rozwińzwiń

Dziura w niebie

Okładka książki Dziura w niebie autora Tadeusz Konwicki,
Okładka książki Dziura w niebie
Tadeusz Konwicki Wydawnictwo: Wydawnictwo Iskry Seria: Biblioteka Gazety Wyborczej literatura piękna
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Biblioteka Gazety Wyborczej
Data wydania:
1960-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1960-01-01
Język:
polski
Średnia ocen

6,5 6,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Dziura w niebie w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Dziura w niebie

Średnia ocen
6,5 / 10
2 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Dziura w niebie

Sortuj:
avatar
701
700

Na półkach:

Tę książkę dostałem od Ukochanej. Napisana piękną, kresową polszczyzną, faktycznie przywodzi na myśl Dolinę Issy.

Tę książkę dostałem od Ukochanej. Napisana piękną, kresową polszczyzną, faktycznie przywodzi na myśl Dolinę Issy.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1441
1079

Na półkach:

Trochę beztroska, bardziej metafizyczna wizja żegnania się młodego i ambitnego protagonisty ("Jemu zawsze było mało, nie znał swojej miary i swojego miejsca") i jego towarzyszy z dziecięcymi marzeniami, fantazjami i innymi bieżącymi ważnościami, w zderzeniu z realnością świata przedstawionego, zastałymi podziałami, rolami społecznymi, czy egoizmem poszczególnych jednostek.
Za tło służy panorama wiejska późnego lata gdzieś na Wileńszczyźnie, w bliżej nieokreślonym przedziale czasowym. Piękna, klasyczna polszczyzna Konwickiego dostosowana do realiów opowiadanej historii, dialogi naturalne, postaci żywe, choć nieco zbyt teatralnie zmanierowane, nie przeszkadzało to jednak specjalnie. W pewnych detalach "Dziura w niebie" wykazuje podobieństwo do "Chłopięcych lat", mniej tu jednak nostalgii, dominuje raczej fatalizm, pogodzenie się z nieuchronnym losem, utratą dzieciństwa i beztroski.
Czytało się świetnie, azaliż można było z tej historii wycisnąć trochę więcej. Po książkę sięgnąłem losowo, nie wiedząc z czym będę miał do czynienia, przypadkowo zatem idealnie trafiłem z tematyką lektury na upalne dni przesilenia letniego.

Trochę beztroska, bardziej metafizyczna wizja żegnania się młodego i ambitnego protagonisty ("Jemu zawsze było mało, nie znał swojej miary i swojego miejsca") i jego towarzyszy z dziecięcymi marzeniami, fantazjami i innymi bieżącymi ważnościami, w zderzeniu z realnością świata przedstawionego, zastałymi podziałami, rolami społecznymi, czy egoizmem poszczególnych jednostek....

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
40
24

Na półkach: , ,

Jeśli komuś spodobała się "Dolina Issy" Miłosza, to grzechem byłoby nie przeczytać "Dziury w niebie" Konwickiego. Książka w podobnym klimacie.

Jeśli komuś spodobała się "Dolina Issy" Miłosza, to grzechem byłoby nie przeczytać "Dziury w niebie" Konwickiego. Książka w podobnym klimacie.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

