Tajlandia. Pojechałam po miłość

Okładka książki Tajlandia. Pojechałam po miłość autorstwa Joanna Morea
Okładka książki Tajlandia. Pojechałam po miłość autorstwa Joanna Morea
Joanna Morea Wydawnictwo: E-bookowo literatura podróżnicza
Kategoria:
literatura podróżnicza
Format:
e-book
Data wydania:
2013-01-03
Data 1. wyd. pol.:
2013-01-03
Język:
polski
ISBN:
9788378592624
To historia oparta na prawdziwych wydarzeniach z życia autorki. Jej samotna podróż do Tajlandii ma stać się rodzajem terapii po nieudanym związku oraz czasem, w którym bohaterka w samotności ma odnaleźć w sobie moc do realizacji swoich zawodowych jak i życiowych marzeń. Autorka w niezwykle zgrabny sposób maluje nowoczesną, wrażliwą, podejmującą odważne decyzje polską kobietę, która zderza się często z małomiasteczkową mentalnością otoczenia, a która jednocześnie w sposób nietuzinkowy lub nawet kontrowersyjny stara się osiągnąć równowagę życiową. Czy samotna podróż do Tajlandii to klucz do osiągnięcia tejże równowagi życiowej?
Średnia ocen
9,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Tajlandia. Pojechałam po miłość w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Tajlandia. Pojechałam po miłość

Średnia ocen
9,0 / 10
12 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinie i dyskusje o książce Tajlandia. Pojechałam po miłość

avatar
661
618

Na półkach:

Tytuł wprowadził mnie w błąd: sądziłam, że sięgam po książkę, dzięki której dowiem się więcej o Tajlandii, a tymczasem jest to bardziej romans. Historia nie specjalnie do mnie trafiła.

Tytuł wprowadził mnie w błąd: sądziłam, że sięgam po książkę, dzięki której dowiem się więcej o Tajlandii, a tymczasem jest to bardziej romans. Historia nie specjalnie do mnie trafiła.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
402
370

Na półkach:

Polubiłam bohaterkę książki. Julia to ciekawa świata młoda kobieta , otwarta na ludzi których spotyka, zna swoją wartość i nie boi się ryzyka. W książce za mało było opisów przyrody a za dużo drinków w barach . Nie zachęciła mnie do podróży. Leżeć na plaży i czytać książki można wszędzie, niekoniecznie jechać na koniec świata .

Polubiłam bohaterkę książki. Julia to ciekawa świata młoda kobieta , otwarta na ludzi których spotyka, zna swoją wartość i nie boi się ryzyka. W książce za mało było opisów przyrody a za dużo drinków w barach . Nie zachęciła mnie do podróży. Leżeć na plaży i czytać książki można wszędzie, niekoniecznie jechać na koniec świata .

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1126
1126

Na półkach:

Czytam opinie i dziwię się. Są cztery i wszystkie uznają powieść za arcydzieło (10 punktów). Poważna sprawa. Z mojego punktu widzenia sprawa ma się tak. Na pewno nie jest to arcydzieło, co najwyżej książka dobra, ale autorka mnie zainspirowała do działania, a to najwyższa pochwała dla literatury.
Dopadała mnie czasem taka tęsknota i okres w życiu, by rzucić wszystko w diabły i pojechać gdzie oczy poniosą, z torbą pełną książek na dodatek. Odpocząć, nabrać dystansu, naładować akumulatory. Zostawić dzieci, dom, obiadki, pracę. Tak jak zrobiła autorka. Miały Panie też takie ciągoty?

Autorka i jej podróż, a w konsekwencji książka.
Mała wysepka zagubiona gdzieś w Zatoce Tajlandzkiej, ciepła woda, plaża, życzliwi ludzie wokół, książki. Pełnia szczęścia. Bez szarej rzeczywistości. Czytało się bardzo dobrze, z lekką zazdrością i podziwem dla kobiety, która wybrała się w taką samotną podróż. Inna Tajlandia niż ta znana z turystycznych szlaków, zapachy, smaki, autorka pisze o tym wszystkim bardzo plastycznie. W dodatku pojawia się On! Ten wątek był dla mnie trochę mniej atrakcyjny, ale ogólnie na plus. No, takie powiedzmy mocne 6 punktów.

