rozwińzwiń

Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym

Okładka książki Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym autora Jakub Szymczak, 9788381915243
Okładka książki Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym
Jakub Szymczak Wydawnictwo: Czarne Seria: Reportaż reportaż
336 str. 5 godz. 36 min.
Kategoria:
reportaż
Format:
papier
Seria:
Reportaż
Data wydania:
2022-08-31
Data 1. wyd. pol.:
2022-08-31
Liczba stron:
336
Czas czytania
5 godz. 36 min.
Język:
polski
ISBN:
9788381915243
Średnia ocen

7,0 7,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oficjalne recenzje książki Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym i



Przeczytane 935 Opinie 341 Oficjalne recenzje 650

Opinia społeczności książki Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznymi



Książki 962 Opinie 471

Oceny książki Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym

Średnia ocen
7,0 / 10
81 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym

avatar
176
33

Na półkach:

Wstrząsający reportaż o rozliczeniach postaw ludzi wobec Zagłady. W tych strasznych czasach nie było podziału na czarne i białe. Lektura dająca do myślenia.

Wstrząsający reportaż o rozliczeniach postaw ludzi wobec Zagłady. W tych strasznych czasach nie było podziału na czarne i białe. Lektura dająca do myślenia.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1137
1036

Na półkach:

„A nie jest to zwykły sąd. Nie może skazać na więzienie, karę śmierci, grzywnę pieniężną. Może za to potępić. Wydalić ze społeczności żydowskiej. Dać naganę. Dla niektórych to o wiele gorsze niż śmierć”*.

Druga wojna światowa jeszcze trwała, gdy na wyzwolonych terenach, Centralny Komitet Żydów w Polsce powołał Żydowski Sąd Społeczny. Celem jego działania było (ewentualne) piętnowanie tych, którzy w czasie okupacji splamili się współpracą z Niemcami. Sprawy rozpatrywane przez Żydowski Sąd Społeczny, w pewnym sensie sąd honorowy, nie dotyczyły zwykłych przestępstw, którymi zajmowały się sądy zwyczajne, państwowe, ale spraw zasadniczych: dobra i zła, dopuszczalnej granicy walki o przetrwanie. Ten niespotykany nigdzie indziej sąd dysponował własnymi, szczególnymi rodzajami kar:
a) upomnienie,
b) nagana,
c) napiętnowanie,
d) zawieszenie w prawach na okres od jednego roku do trzech lat, oznaczające utratę prawa wybieralności i wybierania do instytucji samorządu żydowskiego,
e) wykluczenie ze społeczności żydowskiej.

Autor przedstawia w swojej publikacji głównie i obszernie sprawę Michała Weicherta, działacza Żydowskiej Samopomocy Społecznej (problem w tym, że tę organizację powołali do życia Niemcy),sprawę Wiery Gran (śpiewaczka, występująca w getcie),sprawę Szapsela Rotholca, znanego przed wojną boksera i żydowskiego policjanta, tzw. odemana, w getcie, oraz krócej wiele, wiele innych.

Na każde żądanie Niemców odemani byli zobowiązani dostarczyć na Umschlagplatz (niem. punkt przeładunkowy, tu: miejsce zgromadzenia Żydów wysyłanych z getta do obozu) określoną liczbę osób – liczono je zwykle „od łebka”, bo nie było ważne, czy są młodzi, czy starzy, kobiety, czy mężczyźni, dorośli, czy dzieci – i tak odjeżdżali zwykle do pieców krematoryjnych w jakimś bozie koncentracyjnym; liczyła się liczba sztuk. Podczas procesów przed Żydowskim Sądem Społecznym wszyscy lub prawie wszyscy odemani twierdzili, że tego rozkazu Niemców nie wypełniali, łebków na Umschlagplatz nie doprowadzali. Wydaje się to w oczywisty sposób niemożliwe, transporty przecież odjeżdżały, ale to nie jest i nie może być dowodem w sprawie konkretnej osoby. A świadkowie? Większość dawno straciła życie.

Zasygnalizuję jeszcze jeden problem w ocenie i sądzeniu spraw z czasów okupacji i gett.

„Nie udało mu się uciec, gdy likwidowano getto. Jego kryjówkę wykryto, natychmiast trafił do Auschwitz. Był sprytny, wciąż młody i sprawny. Znalazł sobie pracę. W jednej z fabryk w obozie był odpowiedzialny za nadzór nad suwnicą. Sam opowiadał później o tym, jak jeden z więźniów doprowadził do awarii i groziła mu śmierć. Chaskiel najpierw uprosił niemieckiego żołnierza, by nie zabijał tego więźnia, bo przyda się on do pracy, a następnie demonstracyjnie go skatował. Ale ocalił mu życie. Sam również dzięki pracy przeżył do końca istnienia obozu w Auschwitz”*.

Czy Chaskiel bił więźnia? – Owszem, tak.
Czy Chaskiel uratował więźniowi życie? – Owszem, tak.
A jeżeli umowy z Niemcem nie słyszał lub nie rozumiał żaden świadek ani zainteresowany więzień (bo może stał za daleko, może nie znał niemieckiego),to kto w tych warunkach zdecyduje, czy Chaskiel był bohaterem, czy kanalią i szują? Czyja wersja będzie się liczyć bardziej?