291 użytkowników ma tytuł Dziura w niebie na półkach głównych
  • 168
  • 119
  • 4
68 użytkowników ma tytuł Dziura w niebie na półkach dodatkowych
  • 55
  • 5
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Tadeusz Konwicki
Tadeusz Konwicki
Urodzony na wileńszczyźnie, polski prozaik, scenarzysta i reżyser. W latach 40-50. był jednym z głównych literatów i publicystów socrealistycznych, by już w połowie lat 50. odwracać się literacko i politycznie od socjalizmu i jego metod kontroli nad literaturą. Od lat 60. otwarcie zaczął narastać jego konflikt z komunistami i w końcu w 1966 zostaje wyrzucony z PZPR (do której wstąpił w 1952) za współudział w liście protestacyjnym do władz w związku z usunięciem z PZPR prof. Leszka Kołakowskiego. Po 1976 publikował w wydawnictwach II obiegu i londyńskich. Obecnie mieszka w Warszawie. Był członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Wschody i zachody księżyca Tadeusz Konwicki
Wschody i zachody księżyca
Tadeusz Konwicki
Po krótkim romansie z komunizmem i akcesji do tzw. "pryszczatych" Konwicki dosyć szybko otrzeźwiał. Jego książki niemiłosiernie kawałkowała cenzura, nie pomogło nawet pisanie powieści fantastycznych adresowanych rzekomo do dzieci ("Zwierzoczłekoupiór"). W roku 1977 Konwicki zaczął pisać w drugim obiegu. Powstały wtedy m.in: „Wschody i zachody księżyca". Ten drugi po „Kalendarzu i klepsydrze” zbeletryzowany pamiętnik zaczął pisać w styczniu 1981 roku. Książka, w związku z wydarzeniami w kraju, jest intymnym zapisem, jego wolnościowych nadziei, sceptycyzmu i wahań od euforii po zmęczenie, od nadziei po przeczucie klęski, obawy i frustrację. Ten niezwykle śmiały pamiętnik, pełen jest ironicznych komentarzy pod adresem Związku Radzieckiego i ówczesnych władz PRL-u oraz rodaków. „Wschody i zachody księżyca” przez znawców literatury uważane są za jedną z najlepszych książek w dorobku pisarza. O tej książce, ukrytej w drugim obiegu przed oczami cenzury, mówiło się, że jest jawnym atakiem na ZSRR. Szokowała odwagą w formułowaniu krytycznych uwag pod adresem lidera bloku państw socjalistycznych, a nade wszystko stwierdzeniem, że za zamach na życie Jana Pawła II odpowiedzialne jest KGB. W czasie trwania karnawału "Solidarności" w notatkach Konwickiego pojawia się ostrożny optymizm i ulga: 🔰„Idee socjalizmu, doktryny komunizmu skompromitowały się na naszych oczach. Mamy wreszcie spokój”. Zapiski zawarte we „Wschodach i zachodach księżyca” dokumentują też reakcję i komentarze pisarza na temat atmosfery panującej w ówczesnej Europie i w Polsce po wprowadzeniu stanu wojennego: 🔰"Słowa nic nie znaczą, zdania nic nie znaczą, przejmujące, dramatyczne sceny nic nie znaczą. Białe strony oszpecone czarnymi robaczkami liter. Życie nic nie znaczy. Śmierć nic nie znaczy. Wstyd pisać w taki czas (stan wojenny – dop. „Aha!”). Trzeba kończyć, ale brakuje puenty." 🔰„Stan wojenny. Pośrodku sytej, nażartej, trochę znarkotyzowanej, rozwydrzonej niebywałym dobrobytem Europy, stan wojenny. Martwe telefony, nieczynne urzędy, rozwiązane związki, stowarzyszenia, instytucje, zamknięte lotniska, odwołana komunikacja dalekobieżna autobusów, zabronione wyjazdy do pobliskich wsi i miasteczek, niemożliwość poruszania się po swoich ulicach. Wszędzie wojsko. Zmarznięte, mrukliwe i biedne jak sto nieszczęść. (...) Władza schwyciła naród za gardło. A naród ścisnął władzy krtań. Obie strony są jednakowo silne albo jednakowo słabe. Nikt nie zwycięży. Jedni drugich pociągną na dno. Matko Boska. Który to raz?” Jest jeszcze niepokój i upadek nadziei oraz krytyczne opinie