rozwińzwiń

Obcy

Okładka książki Obcy autora Sándor Márai,
Okładka książki Obcy
Sándor Márai Wydawnictwo: Czytelnik Cykl: Dzieło Garrenów (tom 3) Seria: Mała Proza literatura piękna
252 str. 4 godz. 12 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Cykl:
Dzieło Garrenów (tom 3)
Seria:
Mała Proza
Tytuł oryginału:
Az Idegenek
Data wydania:
2012-04-01
Data 1. wyd. pol.:
2012-04-01
Liczba stron:
252
Czas czytania
4 godz. 12 min.
Język:
polski
Tłumacz:
Teresa Worowska
Średnia ocen

7,4 7,4 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Obcy w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Obcy

Średnia ocen
7,4 / 10
34 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Obcy

Sortuj:
avatar
355
350

Na półkach:

Ta część cyklu „Dzieło Garrenów” podoba mi się, jak dotąd, najbardziej. Składa się z dwóch części – jedna to opowieść o tym, jak po zakończeniu traktatach I wojny światowej, wskutek których znaczna część państwa węgierskiego przypadła państwom ościennym część, do Miasta wkraczają tytułowi Obcy.
Powieść ma wymiar uniwersalny, jest bowiem, podobnie, jak wcześniejsze jedną, wielką metaforą. Przynajmniej w tej części. Jak pisze tłumaczka w posłowiu – mimo, że nie ma ani razu użytej nazwy miasta, napomknień o języku swoich i Obcych, wszystko wskazuje, że dzieje się w rodzinnej miejscowości pisarza – Kassie. Dostali ją Słowacy, zmienili nazwę na Koszyce i pewnego dnia weszli na ulice, by tworzyć swoją administrację. Bracia Garrenowie Peter i Tamas zauważyli to tak już w pierwszym zdaniu: „Miasto nie znajdowało się dokładnie na swoim miejscu”. To bardzo wnikliwe studium, arcyciekawe a dotyczące zjawiska zdarzającego się nie tak rzadko, jak sądzimy. Wskutek wojen miasta, a w nich domy, place, drzewa, parki zostają na swoim miejscu, a jednak coś się zmienia. Jedni je opuszczają, inni zajmują, czasem zupełnie puste, czasem wciąż zamieszkałe przez poprzednich lokatorów. Mieszkańcy boleśnie odczuwają tę zmianę i reagują różnie. Gabor Garren postanowił wydać …bal, choć Obcy spodziewali się czynnego oporu. To też opór, w stylu dzieła Garrenów. Mieszkańcy udawali, że nic się nie zmieniło, żyli swoim życiem, jak przedtem, nie dopuszczając do niego Obcych. Przynajmniej, póki się dało.
Druga część powieści to opis odchodzenia Gabora, zmęczonego i chorego. Zjechała się rodzina, choroba postępowała nieśpiesznie, a oni tkwili kilka miesięcy w zawieszeniu… Tak, twórca Dzieła odchodził i nie wiadomo było, co będzie dalej, kto będzie kontynuował dzieło Garrenów. Także dla mieszkańców Miasta było to niepokojące, nieznośne… Bo przecież Garrenowie byli opoką, czymś niezniszczalnym, pewnym, wyznacznikiem życia. Teraz dzieło mogło ulec zniszczeniu, zaniedbaniu… I znów opis odchodzenia, a zwłaszcza reakcji najbliższych jest fantastyczny! Zmysł obserwacji, wrażliwość autora daje tu popis genialny.
I czyta się niemal z wypiekami.

Ta część cyklu „Dzieło Garrenów” podoba mi się, jak dotąd, najbardziej. Składa się z dwóch części – jedna to opowieść o tym, jak po zakończeniu traktatach I wojny światowej, wskutek których znaczna część państwa węgierskiego przypadła państwom ościennym część, do Miasta wkraczają tytułowi Obcy.
Powieść ma wymiar uniwersalny, jest bowiem, podobnie, jak wcześniejsze jedną,...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1529
1504

Na półkach:

Targają mną ambiwalentne uczucia po lekturze, bo z jednej strony styl i fraza jak zawsze wyrafinowane u Maraia. Jak zwykle też kipi od emocji, które nie mogą się nie udzielać czytelnikowi/czytelniczce, ale z drugiej…