Tego typu dylematów opisanych jest w książce Szymczaka wiele. Żydowski Sąd Społeczny przy pierwszych swoich sprawach był niezwykle surowy, nawet jeśli sąd państwowy uwolnił oskarżonego od winy i kary. Szybko jednak jego członkowie stracili rezon i pewność siebie w szafowaniu wyrokami, bo wiele postaw i zachowań Żydów nie było ani proste, ani jednoznaczne. Czasy i warunki też odbiegały zdecydowanie od jakiejkolwiek normalności.

Publikacja nie jest może porywająca, ale dostarcza solidnej wiedzy o czasach, okolicznościach, postawach, wyborach Żydów wobec innych Żydów podczas wojny i okupacji.




---
Jakub Szymczak, „Ja łebków nie dawałem”, wyd. Czarne, rok 2022.

„A nie jest to zwykły sąd. Nie może skazać na więzienie, karę śmierci, grzywnę pieniężną. Może za to potępić. Wydalić ze społeczności żydowskiej. Dać naganę. Dla niektórych to o wiele gorsze niż śmierć”*.

Druga wojna światowa jeszcze trwała, gdy na wyzwolonych terenach, Centralny Komitet Żydów w Polsce powołał Żydowski Sąd Społeczny. Celem jego działania było (ewentualne)...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
50
50

Na półkach:

Książka opisuje działalność specjalnego Sądu przy Komitecie Żydów w Polsce, rozpatrującego ich postawę podczas wojny - nie był sąd karny (tym zajmowały się sądy państwowe) a swoistego rodzaju sąd cywilny wewnątrz grupy społecznej.

Szczególnie polecam książkę dla rozdziałów poświęconych sprawie Michała Weicherta. W zasadzie do jego historii tylko mogłaby ograniczyć się książka. Powinien je przeczytać każdy, żeby zrozumieć, że bez sensu jest ocenianie na podstawie indywidualnych wypowiedzi bądź opinii, bez szerszego kontekstu, czyjejś postawy bądź działalności podczas wojny. Ciekawy jest rozdział dot. Wiery Gran - moim zdaniem w jej przypadku oskarżenia o kolaborację w dużym stopniu oparte były na tym, że była atrakcyjną kobietą (jakkolwiek by to nie brzmiało).

Książka opisuje działalność specjalnego Sądu przy Komitecie Żydów w Polsce, rozpatrującego ich postawę podczas wojny - nie był sąd karny (tym zajmowały się sądy państwowe) a swoistego rodzaju sąd cywilny wewnątrz grupy społecznej.

Szczególnie polecam książkę dla rozdziałów poświęconych sprawie Michała Weicherta. W zasadzie do jego historii tylko mogłaby ograniczyć się...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

361 użytkowników ma tytuł Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym na półkach głównych
  • 213
  • 141
  • 7
51 użytkowników ma tytuł Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym na półkach dodatkowych
  • 17
  • 13
  • 9
  • 3
  • 3
  • 3
  • 3