na temat rodaków. Trafne, ironiczne i po mistrzowsku napisane tak, jak tylko Konwicki potrafił to zrobić: 🔰"Nas uratuje cud. Kolejny realny cud. Polska żyje cudami. Inne kraje potrzebują dla swej egzystencji dobrych granic, rozumnych sojuszów, zdyscyplinowanych społeczeństw, a nam wystarczy przyzwoity cud. Raz na pół wieku solidny cud na pograniczu niecudu. Jeszcze nie wiem, co to będzie. Niesłychany zbieg okoliczności, zdumiewający układ planet albo nagły powiew wichru z głębi kosmosu. Ten cud nakarmi nas boską ektoplazmą na następne pięćdziesiąt lat. A potem zobaczymy". Pisarz bywa zgryźliwy i bezlitosny. Czasem kpi i ironizuje z przypadłości Polaków nie gorzej od Gombrowicza, ale czy nie ma racji? Oceńcie sami czytając poniższe stwierdzenia i mając na uwadze np. trwające przez ostatnie dekady, żenujące zachowania naszych decydentów, którzy z niespożytą energią uprawiają politykę tak, jakby to była zabawa niedorostków w piaskownicy. A co, jeśli do tego infantylnego obsypywania się kulami z piasku, dołączą na serio prawdziwe łachudry ze swoimi skrajnymi -izmami? A co, jeśli to właśnie już teraz się dzieje?: 🔰"Polacy są ślicznym, pełnym wdzięku, inteligentnym narodem, ale narodem infantylnym, podrostkowatym, zatrzymanym w rozwoju w stadium dziecięctwa. Wspaniali Polacy, tak dumni ze swojego polactwa, są dziecinni. Dlatego cierpią na silny kompleks ojca. Polacy marzą o normalnym, dorosłym, odpowiedzialnym mężczyźnie, który by wziął na siebie całą odpowiedzialność za ich dziecinne losy. Polacy tęsknią do ojca, rosłego draba z wąsami, o szorstkich, ale zdecydowanych ruchach. Polacy kochają tatusiów z pasem rzemiennym w ręku, tatusiów gniewnych, ale sprawiedliwych, którzy są szanowani przez wszystkich sąsiadów. (...) Dlatego Polacy nie potrafią żyć bez ojców narodu. Dlatego każda menda w tym kraju drapuje się co rano w wytarte szaty ojca narodu, czyli ojca i rodziciela niedorosłych Polaków. Ale może, w gruncie rzeczy, każdy naród cierpi na podobny kompleks. Nie na kompleks Edypa, lecz na kompleks Stasia, Zbysia czy Wojtka." Tadeusz Konwicki opisywał w utworach swój czas. Mówił ze zgryźliwą ironią, że jego książki są kłótliwe. Miał rację, bo zawsze były polemiką ze współczesnością, a on sam nigdy nie wdzięczył się do czytelników. Przed fałszem chroniły go dystans, wisielczy humor i autoironia. Był nie tylko kronikarzem przeszłości, ale i PRL-u, potrafił uchwycić oraz wnikliwie opisać to, co nas dręczyło, dręczy i będzie jeszcze dręczyć w przyszłości. 🔰"Polacy są najbardziej doświadczonymi niewolnikami w Europie. Dwieście lat już muszą sobie radzić z różnego rodzaju najazdami, rozbiorami, okupacjami. Być może organizm narodowy doszedł już do granicy krytycznej i nie potrafi więcej znosić przeciążeń niewolniczych. Pewne zwierzęta nie chcą żyć w ogrodach zoologicznych. Są nie do uchowania w niewoli. A może naszym przeznaczeniem jest zagłada komunizmu? Może z naszych rąk, z rąk krnąbrnych weteranów niewolnictwa, musi zginąć ta straszliwa odmiana totalitaryzmu." 🔰"Po raz pierwszy w tym stuleciu przestaliśmy irytować swoją obecnością, swoim istnieniem wycwanione mocarstwa zachodnie. Po raz pierwszy okazało się, że nasze życie jest początkiem ich życia, że nasz los jest osnową ich losu. Trochę się zapędziłem. Tak dobrze będzie może kiedyś w przyszłości. Ale przynajmniej przestali mędzić, że nas nie rozumieją. Przestali machać na nas ręką. Przestali wzruszać ze zniecierpliwieniem ramionami. Przestali zmieniać temat. Przestali podkochiwać się w Rosjanach. No, tu znowu przesadziłem. Może nie przestali się podkochiwać, ale przynajmniej uważają, żeby nie zajść w ciążę."