I przyszedł taki moment w moim życiu, że zapragnęłam się wyrwać, odsapnąć od codzienności i zresetować. Wspomniałam książkę pani Joanny i pomyślałam:
- Co? Ona mogła, to ja nie dałabym rady? Czemu się nie da? - I pojechałam.
Decyzja zapadła w dwa dni, wszystko się dało, dom jakoś poustawiałam, wprawdzie nie poleciałam do Tajlandii, ale poza Europę. Wprawdzie nie sama, ale z przyjaciółką i nie na dwa tygodnie, tylko na kilka dni. Nie czytałam, bo nie miałam czasu. „Jego” nie spotkałam, bo satysfakcjonujący mnie „On” został w domu. Ale cudnie było. Dzięki tej właśnie książce. Potem taki wypad zaliczyłam jeszcze kilkakrotnie, rodzina się przyzwyczaiła, a przyjaciółka tylko czeka na hasło.

To nie jest książka wybitna, ani rewelacyjna od strony literackiej, fabuła nie powala, a główna bohaterka - no cóż, sympatyczna jest i tyle. Ale za to, że mnie zainspirowała do podróży dodatkowe 2 punkty, a za Tajlandię, jakiej nie znałam - kolejny dodatkowy punkt. .

Czytam opinie i dziwię się. Są cztery i wszystkie uznają powieść za arcydzieło (10 punktów). Poważna sprawa. Z mojego punktu widzenia sprawa ma się tak. Na pewno nie jest to arcydzieło, co najwyżej książka dobra, ale autorka mnie zainspirowała do działania, a to najwyższa pochwała dla literatury.
Dopadała mnie czasem taka tęsknota i okres w życiu, by rzucić wszystko w...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

26 użytkowników ma tytuł Tajlandia. Pojechałam po miłość na półkach głównych
  • 13
  • 11
  • 2

Inne książki autora

Joanna Morea
Joanna Morea
JOANNA MOREA muzyk, wokalistka, flecistka, saksofonistka, autorka tekstów, kompozytorka, aranżerka, absolwentka Królewskiego Konserwatorium w Brukseli na wydziale jazzu i muzyki rozrywkowej. Podróżniczka. Zwiedziła ponad sześćdziesiąt krajów na niemal wszystkich kontynentach, jak również odbyła dwuletnią podróż dookoła świata czego efektem jest pierwsza książka autorki „Bezdroża, lodowce i rum” (2011) Zarówno muzyka jak i zwiedzanie świata są jej wielką fascynacją. Muzyką dzieli się ze sceny zaś podglądaniem świata i ludzie w opowieściach i książkach.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy Tajlandia. Pojechałam po miłość przeczytali również