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Niewygodni. Mówią prawdę o wojnie Magdalena Rigamonti
Niewygodni. Mówią prawdę o wojnie
Magdalena Rigamonti
Książka Magdaleny Rigamonti, „Niewygodni. Mówią prawdę o wojnie”, to pozycja, która wdziera się w sumienie czytelnika z siłą pocisku. Autorka, znana z bezkompromisowego podejścia do dziennikarstwa śledczego i wywiadu, tym razem oddaje głos osobom, których relacje nie pasują do wygładzonych, podręcznikowych wersji historii. Moja ocena to solidne 7/10 – to rzetelny, bolesny i niezwykle potrzebny zbiór rozmów, który odziera wojnę z patriotycznego patosu, zostawiając jedynie surowy obraz ludzkiego cierpienia i moralnej dwuznaczności. W przypadku tej książki trudno mówić o fabule w sensie beletrystycznym. To raczej precyzyjnie skonstruowana mozaika wspomnień. Rigamonti rozmawia z ostatnimi świadkami historii – tymi, którzy widzieli rzeź wołyńską, przeżyli obozy, czy walczyli w partyzantce, ale ich opowieści przez lata były spychane na margines. Kluczem doboru rozmówców jest ich „niewygodność”. To ludzie, którzy nie boją się mówić o tym, że polscy bohaterowie bywali katami, a ofiary nie zawsze były niewinne. Autorka rzetelnie prowadzi swoich rozmówców przez labirynty pamięci, wyciągając na światło dzienne detale, które wywołują ciarki. Książka nie skupia się na wielkich bitwach, ale na tym, co działo się „pomiędzy” – w piwnicach, na strychach i w lasach, gdzie walka o przetrwanie często wymagała porzucenia człowieczeństwa. To brutalna lekcja historii, która pokazuje, że prawda o wojnie ma wiele odcieni szarości. Największą siłą tej publikacji jest warsztat dziennikarski Rigamonti. Autorka wykazuje się ogromnym profesjonalizmem, zadając pytania trudne, często bolesne, ale zawsze z szacunkiem do rozmówcy. Jej fachowość objawia się w umiejętności słuchania – pozwala świadkom mówić, nie przerywając im zbędnym komentarzem, co buduje intymną i gęstą atmosferę. Kolejnym atutem jest odwaga w dekonstruowaniu narodowych mitów. Rigamonti nie boi się kontrowersji, wierząc, że tylko pełna prawda, nawet ta najgorsza, może przynieść oczyszczenie. Pomimo wysokiego poziomu, książka posiada pewne słabsze punkty: Emocjonalne przeładowanie: Nagromadzenie traum i opisów okrucieństwa jest tak duże, że lektura staje się chwilami nie do zniesienia. Brak „oddechu” między kolejnymi rozmowami może powodować u czytelnika znieczulenie na opisywane tragedie. Nierówność rozmów: Niektóre wywiady są wybitne i odkrywcze, inne zaś wydają się powielać znane już schematy, co nieco osłabia siłę rażenia całej publikacji. Brak szerszego komentarza historycznego: Choć surowość relacji jest zamierzona, momentami brakuje mocniejszego osadzenia faktograficznego, który pomógłby młodszym czytelnikom w pełni zrozumieć kontekst opisywanych wydarzeń. „Niewygodni” to lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce zrozumieć, że wojna to przede wszystkim trauma pokoleń, a nie tylko daty w podręczniku. Magdalena Rigamonti wykonała rzetelną pracę, ratując od zapomnienia głosy, które dla wielu wciąż są zbyt trudne do wysłuchania.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na71 miesiąc temu
Rzeźnia numer jeden i inne reportaże z Niemiec Jerzy Haszczyński
Rzeźnia numer jeden i inne reportaże z Niemiec
Jerzy Haszczyński
Inne Niemcy Tytuł „Rzeźnia numer jeden i inne reportaże z Niemiec” jednoznacznie nawiązuje do powieści Kurta Vonneguta. Nie jest to raczej przypadek, choć tytułowy reportaż jako tako odnosi się po prostu do największej rzeźni w Europie. Jednak w naszym zbiorze tekstów Jerzego Haszczyńskiego znajdziemy dużo więcej. Wątki polskie w Niemczech? Jest. Różnice między wschodem i zachodem Niemiec? Jeszcze jak. Podobieństwa dawnego NRD do Polski? Oczywiście. A wszystko w imigrancko-prawicowym sosie. Co ciekawe reportaże Haszczyńskiego nie tylko potrafią cofnąć nas w czasie do I Wojny Światowej, to także reportaże powtarzane przez autora. Autor odwiedza niektóre osoby i miejsca ponownie, porównując je. Czasem komuś się polepszyło, ktoś inny już nie chce rozmawiać, a kto inny jak skała stoi niezmieniony. Takie reportaże są niezwykle interesujące, bo można porównywać tabelki i cyferki z urzędów statystycznych, ale choćby taki ograniczony porównawczy wycinek rzeczywistości potrafi mieć dużą wartość. Sam autor w jednym wywiadzie powiedział, że właśnie powrót do tych starych tematów skłoniła go do napisania tej książki, a inne reportaże już przyszły same. Niestety mamy jedynie te napisane w okolicach 2020 roku. Te starsze trzeba znaleźć już samemu. Pierwszy reportaż zajmuje się dziećmi polskich pracowników przymusowych z II Wojny Światowej. Dzieci polskich mężczyzn i niemieckich kobiet w państwie poważnie myślącej o eugenice to przerażająca myśl dla obu stron – dla nazistów przerażonych zanieczyszczeniem krwi