W.G. Sebald
Jak cudownie zanurzyć się znów w zrównoważone piękno klasycznej prozy Sebalda, przypominającej płynącą swobodnie wodę, muskaną przenikliwym słonecznym odblaskiem w miejscach, gdzie frazy są szczególnie wyraziste. Ten rodzaj ornamentacyjnej, melancholijnej gawędy działa niezmiernie kojąco i w codziennej gonitwie uświadamia nam prawdę najpierwszą, otóż wszystko i tak toczy się własnym, odwiecznym rytmem, następuje, by przeminąć. Warto więc przyglądać się światu z uwagą, bez pośpiechu i rejestrować w pamięci ulotne chwile, by mieć później z czego czerpać.
„Campo Santo” jest naszym pożegnaniem z Sebaldem, zawiera niedokończoną prozę o Korsyce, a także rozmaite, luźne, niepublikowane wcześniej eseje o pisarzach, pisaniu, kondycji literatury niemieckiej w różnym, a zwłaszcza tuż powojennym okresie oraz o jej powinnościach, którym nie do końca sprostała. Jest też klimat okołoliteracki, a więc filmowy, muzyczny, teatralny, a wszystko można nazwać swego rodzaju podróżą wzdłuż twórczej drogi Sebalda, co przynosi fascynujący obraz rozwoju jego talentu, warsztatu i zainteresowań. Pozwala dostrzec powtarzalność określonych motywów i zyskiwanie coraz większej swobody kontaktu z czytelnikiem, otwieranie się na odbiorcę, zrywanie z poprawnością i dokładnym szkieletem opowieści, który się obudowuje, na rzecz rozmowy, ciągu myśli, ofiarowywanych nam z pełną ufnością w naszą próbę ich zrozumienia.
Smutno, że to już koniec sebaldowej drogi, nic nowego nie powstanie, a tematów znalazłoby się multum, jednak musi wystarczyć nam to, co stoi już równym, wielokolorowym rządkiem serii Ossolineum na domowej półce. Pocieszeniem jest fakt, że proza Sebalda, za każdym do niej powrotem, wnosi coś nowego, rezonuje świeżym rytmem i sprawia stale wielką czytelniczą satysfakcję.
Korsyka, wyspa zieleni i Napoleona. Mnie także zachwyciła. Prawdopodobnie przemierzałam te same uliczki, co Sebald w Ajaccio, spoglądałam na to samo morze, do którego schodziły ze swej wysokości porośnięte makią skały.
Proza Sebalda jest intertekstualną ucztą, zawsze oferuje nam dużo więcej niż obiecuje tytuł, łączy historię i literaturę, sztukę i politykę, przeszłość i teraźniejszość. Sebald zwraca baczną uwagę na krajobraz, na wątki historyczne i legendy, stawia je na równi z człowiekiem, przechodniem w czasie, zostawiającym ślad na jego nieskończonej osi. Wrażenie robi świadomość, że prawdopodobnie światło tak samo sączyło się przez szpary okiennic na dębowe klepki posadzki gabinetu, gdy stąpał po niej gościnnie Flaubert, a nawet i wówczas gdy odbijała echo zdecydowanych kroków samego Napoleona. To uczucie działa niczym łyk szampana i powoduje podobny zawrót głowy. Płynny spokój sebaldowej narracji pięknie tę setletnią ciągłość podkreśla. Sale muzealne stanowią przechowalnię statycznego zbioru artefaktów epoki, jednak dopiero słowo, tak sugestywnie nostalgiczne i wypełnione treścią, jak u Sebalda, jest w stanie przydać im atrybutu życia i sprawić, by do nas przemówiły.
Dokąd by nie podróżował, czego by akurat nie podziwiały jego bystre oczy, Sebald zawsze odnajdzie i pochwyci nici prowadzące w głąb własnego dzieciństwa, sięgnie do starannie przechowywanych albumów, by wyciągnąć zdjęcie dziadka czy pociotka. I nie poprzestanie na tej operacji, a przeciągnie owe nici dalej, chociażby w stronę objaśniających w całej rozciągłości omawiane zagadnienie antropologicznych refleksji Levi-Straussa, i nadając mu wymiar już uniwersalny, wpisze całość w ramy obrazu angielskiego czy francuskiego pejzażysty albo naniesie na papier nutowy w formie sonaty. Toteż nie dziwimy się obecności kafkowskich klimatów na korsykańskim wybrzeżu, czy przypowieści o świętym Julianie przy okazji łowieckich peregrynacji. I choć może nam się zdawać, że w tak pojemną i różnorodną treść esejów łatwo może wkraść się element chaosu i przypadkowości, nic bardziej błędnego. Wielkość Sebalda wyznacza między innymi jego niezaprzeczalny talent bezbłędnego panowania nad strukturą i zawartością literackiego dzieła.