Iwona ISD - awatar Iwona ISD
ocenił na83 miesiące temu
Matka Joanna od Aniołów Jarosław Iwaszkiewicz
Matka Joanna od Aniołów
Jarosław Iwaszkiewicz
Kiedy ksiądz Suryn "trzęsąc się po okropnej drodze w niewygodnej najtyczance" zmierza ku klasztorowi "panien urszulanek" w Ludyniu, nie zdaje sobie sprawy z tego, jak znamienna w skutkach dla niego to będzie podróż. I nie chodzi nawet o to, że cieniem na jego duszy kłaść się może przepowiednia pewnej Cyganki brzmiąca "Horbatu polubisz", co jakiś innego rodzaju "smętek wewnętrzny", który "radość wolnego powietrza" i "wolnej ptaszki" zmienia w jakiś wewnętrzny"mąt" duszy, wrzucając go "w orbitę nieznanych zdarzeń", będących źródłem mąk dla serca i umysłu. . "Małe jądro ciemności", które gości gdzieś na dnie duszy jego, pod wpływem zderzenia się z "ponadrzeczywistą rzeczywistością" Matki Joanny od Aniołów rozrasta się, infekując kolejne dni jego pobytu w klasztorze snami pełnymi zmor i walk z samym sobą, robiąc z niego "igraszkę najpotężniejszych sił zła", choć wydaje się początkowo, że teologiczna wiedza i szczera modlitwa to skuteczny oręż w walce z wszelkiej maści demonami. Ale być może najbardziej niebezpieczny demon to ten, który kryje się w nas samych, a u podłoża wszystkiego, co "zgubić potrafi snadnie" każdego, nawet duchownego - leży... MIŁOŚĆ. Bo "człowiek to dziwna ptaszka" jednak... . Pisząc to opowiadanie (które ze względu na swoją objętość można uznać nawet za krótką powieść) czerpał inspirację Iwaszkiewicz z lektury dziejów jezuickiego egzorcysty, który w XVII w. oskarżony został o opętanie zakonnic i matki przełożonej klasztoru Urszulanek w Loudun. Tutaj zamiast Francji mamy Ludyń pod Smoleńskiem, a pod fabułą kryją się elementy autobiograficzne, dotyczące podobno relacji Iwaszkiewicza ze swoją żoną Anną. Pomimo tytułu sugerującego, że literackie światło padać będzie na Matkę Joannę - to ksiądz Suryn jest tutaj postacią, wokół której skupia się obraz tej wewnętrznej walki z siłami zła. Stąd także ta warstwa psychologiczna jest bardzo rozbudowana, a my otrzymujemy obok opisu zdarzeń zapis myśli księdza Suryna, będący rekonstrukcją jego duchowej przemiany, prowadzącej do zaskakującego, pełnego dramatyzmu zakończenia. . Urzekł mnie tutaj klimat, zachwycił literacki język stylizowany na staropolski, ale bardzo przystępny, często też zmuszający, by zatrzymać się nad pojedynczym słowem czy całym wyrażeniem. Jest w tym także nuta humoru, co zdecydowanie przełamuje wspomniany wyżej dramatyzm. Opowiadanie to okazało się także o wiele bardziej wielowarstwowe, niż się początkowo wydawało. Temat opętania to tylko naskórek, pod którym znajdziemy próbę odpowiedzi na pytania odnośnie natury zła, pojęcia prawdy, grzechu, istoty miłości, ofiary, pragnienia wyjątkowości. Bardzo polecam.
Ananke144 - awatar Ananke144
ocenił na84 miesiące temu
Weiser Dawidek Paweł Huelle
Weiser Dawidek
Paweł Huelle
Powieść oniryczna, zawieszona między podziemiami cegielni a murem szpitala psychiatrycznego; opuszczonym ewangelickim cmentarzem a budynkiem szkoły. Dziecięcy bohaterowie śladom przeszłości nadają własne znaczenia, symbole. W dorosłości te miejsca zanikają. Giną w pamięci, ale i fizycznie - powstają ogródki działkowe, bloki, wygładzone chodniki i parkingi. I ostatecznie zostajemy z pytaniem - jakie to miało znaczenie, skoro nie zostały żadne ślady? Weiser jest jak dybuk - duch, który przychodzi, by przypominać. Demiurg dziecięcej wyobraźni - sprawca wybuchów, wybawiciel z kłopotów, zabawiacz w czasie