i Polaków przerażonych tym, co z dziećmi zrobią. Nie będę odkrywał tu szczegółów, bo jest tam więcej, również osobistych kwestii. Mogę powiedzieć tylko, że bardzo często motyw szukania rodziców nie kończy się w rzeczywistości tak słodko. Najciekawsze w tym reportażu było jednak tzw. zniemczanie obiecujących aryjsko ojców. Czego się nie robi dla zachowania twarzy? Innym nieoczywistym reportażem jest ten o muzułmańskich fascynacjach niemieckich nastolatek. Czytane Koranu, czy marzenie o hierarchicznej i bezpiecznej rodzinie nie może być przecież niebezpieczne? Gorzej, jak zrobi się coś w kierunku urzeczywistnienia tych marzeń i ucieknie do Państwa Islamskiego… A jak z każdą fazą – te bardzo szybko zanikają w strefie wojny. Nie jest to jedyny tekst zabierający nas geograficznie z Niemiec. W jednym z reportaży poznajemy kulisy hymnu arabskiej wiosny i jej autora, które nie są tak romantyczne, jak mogłoby się wydawać. Te podróże zabierają nas nie tylko do krajów muzułmańskich, a również na Litwę i do Polski. Haszczyński szuka prawdziwego grobu lub zwłok niesławnej Róży Luksemburg z komentarzem na temat niemieckiej lewicy. Wśród tych poszukiwań znajduje też inne tematy, jak korzenie Angeli Merkel, które prowadzą oczywiście do Polski. Czy Niemcy wiedzą o tych korzeniach, albo ich je obchodzą? Czy to jak z dziadkiem Tuska z Wermachtu? A może po prostu każdy wielki Niemiec lub kanclerz musi mieć związki z Polską? Jak Nietzsche albo Bismarck. Wielki nihilista robił to, by denerwować narodowe mieszczaństwo. I dziś w świecie „końca historii” i wzmożonej imigracji znów nacjonaliści są widoczni. W wielu swoich reportażach Jerzy Haszczyński pochyla się nad jedną zauważalną zmianą od swoich poprzednich tekstów. W Niemczech pojawili się prawicowi ekstremiści, politycy z wypowiedziami nieodróżnialnymi od Hitlera, czy właśnie AfD (niem: Alternative für Deutschland, pl: Alternatywa dla Niemiec). Autor zadaje pytanie dlaczego i skąd się wzięli? To, że schizofrenik dokona zbrodni, wyobrażając sobie ludobójstwo nawet połowy Niemców i wszystkiego na wschód po Pacyfik (sic!),jeszcze nic nie znaczy. Zastanawiające jest otoczenie i jak ono reaguje. A raczej, czego nie zrobiło i do czego dopuściło. A na wschodzie, wyzyskiwanym przez Zachód tak samo jak Polska w latach 90., rośnie frustracja. Frustracja, którą wykorzystują wpierw postkomuniści, a potem ugrupowania prawicowe. Brzmi znajomo? Nawet bardziej osobiste historie bywają podobne. Nie należy jednak popadać w zbytnie upodobnianie. PRL był jednym z najbardziej liberalnych politycznie państw bloku wschodniego. Wiele innych demoludów, w tym NRD nie miało tego luksusu, a jedynie ten gospodarczy dla uspokojenia ludności. Z tego powodu pierwsze protesty to dopiero 1989. Ze wschodem ostatecznie anektowanym i bez własnych większych tradycji politycznych ponad postkomunistów. Polska pod tym względem, stety niestety wyszła chyba nieco lepiej. Haszczyński skupia się na podobieństwach, a te różnice jedynie zaznacza. W reportażach Haszczynskiego można też dostrzec inne podobieństwa między Polską a Niemcami. Szczególnie w tytułowym reportażu – „Rzeźnia numer jeden”, który zostawiłem na koniec. Reżyser Bong Joon-ho twierdził, że kiedy opowiada swoje historie, mówi do swojego narodu – do Koreańczyków. Jednak okazuje się, że na twórczość oskarowego reżysera widownie innych narodów reagują podobnie. Po odkryciu tego stwierdził, że oni też są jednym narodem. Że wszyscy jesteśmy narodem kapitalistów. I o tym problemie opowiada ten reportaż. Ofiarami gastarbeitu w Niemczech okazują się Polacy, ale to model imigranckiej taniej siły roboczej kapitalizmu. Działa równie dobrze w Polsce. Po prostu kto inny jest ofiarą. A kapitalizm, jak by powiedział Marks, wzbudza tylko poczucie alienacji, tranzakcyjności relacji, myślenie w kategoriach gry o sumie zerowej i wyzysk. I o tym właśnie jest „Rzeźnia numer jeden”. O ironio wiele z powyższych tematów wydaje się bardzo lewicowych, albo proniemieckich. Nic bardziej mylnego – niektórzy twierdzą, że Jerzy Haszczyński należy do prawego skrzydła „Rzeczypospolitej”. Bo jak zawsze, często lewica i prawica dostrzega podobne problemy, ale daje inne rozwiązania. Jednak poza polityką – zrozumienie drugiego człowieka może mieć wartość samą w sobie. A autor pozwala wyjść nam poza stereotypy i zobaczyć, że w Niemczech też są ludzie. Tak, jak sprawa w rzeźni sprawiła, że Niemcy dostrzegli ich w gastarbeiterach. I tak Niemcy mają swój ordnung, ale i on ma swoje problemy. Problemy, które ironicznie wynikają u nich z zaufania do państwa, a u nas z jego braku. Książka przeczytana dzięki życzliwości Biblioteki Publicznej w Dzielnicy Śródmieście m.st. Warszawy.
Adam Słojewski - awatar Adam Słojewski
ocenił na86 miesięcy temu
Najgłębsze Południe. Opowieści z Natchez, Missisipi Richard Grant
