Góra w Tybecie. Pielgrzymka na święty szczyt
(2011)
[To a Mountain in Tibet]
„Odosobniona za wałem centralnych Himalajów, przenikała do wczesnych hinduistycznych świętych tekstów jako góra Meru, której początki sięgają zarania epoki Ariów. W tym wcieleniu góra wiruje jak wrzeciono, oś wszelkiego stworzenia, wznosi się nieskończenie wysoko do pałacu Brahmy, największego i najodleglejszego z bogów, oraz równie głęboko schodzi pod ziemię. Z jej podnóży wypływają cztery rzeki [Indus, Brahmaputra, Ganges i Satladź] które poją świat*, a wszelkie stworzenie […] znajduje tu swój wzorzec. Z czasem mistyczna Meru i ziemska Kajlas zlały się w ludzkich umysłach**” (str. 10).
„[…] niemal idealny stożek sterczący z mgły […]” (str. 136),„[…] serce świata, miejsce astralnego piękna, z woli boskiej oddzielone od sąsiednich Himalajów. Dla wierzących*** Kajlas promienieje złociście albo załamuje światło jak kryształ. Góra stanowi źródło wszechświata, stworzone z kosmicznych wód i umysłu Brahmy, który sam jest śmiertelny i umrze. Słońce i planety okrążają Kajlas po orbitach. Gwiazda Polarna tkwi nad nią nieruchomo. Kontynenty wychodzą ze środka góry promieniście niczym płatki lotosu na drogocennym oceanie […], zbocza są porośnięte odurzającymi rajskimi ogrodami.
Na górze mieszka jednak Bóg Śmierci [Demczog]. […]
[…] wznosi się na pustkowiu ogołoconym ze wszystkiego oprócz modlitw. […] Około tysiąca lat temu pogańscy bogowie strzegący góry przyjęli buddyzm i odtąd się nią opiekują. […] całe rzesze buddów i bodhisattwów – świętych, którzy opóźniają swe wejście w nirwanę, aby pomagać innym – zleciały się i zamieszkały na wysokich urwiskach i szczytach, oświetlając górę swoim współczuciem” (str. 11).
„Hinduiści wierzą, że wierzchołek Kajlas jest pałacem Śiwy – boga zniszczenia i zmiany – który przebywa tam pogrążony w nieustannej medytacji” (str. 12).
„Buddyści mówią, że strażnikiem Kajlas jest gniewny Demczog, którego pałac znajduje się na szczycie. Demczoga przedstawia się jako szalejącego wielorękiego demona w wieńcu z czaszek, trójzębem i bębnem, z partnerką Pamo mocno oplecioną wokół jego ciała” (str. 136).
„Przed przybyciem Buddy, przed Demczogiem, to była ich góra. Bon-po, jak Tybetańczycy nazywają wyznawców bonu [swojej pierwotnej religii], mówią, że wiele tysięcy lat temu ich założyciel, Szenrab, spłodzony przez kukułkę, przyfrunął tu z nieba, pokonał lokalne demony i oddał górę trzystu sześćdziesięciu bogom zwanym gekonami, odpowiadającym rokowi księżycowemu. […] Gekon był straszliwym poprzednikiem Demczoga i Śiwy: miał dziewięć rąk, niebieskoczarną skórę, prychał śnieżycami i grzmotami. Jego Kajlas była skalistokryształową górą, emanacją niebiańskiego pałacu, która miała przetrwać zagładę świata. Bon-po postrzegali wszechświat jako namiot, z Kajlas w roli centralnego masztu przebijającego otwór, przez który widać było słońce, krążące gwiazdy oraz światy w dole. Według bon-po na tej Górze Dziewięciu Swastyk widnieje symbol pomyślności (wirujący w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara) oraz odciski stóp świętych” (173-174).
„Na zboczach Kajlas zastępy niebiańskich bogów lha walczą z lhamain (których czeka piekło),a namiętności skazują ich w końcu na gorzki cykl ponownych narodzin” (str. 172).
„[Transcendentna] Góra Meru wdarła się w świat ludzi, zlewając z Kajlas, a na zboczu zajaśniały liczne raje. Na górę wspinały się orszaki coraz potężniejszej elity bogów i duchów. Na urwiskach rozkwitały klejnoty, […] w powietrzu rozbrzmiewały niebiańskie pieśni. Groty w niższych partiach góry wypełniły się pobożnymi pustelnikami, w aromatycznych gajach dusze zmarłych oczekiwały na ponowne narodziny. […] Z jaskiń pod Kajlas wyłaniali się posępni tytani, by wojować z bogami; poniżej rozwierała się otchłań piekielna” (str. 137).
„[…] dla wiernych autentyczna Kajlas jest drabiną między światłem a ciemnością – jej podstawa tkwi w piekle – oraz miejscem odkupicielskiej mocy. Góra wprowadza zamęt w świecie i z tego powodu Chińczycy muszą się jej bać. Kajlas jest starsza od nich” (str. 37)****.
„Według ludowych wierzeń tybetańskich przyleciała tu z innej, nieznanej krainy […] i została umocowana flagami modlitewnymi oraz łańcuchami, zanim diabły zdążyły wciągnąć ją pod ziemię. […]
Teraz jednak żyjemy podobno w epoce degeneracji, w kalijudze [czwartej, ostatniej i najmroczniejsza z epok (jug),wieku kłótni i hipokryzji, wieku żelaznym], więc góra w każdej chwili może odlecieć” (str. 160).
„Pielgrzymowi towarzyszy cała horda mniejszych duchów. Niebiańskie tancerki i górskie bożki znajdują się tuż poza polem widzenia” (str. 189).
„[…] jedne okrążenie Kajlas wymazuje grzechy całego życia” (str. 12)*****.
__________________________
* „W kosmologii buddyjskiej i hinduskiej w miejscu tym miały mieć początek cztery wielkie rzeki indyjskie – Indus, Ganges, Sutlej i Brahmaputra. W rzeczywistości tylko rzeka Sutlej rozpoczyna tu swój bieg” (Mitologie świata, tom 9, Tybetańczycy, Natalia Goraj, Warszawa 2007, str. 142). „[…] cztery główne rzeki subkontynentu indyjskiego mają swoje źródła w promieniu stu dwudziestu kilometrów od szczytu” (str. 128).
** Utożsamiono ją z faktycznym, realnym obiektem geologicznym, charakterystycznym na tle otoczenia, w kształcie „[...] białej piramidy pod błękitem nieba” (str. 143).
*** „Kajlasa, […] jest jednym z najświętszych miejsc dla hinduistów, buddystów, dźinistów a także bonpów [wyznawców tradycyjnej tybetańskiej religii bön]” (Mitologie świata, tom 9, Tybetańczycy, Natalia Goraj, Warszawa 2007, str. 142). „Niezależnie od tego, kto zasiadał na szczycie, koncepcja góry świata rozpowszechniła się w Azji” (str. 138).
**** Wedle różnych przekazów, pod górą mieści się sekretne miasto Szambala lub przejście do Agharty, rozległej, podziemnej krainy i systemu tuneli; wedle niektórych wersji, Szambala miała być jej stolicą. (Podobnie jak Shangri-La, Agharta jest wymysłem zachodnim – bazującym na micie hinduskim i tybetańskim).
***** Stary Rinpocze z klasztoru w Katmandu, tybetański uchodźca: „– Na początku Kajlas była tylko skałą… Skałą i kamieniami. Bez ducha. Potem przybyli bogowie z orszakami i osiedlili się tam. Może dzisiaj ich tam nie ma, ale pozostawili swoją energię, to miejsce pełne jest duchów. Myślę, że najlepiej opisywać bogów jako kolonizatorów. Każdy osiedlił się w swoim regionie, na swoich szczytach i górskich grzbietach, gdzie spoczęły też jego duchy. W ten sposób góry te stały się miejscami mocy” (str. 176). Uświęcona mocą tysięcy modlitw pobożnych pielgrzymów, wespół z intencjami duchów, bogów i buddów, Kajlas stała się energetycznym czakramem, o unikalnych wibracjach, korzystnych dla dla człowieka – tak ujęli by to praktycy New Age.
•
„Podróżuję z powodu zmarłych.
Czasami podróże zaczynają się, nim jeszcze postawi się pierwszy krok. Moja, choć o tym nie wiedziałem, rozpoczęła się niedawno na oddziale szpitalnym wraz z odejściem ostatniej osoby z mojej rodziny” (str. 14)*.
„[…] nie można się rozgrzeszyć za to, że się przeżyło, ani przywrócić nikogo do życia. Człowiekowi pozostaje tylko pragnienie, by sprawy wyglądały inaczej, niż się przedstawiają. Dlatego wybierasz pewien znaczący punkt na powierzchni ziemi, jakbyś planował świecką pielgrzymkę. Jednak to nie ty nadajesz jej znaczenie. Następnie wyruszasz w podróż […], wędrujesz do miejsca poza twoja własna historią, za odgłosem rzeki płynącej w przeciwnym kierunku. W końcu odpoczywasz u stóp góry, która dla innych jest święta.
Przyczyny takiego postępowania nie można wyrazić. Podróż nie jest terapią. Podróż wywołuje jedynie złudzenie zmiany i, w najlepszym razie, daje spartańskie pocieszenie” (str. 15).
„Czy zadaję sobie trud, ponieważ świat jest śmiertelny? Czyj ból próbuje uśmierzyć? Przecież nie ich [nie matki, nie ojca, nie siostry]. Stary tybetański mnich mówi mi, że dusza nie ma pamięci. Umarli nie czują swojej przeszłości” (str. 16).
To a Mountain in Tibet – do góry w Tybecie, i nie konkretnej, istotnej z osobistej perspektywy, ale jakiejś tam (przedimek „a” zamiast „the”). Góra Kajlas, „święta dla jednej piątej ludzkości” (str. 10),dla Colina Thubrona (1939) – i większości ludzi Zachodu – jedna z wielu; cel dobry jak każdy inny, ciekawy pod kątem geologicznym, estetycznym, wyróżniający się na tle otoczenia, istotny z punktu widzenia antropologii – ale to tyle.
Dla dojrzałego mężczyzny, w siedemdziesiątym roku życia**, który dawno już „porzucił wiarę” (str. 135),Kajlas nie jest miejscem odkupienia i stykiem rzeczywistości, punktem u źródła, z którego można zaczerpnąć głębszej prawdy o ukrytej naturze rzeczywistości. Stanowi fenomen społeczno-kulturowy, pretekst do inspirującej wędrówki, zanurzenia się w sercu Azji, w cieniu ośmiotysięczników, pośród zapierających dech krajobrazów.
Relacja kończy się nagle, wraz z dopełnieniem kręgu wokół świętej góry. Jeśli podróż jest metaforą życia, komunał o nadrzędności drogi wybrzmiewa tu wyjątkowo przekonująco.
__________________________
* To trochę jak Frank Westerman, autor Araratu (2007). Evelyn Dryden Thubron, matka pisarza, zmarła w kwietniu 2007 roku, w wieku 97 lat. Colin Thubron odbył swoją pielgrzymkę pod górę Kajlas w maju i czerwcu 2009, trwała pięć tygodni. (Informacje ze artykułów opublikowanych w: The Times, The end of the road z 15 lipca 2007 (https://www.thetimes.com/travel/destinations/asia-travel/china/the-end-of-the-road-9pqqr7tq3cn); South China Morning Post, Pilgrim’s progress z 20 lutego 2011 (https://www.scmp.com/article/738689/pilgrims-progress); The Times, Colin Thubron: the journey of my life z 3 lutego 2011 roku (https://www.thetimes.com/travel/destinations/asia-travel/china/colin-thubron-the-journey-of-my-life-t2f8cq07rxn).
** Wyruszającego tuż przed urodzinami (14.VI.1939). Jest rok 2009: „Niedawno minęła wypatrywana z niepokojem pięćdziesiąta rocznica ucieczki Dalajlamy [1959-2009]” (str. 106); „Od zamieszek w Lhasie przed olimpiadą [2008] minął rok […]” (str. 144). Relacja rozpoczyna się w maju, i ma swoją kontynuację w czerwcu.
•
Opisy brytyjskiego pisarza-podróżnika, choć kunsztowne, nie są w stanie odtworzyć obrazów – wymagają od mózgu pracy na podwyższonych obrotach, bardziej męczą niż zachwycają, a niekiedy zdają się zbyt przekombinowane. Budują w umyśle odbiorcy pewne formy, równocześnie rodząc wątpliwości (czy zgodne z intencjami twórcy). Fakt, że obcujemy z przekładem, automatycznie potęguje tę niepewność. (Opisy licznych tworów geologicznych i rzeźby terenu, nie osiągają złożoności Kima Stanleya Robinsona w Trylogii Marsjańskiej, ale i tak hamują lekturę).
Obserwacje obyczajowe są proporcjonalne do opisów drogi; wspomnienia relacji z rodzicami, interpretacje starych zdjęć i rozważania o ich wspólny życiu sprzed własnych narodzin – serwuje w takiej dawce, w jakiej były obecne na przestrzeni pracy nad książką; wkład religioznawczy dodaje kolorytu i buduje klimat relacji – natomiast zalążki refleksji, przemyślenia natury egzystencjalnej, wprowadzane są bardzo oszczędnie. Z uwagi na charakter całości i osobisty wymiar peregrynacji, można by zakładać, że będzie tego więcej.
Ich brak, zaświadcza jednak o szczerości autora, który nie zapełnia stron pustymi banałami, ale ciężko oddalić myśl, że wyrasta również z braku nadziei, braku poczucia głębszego sensu. Jak gdyby Colin Thubron wolał przemilczeć gorzkie przeczucia, a wraz z nimi swój żal. Z konieczności utrzymania go w ryzach, lub wobec trawienia przez depresyjną pustkę której nie chce uzewnętrzniać.
•
Błędy które wkradły się do polskiego wydania, zapewne częściowo obecne również w oryginale, rzucają się w oczy i zapadają w pamięć. Uwypukla je charakter książki, pisanej z myślą o najbliższych: przedwcześnie zmarłej siostrze, ojcu i matce, w formie subtelnego hołdu; będącej relacją z podróży, ale jednocześnie, w obszernych fragmentach, literaturą piękną. Paweł Lipszyc wykonał swoją prace dobrze, ale czułe oko redaktora powinno wychwycić wszystkie błędy, na które nie ma tu miejsca. (Naciągane 7/10).
•
Na kartach tej niewielkiej pozycji, pojawia się nazwisko Younghusband i Sven Hedin, Szambala, kwestia zachodniego wyobrażenia Tybetu, jako ziemi świętej, zamieszkałej przez mędrców pogrążonych w kontemplacji, zestawionego z faktyczną, krwawą historią, typową dla innych krajów, czy tzw. Tybetańska Księga Umarłych*. Gorzka refleksja na temat rewolucji kulturalnej, przemyślenia odnośnie zmian społecznych, oraz śmieci rozrzucanych przez beztroskich pątników**. Intrygująco wypada kolaż różnych tradycji powiązanych z tytułowym szczytem – wzajemne sprzecznych, uzupełniających się lub inspirujących nawzajem. Z uwagi na to, że nie jest to pogłębione, a zaledwie ślizga po powierzchni, idealnie rozbudza ciekawość***.
_________________________
* Dla mnie, podobnie jak dla autora, lektura TKU była rozczarowaniem. Znałem jej tytuł od czasów pierwszych samodzielnych lektur, z artykułów i książek o reinkarnacji, te jednak nie tłumaczyły jej fenomenu. Kupiłem TKU już jako dorosły, ale zanim wziąłem się za czytanie, minęło wiele lat. Bodźcem, by wyciągnąć ją z regału, była śmierć dziadka (1938-2021). Z punktu widzenia antropologa, religioznawcy czy osoby zainteresowanej buddyzmem, a znającej tę filozofię dosyć pobieżnie – znajdzie się tam sporo ciekawych fragmentów i zaskakujących faktów, ale głębszej prawdy o drugiej stronie próżno tam szukać.
** Najwyraźniej zaśmiecanie świętego miejsca mocy, tuż pod karcącym wzrokiem bóstw kilku religii, nieopodal ich siedzib i pustelni – nie prowadzi do jego desakralizacji (!).
*** Hinduistyczny panteon rozrósł się do absurdalnych rozmiarów: symbolicznie liczy sobie 33 miliony bóstw, a Tybetańczycy czerpali z jego bogactw pełnymi garściami, mieszając buddyzm z rdzennymi wierzeniami bön, których poszczególne wątki odnajdziemy również w Mongolii. Nawet jeśli czytaliśmy o tym przed laty, jest to na tyle obszerne, że podczas lektury Thubrona, przedstawiającego koncepcje obce Europejczykowi – takie jak bóstwa nawracające się na buddyzm – szybko nabieramy ochoty, by to i owo sobie przypomnieć.
•
„Kajlas (ang.: Mount Kailash; dewanagari: कैलाश पर्वत, trl. Kailāśa Parvata; tyb.: གངས་རིན་པོ་ཆེ, Wylie: gangs rin po che, ZWPY: Kangrinboqê; chiń.: 冈仁波齐峰, pinyin: Gāngrénbōqí Fēng) – szczyt w paśmie Gangdisê w Transhimalajach na Wyżynie Tybetańskiej, wierzchołek wznosi się na wysokość 6714 m n.p.m. (wybitność: 1319 m). Leży w Chinach [de facto w ChRL], w [okupowanym] Tybecie. W pobliżu położone są jeziora Manasarowar i Rakszastal” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Kajlas).
•
UWAGI (wyd. I z 2014, tłum. Paweł Lipszyc): str. 4 – 2010 (2011); str. 33 – to uschnięte gałęzie są podobne do pali totemicznych (?),a nie całe drzewa?; str. 42 – przeczuciem (przedsmakiem?); str. 51 – powtórzenie informacji ze str. 11 (kim jest bodhisattwa); str. 60 – „Dendu Lama to rolnicy […]” (Dendu i Lama?, niżej Dendu funkcjonuje już tylko jako imię mężczyzny, imię małżonki jest pomijane… w pierwszym momencie można odnieść wrażenie, że to nazwa plemienia); str. 62 – wspomnienie o ciele kobiety w rzece zostało już wykorzystane wcześniej; str. 63 – powtórzenie informacji ze str. 60 (o twarzach gospodarzy); str. 79 – przed nami? (przed CT i…?; niejasna narracja); str. 96 – „Kilka tygodni wcześniej […]” – czyli przed wyruszeniem na szlak do granicy, przebywa pod Katmandu, „wśród aromatycznych lasów czerwcowych” – jednak kiedy są już w drodze, mamy maj („W południe przypieka majowe słońce”, str. 23),podziwianie drzew musiało mieć miejsce w maju; str. 106 – płotem z drutu kolczastego (ogrodzeniem?); str. 118 – „[…] wypiętrzenie się Himalajów” – całość zdania jest tak zbudowana, że zaimek zwrotny „się” jest zbędny; str. 122 – ta sama sytuacja, wystarczy „unoszą w górę”, bez drugiego „się”; str. 150 – „[…] turla się po ziemi” (to już drugie „się”, zbędne); str. 154 – chodziarz (piechur?); str. 156 – powtórzenie informacji o odkupieniu grzechów życia w wyniku okrążenia góry; str. 170 – ciekawe, że „Lha-czu, [to] Rzeka Duchów […]” a Lhasa to już Miasto Bogów (lha to odpowiednik sanskryckiego terminu dewa – jaśniejący, świetlisty, oświecony); str. 178 – „zjeżdżających”?, ale na czym?, na str. 179 i 201 wspominane są kolejno konie i jaki, jednak już w tym zdaniu powinna być informacja o wierzchowcach, bo z kontekstu wynika że większość Hindusów jednak drepcze + „urwane pismo śniegu” (pasmo?); str. 184 – „Rozległe śnieżnych półek zajęła kurtyna czystej grozy” (rozległe ściany?); str. 199 – „Przed nami rozpościera się długi amfiteatr gór, których skały czernią się na coraz grubszej pokrywie śnieżnej” (...pod coraz grubszą pokrywą śnieżną?; na początku książki mamy opis przestrzenny który oddaje widok pozorny z perspektywy obserwatora, nie stan faktyczny, to wypada podobnie – choć jeśli wziąć to dosłownie, to chodzi o to, że czarne stoki pozornie stoją na śniegu…); str. 200 – „Pod jednym z nawisów, […] biegnie toporny tunel […]. W takich rozpadlinach żywy kamień wyczuwa czystość przechodzącego ciała, może się gwałtownie skurczyć i uwięzić winnego jak w grobie” – aby uwięzić grzesznika, skała musiałaby się rozprężyć… skurczenie, poszerzające otwór, raczej ułatwiłoby przejście (!) + „[…] przeczołgał się pod nim” – to „się” jest zbędne, po padło już w zdaniu, a w kolejnym mamy trzecie (jest to kolejny przykład „zbyt szczodrego” gospodarowania zaimkiem zwrotnym „się”).