No właśnie, mam problem z tą książką. Wydaje się, że nawet chyba Sowietów w genialnym „Ziemia, ziemia” Autor nie przedstawił jako całość z tak mściwą pogardą, jak tutaj zajecie przez wojsko i administrację czechosłowackie rodzimych Koszyc (jak cała Słowacja - przez dziewięćset lat w granicach państwa węgierskiego) - w myśl traktatu w Trianon aliantów z Węgrami kończącego I wojnę światową. A warto przypomnieć, że jako część CK Monarchii były one jednak w niej agresorem, de facto na równi z Cesarstwem Niemieckim.

Przepraszam Autora w Zaświatach, którego tak bardzo cenię za poprzednie czytane jego książki, ale muszę to napisać: tu Koszyc nie zajmują jacyś tam zwykli przeciwnicy. To nie tylko jakieś nieokrzesane, ciemne i niekulturalne masy - dostrzegam ich wręcz odczłowieczenie. To w zasadzie nie ludzie. A jeśli nawet, to na pewno nie tacy, jak my („mieli własny tani zapach, coś w rodzaju woni oswojonych zwierząt”).

Oj, nie podoba mi się to i to bardzo, kochany panie Sandorze – niezależnie od zrozumiałego bólu człowieka, który stracił swa „małą Ojczyznę”… Ale bardzo mi smutno, że coś takiego widać u kogoś jak najdalszego od nacjonalizmu. Takie ostre przejawy nieznanego nam w zasadzie wyższościowo- pogardliwego stosunku Węgrów przez stulecia – a i dziś - do wszystkich mniejszości narodowych zamieszkujących historyczne „Wielkie Węgry”.

A czy nie pamięta Pan, że to wszak Rumuni, Słowacy, Chorwaci, Serbowie i Ukraińcy byli w nich większością - a nie rządzący Węgrzy (przeciw których dość bezlitosnemu panowaniu się buntowali – tak jak i sami Węgrzy wobec dyktatu Wiednia i tak samo za takie bunty jedni i drudzy byli prześladowani przez drugich).

Można bowiem, a często nawet trzeba, być zarazem i „aniołem wolności” dla swoich (Kossuth czy Petofi),i uciskającym innych despotą. Ot, nic innego nie było na dawnych polskich Kresach (jacy Ukraińcy, jacy Białorusini…?).

Tak wiec, nie dziwota, że gdy nadszedł czas samostanowienia narodów, tereny zamieszkałe przez mniejszości odpadły od węgierskiej „Macierzy”. Z drugiej strony zwycięscy Alianci nie wzięli chyba pod uwagę, jak wielką to będzie traumą dla Węgrów – po dziś powtarzających od 1920 r. swoje wielkie „Nie, nie , nigdy!”. I ten właśnie okrzyk Marai literacko przerabia w książkę. A zarazem można się z nim zgodzić, że „wielkie mocarstwa nic nie wiedziały o tym mieście”.

Ciekawe tylko, co by było, gdyby jakiś niemiecki autor tak opisał Polaków zajmujących Szczecin czy Wrocław po II wojnie światowej…. Zarzutu rasizmu raczej by nie uniknął. A mimo wszystko zajęcie Koszyc nie było jednak równoważne np. z wejściem Sowietów do Lwowa w 1939 r. (fakt, że swą książkę Marai napisał w 1937 r.)

Równie ważnym wątkiem powieści, jak obecność obcych w mieście, jest choroba patriarchy rodu Garrenów, Gabora. Jak zdaje się mówić Marai, odpowiada ona stanowi miasta, także ogarniętego chorobą, przez obcych przyniesioną, choć przychodzi ona 20 lat potem.

Autor nie nazywa Koszyc po imieniu i nawet je nieco kamufluje, skoro u niego leżą one nad morzem. „Miasto pozostawało poza niebezpiecznymi regionami historii świata. W ciągu ostatnich ośmiuset lat nie skalała go stopa wroga”. I oto nagle (przy czym nie ma mowy o wojnie, rozpętanej i przegranej jednak przez stronę Autora)…

Co się dzieje w przeddzień wkroczenia do miasta istot jakby z innej, o wiele gorszej planety przybyłych („ludzi o płaskich czołach i powolnej mowie”, „rojącej się od spółgłosek” - co z jakiegoś powodu dla Maraia jest jakąś zupełnie pierwotną wadą).

„Gabor Garren dał do zrozumienia, że za pomocą broni nie da się nic osiągnąć. Zaproponował natomiast, że na balu osobiście poprowadzi kadryla. Brzmiało to tak, jakby powiedział: „Sam poprowadzę oddział ochotników na barykady”. (BTW: akurat tańce zamiast rzucania życia (innych) na ofiarny stos najbardziej bym chciał w polskiej historii zobaczyć – jak Lechoń wiosnę…)

„Zrozumieli, że oto właśnie walczą w jedyny możliwy sposób, ze skomplikowanym męstwem, w swoich najpiękniejszych strojach, z najelegantszymi gestami i uśmiechami, walczą za pomocą wyższych wartości przeciw czemuś niższemu, grubiańskiemu i niebezpiecznemu, co czai się w pobliżu i pragnie ich zniszczenia. Stało się jasne, że muzyka, która na przekór strzałom karabinowym Gabor Garren zamówił na tę ostatnią noc – słodkie, czyste walce, w które wtapia się cichy stukot lakierków i szelest jedwabnych kwiatów, przelotne uśmiechy i ciche piski, i wyszeptane z westchnieniem słowa, które znajomy i wyjątkowy nastrój balowy uwalnia z falujących piersi i ściśniętych gardeł – to protest, lecz również wyrażone w sekretnym języku wołanie o ratunek, wachlarze pełnią tu rolę bagnetów i miotaczy bomb, a to, w jaki sposób posłuszni duchowi wiekowej etykiety tancerze kłaniają się i spoglądają sobie w oczy, jak uśmiechają się i podają ramię, jest w istocie obroną, ich jedyną obroną. Wiedzieli już, że tej nocy miasto zostało całkiem samo na świecie. (…) I tak przetańczyli z dawnego życia w nowe”.

A przybysze? „Zrozumieli, że podboju można dokonać tylko tam, gdzie trafia się na opór. Nie ma nic trudniejszego od zdobywania kogoś, kto się nie broni. Chcieli przekonać miasto, ale miasto nie dyskutowało”.

Podoba mi się nawet ta personifikacja miasta. „Miasto broniło się przed gwałtem małymi ruchami. Nie oddawało uderzenia, tylko uchylało się przed ciosem, patrzyło w inną stronę, gdy się do niego zwracano, uśmiechało się i odwracało głowę i odchodziło, jakby nie rozumiało słów”.

No i jeszcze opisy „obcych” (chyba niekojarzące się, zwłaszcza dziś w Polsce, najlepiej): „Świadomość, że nogami w onucach depczą pokoje miasta, kładą się w jego łóżkach, jadają z tutejszych talerzy, sypiają z tutejszymi kobietami, piją z artezyjskiej studni, wszystkiego dotykają, obmacują, owiewają swoim oddechem, wycierają o miasto wszelkie objawy swojej cielesności – poczucie tej hańby skłoniło miasto do obrony; jakby w okolicy i na przedmieściach wybuchła epidemia, której zarazki roznoszą obcy, i dlatego należy przegotowywać wodę, nieustannie myć ręce, w miejscach publicznych oddychać przez chusteczkę i możliwie często płukać usta i gardło środkiem odkażającym.”

Marai jest najwidoczniej przekonany, że węgierskie perfumy, farby, auta i onuce pachną inaczej niż czechosłowackie (choć w obcych jest też cos z Rumunów – np. pomada do włosów- którym w Trianon przypadł Siedmiogród i Banat): „A nad wszystkim unosiła się surowa mieszanka woni tanich i natrętnych męskich perfum, benzyny i oleju maszynowego, onuc i atramentu na nowych aktach, farby olejnej, którą przemalowano dawne szyldy i szlabany drogowe i w ogóle wszystko, co przypominało dawne porządki i dawne nazwy – surowy zapach, woń półświatka, przypominająca trochę wonie toalety publicznej, a trochę urzędu (…). Tak, to był zapach pospolitości życia, którym ostatnio wypełniło się miasto. Zapach tego innego, podejrzanego życia, które nie pragnie niczego poza łapczywym posiadaniem i zaspokojeniem”.