Najgłębsze Południe. Opowieści z Natchez, Missisipi
Richard Grant
Miasteczko Natchez w stanie Missisipi udowadnia, że w Stanach Zjednoczonych można sprzedać dosłownie wszystko. Wliczając w to także dawno minioną świetność. Wystarczy tylko odpowiednia porcja marketingu, aby wykreować atrakcję turystyczną, która przyciągnie rzesze zwiedzających, gotowych zostawić swoje ciężko wypracowane dolary, by choć na chwilę przenieść się do „starych, dobrych czasów”, gdy dzieci radośnie tańczyły wokół słupa majowego, eleganccy mężczyźni paradowali w konfederackich mundurach, a kobiety w bajkowych krynolinach dbały o wystawne posiadłości elit Głębokiego Południa. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie jeden, malutki szkopuł, który burzy ten sielankowy i idealistyczny obraz - otóż nieopodal centrum Natchez, na rozwidleniu dróg (Forks of the Road) Waszyngtona i Wolności (czyżby okrutny rechot historii?),przez dziesięciolecia funkcjonował drugi co do wielkości w Stanach Zjednoczonych (tuż po Nowym Orleanie) targ czarnoskórych niewolników. Ten mało chwalebny fakt z historii Natchez rodzi jednak pytanie, czy z tego powodu powinno się zrezygnować z „kultywowania wspólnego dziedzictwa” i „radosnego odtwarzania przeszłości”? Brytyjski dziennikarz, Richard Grant, zaprasza nas do prawdopodobnie jedynego takiego miasta w USA, w którym przeszłość stanowi fundament teraźniejszego funkcjonowania lokalnej społeczności, ciągle na nowo próbującej pogodzić sprzedaż mirażu dawnego blasku secesyjnego Południa z mroczną stroną własnej historii. W szczytowym okresie swojego rozwoju w Natchez zamieszkiwało wielu z najbogatszych Amerykanów. Źródłem owego bogactwa był wspomniany już handel niewolnikami oraz zyski czerpane z ich przymusowej pracy przy uprawie bawełny i cukru. Handlarze i wielcy plantatorzy nie szczędzili centa, aby ukazać własną zamożność i powodzenie. Efektem były powstające nad Missisipi, niczym przysłowiowe grzyby po deszczu, neoklasycystyczne rezydencje w stylu Antebellum (dodajnym, że co bardziej ekstrawaganccy właściciele niewolników w tym samym stylu budowali pomieszczenia dla swojego „żywego inwentarza”, których zewnętrzny przepych dramatycznie kontrastował z nędznym wyposażeniem wnętrza - koniec końców nie chodziło przecież o wygodę niewolników, ale o to, aby ulać trochę żółci rywalom i zaimponować sąsiadom). Tak właśnie narodziła się legenda „złotego wieku” Natchez, ale wszystko co dobre, musi kiedyś przeminąć (najlepiej z wiatrem). Zniesienie niewolnictwa po wojnie secesyjnej, a następnie Wielki Kryzys lat 30. XX wieku, zmusiły wielu właścicieli owych okazałych posiadłości do ich sprzedaży lub znalezienia innych źródeł ich utrzymania. Właśnie wtedy do akcji wkroczyły dostojne matrony z Natchez, które postanowiły uchylić drzwi swoich okazałych rezydencji dla przyjezdnych, gotowych zapłacić za oprowadzenie po wypełnionymi po brzegi antykami pokojach przy akompaniamencie lokalnych opowiastek. W swoim reportażu Richard Grant wciela się właśnie w takiego podglądacza nie tylko cudzych domów, ale także zbiorowych wyobrażeń o tym, kim byliśmy kiedyś, oraz kim jesteśmy dzisiaj. A w Natchez wyobrażenia te są skrajnie sprzeczne, gdy z jednej strony mamy potomków tych, którzy w łańcuchy zakuwali, a z drugiej - tych, których przodków zakuwano. Zatem dla jednych te wspaniałe posiadłości są namacalnym dowodem dawnej świetności, dla innych natomiast wręcz przeciwnie - to wstydliwy symbol wyzysku i upodlenia. Czy da się pogodzić te dwa całkowicie przeciwstawne poglądy? Grant próbuje to sprawdzić bezpośrednio na miejscu, gdzie nie tylko nawiązuje kontakty z lokalnymi elitami, co dla białego dziennikarza z brytyjskim akcentem nie jest rzeczą specjalnie trudną, ale także z przedstawicielami czarnoskórej populacji, którzy walczyli - i może nadal walczą - o równe prawa i równe obowiązki. Bo Natchez to miasto odrobinę schizofreniczne, w którym wciąż jest pielęgnowany blichtr starego Południa, przez co bardzo niechętnie dopuszcza się tu jakiekolwiek nowinki związane z niewolnictwem. Wszak to złe dla interesów. Ale jednocześnie miastem zarządza czarnoskóry burmistrz, większość radnych również jest czarnoskóra, a tutejsza społeczność zaskakuje tolerancją wobec odmienności, o czym wielokrotnie - i chyba z lekką przesadą - przypomina Grant na przykładzie lokalnych gejów. Reportaż napisany jest w dość lekkim stylu, ale nie zmienia to faktu, że dotyka bardzo poważnych kwestii równości i sprawiedliwości społecznej we wciąż straszliwie podzielonym społeczeństwie amerykańskim. W Natchez przejawia się to w tym, że potomkowie owych matron z lat 30. ubiegłego stulecia nadal sprzedają turystom własną wizję historii nie tylko samego miasteczka, ale także całego Południa Stanów Zjednoczonych. Bo turystyczne Natchez to nie tylko szereg imponujących posiadłości otwartych