Pakistańskie wesele Maja Klemp
Pakistańskie wesele
Maja Klemp
Na polskim rynku wydawniczym książka Mai Klemp budziła spore zainteresowanie ze względu na swoją egzotyczną tematykę i obietnicę ukazania zderzenia dwóch skrajnie różnych kultur. Autorka, znana z ciętego języka i dystansu do rzeczywistości, tym razem serwuje nam opowieść, która balansuje na granicy reportażu, komedii pomyłek i osobistego wyznania. To historia o tym, co się dzieje, gdy miłość musi zmierzyć się z potęgą pakistańskiej tradycji, biurokracji i oczekiwań wielopokoleniowej rodziny. Moja ocena to 6/10 – to lektura lekka i momentami bardzo zabawna, ale niepozbawiona mankamentów, które nie pozwalają jej stać się dziełem wybitnym. Fabuła i kulturowy rollercoaster Główną osi akcji są przygotowania do tytułowego wesela – wydarzenia, które w kulturze Pakistanu urasta do rangi logistycznego i społecznego wyzwania o epickich proporcjach. Śledzimy losy bohaterki, która próbuje odnaleźć się w gąszczu niezrozumiałych dla Europejczyka rytuałów, rodzinnych powiązań i sztywnych norm obyczajowych. Maja Klemp z dużym talentem opisuje kolory, zapachy i smaki Pakistanu, odchodząc od martyrologicznego tonu, który często dominuje w literaturze dotyczącej krajów muzułmańskich. Zamiast tego dostajemy dawkę solidnej ironii i humoru, który pozwala oswoić inność i pokazać ją w bardziej ludzkim, codziennym wymiarze. Najmocniejszą stroną książki jest jej warstwa komediowa. Autorka potrafi w niezwykle trafny sposób punktować absurdy codzienności – od niekończących się wizyt u krawców, przez specyficzne poczucie czasu, aż po wszechobecne wścibstwo ciotek i kuzynek. Klemp nie boi się pisać o swoich wpadkach, co sprawia, że narracja zyskuje na autentyczności. Czytelnik czuje się, jakby słuchał opowieści dobrej znajomej przy kawie. To bez wątpienia książka, która potrafi rozbawić i "odczarować" wiele stereotypów dotyczących Pakistanu, pokazując go jako kraj pełen życia, chaosu i niezwykłej gościnności. Mimo niewątpliwego uroku, Pakistańskie wesele posiada słabsze strony, które wpływają na ocenę: Chaos narracyjny: Momentami odnosi się wrażenie, że książka jest zbiorem luźnych felietonów lub wpisów z bloga, którym brakuje mocnego, spójnego kręgosłupa fabularnego. Pobieżność: Choć autorka dotyka wielu ciekawych wątków społecznych (rola kobiet, podziały klasowe),traktuje je zazwyczaj zaledwie powierzchownie, skupiając się głównie na anegdocie. Powtarzalność: Niektóre żarty i spostrzeżenia na temat różnic kulturowych powracają zbyt często, co w drugiej połowie książki może wywołać u czytelnika poczucie znużenia. Pakistańskie wesele to przyjemna, niezobowiązująca lektura, która idealnie sprawdzi się na wakacje. Maja Klemp stworzyła barwny portret świata, który dla większości z nas pozostaje nieosiągalny. Choć zabrakło tu nieco literackiej głębi i precyzyjniejszej konstrukcji, książka broni się szczerością i doskonałym zmysłem obserwacji. To dobra pozycja dla tych, którzy chcą poznać Pakistan od kuchni (dosłownie i w przenośni),śmiejąc się przy tym z własnych i cudzych uprzedzeń.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na62 miesiące temu
Haramosh. Góra bez powrotu Ralph Barker
Haramosh. Góra bez powrotu
Ralph Barker
