Zagubiona bazylika. Refleksje o sztuce i wierze

Okładka książki Zagubiona bazylika. Refleksje o sztuce i wierze autora Krystyna Czerni, Jerzy Nowosielski, 9788324021604
Okładka książki Zagubiona bazylika. Refleksje o sztuce i wierze
Jerzy NowosielskiKrystyna Czerni Wydawnictwo: Znak literatura piękna
480 str. 8 godz. 0 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Data wydania:
2013-01-07
Data 1. wyd. pol.:
2013-01-07
Liczba stron:
480
Czas czytania
8 godz. 0 min.
Język:
polski
ISBN:
978-83-240-2160-4
Średnia ocen

8,5 8,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Zagubiona bazylika. Refleksje o sztuce i wierze w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Zagubiona bazylika. Refleksje o sztuce i wierze

Średnia ocen
8,5 / 10
10 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Zagubiona bazylika. Refleksje o sztuce i wierze

Poznaj innych czytelników

66 użytkowników ma tytuł Zagubiona bazylika. Refleksje o sztuce i wierze na półkach głównych
  • 52
  • 14
16 użytkowników ma tytuł Zagubiona bazylika. Refleksje o sztuce i wierze na półkach dodatkowych
  • 7
  • 3
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Zagubiona bazylika. Refleksje o sztuce i wierze

Inne książki autora

Krystyna Czerni
Krystyna Czerni
Krytyk i historyk sztuki, pracownik Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego, współpracownik „Tygodnika Powszechnego” i Telewizji Kraków, autorka zeszytów o polskich artystach w międzynarodowej serii „Wielcy Malarze”. W 2008 roku została odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, a w 2009 otrzymała Nagrodę Specjalną Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Przezroczystość Marek Bieńczyk
Przezroczystość
Marek Bieńczyk
Marek Bieńczyk twierdzi, że o przeźroczystości napisać chciał od dawna, choćby kilka stron. Zawsze pociągały go panoramiczne szyby w restauracjach, rozświetlone witryny sklepów, szklane kule i akwaria. Z tej fascynacji zrodziło się ostatecznie kilkanaście esejów, których wznowienie właśnie otrzymujemy do rąk, na dodatek – co warto podkreślić – w nieszablonowej szacie graficznej. W „Przezroczystości” Bieńczyk po raz kolejny dowodzi swojej erudycji i umiejętności opisywania rzeczy ulotnych. Przywołuje absolutną przejrzystość w ujęciu Jana Jakuba Rousseau, przygląda się światłu na obrazach Edwarda Hoppera i utopijnej szklanej architekturze według Paula Scheerbarta. Idąc tropem szklarni i kryształowych pałaców, dociera do motywu przejrzystości w literaturze (m.in. u Kundery, Calvino, Nabokova) oraz transparentności w polityce. Zahacza też o zdarzenia z życia prywatnego, w którym często towarzyszy mu Olga i naturalnie – przeźroczystość. Tak szerokie spojrzenie autora na temat robi duże wrażenie, a niezwykła swoboda w łączeniu czasem odległych zagadnień budzi niekłamany podziw. Ba! W swoich rozważaniach Bieńczyk ociera się niekiedy nawet o poezję: [...] Dlaczego przezroczystość, przejrzystość, transparence, transparencia! Może to światło przyszło jeszcze z innej strony? Bo chyba to przede wszystkim: czyż to nie ona była pierwszym zapamiętanym obrazem życia, ikoną bądź krzyżem na drogę? Pierwszy obraz: pusty, poranny, jasny pokój z ogromną plamą słońca, żółtym kwadratem na ścianie. Powietrze tak rozświetlone, z rozedrganymi drobinami pyłu, tak w tym świetle czyste i pełne, że