dla zwiedzających, ale także coroczne tableaux (z francuskiego „tableau vivant”, co oznacza „żywy obraz”). Są to inscenizowane przedstawienia, w których lokalne elity prezentują własną wizję przeszłości miasta - od momentu jego założenia aż do współczesności. Jeśli dobrze poszukamy na YouTube, można znaleźć tam film prezentujący tableaux z roku 2012 (osiem lat przed wydaniem reportażu),w którym doskonale widać, jak skrajnie jednostronna jest tu narracja o historii Natchez, które przecież swoje bogactwo zyskało dzięki istnieniu niewolnictwa. Tymczasem owa inscenizacja wspomina o wszystkim, nawet o indiańskich tubylcach, niegdyś zamieszkujących ten obszar, tylko nie o losie czarnoskórych niewolników, którzy byli sprzedawani na tutejszym rynku, a następnie w pocie czoła pracowali dla swoich białych panów. Grant dostrzega zatem ogromną dysproporcję między faktyczną przeszłością miasta, a wizją, jaką na potrzeby turystycznego biznesu wytworzyły kółka ogrodowe lokalnej śmietanki towarzyskiej. Właśnie na przykładzie tableaux ukazuje on, jak ciężko pogodzić prawdę historyczną z biznesem historycznym, bo przecież biali turyści z innych stanów nie po to przybywają do Natchez, aby słuchać o niewolnictwie i dyskryminacji Afroamerykanów, ale po to, aby przyjemnie i pożytecznie spędzić czas. Po co zatem o tym mówić i po co do tego wracać, skoro tak piękne wille i rodowe siedziby czekają na zwiedzających, aby ukazać im chwałę dawnego Południa? Właśnie takie jest Natchez - ekscentryczne, zakłamane i pełne sprzeczności. I prawdopodobnie taka jest jakaś część Ameryki jako takiej, a w szczególności stany, które aktualnie stanowią bastiony ruchu MAGA. Jeśli ktoś poszukuje praźródeł sukcesów aktualnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, z jego całą bezsensowną paplaniną o bezwarunkowej wspaniałości i wielkości Ameryki, to znajdzie je właśnie w miasteczkach takich jak to, gdzie trudna do zaakceptowania prawda wciąż ustępuje miejsca wyidealizowanej wizji własnej wspaniałej przeszłości. Warto także wspomnieć, że uzupełnieniem reporterskiej opowieści o współczesnym Natchez jest zaprezentowana przez Granta autentyczna i niesamowita historia księcia Fulanów - Abd al-Rahmana Ibrahima. Pojmany w niewolę w Afryce młody arystokrata zostaje sprzedany na statek niewolniczy, na którego pokładzie (a dokładniej - pod pokładem) przybywa do Nowego Orleanu, a stamtąd do Natchez. Tu afrykańskiego księcia nabywa lokalny farmer, który na jego sumiennej pracy i autorytecie roztaczanym wśród innych niewolników zbija niemałą fortunę. Przypadkowo rozpoznany przez znanego mu jeszcze z Afryki białego człowieka, Ibrahim stacza dramatyczną walkę o wolność własną oraz swoich dzieci, a jego sprawa ociera się o najwyższych polityków w ówczesnych Stanach Zjednoczonych. Ta fascynująca historia najsławniejszego niewolnika z Natchez dowodzi prawdziwości starego porzekadła, że życie kreśli czasami najlepsze scenariusze. Ale dla Granata to nie tylko ciekawa opowieść o pewnym wyjątkowym wypadku z przeszłości, ale także sposób na ukazanie realiów epoki niewolnictwa, które z takim trudem przebijają się do współczesnej świadomości mieszkańców miasta. A zatem podsumowując: „Najgłębsze Południe. Opowieści z Natchez, Missisipi” to ciekawy, choć typowo amerykański reportaż, w której raczej ślizgamy się po faktach i zjawiskach niż rzeczywiście się w nie zagłębiamy. W przypadku książki Grant czuć aż za bardzo, że była to rzecz, która powinna się dobrze sprzedać, co oznaczało, że nie należało zrazić do siebie żadnej ze stron toczącego się sporu. Właśnie z tego powodu lokalne dziwactwa i snobizm elity Natchez oraz różnego rodzaju mądrości generowane po kilku drinkach zajmują równie wiele miejsca, co relacje Afroamerykanów z ich dramatycznej walki o własne prawa. Ale mimo wszystko czytało się to dobrze, szczególnie te poważniejsze tematycznie fragmenty dostarczają sporo ciekawych informacji odnośnie przeszłości i teraźniejszości Głębokiego Południa Stanów Zjednoczonych, choć daleko tu do wyczerpania tematu. Jeśli jedna ma ktoś okazję, można sięgnąć, bo Natchez to rzeczywiście przedziwne miejsce, warte literackiego poznania.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na62 miesiące temu
Mali tułacze Wojciech Lada
Mali tułacze
Wojciech Lada