OPINIE i DYSKUSJE o książce Między miejscami. Z psem przez Afganistan
To nie tylko literatura podróżnicza w klasycznym ujęciu. To także literatura podróżnicza w sensie metafizycznym. Przy okazji odpowiada na pytania dlaczego nie dalo się 'ucywilizować' Afganistanu (z punktu widzenia kultury Zachodu). Ludzie, krajobraz, przygoda, emocje. Wszytko okraszone wątkami kulturowymi, historycznymi, religijnymi.
To nie tylko literatura podróżnicza w klasycznym ujęciu. To także literatura podróżnicza w sensie metafizycznym. Przy okazji odpowiada na pytania dlaczego nie dalo się 'ucywilizować' Afganistanu (z punktu widzenia kultury Zachodu). Ludzie, krajobraz, przygoda, emocje. Wszytko okraszone wątkami kulturowymi, historycznymi, religijnymi.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toczytałem będąc w podróży na Islandii i ciekawe że z tego miejsca będę miał też wspomnienia z Afganistanu. książke czytałem szybko, wyciągnęła mnie! przejść z Haratu do Kabulu, zimą? po 2001…ze słabym kolanem, biegunką, bez zaplecza medycznego i logistycznego? facet to dla mnie heros i przeżył. dla mnie niesamowita historia za 12.5
czytałem będąc w podróży na Islandii i ciekawe że z tego miejsca będę miał też wspomnienia z Afganistanu. książke czytałem szybko, wyciągnęła mnie! przejść z Haratu do Kabulu, zimą? po 2001…ze słabym kolanem, biegunką, bez zaplecza medycznego i logistycznego? facet to dla mnie heros i przeżył. dla mnie niesamowita historia za 12.5
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPowiem tak, że książka nie jest zła, ale może bardziej skierowana dla miłośników Afganistanu, bo jak dla mnie, to opisy plemion z wioski i pokrótkiej historii obecnego jej przywódcy, po czasie staje się nużące. I idzie się pogubić, kto z kim obecnie trzyma. Ale sama piesza podróż, nawet ciekawa. I gratulacje za odwagę dla autora, że się zdecydował i ukończył pieszo tę trasę.
Powiem tak, że książka nie jest zła, ale może bardziej skierowana dla miłośników Afganistanu, bo jak dla mnie, to opisy plemion z wioski i pokrótkiej historii obecnego jej przywódcy, po czasie staje się nużące. I idzie się pogubić, kto z kim obecnie trzyma. Ale sama piesza podróż, nawet ciekawa. I gratulacje za odwagę dla autora, że się zdecydował i ukończył pieszo tę trasę.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toFajna opowieść o odważnej podróży. Odważnej bo zrealizowanej zaraz po rozpoczęciu wojny Afgańskiej. Przeszedł w kilkadziesiąt dni kilkaset kilometrów między Heratem, a Kabulem. Chciał wędrować sam, ale stale ktoś mu towarzyszył – a to oficerowie służby bezpieczeństwa, a to lokalni żołnierze, a to obstawa wyznaczana przez miejscowych watażków. Poznał Afganistan w sposób który wydaje się dziś wręcz niemożliwy do powtórzenia. Widział, dotykał, czuł, poznał tak jak każdy reporter chciałby poznać. Niezwykły to świat – patriarchalny, silnie plemienny, wbrew pozorom mocno kastowy, czasem brutalny. Czytając stopniowo wyzbywałem się złudzeń na temat piękna i niewinności Orientu.
Fajna opowieść o odważnej podróży. Odważnej bo zrealizowanej zaraz po rozpoczęciu wojny Afgańskiej. Przeszedł w kilkadziesiąt dni kilkaset kilometrów między Heratem, a Kabulem. Chciał wędrować sam, ale stale ktoś mu towarzyszył – a to oficerowie służby bezpieczeństwa, a to lokalni żołnierze, a to obstawa wyznaczana przez miejscowych watażków. Poznał Afganistan w sposób...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBardzo wartościowa książka, choć pokazująca Afganistan od wyłącznie męskiej, publicznej i otwartej dla gości strony, a skrywająca to, co domowe, kobiece i prywatne. Autor w swojej nietypowej, ryzykownej pieszej podróży zimowej trafia tam, gdzie turysta nie miałby szansy trafić i ocenia to, co się dzieje w tym kraju nie zza biurka eksperta, ale z perspektywy kogoś, kto faktycznie Afgańczyków poznał z bliska. Pokazuje wielość grup etnicznych, lokalne powiązania, zróżnicowanie kulturowe i różnorodność poglądów. Ale to też książka o odważnym dążeniu do swoich celów i wprowadzanie w życie pomysłów wynikających z ciekawości świata i pasji.
Bardzo wartościowa książka, choć pokazująca Afganistan od wyłącznie męskiej, publicznej i otwartej dla gości strony, a skrywająca to, co domowe, kobiece i prywatne. Autor w swojej nietypowej, ryzykownej pieszej podróży zimowej trafia tam, gdzie turysta nie miałby szansy trafić i ocenia to, co się dzieje w tym kraju nie zza biurka eksperta, ale z perspektywy kogoś, kto...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to(2004+2012?)
[The Places in Between*]
Pieszo przez centralny Afganistan, raptem kilka miesięcy po zburzeniu WTC**, bezpośrednio po obaleniu talibów. Trudna i ryzykowna wędrówka, której wielu wolałoby uniknąć.
„Mamy środek zimy; na wysokich przełęczach leżą trzy metry śniegu, grasują wilki, poza tym toczy się wojna. Zginie pan, gwarantuję. Chce pan zginąć?” (str. 14).
Na początku 2002 29-letni Stewart (1973) pokonał przeszło osiemset kilometrów. Przedeptał z Heratu do Kabulu w 36 dni. To mniej więcej tyle, ile jest między Szczecinem a Rzeszowem (jadąc autostradą S3 i A4: przez Gorzów Wielkopolski, Zieloną Górę, Legnicę, mijając Wrocław, Opole, przez miasta Górnego Śląska, Kraków i Tarnów). Kawał drogi.
Najpierw podróżuje w obstawie żołnierzy, pracowników służby bezpieczeństwa, a po tygodniu, na poszczególnych odcinkach, towarzyszą mu lokalni przewodnicy – zwykle wyznaczani przez wioskowe autorytety. Niekiedy są to też życzliwi mieszkańcy lub przypadkowo napotkani wędrowcy. Czasami idzie sam, jedynie w towarzystwie czworonoga. (Kiedy ¼ tekstu jest już za nami, a przed Stewartem jeszcze jakieś 700 km*** wędrówki, otrzymuje od Aimaków starego poturbowanego psa w typie kudłatego mastifa. Piechur nie ma w zasadzie wyboru, jeśli go nie weźmie, czworonoga czekają kopniaki, suchy chleb i sen na dworze. Decyduje odruch serca. Od tego momentu przemieszczają się razem). Na ostatnich odcinkach, na krótko, ponownie towarzyszą mu niskiej rangi wojskowi.
Książka wciąga (choć nie od pierwszych stron) i czyta się ją bardzo przyjemnie. Napisana jest wyjątkowo lekko, ale z głową. W pewnych momentach może być męcząca, z uwagi na pewną monotonię i powtarzalność, ale nie na tyle by można było uznać ją za złą.
Krótkie rozdziały dostarczają rozmaitych obserwacji nt. ówczesnej sytuacji, historii**** oraz mentalności regionu*****; przybliżają różne postacie i ich warunki bytowe.
Autor nie struga kozaka, a jednocześnie wykazuje się rozsądkiem – wypada bardzo naturalnie i wzbudza sympatię. Subtelny humor, ujawniający się podczas zderzeń z afgańską rzeczywistością, dodaje tekstowi blasku. Nie jest to dzieło oferujące najważniejsze informacje w pigułce, ale to i owo o Afganistanie mówi.
„Nocowałem i jadłem u szyitów i sunnitów, u Hazarów, Aimaków, Pasztunów i Tadżyków, młodych i starych, wykształconych i analfabetów. Moi gospodarze walczyli, kolaborowali i stawiali opór Rosjanom, talibom i Karzajowi. Finansowały ich różne grupy, czasami równocześnie. Niemal wszyscy wyprawiali się do Iranu lub Pakistanu, by znaleźć tam schronienie albo zgromadzić zapasy i amunicję. Prawie wszyscy stracili w dżihadzie bliskich krewnych. Wszyscy modlili się pięć razy dziennie i wdawali się ze mną w poważne dyskusje o islamie. Wszyscy wyrażali sprzeciw wobec obcej okupacji. Niektórzy przyjmowali w domu członków Al-Kaidy” (str. 362, z posłowia napisanego po latach [2012?]).
* Miejsca zawieszone w „pomiędzy”. Owo pomiędzy to stan między przeszłością a nowoczesnością, stan zastoju. Ale też szczyty Hindukuszu, dzielące Persję i Indie. Miejsca pomiędzy Heratem i Kabulem. Osady i ruiny. Podtytuł z psem to dodatek od wydawnictwa Czarne. Rok wydania angielskiego: 2004. Przy posłowiu nie ma daty, ale napisano je najwcześniej w 2012.
** „[...] od 11 września minęło trzy i pół miesiąca, [...]” (str. 71) – końcówka grudnia 2001, Stewart uzyskuje zgodę na pieszą wędrówkę na trasie Herat-Kabul. Zezwala ówczesny gubernator, którego władza ogranicza się do zachodniej prowincji Herat. Nowa władza nie panuje nad sytuacją w kraju. Dochodzi do zmian układów i krwawych porachunków. Mimo że talibowie zostali formalnie odsunięci, nie jest to dobry czas na zwiedzanie. „Był początek 2002 roku [kiedy rozpocząłem marsz]. Właśnie zakończyłem szesnastomiesięczną wędrówkę przez Iran, Pakistan, Indie i Nepal. [...] Już rok wcześniej planowałem przemierzyć Afganistan, ale w grudniu 2000 roku władze irańskie odebrały mi wizę. [...] Talibowie nie wpuścili mnie do Afganistanu, a rząd Pakistanu zakazał mi wstępu na teren Beludżystanu. W rezultacie musiałem więc przerwać podróż w Iranie, i kontynuować ją z miasta Multan w Pakistanie, skąd wędrowałem bez przerwy aż do wschodniego Nepalu. Tuż przed Bożym Narodzeniem w 2001 roku dotarłem do miasta leżącego we wschodnim Nepalu i tam usłyszałem o upadku talibów. Postanowiłem powrócić samochodem do Afganistanu, by pokonać pieszo odcinek od Heratu do Kabulu, i w ten sposób połączyć mój szlak w Iranie ze szlakiem w Pakistanie” (str. 7-8).
*** Czyli po pokonaniu jakichś stu kilometrów. Trasą plączącą się między górami, mniej lub bardziej dostosowaną do ruchu kołowego (pokrywającą się ze szlakiem Stewarta),to 817 kilometrów z hakiem. W przypadku autostrady trasa zajęłaby cały dzień, ale tutaj to wyprawa na co najmniej tydzień, w dodatku autem terenowym.
**** Stewart odwołuje się do zapisków założyciela indyjskiej dynastii Wielkich Mogołów – Babura (1483-1530) – którego postrzega jako bystrego i wiarygodnego obserwatora, cenny umysł swoich czasów. Pisze też o dziedzictwie rodu Ghurydów (1011-1215),prawdopodobnie pochodzenia tadżyckiego, który zawojował północne Indie na trzy stulecia przed elokwentnym potomkiem Timura, i pozostawił wiele pięknych, misternych zdobionych budowli, z których dziś pozostały już tylko pojedyncze ściany.
***** Mentalności którą najlepiej oddaje zdanie: „Od dwudziestu pięciu lat staramy się pozbyć cudzoziemców [...] a oni znów wracają” (str. 175). Afganistan: świat bez kobiet; odizolowane doliny, kłopoty z czytaniem, pisaniem i geografią, wszechpotężny Allach, święty Koran, śluby z kuzynkami, plantacje maku, haszysz, zielona herbata, rogacizna, wychudzone osiołki, brunatny pył, rdzawe skały. Ruiny starego i nowego świata, wraki radzieckich transporterów, miny, łuski, niewypały. Stewart stara się dostrzec jednak coś więcej: „[...] przestrzeń między pustyniami a Himalajami, miedzy kulturą perską, helleńską a hinduską, między islamem a buddyzmem, między islamem mistycznym a wojującym. Chciałem zobaczyć miejsce, w którym kultury te się ze sobą łączą lub stykają z resztą świata” (str. 42). Z tego pogranicza w zasadzie nic nie zostało, nie ma przenikania się kultur w takim rozumieniu jak w cytowanym fragmencie, rdzenne dziedzictwo należy do przeszłości. Jest tylko islam. W ramach fuzji światów dostaniemy piosenki z bollywoodzkich musicali odtwarzane na sprzęcie składanym w ChRL, na tle wystrzałów z automatów Kałasznikowa. To trochę przesada, ale z grubsza oddaje główne problemy tej części świata. Niesprzyjające warunki rolnicze, bieda, związana z nią wysoka religijność oraz niechęć do edukacji, brak infrastruktury drogowej, brak fabryk i przemysłu, kiepsko rozwinięty sektor medyczny... Nie sposób pomóc Afganistanowi wbrew jego woli (!). Narzucanie demokracji mija się tam z celem, oni potrzebują króla (szacha czy sułtana) – oświeconego monarchy który będzie trzymał to wszystko twardą ręką, i etapowo zaszczepiał właściwe modele myślenia (z tym że jest to wysiłek który musi być rozłożony na kilka pokoleń). W posłowiu pada sporo rozsądnych myśli, a nieco wcześniej przeczytamy: „Większość decydentów niemal nic nie wiedziała o wsiach, w których mieszkało dziewięćdziesiąt procent ludności Afganistanu. [...] W jakim jednak stopniu ci ludzie [zachodni eksperci] potrafiliby zrozumieć procesy myślowe żony Sajjeda Karabalajego, która przez czterdzieści lat życia nie oddaliła się od domu na więcej niż pięć kilometrów? Albo weterynarza doktora Habibullaha, który nosił broń automatyczną tak, jak oni nosili teczkę? Mieszkańcy wsi, których poznałem, w większości nie potrafili czytać ani pisać, nie mieli dostępu do elektryczności i telewizji, bardzo niewiele wiedzieli o świecie zewnętrznym, prezentowali natomiast bardzo sprecyzowane poglądy na politykę, islam i sprawy etniczne” (str. 300).
•
Rozsądek podpowiada by nie wędrować samotnie, a kiedy można – skorzystać z auta lub wierzchowca. Autor ma jednak swoją koncepcję: tylko pieszo, i tylko o własnych siłach. Ewidentnie lubi spacery. Wytrwale brnie na wschód – przez góry i doliny – do stołecznego Kabulu, choć warunki pogodowe są trudne, zdrowie nie dopisuje, a słynna muzułmańska gościnność zbyt często okazuje się fikcją. Co do tej ostatniej, nie zawsze jest to podyktowane złą wolą. Ludzie których spotyka głodują. Wielu ledwie wiążą koniec z końcem lub wegetuje – nie mają czym się dzielić. Mają za to realne powody by być nieufni. Akcje typu „Ci z sąsiedniej wsi zaczęli, myśmy skończyli”, kłopoty z talibami, sołdatami, siłami koalicji – to ich codzienność. Kilku chce go wręcz okraść lub naciągnąć. Brytyjczyk wędruje pylistymi pustkowiami, pokonuje zaśnieżone przełęcze i śpi w niedogrzanych pomieszczeniach, praktycznie każdego dnia ryzykując życiem*. Brawurowy wyczyn, zwłaszcza dla człowieka z Zachodu, który zwraca na siebie uwagę i wywołuje niezdrowe emocje.
* Autor podróżuje kolejno przez ziemie zamieszkałe przez Tadżyków i Pasztunów (z dominacją tych pierwszych),potem wkracza na tereny zajmowane przez Aimaków, na ziemie Hazarów, a pod koniec na tereny tadżycko-pasztuńskie pod Kabulem.
•
BONUS
Coś podobnego? „Pijani Bogiem” Maxa Cegielskiego z 2007, o Pakistanie z lat 2000-2004. Kraj geograficznie leży po sąsiedzku, na wschód od Afganistanu. Też jest różnorodny etnicznie*, zacofany, i mocno islamski; wyjąwszy wielką rzekę Indus i jej zielone dorzecze – krajobrazy jak w Afganistanie. Książka przeczytana już dawno, ale pozostawiła bardzo dobre wrażenie. Warto po to sięgnąć – tak z uwagi na temat jak i autora. Max Cegielski prowadził autorską audycję pt. Masala, która wędrowała po różnych stacjach (Radiostacja, Radio Jazz, Radio Bis); gadał o Bliskim Wschodzie, Azji Środkowej, Persji i Indiach, prezentując przy tym hity z Bollywood, turecki pop, arabską muzykę ludową, pieśni islamskich ekstremistów czy muzykę suficką**. I o tej ostatniej, oraz samym sufiźmie jest w „Pijanych Bogiem” sporo. Zdradza to zresztą tytuł.
O tym co działo się dekadę wcześniej, tj. przed wyprawą Stewarta, można przeczytać w „Modlitwie o deszcz” (2002). Wprawdzie w książce brakuje dat, ale znajdziemy tam sporo życiorysów lokalnych zabijaków, mułłów, mężów stanu, oraz klimat lat poprzedzających amerykańską inwazję.
* Ciekawostka: Pasztunów jest w Afganistanie jakieś 15 milionów, za to w Pakistanie żyje ich 43 miliony; Tadżyków z poradzieckiego Tadżykistanu jest niemalże 7 milionów, za to w Afganistanie mieszka prawie 10.
** YouTube wystartował w 2005 i dziś znajdziemy tam wszystko. Wtedy, tj. kiedy byłem nastolatkiem, zdobycie muzyki z Azji było wyzwaniem. Sytuacji nie poprawiał fakt, że dosłownie nikt kogo znałem nie był tym zainteresowany. Część wykonawców namierzyłem dzięki Cegielskiemu, część wyszperałem sam, a potem ściągało się to siecią peer-to-peer (P2P),w marnej jakości, ale satysfakcja była ogromna. Dobrze że to były już czasy internetowe.