zdawało się mieć odsłonięte wnętrze; przez swą odkrytą powierzchnię przepuszczać wzrok ku jeszcze głębszej czystości. Drzemała więc przez długie lata, niekiedy podsyłała skrycie pragnienie samotności, ciszy, nieobecności, była wizualną projekcją życia, jego nieodkopaną protoewangelią, aż wreszcie wybuchła w pełni swej nazwy, przezroczystość, transparence, transparencia, jako motyw, prawda i iluzja, jako hobby egzystencji, uchwytna poręcz, o którą można oprzeć własne istnienie, a nawet próbować wsypać je w tekst. [s. 25] Lektura nieco wymagająca, ale zdecydowanie warta uwagi. http://czytankianki.blogspot.com/2015/09/przezroczyste.html
czytankianki - awatar czytankianki
ocenił na610 lat temu
Campo Santo W.G. Sebald
Campo Santo
W.G. Sebald
Jak cudownie zanurzyć się znów w zrównoważone piękno klasycznej prozy Sebalda, przypominającej płynącą swobodnie wodę, muskaną przenikliwym słonecznym odblaskiem w miejscach, gdzie frazy są szczególnie wyraziste. Ten rodzaj ornamentacyjnej, melancholijnej gawędy działa niezmiernie kojąco i w codziennej gonitwie uświadamia nam prawdę najpierwszą, otóż wszystko i tak toczy się własnym, odwiecznym rytmem, następuje, by przeminąć. Warto więc przyglądać się światu z uwagą, bez pośpiechu i rejestrować w pamięci ulotne chwile, by mieć później z czego czerpać. „Campo Santo” jest naszym pożegnaniem z Sebaldem, zawiera niedokończoną prozę o Korsyce, a także rozmaite, luźne, niepublikowane wcześniej eseje o pisarzach, pisaniu, kondycji literatury niemieckiej w różnym, a zwłaszcza tuż powojennym okresie oraz o jej powinnościach, którym nie do końca sprostała. Jest też klimat okołoliteracki, a więc filmowy, muzyczny, teatralny, a wszystko można nazwać swego rodzaju podróżą wzdłuż twórczej drogi Sebalda, co przynosi fascynujący obraz rozwoju jego talentu, warsztatu i zainteresowań. Pozwala dostrzec powtarzalność określonych motywów i zyskiwanie coraz większej swobody kontaktu z czytelnikiem, otwieranie się na odbiorcę, zrywanie z poprawnością i dokładnym szkieletem opowieści, który się obudowuje, na rzecz rozmowy, ciągu myśli, ofiarowywanych nam z pełną ufnością w naszą próbę ich zrozumienia. Smutno, że to już koniec sebaldowej drogi, nic nowego nie powstanie, a tematów znalazłoby się multum, jednak musi wystarczyć nam to, co stoi już równym, wielokolorowym rządkiem serii Ossolineum na domowej półce. Pocieszeniem jest fakt, że proza Sebalda, za każdym do niej powrotem, wnosi coś nowego, rezonuje świeżym rytmem i sprawia stale wielką czytelniczą satysfakcję. Korsyka, wyspa zieleni i Napoleona. Mnie także zachwyciła. Prawdopodobnie przemierzałam te same uliczki, co Sebald w Ajaccio, spoglądałam na to samo morze, do którego schodziły ze swej wysokości porośnięte makią skały. Proza Sebalda jest intertekstualną ucztą, zawsze oferuje nam dużo więcej niż obiecuje tytuł, łączy historię i literaturę, sztukę i politykę, przeszłość i teraźniejszość. Sebald zwraca baczną uwagę na krajobraz, na wątki historyczne i legendy, stawia je na równi z człowiekiem, przechodniem w czasie, zostawiającym ślad na jego nieskończonej osi. Wrażenie robi świadomość, że prawdopodobnie światło tak samo sączyło się przez szpary okiennic na dębowe klepki posadzki gabinetu, gdy stąpał po niej gościnnie Flaubert, a nawet i wówczas gdy odbijała echo zdecydowanych kroków samego Napoleona. To uczucie działa niczym łyk szampana i powoduje podobny zawrót głowy. Płynny spokój sebaldowej narracji pięknie tę setletnią ciągłość podkreśla. Sale muzealne stanowią przechowalnię statycznego zbioru artefaktów epoki, jednak dopiero słowo, tak sugestywnie nostalgiczne i wypełnione treścią, jak u Sebalda, jest w stanie przydać im atrybutu życia i sprawić, by do nas przemówiły. Dokąd by nie podróżował, czego by akurat nie podziwiały jego bystre oczy, Sebald zawsze odnajdzie i pochwyci nici prowadzące w głąb własnego dzieciństwa, sięgnie do starannie przechowywanych albumów, by wyciągnąć zdjęcie dziadka czy pociotka. I nie poprzestanie na tej operacji, a przeciągnie owe nici dalej, chociażby w stronę objaśniających w całej rozciągłości omawiane zagadnienie antropologicznych refleksji Levi-Straussa, i nadając mu wymiar już uniwersalny, wpisze całość w ramy obrazu angielskiego czy francuskiego pejzażysty albo naniesie na papier nutowy w formie sonaty. Toteż nie dziwimy się obecności kafkowskich klimatów na korsykańskim wybrzeżu, czy przypowieści o świętym Julianie przy okazji łowieckich peregrynacji. I choć może nam się zdawać, że w tak pojemną i różnorodną treść esejów łatwo może wkraść się element chaosu i przypadkowości, nic bardziej błędnego. Wielkość Sebalda wyznacza między innymi jego niezaprzeczalny talent bezbłędnego panowania nad strukturą i zawartością literackiego dzieła. Niewątpliwie proza Sebalda jest nad wyraz refleksyjna, stąd też jedna sekwencja myśli wywołuje kolejną, odbywa się to bardzo harmonijnie, bez pośpiechu, z naciskiem na detale i atmosferę opisywanego miejsca. Autor zdaje sobie sprawę z upływania czasu i związanych z tym procesem zmian, nie zawsze korzystnych, wymuszających przewartościowanie naszych wzajemnych relacji, na których pielęgnowanie brakuje czasu, ale też naszych związków z naturą, tak przecież ważnych, o mocy oczyszczającej, energetyzującej i po prostu życiodajnej. „Ale cóż możemy z góry wiedzieć o przebiegu historii, która rozwija się wedle jakiegoś niedostępnego żadnej logice prawa i nieraz w decydującym momencie zmienia kierunek pod wpływem błahostek bez znaczenia, jak ledwo wyczuwalny podmuch powietrza, opadający na ziemię liść albo spojrzenie sprzęgające dwie pary oczu poprzez ludzką ciżbę”. Owa nieprzewidywalność z jednej strony cieszy, gdyż niesie ekscytację niewiadomym, z drugiej niepokoi, chciałoby się bowiem mieć większy wpływ na przebieg zdarzeń. Zapewne nie tylko mnie zdarza się podczas lektury Sebalda popaść w zamyślenie, odpłynąć gdzieś lata wstecz, czy przywołać osoby, których już nie ma, albo lektury mogące wejść w żywy dialog z sebaldowym tekstem czy miejsca o podobnym emocjonalnym natężeniu, co przezeń opisywane. Nie jest to zdecydowanie lektura dla wielbicieli szybkiej akcji, choć u Sebalda, pod powłoką stagnacji i melancholii, przetacza się przecież szmat historii. Eseje, nazwijmy je okołoliterackimi, też wykraczają daleko poza nasze przewidywania. Sebald zaczyna od konkretnego punktu, jakim jest choćby sztuka Petera Handke o Kasparze Hausserze, by potem zataczać kręgi, coraz szersze, rozchodzące się w różnych kierunkach od pierwotnego zagadnienia, wspinające się na coraz wyższy poziom ogólności, by nagle znów uchwycić się kolejnej myśli, szczegółu i rozpocząć od początku podróż ku abstrakcji, idei. „Czyż bowiem rzeczy nie mają imion tylko po to, by można je było lepiej uchwycić, zupełnie tak, jak gdyby białe plamy w atlasie rzeczywistości, jaki sobie sporządziliśmy, musiały zniknąć tylko dlatego, by kolonialne imperium ducha poszerzyło swoje rozmiary”. A co, gdy już uchwycimy mocno te rzeczy, tych ludzi, gdy ich już nazwiemy, czy wtedy nie zechcemy ich zmienić, podporządkować sobie, zniewolić? Kwestia przemocy, jej cywilizacyjnych konotacji, wysublimowania, a także odpowiedzialności za nią, w kontekście stale nawracającego u Sebalda zagadnienia winy za niemieckie zbrodnie wojenne, jest w jego esejach i całej prozie leitmotivem z miejsca rozpoznawalnym i włączonym w szerokie spektrum upływu czasu i dziejów – „wywodzimy się z baśni i znowu staniemy się baśnią”. Sebald z demonicznym upodobaniem przygląda się drodze od historii naturalnej do współczesnej cywilizacji, prorokując jej relację zwrotną, która pomału już się dzieje, i trudno nie przyznać mu racji. Analizuje nasze człowieczeństwo, przeradzające się w odczłowieczenie, zaś obok samej definicji i rozmaitych jej wariantów podnosi kwestię dla twórcy podstawową: jak o tym pisać, by nie popaść w banał, w moralizatorstwo ani tym bardziej w afektację. To bardzo ważne zagadnienie, ściśle łączące się z problemem niemieckiego społeczeństwa, a także niemieckiej powojennej literatury. Mam tutaj na myśli kwestię poczucia winy, a tym samym przejścia Niemców z pozycji ofiary na pozycję zbrodniarza, odwagi stanięcia w prawdzie wobec niewielkiej różnicy dzielącej, jak pisze Sebald, bierny opór od biernego przyzwolenia. Przy okazji można sobie wynotować nazwiska mało znanych lub w ogóle w polskiej przestrzeni nieobecnych niemieckich pisarzy, którzy z determinacją i świadomością ryzyka odrzucenia podjęli temat retrospektywy wojennego czasu i jego rozliczenia. Każdy z nich podchodził do tego inaczej, mieli bowiem całkiem odmienne życiowe doświadczenia, nie chowali jednak głowy w piasek w nadziei wzruszenia skamieniałych złóż społecznej niepamięci. Bliskie są Sebaldowi tęsknoty człowieka oderwanego od swojego pierwotnego umocowania, od ziemi, od języka, od krajobrazu. Śledzi te wątki w innych biografiach, poszukując paraleli, przyglądając się chociażby zapiskom Nabokova, i odnotowując „czego zostaje pozbawiony człowiek na wygnaniu: otóż nie na ostatku, obok życiowych dóbr, także pewności realnego istnienia własnej osoby”. Nie da się nie rozważać powyższego w kontekście podróży, będących rodzajem poszukiwania, o jakich czytamy nie tylko u Sebalda, ale też na przykład u Sandora Maraiego, Czesława Miłosza czy Josepha Rotha, w dość melancholijnym, na wpół konfesyjnym tonie zwierzenia. „Nabokov jednakże, lepiej niż większość jego kolegów po piórze, wiedział też, że tęsknota za zniesieniem czasu może się ziścić tylko w najdokładniejszym przywołaniu od dawna zapomnianych rzeczy”. Sebald uwewnętrznił tę prawdę zupełnie od Nabokova niezależnie, prawdopodobnie nawet bez udziału woli, a za sprawą intuicji i potrzeby serca. Literaturze przydaje Sebald funkcję zarówno sumienia, jak sędziego, archiwisty i strażnika historii. To moralny obowiązek, od którego uchylenie się skutkuje fałszem i imitacją, zamiast esencji dostajemy erzac, w miejsce szczerości – zakłopotany wybieg, który nigdy nie spełni wymogu autentyku. I jak na ironię, ten literacki