Fascynująca i przepełniona smutkiem opowieść o losie najmłodszych polskich zesłańcow w trakcie II wojny światowej z organizacją armii generała Władysława Andersa w tle. W wyniku "amnestii" z 1941 roku będącej wynikiem układu Sikorski-Majski w Rosji Stalina zaczęto tworzyć armię polską, a zesłane na Syberię rodziny dostały pozwolenie opuszczenia kołchozów i "udania się do domu". To co jest jasne na papierze w praktyce nie było już tak oczywiste. Droga na zachód była niemożliwa do przebycia przez toczące się tam walki oraz linię frontu. Rząd ZSRR wcale nie ułatwiał powrotu jak również komunikacji. Bywało, że niektórzy o amnestii dowiadywali się przypadkiem z dużym opóźnieniem, dzięki czemu dłużej wykorzystywano ich do pracy. Dlatego właśnie zdecydowana większość uchodźców rozpoczęła swoją piekielną wędrówkę na południe. Początek podróży był chyba najgorszy. Wygłodniali, osłabieni ludzie, głównie kobiety z dziećmi umierali z powodu chorób, zimna i braku jedzenia. Bywało, że rodziny rozdzielano na stacjach kolejowych lub postojach, a malutkie dzieci po śmierci rodziców nigdy tak naprawdę nie poznały swojego pochodzenia. Szokujący obraz uciskanych na stojąco zamarźniętych ciał w pomieszczeniu gospodarczym jednej ze stacji, bo tak "więcej się mieściło" zostanie ze mną przez jakiś czas. Mimo że ludzie Ci teoretycznie byli już wolni, nadal przewożeni byli w warunkach poniżej jakiejkolwiek godności. Setki, tysiące kilometrów, zmieniający się klimat, nieznane dotąd warunki pogodowe, niezliczone komary, nowe choroby, kolejno poznawane nacje, ludy i kultury, pustynie, góry, zimy z piekła rodem oraz potworne upały, burze piaskowe, dorastanie w trakcie kilkuletniej podróży, śmierć znajomych i członków rodziny, romanse z tubylcami lub marynarzami, szkoła, niebezpieczeństwa ze strony tubylców jak i dzikich zwierząt, coraz bardziej oddalający się dom, za którym tęsknili rodzice, a który w umysłach dzieci zostawał tylko "pustym hasłem" czy nieosiągalnym, wręcz niechcianym już celem. Pierwszymi wielkimi przystankami uciekinierów były pustynie Kazachstanu, potem Uzbekistan, Kirgistan i ziemie Tadżykistanu. Kolejne obozy, gdzie faktycznie można było odetchnać to miasta jak Aszchabad czy Meszmed, Pahlewi (Anzali)i Teheran albo Isfahan w północnej Persji, dzisiejszym Iranie. Niektórzy już tutaj poczuli się bezpieczniej, mimo że oddech radzieckiej armii jeszcze nie zniknął z ich karków. Wiele szlaków ewakuacyjnych prowadziło też przez morze Kaspijskie. Do tego czasu powiększająca się armia Andersa podróżowała w towarzystwie kobiet i dzieci, ale w końcu musiała się do czegoś przydać, a dostarczane racje żywnościowe nie były w stanie już wszystkich wyżywić. Tu każdy musiał już pójść we własną stronę. Z Iranu polskie wojsko oraz ludność cywilna trafiali do Iraku, Palestyny, Libanu, Egiptu, a także do brytyjskich kolonii w Afryce, m.in. do Tanzanii (ówczesna Tanganika) przez kenijską Mombasę - wrota do wschodniej Afryki, w której osobiście odnalazłem ślady polskich uchodźców w tym tablice upamiętniające na Fort Jesus. Następnie część cywilów, w tym osierocone dzieci, została ewakuowana do dalszych krajów, takich jak Indie (słynne osiedle w Balachadi nieopodal Jamnagar czy ośrodek dla chorych na gruźlicę w Panchgani),Nowa Zelandia (Pahiatua) czy Meksyk (Santa Rosa). Stany Zjednoczone nie były wtedy skore do gościnności, by nie drażnić swego wielkiego sojusznika zza żelaznej kurtyny. Autor mocno podkreśla rolę Władysława Andersa w sytuacji polskich zesłańów jak również Hanki Ordonówny - byłej gwiazdy estrady międzywojennej, która znalazła swoją drugą misję w opiece na podróżującymi sierotami. Książka bardziej przejmująca w pierwszej połowie. Dalsze losy naszych rodaków to głównie tułaczka, ale też lepsze momenty, trochę miłosnych uniesień jak również poznawanie świata. Dzieci znacznie szybciej adaptowały się do "bezdomnej rzeczywistości", często nie znając pojęcia "dom", a gdy już przyzwyczaiły się do nowego miejsca, wcale nie wykazywały ochoty powrotu do ojczyzny swoich rodziców. Zdarzały się nawet ucieczki z konwojów. Polecam. Bardzo ciekawa opowieść.
Paweł85x2 - awatar Paweł85x2
ocenił na71 miesiąc temu
Zderzenie czołowe. Historia katastrofy kolejowej pod Szczekocinami Bartosz Jakubowski
Zderzenie czołowe. Historia katastrofy kolejowej pod Szczekocinami
Bartosz Jakubowski
Nawet nie wiedziałam, że o tym zdarzeniu powstała książka. 3 marca 2012 roku, pamiętam dość słabo. To była taka zimna noc. Chłód przeszywał na wskroś i Wydawałoby się, że zbiera się mgła. Nagle w okolicznych miejscowościach rozległy się syreny. W stronę Szczekocin widziałam z oddali mnóstwo świecących na niebiesko, a czasami czerwono kogutów. Widziałam jak w stronę Szczekocin udają się nie tylko policyjne wozy, ale i straż pożarna czy karetki pogotowia. Dla mnie to była nieprzespana noc. Chodź do końca nie zdawałam sobie sprawy z tego co się wydarzyło. Pamiętam, że zadzwoniła ciocia i powiedziała, że niestety nie da rady wrócić dzisiaj wcześniej z dyżuru. Zwożą do najbliższych szpitali rannych, z wypadku gdzieś koło Szczekocin. Do końca jeszcze nie wie co się wydarzyło, ale wiedzą, że jest masakra. Na początku widzę chaos opowieści. Genialny tekst żony jednego z konduktorów. Historia łapie ze serca i sprawia, że łzy napływają do oczy. Później te wstawki o meczach jakiś, i euro uważam, że są beznadziejne. Część pierwsza