Niewątpliwie proza Sebalda jest nad wyraz refleksyjna, stąd też jedna sekwencja myśli wywołuje kolejną, odbywa się to bardzo harmonijnie, bez pośpiechu, z naciskiem na detale i atmosferę opisywanego miejsca. Autor zdaje sobie sprawę z upływania czasu i związanych z tym procesem zmian, nie zawsze korzystnych, wymuszających przewartościowanie naszych wzajemnych relacji, na których pielęgnowanie brakuje czasu, ale też naszych związków z naturą, tak przecież ważnych, o mocy oczyszczającej, energetyzującej i po prostu życiodajnej.
„Ale cóż możemy z góry wiedzieć o przebiegu historii, która rozwija się wedle jakiegoś niedostępnego żadnej logice prawa i nieraz w decydującym momencie zmienia kierunek pod wpływem błahostek bez znaczenia, jak ledwo wyczuwalny podmuch powietrza, opadający na ziemię liść albo spojrzenie sprzęgające dwie pary oczu poprzez ludzką ciżbę”.
Owa nieprzewidywalność z jednej strony cieszy, gdyż niesie ekscytację niewiadomym, z drugiej niepokoi, chciałoby się bowiem mieć większy wpływ na przebieg zdarzeń. Zapewne nie tylko mnie zdarza się podczas lektury Sebalda popaść w zamyślenie, odpłynąć gdzieś lata wstecz, czy przywołać osoby, których już nie ma, albo lektury mogące wejść w żywy dialog z sebaldowym tekstem czy miejsca o podobnym emocjonalnym natężeniu, co przezeń opisywane. Nie jest to zdecydowanie lektura dla wielbicieli szybkiej akcji, choć u Sebalda, pod powłoką stagnacji i melancholii, przetacza się przecież szmat historii.
Eseje, nazwijmy je okołoliterackimi, też wykraczają daleko poza nasze przewidywania. Sebald zaczyna od konkretnego punktu, jakim jest choćby sztuka Petera Handke o Kasparze Hausserze, by potem zataczać kręgi, coraz szersze, rozchodzące się w różnych kierunkach od pierwotnego zagadnienia, wspinające się na coraz wyższy poziom ogólności, by nagle znów uchwycić się kolejnej myśli, szczegółu i rozpocząć od początku podróż ku abstrakcji, idei.
„Czyż bowiem rzeczy nie mają imion tylko po to, by można je było lepiej uchwycić, zupełnie tak, jak gdyby białe plamy w atlasie rzeczywistości, jaki sobie sporządziliśmy, musiały zniknąć tylko dlatego, by kolonialne imperium ducha poszerzyło swoje rozmiary”. A co, gdy już uchwycimy mocno te rzeczy, tych ludzi, gdy ich już nazwiemy, czy wtedy nie zechcemy ich zmienić, podporządkować sobie, zniewolić? Kwestia przemocy, jej cywilizacyjnych konotacji, wysublimowania, a także odpowiedzialności za nią, w kontekście stale nawracającego u Sebalda zagadnienia winy za niemieckie zbrodnie wojenne, jest w jego esejach i całej prozie leitmotivem z miejsca rozpoznawalnym i włączonym w szerokie spektrum upływu czasu i dziejów – „wywodzimy się z baśni i znowu staniemy się baśnią”. Sebald z demonicznym upodobaniem przygląda się drodze od historii naturalnej do współczesnej cywilizacji, prorokując jej relację zwrotną, która pomału już się dzieje, i trudno nie przyznać mu racji. Analizuje nasze człowieczeństwo, przeradzające się w odczłowieczenie, zaś obok samej definicji i rozmaitych jej wariantów podnosi kwestię dla twórcy podstawową: jak o tym pisać, by nie popaść w banał, w moralizatorstwo ani tym bardziej w afektację. To bardzo ważne zagadnienie, ściśle łączące się z problemem niemieckiego społeczeństwa, a także niemieckiej powojennej literatury. Mam tutaj na myśli kwestię poczucia winy, a tym samym przejścia Niemców z pozycji ofiary na pozycję zbrodniarza, odwagi stanięcia w prawdzie wobec niewielkiej różnicy dzielącej, jak pisze Sebald, bierny opór od biernego przyzwolenia. Przy okazji można sobie wynotować nazwiska mało znanych lub w ogóle w polskiej przestrzeni nieobecnych niemieckich pisarzy, którzy z determinacją i świadomością ryzyka odrzucenia podjęli temat retrospektywy wojennego czasu i jego rozliczenia. Każdy z nich podchodził do tego inaczej, mieli bowiem całkiem odmienne życiowe doświadczenia, nie chowali jednak głowy w piasek w nadziei wzruszenia skamieniałych złóż społecznej niepamięci.