W Polsce wyobraźnię wielu wspinaczy rozpala zdobycie Korony Gór Polski i już samo to daje im satysfakcję i spełnienie. Jednak to czasami nie wystarcza, góry bowiem uzależniają. Nie każdy jednak jest w stanie zdobywać inne szczyty, pozostaje zatem działająca na emocję i rozwijająca pasję literatura. Czasami też może ona stanowić źródło inspiracji, bodziec, by jednak odważyć się na daleką wyprawę, czasami jest zbiorem wskazówek dla tych, którzy już wiedzą, że zdobycie góry to pewnik, gromadzą tylko dane, w jaki sposób zrobić to najbezpieczniej. Zdobycie K2, a właściwie kolejne próby jego zdobycia o różnych porach roku, uważana za jeden z najtrudniejszych ośmiotysięczników Annapurna czy zdobycie Mount Everestu, które przekonało innych, że pokonanie tej najwyższej góry świata jest możliwe, to wszystko historie, które – niezależnie od naszych zainteresowań czy związanych ze wspinaczką planów, budzą niesłabnące zainteresowanie. Napięcie i emocje towarzyszące wspinaczce nie mijają, nawet jeśli miała ona miejsce wiele lat temu, a za każdym razem o niej czytając przeżywamy trudy, a niekiedy nawet towarzyszymy bohaterom w chwilach naprawdę dramatycznych. Wśród szczytów, których zdobycie zapisało się na kartach historii, jest też Haramosh, choć historia rozgrywająca się w 1957 roku rzadko bywa opowiadana. Pora to zmienić, bowiem wydarzenia mające miejsce na górze w Karakorum, są przejmujące, pełne grozy, stanowią dowód na to, że góry nigdy nie ugną się przed człowiekiem, możemy mieć tylko złudzenie, że nad czymś podczas wspinaczki panujemy. Tę niezwykłą historię poznajemy dzięki książce Ralpha Bakera pt. „Haramosh. Góra bez powrotu”. Opublikowana nakładem Wydawnictwa Stapis książka to ekscytująca relacja, którą przeczytać powinien każdy, kto interesuje się tematyką górską, kto się wspina, wspinał bądź wspinać planuje. Autor, mimo iż osobiście nie przeżywał emocji związanych bezpośrednio z wyprawą to pisząc o niej zrobił to tak, jakbyśmy sami w niej uczestniczyli. Tym samym książka wykracza daleko poza pewnego rodzaju dokument – staje się zapisem tragedii, ale czytamy ją łapczywie niczym powieść. Mimo niezbędnych faktów, szczegółów wyprawy, autorowi udało się uchwycić towarzyszącą planowaniu wyprawy ekscytację, oddać trud wspinaczy, a także postawy wobec piętrzących się przeszkód, a wreszcie tragiczny ciąg wydarzeń, który doprowadził do tragicznej śmierci dwóch członków wyprawy, a także na zawsze zmienił przyszłość tych, którzy przeżyli. Towarzyszymy w planowaniu wyprawy, wraz z Bernardem Jillottem, dwudziestotrzyletnim organizatorem wyprawy i zastępcą jej kierownika dojrzewamy do tego, by zdobyć dziewiczą górę, cztery lata po zdobyciu MtEverestu. To marzenie, zrodzone jeszcze w czasach, kiedy był prezesem Klubu Wysokogórskiego przy Uniwersytecie Oksfordzkim stało się udziałem innych, zaś kierownictwo nad wyprawą zgodził się objąć sam Tony Streather, himalaista najwyższej rangi, zdobywca między innymi K2. Czytamy o trudach związanych z samą organizacją wyprawy, choć były one tak naprawdę niczym wobec samego ataku na szczyt – po rekonesansie, zdecydowali się oni na drogę od przełęczy Haramosh La. Mimo iż początkowo wszystko wydawało się im sprzyjać, a w szczególności pogoda, to już wkrótce pojawiły się problemy, które zaczęły lawinowo narastać. Załamanie dobrej dotąd pogody, problemy z tragarzami, zasypane w śniegu ładunki, nawis, który oderwał się spychając jednego ze wspinaczy w szczelinę, z której cudem został wyciągnięty – to wszystko jest ryzykiem wkalkulowanym we wspinaczkę. Podobnie zresztą jak lawina, która zabrała ze sobą dwóch towarzyszy wyprawy – jedna z tych najgorszych, zwalających się z północnej ściany aż na lodowiec. Co prawda obaj przeżyli lawinę i upadek do kotła, co było prawdziwym cudem, ale ostatecznie jeden z nich zginął po tym, jak został uratowany, zaś inny uczestnik wyprawy, Culbert, zmarł po tym, jak zszedł do śnieżnego kotła chcąc ratować swoich przyjaciół. Ta wyprawa, która zakończyła się tak tragicznie, do dziś prowokuje do zadawania pytań, czy można było coś zrobić inaczej. Jednocześnie też nie daje nam prawa, by na te pytania odpowiedzieć, siedząc z książką bezpiecznie w fotelu.
Qulturasłowa - awatar Qulturasłowa
oceniła na74 lata temu
Wroną po Stanach Marcin Wrona
Wroną po Stanach
Marcin Wrona
Marcin Wrona, wieloletni korespondent polskich mediów w USA, tym razem porzuca garnitur i polityczne kulisy Waszyngtonu, by zabrać czytelników w podróż po bezdrożach Ameryki. Jego książka „Wroną po Stanach” to zapis rodzinnej wyprawy kamperem, który obiecuje spojrzenie na Stany Zjednoczone z perspektywy „zwykłego” turysty, a nie analityka. Choć pozycja ta tętni entuzjazmem, ostatecznie zasługuje na ocenę 6/10 – to poprawna, lekka lektura, która jednak ślizga się po powierzchni opisywanych tematów. Największą zaletą książki jest bez wątpienia jej przystępność. Wrona pisze z werwą, sypiąc anegdotami i praktycznymi wskazówkami, które mogą okazać się bezcenne dla osób planujących podobną eskapadę. Autor nie kreuje się na wszechwiedzącego mędrca; dzieli się błędami, logistycznymi wpadkami i zachwytem nad majestatem parków narodowych. To właśnie opisy natury – od czerwonych skał Utah po potęgę Yellowstone – są najmocniejszymi punktami narracji. Czuć w nich autentyczną pasję i miłość do amerykańskiego krajobrazu, co sprawia, że czytelnik natychmiast nabiera ochoty na spakowanie walizek. Głównym problemem „Wroną po Stanach” jest jej pewna powierzchowność. Od dziennikarza z takim stażem i wiedzą o amerykańskim społeczeństwie można by oczekiwać głębszej refleksji nad kondycją kraju, przez który przejeżdża. Zamiast tego otrzymujemy często zestaw „pocztówek” i opisy posiłków w przydrożnych dinerach. Choć format „dziennika podróży” narzuca pewną lekkość, momentami książka niebezpiecznie zbliża się do poziomu rozbudowanego posta na blogu podróżniczym. Brakuje tu pazura, krytycznego spojrzenia na kontrasty społeczne czy prób zrozumienia mentalności mieszkańców prowincji, co mogłoby wynieść tę pozycję ponad standardowy przewodnik. Dodatkowo, struktura książki bywa chaotyczna. Przeskoki między osobistymi wspomnieniami a suchymi faktami historycznymi nie zawsze są płynne, co wybija z rytmu lektury. Dla osób, które regularnie śledzą programy podróżnicze lub czytały klasyków reportażu o USA, wiele informacji zawartych w książce wyda się po prostu wtórnych. Podsumowując, „Wroną po Stanach” to sympatyczna, niezobowiązująca propozycja na leniwe popołudnie. To książka „bezpieczna” – idealna jako prezent dla kogoś, kto dopiero zaczyna fascynację Ameryką, ale zbyt mało odkrywcza dla wytrawnych fanów reportażu. Marcin Wrona udowadnia, że potrafi ciekawie opowiadać, jednak tym razem zabrakło mu odwagi, by zajrzeć głębiej pod maskę swojego vana i pokazać nam Amerykę, której nie znamy z Instagrama. To rzetelne 6 na 10 – dobra rozrywka, która jednak nie zostawia w czytelniku trwałego śladu.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na61 miesiąc temu
W labiryncie południowych Włoch Agnieszka Kwiatek
W labiryncie południowych Włoch
Agnieszka Kwiatek