•
UWAGI (do wydania I z 2014, w tłumaczniu Barbary Gadomskiej): str. 14 – naciągając nieco (wyolbrzymiając?); str. 23 – w 1480 nie było jeszcze Uzbekistanu, także w rozumieniu rejonu geograficznego. Uzbekistan wymyślą dopiero sowieci. Co do urodzin Babura, Wikipedia podaje że urodził się w 1483 (nie w 1480); str. 43 (i wcześniej) – amerykańska panterka (chodzi zapewne o desert camo, tj. kamuflaż pustynny albo...?); str. 64 – w nogę (noga w nogę); str. 70 – Ismail Chan (Izmael? Na Wikipedii jest wersja spolszczona. Nazwy miejscowości podane są w książce wyłącznie w polskiej transkrypcji, część imion również – zatem niekonsekwencja); str. 71 – afgańskiego (skrót myślowy, nie ma języka afgańskiego, autor dobrze o tym wie); str. 141 – „Jednakże” do skasowania; str. 146 – ujrzenie ostatecznej jedności Boga (doświadczenie jedności z Bogiem?); str. 171 – „Młody człowiek pomieszał konopie indyjskie i tytoń do fajki wodnej hadżiego Mohsina” (przemieszał, przygotował porcję?); str. 185 – przednimi (tylnymi?); str. 187/206 – sury maryjnej o Marii (masło maślane); str. 195 – przekrywających (pokrywających?); str. 197 – krowa musiała ją nosić (musiała ją nosić krowa); str. 200 – żydzi (Żydzi – tutaj w znaczeniu Hebrajczycy 2.0); str. 196-200 – powtórzenia informacji podanych wcześniej (!); str. 202 – „Ich [tj. zbrodni] sprawcami nie byli Sowieci [...]” – to oczywiste, autor komunikuje, że te miały miejsce raptem kilka miesięcy wcześniej, a od upadku Związku Radzieckiego minęło wówczas 10 lat (!); str. 221 – „[...] w sfatygowanych turbanach na głowach” – a na czym mają nosić?; str. 224 – Szinia (transkrypcja inna niż na mapce [Sinja]); str. 235 – w szyickich regionach Iranu – Iran jest tak ogólnie krajem szyickim; str. 240/339 – kolejny bazar (a gdzie był poprzedni?); str. 270 – zjedzone mówił/komunikował/krzyczał; str. 338 – „[...] czekoladowy z miętowym nadzieniem baton Kendal Mint Cake [...]” (!); str. 349 – drugie „z nimi” do skasowania.
W książce stale jest mowa o Ghorydach, tj. dynastii Ghurydów (perski غوریان: Ġūriyān; arabski غوريون: Ġūriyūn). W angielskim funkcjonuje zarówno bliższa oryginałowi forma Ghurids jak Ghorids
•
Jaka jest aktualna sytuacja w Afagnistanie? Lato 2021, never ending story:
„Talibowie zajmują kluczowe miasta Afganistanu. Kraj na krawędzi katastrofy humanitarnej
Odkąd ogłoszono, że amerykańskie wojska odejdą z Afganistanu, talibowie rozpoczęli przejmowanie terenów wiejskich i miast. W ostatnim tygodniu wkroczyli do części Heratu, Lashkar Gah i Kandaharu, próbując odbić je z rąk sił rządowych. Na skutek walk zginęło 40 cywilów. Kraj stoi na krawędzi katastrofy humanitarnej.
[...] Według ustaleń BBC fundamentalistyczna milicja islamska przejęła połowę całego terytorium Afganistanu. Teraz talibowie próbują przejąć kluczowe miasta. [...] Sprawują także kontrolę nad lukratywnymi przejściami granicznymi z Iranem i Pakistanem.
[…]
Prezydent Afganistanu Aszraf Ghani powiedział, że »pospieszny« proces pokojowy »nie przyniósł pokoju, a spowodował wątpliwości i niejasności« wśród Afgańczyków. Dodał, że walki, które mają teraz miejsce, są najcięższe od ponad 20 lat”.
źródło:
https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114881,27409803,talibowie-zajeli-kluczowe-miasta-afganistanu-kraj-na-krawedzi.html [04.08.2021]
(2004+2012?)
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to[The Places in Between*]
Pieszo przez centralny Afganistan, raptem kilka miesięcy po zburzeniu WTC**, bezpośrednio po obaleniu talibów. Trudna i ryzykowna wędrówka, której wielu wolałoby uniknąć.
„Mamy środek zimy; na wysokich przełęczach leżą trzy metry śniegu, grasują wilki, poza tym toczy się wojna. Zginie pan, gwarantuję. Chce pan zginąć?” (str. 14).
Na...
#literackamapaświata #Afganistan
Rory Steward wyruszył w pieszą wędrówkę po Afganistanie zimą 2002 roku. Postawił sobie za cel przejście tej samej trasy, jaką szedł pół wieku wcześniej, Babur, potomek Czyngis-chana. Książka Stewarda to typowa powieść podróżnicza, książka drogi, miejscami przetykana zapiskami Babura.
Niestety nie wzbudziła we mnie wiele emocji, nie zaciekawiła, męczyłam się przy lekturze, odbieram ją jako monotonną.
5,5/10
#literackamapaświata #Afganistan
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toRory Steward wyruszył w pieszą wędrówkę po Afganistanie zimą 2002 roku. Postawił sobie za cel przejście tej samej trasy, jaką szedł pół wieku wcześniej, Babur, potomek Czyngis-chana. Książka Stewarda to typowa powieść podróżnicza, książka drogi, miejscami przetykana zapiskami Babura.
Niestety nie wzbudziła we mnie wiele emocji, nie...
Jedna z lepszych książek jaką przeczytałem w ostatnim czasie
Jedna z lepszych książek jaką przeczytałem w ostatnim czasie
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAutor zabiera nas w pełną przygód pieszą podróż po Afganistanie. Rory kilka tygodni po obaleniu Talibów( 2001 r.) postanawia przejść trasę liczącą ponad 500 km, w większości wiodącą przez góry. Jego podróż z Heratu do Kabulu wiedzie śladami założyciela dynastii Wielkich Mogołów, Babura. Stewart podróżując poznaje większość ludów zamieszkujących państwo leżące u stóp Hindukuszu. Ludzie mieszkający w odwiedzanych prze bohatera wioskach w większości są bardzo biedni, ale dzielą się z obcym jedzeniem i zapewniają dach nad głową, nie za bardzo interesuje ich kto jest u władzy, gdyż rząd sprawuje władze tylko w miastach, a na wsiach gdzie mieszka większość Afgańczyków władze sprawują komendanci wiosek, którzy nie podlegają rządowi, chcą żyć według własnych praw, i ich głównym problemem jest zdobycie pożywienia. Każdy z poznanych ludów jest odmienny, łączy ich tylko jedno... niechęć do najeźdźców.
Autor zabiera nas w pełną przygód pieszą podróż po Afganistanie. Rory kilka tygodni po obaleniu Talibów( 2001 r.) postanawia przejść trasę liczącą ponad 500 km, w większości wiodącą przez góry. Jego podróż z Heratu do Kabulu wiedzie śladami założyciela dynastii Wielkich Mogołów, Babura. Stewart podróżując poznaje większość ludów zamieszkujących państwo leżące u stóp...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toRory Stewart to Szkot, który w latach 2000-2002 przewędrował pieszo ponad 9600 kilometrów przez Irak, Afganistan, Pakistan, Indie i Nepal. W książce "Między miejscami" opisuje sam etap przejścia zimą trasą centralną (dużo bardziej niebezpieczną, bo przez góry) z Heratu do Kabulu po śladach Babura (potomka Dżyngis-chana, środkowoazjatyckiego watażki, późniejszego założyciela dynastii Wielkich Mogołów, a więc człowieka, który podbił Indie).