jest już za mną. Dowiedziałem się z niej właściwie tylko tyle, co mogę się dowiedzieć z internetu. Z wywiadów czy z jakichś artykułów napisanych przez gazety. Mam wrażenie, że nic nowego. Druga część książki jest dla mnie mało ciekawa. W sumie jakoś nie mogę się w nią wkręcić i zainteresować. Czyta mi się ciężko. Za dużo jest dla mnie artykułów. Wtrącenia o polityce, jakieś tam artykuły z gazet. Zbędnie wspomniane o nakładanych na pisarzy, autorów tych artykułów pojawiających się w gazetach kar. Nie, za dużo. Nie tego chciałam w tej książce. Mogli o tym wspomnieć, ale żeby poświęcić temu cały rozdział to już jest porażka. Na rozdział 3 to autor chyba naprawdę nie miał pomysłu. Autorze mała uwaga, sytuacja miała miejsce między innymi w Sprowej, nie w Sprowie. Rozdział 4 - jest już ciekawszy od 3. Wreszcie rozpoczyna się proces. Niestety mam wrażenie, że autor książki usilnie próbuje wybronić jedną ze stron. Bardzo obstając za postacią dyżurnego ze Starzyn. Podważając tym samym nawet decyzje sądu Apelacyjnego w Katowicach. Wino oskarżonego jest widoczna gołym okiem. Przecież ile razy można się mylić? Aż do momentu gdy nie stanie się nic złego? Ta katastrofa mogła się dużo gorzej potoczyć. Można też było jej uniknąć, wystarczyło zareagować wcześniej. Zawiódł system i zawiedli ludzie. Epilog- jest fenomenalny! Co zostało? Przykre wspomnienia, tablice upamiętniające i poczucie niesprawiedliwości. "Jan Matejko" zmienił nazwę na "Malinowski". Nadal w trasie. Jechałam nim ostatnio na trasie Kraków - Miechów. Zostały wagony, które przetrwały. Dziwnie się z tym czuję...
Kamila21 - awatar Kamila21
ocenił na611 dni temu
Czechy. To nevymyslíš Aleksander Kaczorowski
Czechy. To nevymyslíš
Aleksander Kaczorowski
Aleksander Kaczorowski, jeden z najwybitniejszych polskich bohemistów, w swojej książce „Czechy. To nevymyslíš” nie próbuje tworzyć kolejnego przewodnika turystycznego po Pradze. Zamiast tego serwuje nam literacką i historyczną ucztę, która rozbija powierzchowne stereotypy o „wesołym Czechu z piwem w dłoni”. To lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce wyjść poza ramy czeskiego humoru i zrozumieć, co kryje się w duszy narodu, który – jak głosi tytuł – „sam by tego nie wymyślił”. Poza maskę Szwejka Autor od pierwszych stron rzuca wyzwanie polskiemu postrzeganiu Czechów. My, Polacy, często patrzymy na nich przez pryzmat Szwejka, Krecika czy lekkich komedii filmowych. Kaczorowski brutalnie, choć z wielką klasą, przypomina, że ta powierzchowna lekkość to często pancerz ochronny. Analizując losy takich postaci jak Bohumil Hrabal, Václav Havel czy Ota Pavel, autor pokazuje, że czeska kultura jest głęboko zakorzeniona w tragizmie, traumach historycznych i trudnych wyborach moralnych. Książka jest zbiorem esejów i szkiców, które układają się w fascynującą opowieść o narodzie, który musiał przetrwać między wielkimi mocarstwami, wybierając drogę przetrwania zamiast straceńczej walki. Kaczorowski z chirurgiczną precyzją analizuje momenty zwrotne w czeskiej historii – od porażki na Białej Górze, przez Monachium, aż po Praską Wiosnę i aksamitną rewolucję. Piwo, literatura i polityka Siłą tej książki jest jej wielowymiarowość. Autor płynnie przechodzi od anegdot o przesiadywaniu w gospoda (które w Czechach są centrami życia intelektualnego) do głębokich analiz literackich. Kaczorowski pokazuje, że czeskość to stan umysłu – specyficzne połączenie plebejskości z wysoką kulturą, ateizmu z głęboką potrzebą sensu oraz ironii, która pozwala oswoić nawet największy mrok. Szczególnie poruszające są fragmenty poświęcone Hrabalowi. Kaczorowski, będąc biografem wielkiego pisarza, potrafi nakreślić jego portret w sposób niemal intymny, pokazując, jak „małe życie” zwykłych ludzi staje się w czeskiej literaturze wielką metafizyką. Dlaczego warto? „Czechy. To nevymyslíš” to książka napisana z ogromną erudycją, ale pozbawiona akademickiego zadęcia. Styl Kaczorowskiego jest lekki, potoczysty i pełen intelektualnej pasji. To nie jest tylko opowieść o sąsiadach; to lustro, w którym my, Polacy, możemy przejrzeć nasze własne kompleksy, mity narodowe i podejście do historii. Autor nie boi się trudnych tematów, takich jak czeski kolaboracjonizm, stosunek do Niemców sudeckich czy specyficzna odmiana cynizmu. Jednocześnie robi to z ogromną empatią, dzięki czemu po lekturze Czechy stają się nam bliższe nie jako pocztówkowy kraj, ale jako naród z krwi i kości, zmagający się z tymi samymi demonami nowoczesności co reszta Europy.Podsumowując, książka Aleksandra Kaczorowskiego to błyskotliwy, wielowarstwowy portret narodu, który warto znać lepiej. To lektura, która bawi, uczy, a przede wszystkim – zmusza do myślenia.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na72 miesiące temu

Cytaty z książki Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym