Linjen

Okładka książki Linjen autorstwa Elise Karlsson
Okładka książki Linjen autorstwa Elise Karlsson
Elise Karlsson Wydawnictwo: Natur & Kultur literatura piękna
215 str. 3 godz. 35 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Linjen
Data wydania:
2016-03-05
Data 1. wydania:
2016-03-05
Liczba stron:
215
Czas czytania
3 godz. 35 min.
Język:
szwedzki
En linje: ett gemensamt projekt, en hållning. Men också en gräns, det som skiljer innanför från utanför.

Ett kontorslandskap i en byggnad av glas. Smattret från tangenter, doften av kaffe. En kvinna har återigen fått chansen efter en tid som arbetslös. Företaget gör manualer i självhjälpssegmentet. Det handlar om att ge människor verktyg. Att förändra. Så att de blir mer effektiva, bättre på att kommunicera. Romanjaget är hårt arbetande och klättrar snabbt inom företaget. Jobbet tar upp allt mer av hennes tid och hon umgås intensivt med kollegorna. Kanske älskar hon rent av en av dem? Men snart börjar det ryktas om nedskärningar. Hon, som alltid haft tillfälliga anställningar, vet att det gäller att hålla sig på rätt sida när bilan faller.

Linjen är en mörkt humoristisk undersökning av arbetet som idé, ideologi och vardag. När det börjas kännas absurt, titta upp och se dig omkring. Känner du igen dig?
Średnia ocen
6,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Linjen w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Linjen



1489 540

Oceny książki Linjen

Średnia ocen
6,0 / 10
1 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinie i dyskusje o książce Linjen

avatar
2951
1835

Na półkach:

Trudno powiedzieć, dobra czy zła - dziwna. Książka niejednoznaczna, z akcją ukryta między monologu a'la ciąg świadomości bohaterki. Niemniej pełna trafnych spostrzeżeń o społeczeństwie z kraju dobrobytu w czasach kryzysu - i finansowego, i moralnego

Trudno powiedzieć, dobra czy zła - dziwna. Książka niejednoznaczna, z akcją ukryta między monologu a'la ciąg świadomości bohaterki. Niemniej pełna trafnych spostrzeżeń o społeczeństwie z kraju dobrobytu w czasach kryzysu - i finansowego, i moralnego

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
193
150

Na półkach:

Od żłobka do nagrobka – tak pracuje się w Linii Elise Karlsson. Życie tu regulowane jest rytmem pracy. I podporządkowane jej w każdym aspekcie: od najprostszych, najbardziej prozaicznych spraw, po miłość. Autorka obiera rzeczywistość jak cebulę, łuska po łusce, próbując dojść do prawdy, której ludzkość chyba nigdy nie zgłębi: jaki w zasadzie jest tej pracy sens? I nie ma dla nas zbyt wesołej odpowiedzi.

Wyjście poza pracę to ból i niemożność porozumienia z drugim człowiekiem. Istniejemy tylko w pracy, poza nią nas nie ma. Kto dawniej pomyślałby, że dla dosyć sporej (żadne statystyki, moja opinia) części społeczeństwa praca stanie się sensem życia. Linia to opowieść o życiu regulowanym rytmem pracy, nie odwrotnie, całkowicie pracy podporządkowanym. Po co? Oczywiście: żeby od tego życia, przytłaczającego, bezsensownego, odwrócić uwagę.

Policzyłem: dotychczas w mojej recenzji słowo “praca” we wszelkich formach i odmianach pojawiło się osiem razy. To celowy zabieg, szukanie zamienników na ten krótki i trafiający w punkt termin mija się z celem. Dla porównania, “życie” wystąpiło tylko cztery razy, a więc o połowę mniej. Czyli, idąc tym tokiem rozumowania, a także nawiązując już do Linii Elise Karlsson – coś tu jest mocno nie tak, skoro życie jest pod pracą.

Główna bohaterka, po przejściach, znajduje pracę w korporacji. Pierwsze skojarzenia są banalne i, jak to zwykle ze skojarzeniami bywa, krzywdzące. W korpo na wejściu trzeba odbić kartę, zaszyć się w swoim boksie, pracować, krótka przerwa na papierosa, jeszcze krótsza na jedzenie (oczywiście: catering, bo który korpośmieć zrobi sobie w domu kanapki?),w międzyczasie zebrania, które tak naprawdę są festiwalem hejtu i wylewaniem na głowę wiader pomyj, w jeszcze innym międzyczasie: plotki, podkładanie świń i spiski. W tych międzyczasach momentami brakuje miejsca na sens przychodzenia do pracy, czyli pracę.

Do podobnego, nie identycznego, świata trafia Emma. Dla tych, którzy nauczeni są pogardy dla korposzczurów, będzie to piekło, dla innych: namiastka raju, z pakietami socjalnymi, benefitami i multisportami.

Czytelnik stopniowo wchodzi w świat Emmy, obserwując rzeczywistość razem z bohaterką. Najpierw widoczne są rekwizyty, fasada oraz stereotypy, o których pisałem już wcześniej. Ale wraz z biegiem czasu wnikamy coraz głębiej w korporacyjną rzeczywistość. Zmieniają się dekoracje, jak w teatralnej sztuce – kierownicy przychodzą i odchodzą, koleżanki i kolegów przenoszą do innych działów, czasem przenoszą się sami, bo ostatecznie coś im nie odpowiada. Ktoś umiera, któryś z bossów prowadzi bloga, na którym pluje jadem, bo wiadomo, że faktycznie jest potulnym stworzeniem. Pojawiają się układy, układziki, w końcu na horyzoncie migocze też miłość.

Życie Emmy zamienia się w pracę i odwrotnie. Miejsce, do którego każdego dnia przychodzi bohaterka, staje się jej domem. Miejscem, w którym odpoczywa, je, śpi, egzystuje. Ostatecznie: przecież to rzeczywistość zawodowa ma określić granice tego kim, jak, kiedy, gdzie i dlaczego jestem. Tytułowa linia to próg miejsca pracy, próg, który przekraczamy każdego dnia, oddzielający normalność od szaleństwa, rutynę od spontaniczności, chęć od niechęci, życie od pracy. Pytanie tylko, co w tej książce (i w życiu) jest ową normalnością? To tu czy to tam?

Okazuje się, że poza pracą Emma nie istnieje, z czego ona sama też zaczyna zdawać sobie sprawę. Związki nie wypalają. Znajomi: odpadają w poszukiwaniu innych wrażeń. Nie ma sensu gotować, uprawiać sportu, robić czegokolwiek poza pracą, bo wszystko inne naznaczone jest pustką. Chodzi mi po głowie scena, którą można dodać do powieści: Emma wraca z pracy do domu i jedyne, na co ją stać, to położenie się do łóżka, a jakiekolwiek inne działania, wymagające od niej inicjatywy, zaangażowania, może też myślenia, z góry skreśla jako bezsensowne.

Obecnie częściej mówi się o zmianach w modelu pracy. O pustce, którą wywołuje ona w niektórych ludziach, nie pozwalając normalnie żyć. Tym również jest Linia: apelem o normalność, o nieuleganie presji pracy i traktowanie jej z należnym dystansem. Wydaje się to banalne, work-life balance staje się dla nas wręcz oczywiste, pytanie tylko, ilu z nas faktycznie się do tego stosuje? Nieszczęsny kapitalizm robi z nas niewolników pracy, a wszystkich, którzy kwestionują sens pracowego niewolnictwa, odstawia na margines, traktując jak zbędnych. Jednym zgrabnym słowem: praca pożera nasze życie.

Przypomina mi się fragment artykułu:

Kto jest winny, gdy nie możesz już znieść stresu w pracy? Oczywiście ty! W końcu tylko leń i maruda zadaje takie pytania. Tego rodzaju perełki można usłyszeć codziennie, ale powiedzmy je chińskim robotnikom Foxconnu (fabryk Apple),którzy z przepracowania popełniają samobójstwa. Albo ofiarom mobbingu we France Telecom, które również zdecydowały odebrać sobie życie. Albo temu pracownikowi Deutsche Banku, który pewnego dnia w 2009 roku postanowił ubrać się w najlepszy garnitur, wypić kieliszek szampana i skoczyć z dachu ulubionej francuskiej restauracji. On przynajmniej pożegnał się z tym padołem w dobrym stylu.

Eleganckie samobójstwo menadżera różni się od tego, jakie może wybrać chiński niewolnik. Ale wszyscy ci ludzie mają coś wspólnego – od powolnego gaśnięcia, umierania na stojąco i znoju życia codziennego, jaki pisany jest większości z nas, woleli śmierć.

Linia to opowieść o życiu na okres próbny – życiu w ciągłej niepewności, w braku poczuciu bezpieczeństwa, egzystencji, w której czas nieokreślony jest osiągalny jedynie po nieodwołalnym odejściu z tego świata.

Od żłobka do nagrobka – tak pracuje się w Linii Elise Karlsson. Życie tu regulowane jest rytmem pracy. I podporządkowane jej w każdym aspekcie: od najprostszych, najbardziej prozaicznych spraw, po miłość. Autorka obiera rzeczywistość jak cebulę, łuska po łusce, próbując dojść do prawdy, której ludzkość chyba nigdy nie zgłębi: jaki w zasadzie jest tej pracy sens? I nie ma...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
436
73

Na półkach: , ,

Ciekawy koncept, ale znacznie gorsze wykonanie. W tym przypadku przerost formy nad treścią okazał się naprawdę zgubny dla książki. Metaforyzowanie na siłę i doszukiwanie się głębszych idei czy chwilami przesadna niejasność wątków sprawiają, że powieść traci wiarygodność. Poprzez klarowność i prostotę można było w świetny sposób jeszcze bardziej podkreślić rutynowość, prostotę, obsesję na punkcie pracy w korporacji. Jednak nieudane próby przekombinowania sprawiają, że czytelnik nie wierzy w przedstawioną historię. Na pewno ja nie uwierzyłam.

Ciekawy koncept, ale znacznie gorsze wykonanie. W tym przypadku przerost formy nad treścią okazał się naprawdę zgubny dla książki. Metaforyzowanie na siłę i doszukiwanie się głębszych idei czy chwilami przesadna niejasność wątków sprawiają, że powieść traci wiarygodność. Poprzez klarowność i prostotę można było w świetny sposób jeszcze bardziej podkreślić rutynowość,...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

514 użytkowników ma tytuł Linjen na półkach głównych
  • 322
  • 187
  • 5
135 użytkowników ma tytuł Linjen na półkach dodatkowych
  • 49
  • 26
  • 20
  • 14
  • 12
  • 8
  • 6

Inne książki autora

Elise Karlsson
Elise Karlsson
Elise Karlsson to szwedzka pisarka, redaktorka i krytyczka literacka publikująca między innymi w dzienniku „Aftonbladet”. Jest autorką kilku powieści, ale dopiero wydana w 2014 roku w Szwecji Linia przyniosła jej uznanie. Autorka sama redaguje teksty i pracuje w wydawnictwie, tak więc przedstawiany świat jest jej bliski i opisany na podstawie własnych doświadczeń. Kolejnymi powieściami w cyklu przedstawiającym o współczesne społeczeństwo szwedzkie społeczeństwie są "Klass" (2017 rok) i "Gränsen" (2018).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy Linjen przeczytali również

Song nauczycielki Vigdis Hjorth
Song nauczycielki
Vigdis Hjorth
„Czy Erich Fromm wiedział jak żyć?” [1] „Song nauczycielki”. Kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z tym tytułem, wydał mi się trochę pretensjonalny, ale złożyłam to na karb tłumaczenia i nawet wtedy, kiedy spoglądałam już na okładkę zakupionej książki, na której, oprócz rysunku stosu rozrzuconych butów, można dopatrzyć się maleńkiej sylwetki ciągnącej wózek, nie skojarzyłam jeszcze „songu” ani z „Księżycem z Alabamy”, ani z Mackiem Messerem (Mackiem Majchrem),ani tym bardziej z Anną Fierling, chociaż dzisiaj trudno mi to zrozumieć. - „A rekiny w oceanie, mają zębów pełen pysk, Mackie ma w kieszeni majcher, lecz kto widział jego błysk...”[2] - nucę sobie teraz cichutko, żeby nikt nie słyszał, bo jednak Ella Fitzgerald, Louis Armstrong, czy chociażby Janusz Radek dali interpretacje doskonałe, które wprawiają potencjalnych naśladowców w deprymujący stan nieśmiałości wykonawczej. Oczywiście, śpiewam nie z powodu jakiegoś specjalnego sentymentu do dość odrażającej postaci Mackiego Majchra, a raczej dlatego, że to jeden z tych utworów, których melodia wspomniana lub usłyszana przypadkiem na przykład o poranku nie opuszcza już słuchacza do wieczora. Mój mózg działa w takich sytuacjach jak rzep. Odbiegłam już trochę od tematu, więc tylko dodam jeszcze, że dopiero niedawno odkryłam, kto dokonał tłumaczenia tego songu z kanonu piosenki aktorskiej: był to Władysław Broniewski. A wracając do utworu, nie bez powodu część krytyków uznała, że to właśnie muzyka Kurta Weilla sprawiła, iż „Opera za trzy grosze”, bo to z niej song pochodzi, zdobyła taką popularność. Teraz skojarzenie wydaje mi się oczywiste i czytelnikowi tego tekstu z pewnością również. Tytułowy „song” jest nawiązaniem do Bertolda Brechta i jego twórczości, a symboliczna postać ciągnąca wózek, to oczywiście Matka Courage. Książka, która ukazała się w Norwegii w 2018 r., przeczytana przeze mnie w ubiegłym tygodniu, w zaskakujący sposób wpisuje się swoją wymową w czas teraźniejszy, a nawet w porę roku. Autorka nie mogła przewidzieć, jak będzie wyglądał świat za lat kilka. Z pewnością nie spodziewała się też, że wojna, o której w treści książki wspomina, i nawet trochę wypomina Norwegom, iż nie zdają sobie sprawy z udziału ich kraju w różnych wojnach, bo te odbywają się daleko od ich spokojnego, dostatniego życia, zajrzy nam wszystkim Europejczykom w okna. Bohaterkę poznajemy w piękny wiosenny poranek, kiedy zadowolona, ubrana swobodnie i prosto, z lekką nonszalancją cechującą pewne swojej wartości kobiety po pięćdziesiątce, zdąża do pracy na uczelni – to Wyższa Szkoła Sztuk w Oslo. Prowadzi tam cykl wykładów o twórczości Brechta. Jest w tym dobra i pasjonuje ją zarówno Brecht, jak ta praca. Jej słuchaczami są studenci pierwszego roku Wydziału Aktorskiego. Tego dnia jest w naprawdę dobrym nastroju, wypiła już swoją poranną kawę z mlekiem sojowym, a pozostałe po zakupie drobne podarowała, tak jak zazwyczaj, rumuńskiej żebraczce, spotykanej często w drodze do pracy. Dzień Lotte Bøk (bo tak nazywa się bohaterka) zapowiada się wspaniale i zupełnie się nie spodziewamy - ani my, czytelnicy, ani ona sama - że z pozoru drobna, altruistyczna, jak mogłoby się wydawać, decyzja radykalnie zmieni jej losy. Cóż, można powiedzieć, że właściwie całe nasze życie składa się z takich drobnych decyzji i postanowień, niekiedy brzemiennych w skutkach. Jednak w tym wypadku to nie los tak sprawił, to sama Lotte i jej gotowość do podjęcia pewnego wyzwania spowodowały, że wszystko w jej życiu się zmieniło. Przed wejściem do sali wykładowej bohaterka spotyka studenta ostatniego roku Akademii Sztuk Pięknych (to część Wyższej Szkoły Sztuk),który chce zrealizować projekt dyplomowy – film o wykładowcach i ewentualnych związkach ich pracy z życiem prywatnym. Autor filmu chce w nim pokazać, że obie dziedziny - praca, polegająca na nauczaniu i życie prywatne - wpływają na siebie wzajemnie. Proponuje udział w filmie i zaznacza, że oprócz jej wykładów będzie chciał nakręcić również sceny z życia prywatnego. To właśnie film, który powstanie, i proces jego tworzenia dokonają takiej rewolucji w ustabilizowanym, spokojnym, dostatnim (bo pamiętajmy, że akcja toczy się we współczesnej Norwegii) życiu bohaterki. „Myslovitz” - kiedyś jeden z moich ulubionych polskich zespołów - śpiewał: „Kolejna strona »Mieć czy być«, Czy Erich Fromm wiedział jak żyć, W rzeczywistości ciągłej sprzedaży, Gdzie »być« przestaje cokolwiek znaczyć”[3] itd. Pytanie postawione w latach 70. przez Ericha Fromma, "Mieć czy być?" właściwie, jak mogłoby się wydawać, nie dotyczy takiej osoby jak Lotte. Ona MA - jest zamożną Norweżką, żyjącą w kraju o takim stopniu dobrobytu i bezpieczeństwa socjalnego, które gwarantują jej byt i zasoby, o jakich inni „lokatorzy” naszej planety mogą tylko pomarzyć. Stara się więc BYĆ - jest osobą wykształconą i bardzo świadomą: dba o środowisko, wpłaca pieniądze na organizacje pomocowe, uczy studentów, jak interpretować antywojenne przesłanie brechtowskiej „Matki Courage” czy wskazówki moralne, przekazywane przez Brechta w „Dobrym człowieku z Seczuanu” albo „Kaukaskim kole kredowym”. Zazwyczaj spotyka się z pozytywnym odbiorem swoich metod nauczania i sama też wydaje się być z siebie zadowolona, do momentu, kiedy dostrzega, że to, jak odbiera swoją osobę, może być do pewnego stopnia autokreacją i że może być postrzegana przez innych w zupełnie odmienny sposób. Podczas kręcenia filmu zaczyna też zdawać sobie sprawę z rozdźwięku pomiędzy teorią, której naucza, a prawdziwym życiem. Mimo wszystko jest gotowa zmierzyć się ze swoim filmowym wizerunkiem i przyjąć ewentualną krytykę. Nie spodziewa się jednak, jak zostanie przedstawiona przez młodego filmowca i odebrana przez widzów podczas projekcji zaledwie kilkunastominutowego filmu. Ta książka dowodzi, poza umiejętnościami literackimi, dużej inteligencji i erudycji jej autorki, a czytelników zostawia sam na sam z wielkim znakiem zapytania. Bo jeśli tylko należą do tzw. świata kultury zachodniej, to pytanie jest bezpośrednio do nich. Nie można też uniknąć konfrontacji z próbą postawienia się na miejscu Lotte – to coś więcej niż niemiłe wrażenie podczas oglądania niektórych fotografii: "- Nie, to niemożliwe! Tak wyglądam?" Bo zazwyczaj, oczyma wyobraźni, widzimy siebie jako troszkę ładniejszych i zgrabniejszych, niż serwuje nam to fotograf, lub w niektórych przypadkach pisarz. Swój wizerunek kreować można zresztą w różny sposób – ot, choćby tutaj - w książkowym serwisie społecznościowym - gdzie poruszanie pewnych tematów, lub przeciwnie, przemilczanie niewygodnych kwestii, sprawia, że być może staramy się pokazać innym w korzystniejszym świetle, dbając o swoją „wyimaginowaną” reputację. A i tak zapewne nie dowiemy się nigdy, co inni sądzą o nas naprawdę, a wszystko to może być tylko próbą dokarmienia swojego „głodnego” ego, do czego tak trudno się przecież przed sobą i innymi przyznać. To świetna książka, bardzo stymulująca do myślenia na temat poruszonych w niej problemów. Może stanowić wstęp do ciekawej dyskusji, bo spotkałam się już z opinią, że to problemy trochę wydumane, a podejście do tematu przeintelektualizowane. Ja tak nie uważam. Zachęcam do lektury, a może nawet rozmowy na temat tej powieści. Recenzja ukazała się wcześniej na innym portalu czytelniczym. [1] Z piosenki zespołu „Myslovitz” pod tytułem „Mieć czy być”, autorzy tekstu i melodii: J. Kuderski, W. Kuderski, P. Myszor, W. Powaga, A. Rojek, z pamięci. [2] Bertolt Brecht, tłum. Władysław Broniewski, kompozytor Kurt Weill, cytat z polskiej wersji piosenki „Die Moritat von Mackie Messer” z „Opery za trzy grosze”, z pamięci. [3] Z tekstu piosenki zespołu „Myslovitz”, op. cit., z pamięci.
Iksja - awatar Iksja
oceniła na81 miesiąc temu
Madame Zero i inne opowiadania Sarah Hall
Madame Zero i inne opowiadania
Sarah Hall
Podtrzymuję: napisanie dobrego opowiadania jest trudniejsze od napisania powieści. Ta druga forma daje wolność, można „gadać”, niezbyt przejmując się objętością. Ta pierwsza wymaga powściągania języka i nabijania kilku-kilkunastu stron przyciągającą i porywającą historią. Pisałem już o tym przy okazji Florydy Lauren Groff. Oprócz objętościowych i rzemieślniczych, w grę wchodzą także aspekty czysto ekonomiczne. Wydawcy opłaca się wydać spójną, jednolitą książkę, niż szereg niewielkich opowieści, które, siłą rzeczy, mogą być nierówne. Dziwi też fakt, że w Polsce mało komu chce się pisać opowiadania. Mamy tradycję: Prusa, Sienkiewicza, Dąbrowską, Orzeszkową, Żeromskiego… Coraz więcej pojawia się też zbiorów zachodnich: wspomniana Floryda czy opowiadania George’a Saundersa. Więc dlaczego jest tak mało? A jak jest z Madame Zero Sarah Hall? Oszczędność formy, dozowanie metafor, ograniczanie do minimum językowych fajerwerków: wszelkie formalne aspekty zostają zachowane, inaczej nie da się stworzyć opowiadania. Trzeba potraktować je inaczej. Zadać inne pytanie. Jak w kilku-kilkunastu stronach zmieścić chociaż ułamek prawdy o człowieku, powiedzieć coś o naszym świecie, zaskoczyć czytelnika celnością obserwacji, analizy? Sposób Sarah Hall wydaje się prosty. Czytelnik wchodzi w pierwsze akapity i orientuje się, że świat, o którym czyta, dobrze zna. Żadnych udziwnień, zwykli ludzie, zwykłe problemy, zwyczajne otoczenie. Ze zdania na zdanie robi się coraz dziwaczniej: ludzie zmieniają się w zwierzęta. Fizycznie, to nie jest żadna metafora. I, co więcej, nie wzbudza to w bohaterze Pani Lis szczególnych uczuć, raczej traktuje to jako coś zupełnie normalnego, co bohaterom Hall przydarza się jeśli nie codziennie, to przynajmniej raz na jakiś czas. Dalej: szpital, w którym zakazano wszelkich aborcji; gniew natury w postaci wiatru, pustoszącego brytyjską wieś; wynalezienie nowego rodzaju grypy. Zew natury w Pani Lis to przede wszystkim potrzeba wolności: od konwenansów, codzienności, tego, że życie bardzo często jest bardziej szare, niż oczekiwaliśmy, że miało być inaczej, a niepostrzeżenie zatopiliśmy się w tym, co nam nie odpowiada. Wyjaśnienie proste, ale wprowadzające chociaż namiastkę porządku do świata pierwszego opowiadania. Literatura jednak ma być niepokojąca i uporządkowanie nie zawsze jej służy. Tym, co pozostaje po pierwszym i pozostałych opowiadaniach jest uczucie niezrozumiałego niepokoju. Coś czytelnika martwi, boli, uwiera. I nie zawsze potrafi zdefiniować, co to jest. To prowadzi do kolejnej refleksji, może trochę banalnej, ale często zapomnianej. Czytelnikiem nie kierują wyłącznie racjonalnie poukładane emocje, mające swoje solidne podłoże. Siła opowiadań Hall tkwi właśnie w pokazywaniu nieuświadomionego, w analizowaniu, ale nie rozumieniu, tej ciemnej strony nas samych, strony istniejącej i wychodzącej na światło, ale zawsze jakoś poza nami. Jakbyśmy nosili w sobie dwie osoby. W zupełnie inny sposób można rozebrać inne opowieści. Łączy je niepokój, mrok i fakt, że są bardzo blisko życia przeciętnego czytelnika, a jednocześnie poruszają takie struny, których poruszenia raczej byśmy się nie spodziewali. Depresja klimatyczna: ilu z nas to zna? Ilu z nas boi się tego, jaki los szykujemy swoim dzieciom i pośrednio także sobie samym, ignorując fakt wyrzucania śmieci gdziekolwiek, szafowania wodą, jakby jej zapasy były nieskończone? A czy boimy się wirusów, które nie znają granic? Epidemii w USA, w kilka dni przebywającej ocean i docierającej tu, czymkolwiek to „tu” jest? No właśnie. Można nawet, za pośrednictwem Sarah Hall i jej zbioru opowiadań, wyprowadzić pewną diagnozę: usiłujemy cały czas stworzyć sobie świat wygodny, poddany, urządzać go zgodnie ze swoją fantazją, a tak naprawdę tworzymy cywilizację strachu. Bo coraz bardziej boimy się sami siebie. Tej właśnie metaforycznej drugiej osoby w nas, która potrafi działać poza nami. Madame Zero to zbiór opowiadań, które są produktem naszych lęków, strachów; są eksplorowaniem ciemnej strony Księżyca, wpływaniem na nieznane wody emocji. Te narracje wypływają z nas samych, a my przyglądamy się sobie w ponurym lustrze. Dobrze, że są jeszcze pisarze, którzy nie wstydzą się maksymy Stendhala o zwierciadle obnoszącym się po gościńcu. I odbijającym to, czego wolelibyśmy nie widzieć.
ZaMałoRegałów - awatar ZaMałoRegałów
ocenił na61 rok temu
Poufne Mikołaj Grynberg
Poufne
Mikołaj Grynberg
„Nie mogę obiecać, że gdy wreszcie czas ruszy naprzód, życie nabierze rumieńców. Wszystko ma swoje wady i mało zalet. Wynurz głowę z rejwachu przeszłości. Stamtąd jesteś, ale tam już nie ma nikogo oprócz ciebie. Rozejrzyj się i wyrzuć rzeczy, których twoje dzieci nie będą chciały odziedziczyć. W głowie zrób to samo, choć to znacznie trudniejsze.”(s. 7-8) Mikołaj Grynberg, Poufne, Wyd. Czarne. Wołowiec 2020. „Rejwach”- słowem znaczącym, nie pierwszy raz się pojawia i nie po raz ostatni (zapewne) u Grynberga. Zobacz: zbiór opowiadań Rejwach (2017) Historie opowiadane wraz z dziadkiem, ojcem i samym Mikołajem Grynbergiem. Jak napisze Hanna Krall: „Spieszcie się czytać Mikołaja Grynberga. Następni, kolejni piszący przegapią albo pominą mimochodem”. Czego nie pomija Grynberg?  rozmów o Żydach (na pytanie: dlaczego zawsze rozmawiacie o Żydach?) Odpowiedz może być tylko jedna: „Bo jesteśmy Żydami.”;  poszukiwania i utrwalania indywidualnej tożsamości i rodowych korzeni;  historii wojennych: „Urodził się w kwietniu. A w listopadzie byli już w getcie. We troje”( s.51)  niedzielnego obiadu z rosołem i makaronem domowej roboty, mielonych, purre i sałaty ze słodką śmietaną;  dosadnych sformułowań (żadnych półśrodków): …………. (strony do indywidualnych poszukiwań);  dowcipów o Rosenzweigu: „ …całą noc chodził po domu. Około piątej rano wstaje, wściekła żona i pyta go, co tak chodzi. Chodzę, bo nie mogę spać, odpowiada Rosenzweig. Dlaczego nie możesz spać? Bo jestem winien Hozenduftowi pieniądze. Dużo? Dużo. To zadzwoń i powiedz mu, że nie oddasz…(s. 18).  złotych myśli: „Kłamstwo nie ma krótkich nóg”. Ojciec mówił, że ma..  prozy życia: „U ciebie widzę same tróje i jedną czwórkę z wf- u. Wiesz, co to oznacza? -Wiem- odpowiedział uśmiechnięty syn- Że całe życie będę kopał rowy”. (s. 140) To, co się udaje Grynbergowi:  uczynić opowieści „poufne” dostępnymi szerokim kręgom czytelniczym;  uchwycić (w niezwykle skondensowanej formie) trzy czasy z akcentem na przeszłości, bez której nie istnieje teraźniejszość i przyszłość;  wydobyć bez zbędnych zawirowań i zawiłości stylistycznych na powierzchnię istotę opowiadanych historii;  podnieść do rangi znaczącej opowiadanie jako gatunek literacki (formę wymagającą jasności, klarowności i precyzji). „Poufne” Mikołaja Grynberga – krótka forma w ujęciu doskonałym. 10/10
zoe - awatar zoe
ocenił na104 miesiące temu
Przyjaciel Sigrid Nunez
Przyjaciel
Sigrid Nunez
„Przyjaciel” Sigrid Nunez opowiada o sprawach fundamentalnych, choć to wymagająca, intertekstualna lektura, porusza najczulsze struny człowieczeństwa. To powieść w powieści, szkatułkowa, filozoficzna. Bo przede wszystkim o pisaniu- Co daje ono człowiekowi, tworzyć fikcję czy dokumentować? Czy ma moc terapeutyczną? To historia otwarta, jak puszka Pandory, ujawniająca problemy współczesnych pisarzy, a jednocześnie sama jest na nie antidotum. 👉Przede wszystkim jest to historia o pewnym pisarzu i wykładowcy uniwersyteckim, który popełnia samobójstwo. Poznajemy go jako kobieciarza, uwodzącego swoje studentki, a jednocześnie będącego dla nich kiedyś bożyszczem. Widzimy go oczami wieloletniej przyjaciółki, dawnej studentki, później też uczącej kreatywnego pisania na uniwersytecie, która bardzo przeżyła jego samobójstwo. Mimo, że miał 3 żony, to właśnie jej powierza opiekę nad psem. 👉Mamy wrażenie, że tworzona przez nią opowieść, coś w rodzaju listu do przyjaciela, jest formą terapii z własną depresją, z poczuciem wypalenia zawodowego, z samotnością. Bardzo mocne są tu rozważania na temat depresji, samobójstw, przemijania, przeplatane licznymi cytatami z literatury i filozofii. Przeraziły mnie przykłady tzw. „estetycznych samobójstw” wśród artystów na wzór Wertera. Z jednej strony pojawia się teza, że „pisanie to nie zawód, a powołanie do nieszczęścia”, a z drugiej stosuje się w szpitalach psychiatrycznych arteterapię, by w pisaniu ujarzmić emocje. 👉Ale najbardziej skuteczną terapią na bolączki inteligenta okazuje się relacja z psem, tu dogiem niemieckim, 80 kg wagi ,o imieniu Apollo. Poruszające są opisy budowania czułej relacji ze zwierzęciem, odkrywania jego wyjątkowych cech. Ten łagodny olbrzym potrafił zdziałać cuda, jego oddanie okazywane człowiekowi, nawet tym, którzy na to nie zasługują, jest wyjątkowe. Nie dziwi więc fakt, że traktuje się je po franciszkańsku jak braci. To psy uczłowieczają ludzi. 👉Książka wywoła we mnie sprzeczne emocje. Z jednej strony przygnębiający jest ten świat pisarzy, nadwrażliwców ze skłonnościami destrukcyjnymi, którzy kończą w słynnym lasku samobójców pod górą Fudżi w Japonii, czy na Golden Gate Brigde.Z drugiej strony rozumiem skargi wykładowców narzekających na brak tej wrażliwości i pasji w studentach kreatywnego pisania, którzy albo nie czytają w ogóle, albo powierzchownie, a z pustego i Salomon nie naleje. 👉 Jednak książka daje nadzieję. Pieski świat czy szczenięca miłość? To za czym tęsknimy, co opłakujemy, to czyni nas ludźmi.
I_wonka_kulturalna - awatar I_wonka_kulturalna
oceniła na92 miesiące temu
Przez Zośka Papużanka
Przez
Zośka Papużanka
Zośka Papużanka wraca po czterech latach z nową książką. On: wynajmuje mieszkanie. Nie wychodzi z niego, pozostaje niewidoczny. Co dziwne, mężczyzna zamieszkuje tuż przy byłej żonie, którą sam porzucił i ukradkiem robi jej zdjęcia. O co mu więc chodzi? Chce wrócić? Udowodnić coś? Będę bardzo szczera w tej opinii, ale kompletnie nie wiem co mam myśleć o tej książce. Mam bardzo wiele przemyśleń, ale jednocześnie nie mam pojęcia co powiedzieć i zebrać całkowicie co myślę w jeden tekst. To nie jest standardowa powieść, taka, którą czytam na co dzień. Gdzie akcja jest klarowna, bohaterowie są wyklarowani i albo się ich lubi, albo nie. To jest całkowicie coś innego.Zacznijmy od tego, że czytając czułam niesamowity niepokój, miałam cały czas wrażenie, że ta książka nie ma żadnej puenty, że akcja cały czas dąży do nikąd, ale jednocześnie nie mogłam się oderwać i wzbudzała we mnie mnóstwo emocji. Wciąż miałam poczucie, że ktoś może mnie obserwować, miałam wręcz ciarki. Ciężko znaleźć coś takiego w innej książce, którą dotychczas przeczytałam. Forma w jakiej napisana jest powieść "Przez" jest dla mnie także nowa. Nigdy nie czytałam czegoś w tej formie. Nie znajdziemy tu standardowych dialogów, cała książka jest dosłownie napisana prozą. Naprawdę nie przypominam sobie, żebym czytała coś podobnego. Przyznam, że to bardzo ciekawe doświadczenie, czyta się z pewnością dłużej, ale na pewno nie ciężej. Biorąc pod uwagę wszystkie te aspekty, które wymieniłam - odczuwałam dużą przyjemność z czytania tej powieści, nie można nazwać jej standardową. Choć jak wspomniałam wcześniej, ciężko znaleźć mi słowa, żeby skleić konkretną recenzję z tego, co myślę. Nie jest dynamiczna, akcja nie wyrywa z kapci. Jednak nie można powiedzieć, że ta książka nie jest dobra. Nie jest to najdłuższa powieść na świecie (nieco mniej niż 300 stron),ale uważam, że to uczciwa długość dla tego typu książki. Jestem zadowolona z "Przez", to moja pierwsza powieść Zośki Papużanki. Jestem w tym momencie pewna, że nadrobię zaległości i przeczytam jej poprzednie książki.
bookowe - awatar bookowe
ocenił na75 miesięcy temu
Zbieranie kości Jesmyn Ward
Zbieranie kości
Jesmyn Ward
Jesmyn Ward, trzy lata po debiucie prozatorskim, wydała swoją kolejną powieść „Zbieranie kości”. Ukazała się ona w 2011 roku, zdobywając szereg nagród i w tym tą najważniejszą – National Book Award. Już w swoim debiucie, powieści „Linie krwi” pokazała próbkę swoich umiejętności literackich, wrażliwość społeczną i umiejętność obserwacji życia i kultury amerykańskiego południa. Akcję swojej pierwszej powieści umieściła w fikcyjnej osadzie Bois Sauvage, zagubionej gdzieś w delcie Missisipi i do Bois Sauvage wracamy w „Zbieraniu kości”. Nad Zatoką Meksykańską zbiera się potężny huragan Katrina, który, wg meteorologów może uderzyć w południowe wybrzeże Missisipi. Mieszkająca w okolicach Bois Sauvage rodzina próbuje przygotować się na nadejście huraganu. Trzech braci, czternastoletnia siostra i ojciec alkoholik. Wydaje się, iż Jesmyn Ward pisze wciąż tą samą powieść, zmieniając jedynie niektóre detale, dodając lub ujmując inne. Bo to opowieść, tak jak i w „Liniach krwi” o rodzinie, o skomplikowanych relacjach rodzinnych i bezwarunkowej miłości. O pasji, przyjaźni i czułości. O biedzie dziedziczonej z pokolenia na pokolenie z której nie sposób się wyrwać, kolejnym pokoleniu straconych szans. Konstrukcja powieści, którą zaproponowała Jesmyn Ward, powoduje, iż razem z narratorką, czternastoletnią Esch, czekamy na to co nieuniknione. Potężna, bezpośrednia i brutalna miejscami proza przeplatająca się z poetycką metaforyką.
Sławek - awatar Sławek
ocenił na77 miesięcy temu

Cytaty z książki Linjen

Więcej

Czasem boję się ludzi w biurze. Nie tego, że mnie zranią, poniżą, umniejszą. Nie robi to już na mnie wrażenia. Boję się, że mnie zjedzą, połkną w całości.

Czasem boję się ludzi w biurze. Nie tego, że mnie zranią, poniżą, umniejszą. Nie robi to już na mnie wrażenia. Boję się, że mnie zjedzą, poł...

Rozwiń
Elise Karlsson Linia Zobacz więcej

Każdy pracownik ma swoją kartę zbliżeniową. Swój kod. (...) Na zdjęciu człowiek przypomina siebie, ale nie jest sobą.

Każdy pracownik ma swoją kartę zbliżeniową. Swój kod. (...) Na zdjęciu człowiek przypomina siebie, ale nie jest sobą.

Elise Karlsson Linia Zobacz więcej

Przestałam robić kawę w domu. Przestałam jeść w domu. Żywię się pracą.

Przestałam robić kawę w domu. Przestałam jeść w domu. Żywię się pracą.

Elise Karlsson Linia Zobacz więcej
Więcej