„Czytelniku, ruszamy!” Tym zachęcającym zwrotem autorka zaprosiła mnie do podróży dobrze znanymi jej ścieżkami. Do wejścia w labirynt (stąd tytuł) uliczek Neapolu i Palermo. Mieszkała w nich od kilku lat razem z jego mieszkańcami, więc mogłam ufnie podążać szlakiem jej pamięci i wspomnień, jak za wtajemniczonym przewodnikiem. Obiecała mi to już we wstępie – „Chcę przeprowadzić Czytelnika przez mój labirynt, zwracając uwagę na znaki niezrozumiałe dla niewtajemniczonego, chcę objaśnić to, co niby widoczne, a nieoczywiste dla przybysza”. I dotrzymała słowa! Zaglądałam do mieszkań i podwórek wewnątrz kamienic, gdzie życie toczyło się na zasadach nieskrępowanego ekshibicjonizmu. Udawałam się do urzędów, śledząc procedury załatwiania spraw petentów. Przyglądałam się pracy w szkole. Uczestniczyłam w ruchu drogowym, stając się świadkiem zdawania egzaminu na prawo jazdy. Zajrzałam do szpitala, komisariatu karabinierów, a nawet do więzienia, otrzymując materiał i dane do porównań z funkcjonowaniem polskich placówek tego typu. Jednak to, co najbardziej mnie ciekawiło, to zwykłe, przeciętne, codzienne życie mieszkańców i oni sami. Bardzo odmienne od mojego. Przede wszystkim żywiołowe, energiczne, spontaniczne i próbujące sprytnie przechytrzyć los. Jeśli nie własnymi siłami to za sprawą wierzeń w siły wyższe. Autorka umiejętnie oddała zwyczaje, obyczaje i tradycję, czyniące ich życie głośnym, jawnym, żywiołowym, a przede wszystkim bardzo towarzyskim. Najbardziej zdumiało mnie to, że w katolickim kraju ze stolicą apostolską i Watykanem w Rzymie, tak powszechnie i nagminnie, ocierając się o bałwochwalstwo i bluźnierstwo, praktykowano liczne zabobony, z których w osłupienie i przerażenie wprawił mnie kult czaszek. Jego powszechność była tak dominująca, że musiał interweniować papież, zakazując go. Było też o konkretnych ludziach. Osobach spotykanych przypadkowo i tych widzianych codziennie. Kolorowych ptakach charakterystycznych dla kamienicy czy dzielnicy. Ludziach tworzących toczące się gwarne, głośne, wręcz hałaśliwe życie w domach, na podwórkach i ulicach do późnych godzin wieczornych. Autorce tak dobrze udało się odtworzyć zjawisko społecznego rozedrgania, że zakończyłam tę podróż z dwoma nastawieniami. Z jednej strony nie miałam ochoty na podróż do Włoch, a przynajmniej do opisanych miejsc. Nie byłam w tym pierwszym odczuciu osamotniona, bo autorka na początku pobytu również miała problem z dostosowaniem się do włoskiego stylu życia. Tyle że ona miała silną motywację – włoski partner. Jak sama przyznała – „Miała być Hiszpania, ale serce zdecydowało inaczej”, więc „osiedlenie się na stałe nie obyło się jednakże bez bólu, ponieważ wejście w nowe scenariusze obyczajowe na uczelni, w pracy, w życiu sąsiedzkim, wymagało ode mnie sporo cierpliwości, no i oczywiście »nagięcia się«.” Z drugiej strony pociągała mnie wszechobecna historia wtopiona w to życie, którą było widać na każdym kroku – w architekturze miasta, we wnętrzach kamienic, w wyposażeniu mieszkań oraz w zachowanej tradycji sięgającej dalekiej przeszłości. Jednak znalazłam kompromis. W trakcie dyskusji z uczestnikami Dyskusyjnego Klubu Książki, której książka była bohaterką. Wśród nich były osoby, które odwiedziły Włochy. To one przekonały mnie swoimi uzupełniającymi informacjami, by nie skreślać definitywnie tego kraju z planów odwiedzin. Chociaż autorce nie chodziło o przekonywanie do żadnej opcji, a raczej o ukazanie włoskiej rzeczywistości, z którą się zmierzyła. Trochę za namową ludzi Południa, a trochę dla polskiej i włoskiej rodziny, którym wspomnienia dedykowała. Reszta to dzieło przypadku w labiryncie polekturowych odczuć i wrażeń czytelników. naostrzuksiazki.pl
Maria Akida - awatar Maria Akida