surogat także zostanie w końcu rozliczony i wystawi mu się rachunek, tak jak to miało miejsce w przypadku powojennej literatury niemieckiej. Kto dzisiaj jeszcze pisze jak Sebald! To już klasyka. Z całym przynależnym jej pietyzmem i poszanowaniem dla form oraz struktur języka, wyważeniem i szlachetnością, tęsknotą za przeszłością, którą zawsze trzyma się tuż obok dnia dzisiejszego, by móc w każdej chwili doń sięgnąć. Szkice odnoszące się do samej literatury, cenne poznawczo, zwykle trącające też osobiste struny, są cudownie zwarte i pomimo złożoności poruszanych zagadnień, w pełni zrozumiałe, pozbawione akademickiej sztywności i hermetyczności. Jednak zawsze największe wrażenie wywierają na mnie teksty Sebalda związane z jego postrzeganiem ludzi i miejsc, oswajaniem pejzażu i jego zmienności, jakby w odpowiedzi na emocje budzące się właśnie w bohaterach czy narratorze. Może też jest odwrotnie, i to stan uczuciowy bohaterów wpływa na ich odbiór zewnętrzności. Dlatego też moimi ulubionymi z „Campo Santo” pozostaną kolaże korsykańskie, poprzetykane zielenią sosen i przeniknięte duchami krążącymi wokół tej śródziemnomorskiej wyspy. Za egzemplarz dziękuję: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na93 miesiące temu
Przygody Pędrka Wyrzutka Stefan Themerson
Przygody Pędrka Wyrzutka
Stefan Themerson
Kolejna urocza filozoficzno-surrealistyczna przypowiastka Stefana Themersona (z lat 50.),która w żaden sposób się nie zestarzała, bo uniwersalnych kwestii dotyczy, w tym tożsamości, odbioru jednostki przez społeczeństwo, postawionej w obliczu Władzy, problemu 'opór czy przystosowanie' wobec wymogów społecznych. Według mnie nie jest to raczej lektura dla dzieci, choć można im czytać - by wiedziały, jakie mechanizmy je czekają wraz z dorosłością. Choć nie: wróć – bzdurę napisałem. Właśnie najmłodsi nie tylko powinni, ale muszą czytać tę książkę - nauczą się z niej tego, czego nauczał Karl Popper – kwestionowania każdej prawdy głęboko utrwalonej, a zwłaszcza uświęconej. I być może czegoś jeszcze ważniejszego: stawiania nieoczywistych, choćby nawet niemądrych w oczach innych, pytań zadawanych w poszukiwaniu prawdy. I zrozumienia dla Inności. Bo najważniejsza jest tu kwestia tożsamości, a - nomen omen - Pędrek Wyrzutek ma ją co najmniej niejednoznaczną. „Ludzie, ilekroć ich spotykam na drodze, zawsze myślą, że we mnie jest coś psiego; psy myślą, że we mnie jest coś człowieczego; ryby piły myślą, że we mnie jest coś słowiczego; a koty myślą, że we mnie jest coś z ryby, i pewien kot rzucił się na mnie niedawno i chciał mnie zjeść, i muszę przyznać, że mam tego dosyć i chciałbym wiedzieć, co ja jestem”. Pytanie ‘kim jestem’ - jak i inne, uznawane przez rozmówców za idiotyczne - nasz bohater zadaje po wielokroć. Słyszy np., że jest w jednej czwartej rybą, w jednej czwartej psem, w jednej czwartej kotem i - tylko - w jednej czwartej człowiekiem. A jego tożsamość zawsze definiuje ten, kto go w danym momencie określa, najczęściej z pozycji Władzy, Siły, Autorytetu…. Oczywiście pytania Pędrka głupie bynajmniej nie są, ba – bywają wręcz prorocze, jak np. to: „Jeśli stolarz to taki pan, co robi stoły, to pan, co robi lustra, nazywa się pewnie lustrzarz, choć - z drugiej znów strony – pisarz to nie taki pan, co robi pisy, a taki co pisze”. Jak to się stało, że tak wybitny Autor jest tak kompletnie nieznany szerszemu kręgowi odbiorców – tylko dlatego że po II wojnie był emigrantem w Londynie, skoro w Peerelii był wydawany? Owszem - wiele wymaga od czytelnika, zgoda – lekko to już niedzisiejszy styl, ale cóż tu za błyskotliwa inteligencja, zaskakujące skojarzenia i fascynujące paradoksy. Ale jak to się stało, co ktoś słusznie uznał za skandal, że Pędrka Wyrzutka nie objęła taka sława, jak Małego Księcia czy Alicji z Krainy Czarów… Już wcześniej przeczytałem arcydzieło Autora [bookLink]171741|Wykład profesora Mmaa[bookLink] - wspaniale ironiczny obraz ludzkości – przewrotnie przedstawionej jako społeczność termitów, choć ślepych, to dorównujących nam poziomem nauki i kultury, ale także niestety i polityki. To wprawdzie dziełko nie aż tak wysokich lotów, ale satysfakcja czytelnicza wręcz murowana. Wartością dodaną są fantastyczne ilustracje wykonane przez żonę autora, Franciszkę. Kilka najlepszych wyimków… „- Ja lubię poezję. Ale wykładam o elektryczności. - Ale dlaczego - rzekł Pędrek Wyrzutek - jeżeli wolno mi zapytać, dlaczego nie wykłada pan poezji, jeżeli ją pan lubi? - To proste - odpowiedział Wielbłąd. - Widzisz, za wykłady o poezji płacą tu nierozłupanymi orzechami. A ja nie mogę jeść nierozłupanych orzechów. Natomiast za wykłady o elektryczności płacą trawą. A ja lubię trawę. Zatem wykładam o elektryczności. - Och! A czy mógłby mi Pan Profesor powiedzieć, za co tu płacą chlebem i masłem, i mlekiem ? - Oczywiście! Chlebem tu płacą za kopanie dołków w ziemi, masłem płacą za wyrównywanie ziemi, a mlekiem płacą za odnoszenie szpadli i łopat do szopy. - Bardzo panu dziękuję, Panie Profesorze - rzekł Pędrek Wyrzutek i pożegnał się z Wielbłądem”. „Kiedy już był na ulicy, poprosił o szpadel i łopatę. Szpadlem wykopał dołek na środku jezdni i dostał za to bochenek chleba. Łopatą wsypał ziemię z powrotem do dołka, przyklepał i dostał za to kawałek masła. A potem zaniósł szpadel i łopatę z powrotem do szopy i dostał za to butelkę mleka. Poszedł do parku, usiadł na ławce i jadł swój chleb z masłem i popijał mlekiem”. „Jeżeli twój wiersz będzie miał powodzenie, to ludzie powiedzą, że jesteś człowiek, psy powiedzą, że jesteś pies, ryby powiedzą, że jesteś ryba, a koty powiedzą, że jesteś kot. Jeżeli zaś nie będzie miał powodzenia, to ludzie powiedzą, że jesteś pies, psy powiedzą, że jesteś ryba, ryby powiedzą, że jesteś kot, a koty powiedzą, że jesteś wielbłąd”. „- Ale przecież tu nie ma żadnej granicy – powiedział Pędrek Wyrzutek. – Granice są zwykle pomiędzy dwiema różnymi rzeczami. A tu jest tylko jedna rzecz: polana tutaj i polana tam! - Mylisz się – powiedział Karabinier. – To są dwie bardzo różne rzeczy. Tu jest tam, gdzie jesteś, a tam jest tam, gdzie chcesz być. A ja jestem granicą”. „Gdyby go nie było, gdyby, jak mówisz, nie istniał, to byśmy nic o nim nie wiedzieli, a gdybyśmy nic o nim nie wiedzieli, to byśmy także nie mogli wiedzieć, że jest, jak mówisz, fikcyjny; więc jeżeli on jest, tak jak mówisz, fikcyjny, to znaczy, że jest, że istnieje”. „Tu wszyscy mają uczciwe głowy trójkątne (…) Na kapelusze żadnych form tu nie mamy. Jedyne formy, jakie mamy, to są formy na głowy, takie formy, w których możemy każdą okrągłą głowę przefasonować i wyprasować tak, żeby do trójkątnego kapelusza pasowała”. „- Ostrzegam jednak, że jeżeli kawaler