Podróż Rory'ego przez Afganistan zaczyna się w kilka tygodni po obaleniu talibów przez Koalicję i w trakcie wojny z nimi. Czas więc bardzo niespokojny i niebezpieczny dla człowieka, który jest w tym kraju cudzoziemcem, w dodatku Brytyjczykiem (a Afgańczycy pamiętają Armię Indusu z XIX wieku i czują swoistą niechęć wobec Imperium Brytyjskiego, a obecnie Wielkiej Brytanii) i koniecznie chce zimą iść przez centralny masyw górski (czyli w prostej linii) z Heratu do Kabulu PIESZO, zamiast wybrać bardziej sprzyjającą geologicznie i atmosferycznie trasę przez Kandahar (która jest dłuższa). Od samego początku tej relacji czytelnik zastanawia się czy Rory to szaleniec, bo on sam też nie do końca potrafi wyjaśnić swój upór wobec tego przedsięwzięcia.
"We wszystkich krajach, przez które podróżowałem, mówiono mi z dumą, że "my [Irańczycy, Pakistańczycy, Hindusi, Nepalczycy albo Afgańczycy] jesteśmy na całym świecie znani z naszej niezrównanej gościnności i hojności. Dla nas to obowiązek religijny. Każdy od razu zaprosi cię do domu. Będziesz traktowany jak Bóg."
Moje doświadczenia tego nie potwierdzały. Gościnność i hojność stanowiły formalne religijne zobowiązanie. Większość społeczności czy to hinduskich, czy muzułmańskich, wiele mówiła o odpowiedzialności za mosafer (podróżnego) albo mehman (gościa). W praktyce jednak ludzie przyjmowali mnie niechętnie. Było to zrozumiałe: często byli bardzo biedni, wiedli trudne życie i podejrzliwie odnosili się do obcych, bo niewielu ich w życiu spotkali. Ich gościnność często rozczarowywała. Dopiero później zacząłem rozumieć, ile miałem szczęścia, że niemal każdej nocy udawało mi się znaleźć schronienie i dostać trochę chleba."
Dużym atutem tej pozycji jest otwartość i szacunek do odmiennych kultur, w których autor i bohater musiał się odnaleźć. Jest to napisana w sposób obiektywny opowieść o straumatyzowanym społeczeństwie Afganistanu i tym jak zwykli tamtejsi ludzie starają sobie radzić. Rory opisuje również jakim błędem jest coraz większy interwencjonizm i próby tworzenia władzy centralnej w tym kraju przez państwa zachodnie. Problemem bowiem, którego opinia międzynarodowa wydaje się, że nie chce dostrzec, jest fakt iż Afgańczycy to nie jest jednolity etnicznie naród - to wiele różnych plemion, które często prowadzą ze sobą wielowiekowe wojny i nie ufają sobie nawzajem, są zarządzane przez swoich gubernatorów. To jedna wielka misterna sieć zależności, w których jest w stanie połapać się chyba tylko rodowity Afgańczyk.
"Ostatecznie czy ta książka naprawdę jest opisem "przestrzeni bez rządu" i białej plamy na mapie? To prawda, że we wsiach centralnego Afganistanu nie działały policja ani służby cywilne - nie istniały tam zresztą od ponad dwudziestu pięciu lat. Trudno też mówić o czymś, co społeczność międzynarodowa uznałaby za "łańcuch odpowiedzialności finansowej łączącej obywatela z państwem". Moja podróż pokazała jednak, że można było wędrować samotnie i bez broni przez pięćset kilometrów i dotrzeć w najbardziej niedostępne rejony Afganistanu, mimo że wciąż toczyły się walki. W rzeczywistości Afganistan był bardzo precyzyjnie zarządzany - choć może nie w takim sensie, jak chciałaby społeczność międzynarodowa.
Nocowałem i jadłem u szyitów i sunnitów, u Hazarów, Aimaków, Pasztunów i Tadżyków, młodych i starych, wykształconych i analfabetów. Moi gospodarze walczyli, kolaborowali i stawiali opór Rosjanom, talibom i Karzajowi. Finansowały ich różne grupy, czasami równocześnie. Niemal wszyscy wyprawiali się do Iranu lub Pakistanu, by znaleźć tam schronienie albo zgromadzić zapasy i amunicję. Prawie wszyscy stracili w dżihadzie bliskich krewnych. Wszystkich wspierali uzbrojeni zwolennicy, często należący do rodziny. Wszyscy modlili się pięć razy dziennie i wdawali się ze mną w poważne dyskusje o islamie. Wszyscy wyrażali sprzeciw wobec obcej okupacji. Niektórzy przyjmowali w domu członków Al-Kaidy. A jednak pozwalali mi u siebie spać i karmili mnie, noc za nocą; chcieli i potrafili zapewnić mi bezpieczeństwo, i niemal nigdy nie żądali niczego ani ode mnie, ani od organizacji pomocowych."
Ciekawostką jest również fakt, że to właśnie pies, czyli według muzułmanów zwierzę nieczyste, stał się jego prawdziwym i wiernym towarzyszem podróży. Wspaniałe zwierzę, niestety stare, ale też z bardzo starej rasy: sag-e dżangi - pies bojowy, zwłaszcza do walki z wilkami. Dopiero pod opieką Rory'ego zaznał czegoś takiego jak pogłaskanie (muzułmanin jeśli dotknie psa to musi dokonać specjalnych ablucji, żeby się oczyścić),drapanie po brzuchu i opieka.
Autor w bardzo ciekawy i przystępny sposób wprowadza czytelnika w historię Afganistanu (sporo uwagi poświęca tajemniczej cywilizacji Ghorydów),jego obecny stan, a także w to jakie błędy popełniło społeczeństwo międzynarodowe wobec tego kraju. Stosuje prosty, ale miejscami bardzo poetycki język. Całość jest niesamowicie wciągająca.
Polecam waszej uwadze, ponieważ warto odbyć tę podróż z Rorym.
Rory Stewart to Szkot, który w latach 2000-2002 przewędrował pieszo ponad 9600 kilometrów przez Irak, Afganistan, Pakistan, Indie i Nepal. W książce "Między miejscami" opisuje sam etap przejścia zimą trasą centralną (dużo bardziej niebezpieczną, bo przez góry) z Heratu do Kabulu po śladach Babura (potomka Dżyngis-chana, środkowoazjatyckiego watażki, późniejszego założyciela...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to