oceniła na74 lata temu
Bistari. Tryptyk himalajski Sławomir Matczak
Bistari. Tryptyk himalajski
Sławomir Matczak
„Góry nie są tylko wyzwaniem dla mięśni, są przede wszystkim lustrem, w którym odbija się nasza dusza, gdy zdejmiemy z niej maski codzienności” – to zdanie mogłoby stanowić kunsztowne motto książki „Bistari. Tryptyk himalajski”. Zawartość tomu autorstwa Sławomira Matczaka to fascynująca, wielowymiarowa opowieść o zmaganiu się z własnymi słabościami w cieniu najwyższych szczytów świata. Autor zabiera nas w podróż, która jest czymś znacznie więcej niż relacją z wyprawy; to filozoficzny i głęboko humanistyczny zapis fascynacji Himalajami, gdzie każdy krok pod górę jest jednocześnie krokiem w głąb siebie. Moja ocena tej publikacji to mocne 8/10. Matczak stworzył dzieło, które nadaje całości wyjątkowej głębi poprzez połączenie reporterskiej rzetelności z niezwykłą wrażliwością na detale, które umykają przeciętnemu turyście. Największym atutem „Tryptyku” jest sposób, w jaki autor kreśli losy ludzi spotkanych na szlaku, umiejętnie wplatając je w autentyczne realia historyczne i kulturowe Nepalu. Tytułowe „Bistari”, co w języku nepalskim oznacza „powoli”, staje się tu kluczem do zrozumienia filozofii autora. Matczak nie ściga się z czasem ani z innymi wspinaczami. Z dużą dozą pokory pokazuje, że w Himalajach to góra dyktuje warunki, a człowiek jest jedynie kunsztownym gościem, który musi dostosować swój rytm do majestatu natury. Wyczuwalna w tekście kunsztowna więź z lokalną społecznością – Szerpami, tragarzami i mnichami – sprawia, że książka pulsuje autentycznym życiem, z dala od komercyjnego zgiełku współczesnego himalaizmu. Autor z dużą dozą fantazji literackiej, ale wspartej surowym doświadczeniem, opisuje zjawisko hipoksji, zimna i narastającego zmęczenia. Choć sama historia wypraw jest zapisem faktów, Matczak nadaje im niemal metafizyczny wymiar. Opisy wschodów słońca nad ośmiotysięcznikami nie są tu tylko pustymi przymiotnikami; to próba uchwycenia momentu, w którym człowiek czuje się jednocześnie nieskończenie mały i częścią czegoś wielkiego. Kunsztowna więź między opisem przyrody a stanem ducha autora sprawia, że czytelnik niemal fizycznie czuje rzadkie powietrze i chłód himalajskiej nocy. Głównym walorem jest szczerość. Matczak nie kreuje się na herosa; pisze o lęku, o momentach zwątpienia i o tym, jak trudno jest zostawić za sobą cywilizacyjne przyzwyczajenia. Do pełnej dziesiątki zabrakło mi jedynie nieco bardziej zwartej struktury w drugiej części tomu, gdzie dygresje momentami zbyt mocno odciągają uwagę od głównej osi narracji. Niemniej jednak, jako całość, „Bistari” to pozycja wybitna w swoim gatunku. To lektura, która uczy cierpliwości i szacunku do świata. Sławomir Matczak napisał książkę, która jest jak powolne podejście na przełęcz – wymaga skupienia, ale nagradza widokiem, którego nie da się zapomnieć. To solidna, mądra i pięknie wydana proza dla każdego, kto choć raz poczuł zew wysokości lub po prostu szuka w literaturze faktu odpowiedzi na pytania o granice ludzkiej wytrzymałości. „Bistari” przypomina nam, że w życiu nie zawsze chodzi o to, by dotrzeć na szczyt pierwszy, ale by dotrzeć tam świadomie, szanując każdy metr przebytej drogi.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na81 miesiąc temu
Groza wokół K2 Anna Czerwińska
Groza wokół K2
Anna Czerwińska