„Wiedzieli, że niczego nie można bezkarnie i całkowicie posiąść i nie można bezkarnie zaspokoić pragnień. Ze smutkiem i gorzką wiedzą patrzyli na miasto, które już poddało się podbojowi, surowemu zapachowi, barbarzyńskim żądzom, niemoralnej muzyce i pogaństwu”.

W takich przypadkach naturalnym zjawiskiem jest zwrot wstecz: „Każda litera wydrukowana jeszcze przed nadejściem obcych nabierała nagle wartości w oczach tych, którzy z coraz większym zainteresowaniem zwracali się ku przeszłości i coraz chętniej milczeli o teraźniejszości”.

Wrażenie robi dramatycznie mistrzowski i pogłębiony psychologicznie opis śmiertelnej choroby Gabora Garrena: „Oto ojciec, który ich spłodził i wychował, wkrótce umrze i już go nie będzie. Chcieli odwlec tę śmierć, ale jednocześnie czekali na nią z rozpaczą i niecierpliwością”.

„Choroba wypełniała dom niczym ceremonia ponurego święta. Kształtowała się powoli, żyła własnym życiem, prawie niezależnie od chorego i pielęgnujących go. (…) Już nie o ojcu rozmawiali z lekarzami, ale o chorobie. (...) Jakby samego ojca już nie było, w domu najczęściej mówiono tylko o chorobie. (…). Zagnieździła się w całym domu, nie było więc dokładnie wiadomo, gdzie się właściwie znajduje. Według lekarzy w nerkach, ale możliwe że jednak w jakimś zakamarku czy szafie”.

„Naraz wszystko, co przynależało do ojca zaczęło pędzić, wspomnienia i płynąca krew, wskazówki zegara i dyszące płuca, pędziły jakby bez celu, niczym podczas wyścigów bez mety i sensu, był to bieg sam dla siebie, coś w rodzaju amoku, gonitwa w jednym miejscu, której końcem, choć nie celem jest śmierć”.

A poza wszystkim pełno w „Obcych” typowo maraiowskich tematów, jego niezrównaną frazą napisanych, np :

„Swoje spostrzeżenia omawiały szczegółowo, z tym rodzajem gruntownej znajomości rzeczy, z jakim tylko lekarze i kobiety potrafią rozprawiać o zjawisku, jakim jest dusza i ciało mężczyzny. (…) Istnieje typ specyficznej poufałości, jakiej nie znają nawet lekarze; zdolne są do niej tylko kobiety i dotyczy ona mężczyzny, którego przez jakiś czas kochały. Jakby wiedziały o nim coś, czego nie sposób wykazać za pomocą żadnej aparatury. Wymieniały doświadczenia z błyszczącymi oczami, bardzo poważnie, bez krzty frywolności”.

„Ludzie nic nie wiedzą, nie wiedzą najzwyczajniejszych rzeczy, tego że czasem może pomóc kilka linijek wiersza albo jeśli o zmierzchu posiedzą pół godziny sami w pokoju”.

„Żywe, ciekawskie oczy Lucy zawsze kogoś szukały; nieświadomie błyskając spojrzeniem. Chciała każdego mężczyzny; była jak erotyczny kieszonkowiec, który działa błyskawicznie, w sklepie, w kawiarni, czy w tłumie, a potem z niewinną miną patrzy przed siebie”.

Targają mną ambiwalentne uczucia po lekturze, bo z jednej strony styl i fraza jak zawsze wyrafinowane u Maraia. Jak zwykle też kipi od emocji, które nie mogą się nie udzielać czytelnikowi/czytelniczce, ale z drugiej…

No właśnie, mam problem z tą książką. Wydaje się, że nawet chyba Sowietów w genialnym „Ziemia, ziemia” Autor nie przedstawił jako całość z tak mściwą...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

184 użytkowników ma tytuł Obcy na półkach głównych
  • 138
  • 45
  • 1
35 użytkowników ma tytuł Obcy na półkach dodatkowych
  • 26
  • 3
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Obcy