sobie nie życzy, żeby mu głowę przefasonować na trójkątno… - Stanowczo sobie nie życzę – potwierdził Pędrek Wyrzutek. - W takim razie musi kawaler się wynieść z naszego miasta – rzekł Subiekt”. „- Drogi premierze – odrzekł Archilides. – Nie, o ile wiem, oskarżony rzeczy nowej nie wynalazł żadnej. Przestępstwo jego polega na tym, że on sam jest, że on sam śmie być rzeczą nową, sam w sobie, w swej własnej osobie. Za czym, powołując się na ustawę o obowiązku niszczenia nieupoważnionych rzeczy nowych, stawiam wniosek, aby osobę oskarżonego zniszczyć, zgładzić, zburzyć, zniweczyć”. „Obaj Naukowcy wydawali głośne okrzyki, to znaczy jeden Naukowiec wydawał głośne okrzyki i drugi Naukowiec wydawał głośne okrzyki, to znaczy Pierwszy Naukowiec okrzykami swoimi starał się zagłuszyć okrzyki Drugiego Naukowca, podczas gdy Drugi Naukowiec okrzykami swoimi starał się zagłuszyć okrzyki Pierwszego Naukowca”. „- Dlaczego pan nie chce? - Bo mi wolno nie chcieć, jeżeli nie chcę. Oto dlaczego. - Ale przecież wolno panu chcieć, jeżeli pan chce - powiedział Pędrek Wyrzutek. - Tak – odpowiedział lustrzarz. – Ale ja nie chcę chcieć”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na81 rok temu
Życie to podróż, to ocean. Z Julią Hartwig rozmawia Artur Cieślar Julia Hartwig
Życie to podróż, to ocean. Z Julią Hartwig rozmawia Artur Cieślar
Julia Hartwig Artur Cieślar
„To przemieszczanie się w młodości wymuszała dramatyczna historia - na przykład II wojna światowa. Wyjazd do Francji był już moim wyborem. A podróż do Ameryki była o tyle sporym wyzwaniem, że jako Europejka obawiałam się, że nie odnajdę się w tamtej kulturze, że pozostanie mi obca, wręcz niezrozumiała. Odczuwałam już wtedy przywiązanie do określonych krajów, kultur i ludzi- przed wyjazdem do Ameryki też trochę podróżowałam”. (s.53.) „Życie to podróż, to ocean” z Julią Hartiwg rozmawia Artur Cieślar. Zysk i S- ka Wydawnictwo, Poznań 2014. Julia Hartwig – poetka, w rozmowie z Arturem Cieślarem, opowiada o swoim życiu, rodzinie, miastach, miejscach, ludziach, obrazach, artystach…, by móc stwierdzić, że życie jest podróżą. Konstatuje także, że: ŻYCIE NIGDY NIE MUSI BYĆ BANALNE. STAROŚĆ TO BOGATY OKRES DLA LUDZI TWÓRCZYCH. SAMOTNOŚĆ W PODRÓŻY JEST POŻĄDANYM STANEM. Z obrazów, które zrobiły na poetce niezwykłe wrażenie wymienia Velazqueza „Panny dworskie” z 1656r. (Muzeum Prado w Madrycie). Jak stwierdzi: „Mamy tu do czynienia z czymś, co w malarstwie rzadko się zdarza: malarz maluje i siebie i świat, którego jest świadkiem. To tak, jakby spotkały się ze sobą dwie całkiem różne rzeczywistości. Proszę spojrzeć na tę ciemną postać, to jest ten malarz, stoi sobie dostojnie. A w drzwiach widzimy głowy króla i królowej. Ten obraz jest naprawdę tajemniczy, …” ( s.91). Rozmowę z J. Hartwig należy czytać niespiesznie, powoli, z przerwami na refleksje nie tylko o życiu. Tekst inspirujący. Nie brakuje też miejsca na poezję: „Zrób sobie trochę więcej miejsca. Ludzkie zwierzę. Trochę więcej miejsca, dumo i godności człowiecza. Pisarz czeski Hrabal powiedział: "tyle mam wolności, ile jej sobie wezmę.” ( „Mówiąc nie tylko do siebie”) 10/10
zoe - awatar zoe
ocenił na101 rok temu

Cytaty z książki Zagubiona bazylika. Refleksje o sztuce i wierze

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Zagubiona bazylika. Refleksje o sztuce i wierze