Nazwać sezon wspinaczkowy roku 1986 pod K2 "dziwnym" byłoby eufemizmem, niemniej trudno znaleźć adekwatniejsze wyrażenie na określenie tamtych dramatycznych wydarzeń. Pod względem czysto sportowym był to sezon udany, i godny zapamiętania, przede wszystkim z uwagi na wielki sukces Wandy Rutkiewicz, która jako pierwsza kobieta i zarazem pierwszy Polak, zdobyła ten najwyższy szczyt Karakorum. Jednak na sukcesie naszej wspinaczki cieniem kładą się dramatyczne wydarzenia, jakie miały miejsce podczas ataku szczytowego. Właśnie między innymi o tym tragicznym ataku szczytowym opowiada w "Grozie wokół K2" Anna Czerwińska, alpinistka, naoczny świadek tamtych wypadków. Pierwsze wydanie "Grozy wokół K2" ukazało się w roku 1990, książka, którą przeczytałem jest "wydaniem drugim, zmienionym, poprawionym", opatrzonym nowym wstępem i dodatkowym epilogiem. Czy zmiany były konieczne? Ciężko stwierdzić, według mnie nie; jedyną wartą wzmianki informacją z nowego wstępu jest to, że tekst zasadniczy został we wznowieniu praktycznie niezmieniony, naniesiono jedynie poprawki stylistyczne. Dałbym sobie również rękę uciąć, że żadne zmiany nie dotknęły warstwy graficznej książki, ale nie: okłada i fonty (czcionki) są nowe, jeśli celem wydawnictwa było osiągnięcie retro klimatu, to efekt został osiągnięty ponad miarę, bo książka choć nowa, wygląda jak wygrzebana w antykwariacie. Całe szczęście w środku jest lepiej: kartki są bialutkie, a reprodukcje zdjęć i mapek sytuacyjnych kolorowe i wydrukowane na śliskim papierze, co uprzyjemnia lekturę, a jak się czyta ten klasyk literatury górskiej? Dość o formie, przejdźmy do treści. Sięgając po "Grozę wokół K2" liczyłem, na książkę podobną do wyśmienitego "Wszystko za Everest" Krakauera, ale szybko okazało się, dzieło Anny Czerwińskiej to zupełnie inna bajka, nie jest to reportaż w dosłownym sensie, bardziej wspomnienia lub dziennik naszej himalaistki, która, co trzeba zaznaczyć, ma dobre pióro. Książka potrafi wciągnąć, a opisy codziennego życia bazy, opisy sprzętu wspinaczkowego, dynamika grupy panująca w zespole Czerwińskiej, czy relacje panujące na linii wspinacze - tragarze, były niezwykle ciekawe. Problem w tym, że co za dużo, to niezdrowo, i kiedy po raz kolejny czytałem o tym, że "plecak był ciężki, podejście strome, a chłopaki poszli do obozu przed nami", odczuwałem takie znużenie, jakbym to ja, a nie autorka, musiał mozolnie topić śnieg na maszynce, żeby herbata była gotowa, gdy koledzy wrócą z poręczowania kolejnego odcinka szlaku - za dużo tego znoju dnia codziennego. Jednak im bliżej feralnego ataku szczytowego tym robi się ciekawiej. Jak już wspomniałem, Anna Czerwińska, oprócz tego, że doświadczoną himalaistką, jest również dobrą pisarką, ale co najważniejsze, była naocznym świadkiem opisywanych w "Grozie" dramatycznych dni. Te trzy elementy sprawiają, że autorka nie tylko sprawnie zrelacjonowała przebieg dramatycznych wypadków, ale też potrafiła sprawić, że czytelnik, który góry wysokie miał okazję oglądać tylko w książkach i w internecie, potrafił po części zrozumieć emocje jakich doświadczyli bohaterowie książki. "Groza wokół K2" pomimo pewnych mankamentów, jest wartością pozycją. Anna Czerwińska, nie tylko daje świadectwo dramatycznym zdarzeniom jakie miały miejsce w 1986 roku pod K2, ale też dzięki lekkiemu napisała po prostu ciekawą książkę, zasługującą na miano klasyka literatury górskiej. Za książkę dziękuję klubowi recenzenta portalu nakanapie.pl
Wtórny - awatar Wtórny
ocenił na74 lata temu

Cytaty z książki Tajlandia. Pojechałam po miłość

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Tajlandia. Pojechałam po miłość