nudy. A może go nie ma, może jest tylko wytworem wyobraźni, śladem po narodzie, który zniknął. Cieniem żydowskiego sztetla. Bo i tak ostatecznie nikt o niego nie pyta, nie szuka. Katolicyzm ludowy, pełen niezrozumiałych rytuałów, procesji, szeptanych zaklęć jest równie obcy jak opowieść Dawida. Jedno i drugie to baśń, element rytuału zabawy lub przeszkody, która stoi na drodze do zabawy. Elka jest NIemką i to również nikomu z nich nie przeszkadza. I tu właśnie Huelle dokonuje cudu. Pokazuje wielokulturowość nie jako projekt polityczny, ale jako element dziecięcego świata. Dzieci są tolerancyjne, bo nieobciążone ideologią; nie nadają znaczeń, które przypisują osobom, miejscom dorośli. Jest współpraca, przygoda, czysta zabawa. Czy to jedyna interpretacja tej książki? Nie. Narrator sam myli tropy, podsuwa rozwiązania: jakie znaczenie ma prawda, skoro liczy się tylko mit, baśń. Może nie chodzi o pamięć, ale o odtwarzanie świata i o to, że przeszłość istnieje tylko wtedy, gdy ktoś ją opowiada, tak jak mu się wydaje, że pamięta. Może więc “Weiser Dawidek” to opowieść o znikaniu - miejsc, ludzi, narodów, dzieciństwa. O tym, że rzeczywistość ulatuje, ale opowieść trwa. I może to jest jedyna prawda, na jaką możemy sobie pozwolić. Książka wybitna, wielowarstwowa, metaforyczna; każda warstwa skrywa kolejną, kolejną i kolejną… Lektura obowiązkowa.
mariuszowelektury - awatar mariuszowelektury
ocenił na91 miesiąc temu
Do czytania pod prysznicem: znalezione w osobistej szufladzie Zygmunt Kałużyński
Do czytania pod prysznicem: znalezione w osobistej szufladzie
Zygmunt Kałużyński
Świetna książka fascynującego człowieka. Sięgnąłem po nią, z ciekawości, widząc na okładce nazwisko, które nieodwołalnie kojarzyło mi się z niczym innym jak tylko z... filmem!!! Na początku zastanawiałem się, czy to nie strata czasu, ale w miarę czytania przypominały mi się programy z udziałem Pana Kałużyńskiego. Pamiętam, że wiedza tego człowieka wykraczała poza ramy mojego postrzegania. Słuchałem jego barwnych opowieści o różnych osobach z wielką uwagą. I ciekaw byłemm czy tu będzie podobnie. Gdy przeczytałem kilka pierwszych linijek, zostałem zassany w wir opowieści i już wiedziałem, że nie będzie w tym straty. Książka składa się z różnych felietonów i nie wymusza czytania od pierwszej do ostatniej strony i tak też zrobiłem. W spisie treści skreślałem przeczytane historie i w miarę kończenia się pozycji nieprzeczytanych zwalniałem tempo by książka się nie skończyła, ale jak to w życiu bywa niejednokrotnie co dobre to i musi się skończyć. I tak też się stało. Po przeczytaniu ostatniego elementu, przypomniało mi się, że przecież można sięgnąć po inną i zobowiązuję się, że to zrobię. Polecam każdemu, który potrafi docenić sztukę filmową. Nie mówię o tym chłamie, który teraz jest nagrywany, ale o klasyce, której Pan Zygmunt był niewątpliwie jednym z większych koneserów.
JamesBald DJ - awatar JamesBald DJ
ocenił na72 lata temu
Disneyland Stanisław Dygat
Disneyland
Stanisław Dygat
Zaczynając czytać nie miałem zielonego pojęcia kim był Stanisław Dygat. Po książkę sięgnąłem trochę z braku laku, skuszony korzystną opinią, gdzie pojawiła się fraza ,,relacje z kobietami”. Lektura opisuje właśnie te pierwsze zażyłości, 20-paroletniego krakowianina w latach 60-tych, który jest sportowcem i architektem zarazem. Prześledzenie życiorysu autora wskazuje wyraźnie, że główna postać jest jego alter ego. Chłopak da się lubić i, pisząc szczerze, mocno się z nim zżyłem. Niektóre historie z jego życia mocno przypominały mi moje perypetie (Jowita, Helena). W