Bliskie są Sebaldowi tęsknoty człowieka oderwanego od swojego pierwotnego umocowania, od ziemi, od języka, od krajobrazu. Śledzi te wątki w innych biografiach, poszukując paraleli, przyglądając się chociażby zapiskom Nabokova, i odnotowując „czego zostaje pozbawiony człowiek na wygnaniu: otóż nie na ostatku, obok życiowych dóbr, także pewności realnego istnienia własnej osoby”. Nie da się nie rozważać powyższego w kontekście podróży, będących rodzajem poszukiwania, o jakich czytamy nie tylko u Sebalda, ale też na przykład u Sandora Maraiego, Czesława Miłosza czy Josepha Rotha, w dość melancholijnym, na wpół konfesyjnym tonie zwierzenia. „Nabokov jednakże, lepiej niż większość jego kolegów po piórze, wiedział też, że tęsknota za zniesieniem czasu może się ziścić tylko w najdokładniejszym przywołaniu od dawna zapomnianych rzeczy”. Sebald uwewnętrznił tę prawdę zupełnie od Nabokova niezależnie, prawdopodobnie nawet bez udziału woli, a za sprawą intuicji i potrzeby serca.
Literaturze przydaje Sebald funkcję zarówno sumienia, jak sędziego, archiwisty i strażnika historii. To moralny obowiązek, od którego uchylenie się skutkuje fałszem i imitacją, zamiast esencji dostajemy erzac, w miejsce szczerości – zakłopotany wybieg, który nigdy nie spełni wymogu autentyku. I jak na ironię, ten literacki surogat także zostanie w końcu rozliczony i wystawi mu się rachunek, tak jak to miało miejsce w przypadku powojennej literatury niemieckiej.
Kto dzisiaj jeszcze pisze jak Sebald! To już klasyka. Z całym przynależnym jej pietyzmem i poszanowaniem dla form oraz struktur języka, wyważeniem i szlachetnością, tęsknotą za przeszłością, którą zawsze trzyma się tuż obok dnia dzisiejszego, by móc w każdej chwili doń sięgnąć. Szkice odnoszące się do samej literatury, cenne poznawczo, zwykle trącające też osobiste struny, są cudownie zwarte i pomimo złożoności poruszanych zagadnień, w pełni zrozumiałe, pozbawione akademickiej sztywności i hermetyczności. Jednak zawsze największe wrażenie wywierają na mnie teksty Sebalda związane z jego postrzeganiem ludzi i miejsc, oswajaniem pejzażu i jego zmienności, jakby w odpowiedzi na emocje budzące się właśnie w bohaterach czy narratorze. Może też jest odwrotnie, i to stan uczuciowy bohaterów wpływa na ich odbiór zewnętrzności. Dlatego też moimi ulubionymi z „Campo Santo” pozostaną kolaże korsykańskie, poprzetykane zielenią sosen i przeniknięte duchami krążącymi wokół tej śródziemnomorskiej wyspy.
Za egzemplarz dziękuję: https://sztukater.pl/
OPINIE i DYSKUSJE o książce Zagubiona bazylika. Refleksje o sztuce i wierze