchórzliwymi. Żeby koncentrować się na sobie samych”. „Kochankowie służą do tego, co synowie, przede wszystkim do wysłuchania historii”. „Angielska wiosna jest szczególnie przygnębiająca dla kogoś, kto już jest przygnębiony”. PS Fatalna pomyłka wydawcy, gdy mowa o brytyjskim wywiadzie MI5 - tutaj określonym jako „M15” (na dole str. 115 – może stąd błąd?).Niektórzy naukowcy z książki, co nie jest tu żadną tajemnicą, służyli mu pomocą. Pewnie służą i dziś…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na81 rok temu

Cytaty z książki Filmy mojego życia

Więcej

Ludzie upodabniają się do swoich przyjaciół, dlatego kluczową sprawą jest umiejętność trafnego ich dobierania.

Ludzie upodabniają się do swoich przyjaciół, dlatego kluczową sprawą jest umiejętność trafnego ich dobierania.

Alberto Fuguet Filmy mojego życia Zobacz więcej
Więcej