zasadzie wielu może się w nim przejrzeć. Któż bowiem z nas nie zauroczył się jakimś przelotnym uśmieszkiem, czułą, epizodyczną sytuacją, z której rozkręciliśmy sobie w głowie cały film, którym jeszcze długo żyliśmy? Narrator jest pierwszoosobowy. Język książki jest w pewnym sensie dwojaki. Z jednej strony mamy tu nieskomplikowane wynurzenia prostego chłopaka z dużą ilością powtórzeń (np. słowem łamaga). Z drugiej strony jego sentymentalizm przechodzi czasem w egzaltację, tak charakterystyczną dla naiwności młodego człowieka. Czasem ta dwojakość robi się nieco niespójna i to chyba jedyna wada. Autor serwuje nam losy osiłka, który czyta najwyżej felietony, a nagle okazuje się, że jest nostalgicznym fanem Remarque’a i Hemingway’a. To książka z której bije młodość. Miałem wrażenie, że bohater próbuje zrozumieć świat, antylogikę kobiet, pytając w nieskończoność ,,O co ci chodzi?”. Pewnie za 10, kilkanaście lat zrozumie, że pewne rzeczy trzeba po prostu przyjmować bez zrozumienia. Matko, jakie to prawdziwe, tak samo jak ukazane lęki i wątpliwości towarzyszące pierwszemu, stałemu związkowi. Na uwagę w książce zasługują też relacje rodzinne, retrospekcje, egzystencjalny i wspomnieniowy charakter przemyśleń. Bardzo, bardzo dobra literatura, choć nie porwało mnie melodramatyczne (filmowe?) zakończenie. Książka przeczytana w ramach wyzwana LC na marzec – przeczytać zekranizowaną książkę. Mocne 8.
wiciu - awatar wiciu
ocenił na810 dni temu
Przed nieznanym trybunałem Jan Józef Szczepański
Przed nieznanym trybunałem
Jan Józef Szczepański
Interesujące eseje z 1975 r., zawierające etyczne credo Jana Józefa Szczepańskiego (rocznik nie byle jaki– 1919),jednego z lepszych polskich pisarzy, ostatniego prezesa Związku Literatów Polskich, zlikwidowanego przez Spawacza w stanie wojennym. Najciekawszy wydaje się tekst „W służbie wielkiego armatora” – czyli Ojczyzny (dziś już nie da się nie dodać: i Synczyzny z Córczyzną). Opisując zbiorowy portret swego pokolenia, Autor wspomina niby rzecz oczywistą, ale jakże gorzką w kontekście tego wszystkiego, co już czekało za progiem dorosłości i trwało aż do wieku mocno dojrzałego. „Dwadzieścia lat bez garbu owej wyjątkowości narodowego losu – bez piętna przekleństwa i świętości, w przekonaniu że już za nami cała ta atmosfera pokuty i misji, anielstwa i diabelstwa, infantylizmu i wzniosłości, które z historii naszej uczyniły rodzaj misterium – patetycznego i (jakeśmy to chyba odczuwali) nieco histerycznego zarazem”. „Byliśmy pierwszym normalnym, zdrowym psychicznie pokoleniem Polaków od paru stuleci. Więc i sztandary nasze musiały być inne. Inne gesty. Inny styl gry na dziejowej scenie”. „Stąd zapewne Conrad. Ledwo zauważany dotychczas - jeden z klasyków w bibliotece. (…) I nagle odkrycie: aktualniejszy niż wszyscy. Jak gdyby czekał na ten czas, żeby wyznaczyć nam kurs na mapie”. Chodzi oczywiście o etykę wierności - sobie i zasadom - która wyznawało i generalnie jednak zachowało pokolenie Szczepańskiego. Autor nigdy się w Peerelii nie zeszmacił, wręcz przeciwnie – pamiętam go jako autorytet i nie byle jaka osobowość. I pamiętam też jego niewielkie, wstrząsające opowiadanie „Buty” – o wymordowaniu ”na zimno” przez AK oddziałku azerskich kolaborantów, którzy nie chcieli już walczyć po stronie Niemców, a tylko przeżyć, i przyłączyli się do partyzantki. Było ono jednym z pierwszych (1956),a raczej nielicznych, tekstów o tym, co naprawdę się działo podczas wojny, a nie kolejną malowanką dla grzecznych przedszkolaków na rocznicową akademię wypichconą. Mam zaś problem z tekstem z tego zbioru o o. Maksymilianie Kolbe. Jego czyn był heroiczny, jak żadne inne samobójstwo, bo także i w tych kategoriach można rozpatrywać to, co uczynił w tamtym antyświecie – samobójstwa, aby Inny przeżył. Istotę obozu Autor ujmuje w kilku mistrzowskich zdaniach: „Obozy koncentracyjne służyły nie tylko represji i eksterminacji +elementów niepożądanych+. Ich zadaniem było między innymi wskazanie fikcyjności etyki ludzkiego braterstwa – zasady podważającej najoczywiściej roszczenia rasowego elitaryzmu. Podludzie powinni byli ginąć wdeptywani w błoto jak robaki – masowo, lecz samotnie, anonimowo, bez godności należnej ofiarniczemu cierpieniu, w upodleniu i hańbie, o ile możności przykładając się sami do własnej zagłady”. „Stąd szczególna pogarda, z jaką odnosili się do wszelkich głosicieli humanitaryzmu. Intelektualiści, księża, przedstawiciele doktryn politycznych, opartych na założeniach uniwersalizmu, poddawani byli w obozach specjalnemu reżimowi poniżeń. Bo to była próba prawdy. +I gdzie wasza ludzkość? Gdzie się podziała, kiedy skaczecie sobie do gardeł o skórkę chleba, kiedy na rozkaz kapo okładacie się kijami?+ W pewnym sensie obozy koncentracyjne były fragmentem ostatecznej światopoglądowej debaty”. „Kosztem dobrowolnej ofiary z życia, złożonej przez jednego człowieka, ocalony został drugi człowiek. Obcy. Niepowiązany ze swym wybawcą innymi więzami, jak tylko więzy ludzkiego braterstwa. Abstrakcyjne hasło ludzkości odzyskiwało widomą treść. Życie okupione śmiercią znów nabierało ceny”. Ale była i druga strona zakonnika (przed wojną nawet pierwsza): nienawiść do Innych. Owszem, Szczepański tego nie ukrywa: „Klerykalne fobie, antysemityzm, system podejrzeń, wiodący do upatrywania szatańskiego spisku w manifestacjach każdego odmiennego stanowiska”. I tylko pytanie, czy dlatego nie pisał o tym moralnym brudzie mocniej czyli prawdziwie, bo byłaby to tzw. „woda na młyn komuny” (świetnie taki mechanizm pamiętam)? Autorowi być może udziela się coś z tej postawy, za to we mnie niestety ma wielkiej wyrozumiałości wobec tamtej postawy Świętego (a czytałem teksty „Małego Dziennika”, ohydnego, prostackiego, szczującego brukowca),czyli kogoś, kto „krzyż miał na piersi a nienawiść w sercu” - nawet po jego wielkim czynie z Auschwitz. Z kolei tekst o bandzie Mansona niczym nie zachwycił, zwłaszcza że Autor podjął chyba zbyt łatwą próbę zrozumienia i wytłumaczenia tego zjawiska, bo chyba nie fenomenu. I tylko dziwne, że tak głęboki umysł podsumował swe wywody w tak płytki sposób: „Pierwszym jednak warunkiem umożliwiającym Chrystusowi-diabłu połów dusz był klimat intelektualny i moralny młodzieżowej rewolucji lat 60. Klimat protestu przeciw wynaturzeniom cywilizacji, identyfikowanym z każdą postacią oficjalnego autorytetu”. Wszystko jest napisane wspaniałym językiem, który najlepiej byłoby określić mianem przedwojennego, w najlepszym tego słowa rozumieniu. J.J. Szczepańskiego znałem jako wybitnego moralistę. Z tym większym, niekoniecznie miłym, zaskoczeniem było dla mnie posłowie Naczelnego Moralizatora RP (różnica obu pojęć oczywista) Jego Najwyższej Przemądrzałości Krzysztofa Zanuddziego. ”Konrad nie chce zejść ze sceny” – tematem sztuki Jerzego Zawieyskiego sprzed lat nie był wprawdzie Wielki Reżyser (ostatni dobry film nakręcił kilka dobrych dekad temu),ale mógłby być. A nawet powinien…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na61 rok temu

Cytaty z książki Dziura w niebie

Więcej
Tadeusz Konwicki Dziura w niebie Zobacz więcej
Tadeusz Konwicki Dziura w niebie Zobacz więcej
Więcej