Inne książki autora

Okładka książki Mistrzowie opowieści o kobiecie. Od Virginii Woolf do Agnieszki Szpili Chimamanda Ngozi Adichie, Margaret Atwood, Ingeborg Bachmann, Lucia Berlin, Dino Buzzati, Radka Denemarková, Tove Jansson, Han Kang, Selma Lagerlöf, Clarice Lispector, Sándor Márai, Herta Müller, Charlotte Perkins Gilman, Edgar Allan Poe, Cora Sandel, Agnieszka Szpila, Ludmiła Ulicka, Virginia Woolf, Xi Xi, Marguerite Yourcenar, Oksana Zabużko
Ocena 6,8
Mistrzowie opowieści o kobiecie. Od Virginii Woolf do Agnieszki Szpili Chimamanda Ngozi Adichie, Margaret Atwood, Ingeborg Bachmann, Lucia Berlin, Dino Buzzati, Radka Denemarková, Tove Jansson, Han Kang, Selma Lagerlöf, Clarice Lispector, Sándor Márai, Herta Müller, Charlotte Perkins Gilman, Edgar Allan Poe, Cora Sandel, Agnieszka Szpila, Ludmiła Ulicka, Virginia Woolf, Xi Xi, Marguerite Yourcenar, Oksana Zabużko
Sándor Márai
Sándor Márai
Sándor Márai (właśiwie. Sándor Grosschmid de Mára) – pisarz węgierski. Pochodził ze starej rodziny saskich osadników. Studiował prawo, pierwsze wiersze i artykuły publikował w piśmie Czerwony Sztandar w Węgierskiej Republice Rad. W obawie przed represjami wyemigrował do Niemiec. Tam ukończył studia dziennikarskie. Napisał sztukę teatralną po niemiecku, współpracował też z niemiecką prasą. Swoją poezję jednak tworzył już tylko po węgiersku. W pierwszych latach swej twórczości podróżował sporo po Europie, odwiedził np. Frankfurt, Berlin, Paryż. Ożenił się z Iloną Metzner (Lolą),rok od niego straszą, również pochodzącą z Koszyc. Przeżyli razem 62 lata. W 1928 razem z żoną powrócił na Węgry i osiadł w Budapeszcie. W 1930 rozpoczął pisać w stylu realistycznym. Pierwszy autor piszący tłumaczenia oraz opracowania dotyczące Kafki. W krótkim czasie osiągnął literacki sukces, a jego dzieła zostały przetłumaczone na angielski, francuski, włoski, hiszpański, portugalski, fiński, chorwacki, czeski, turecki, szwedzki i duński. Był krytycznie nastawiony zarówno do faszystowskiej, jak i sowiecko-komunistycznej dyktatury. Jego teść zginął jako Żyd w 1944. Pisarz pomagał w ukrywaniu żydowskich dzieci. W swojej twórczości często poruszał temat zmierzchu świata mieszczańskiego i kryzysu kultury europejskiej. Powieści Sándora Máraiego zachwycają stylem, psychologiczną przenikliwością, skupieniem na moralnych wyborach bohaterów i ich konsekwencjach. Po wojnie, w latach 1945-48 pisarz wydaje osiem książek. Jego wydawca zostaje upaństwowiony i już zapowiedziana nowa powieść Sándora Máraiego trafia na przemiał, jedynie kilka egzemplarzy ocalają drukarze. Brat pisarza, reżyser filmowy Géza Radványi, po światowym sukcesie swojego filmu "Gdzieś w świecie", nie otrzymuje zgody na realizację na Węgrzech nowego obrazu "Cyrk Maximus", traci również stanowisko wykładowcy w szkole filmowej, którą sam zakładał. Obaj bracia emigrują. Sándor Márai wyjeżdża z Węgier z żoną i ośmioletnim adoptowanym synkiem Janosem, jak się później okaże, na zawsze. Do 1952 r. mieszka we Włoszech, potem przenosi się do USA - gdzie w Nowym Jorku, pracuje w Radiu Wolna Europa. Dla władz węgierskich jest wrogiem publicznym numer jeden. W roku 1956, na wieść o wybuchu powstania leci do Europy, ale w Monachium zdąży jedynie nagrać monologi uciekinierów na taśmę magnetofonową. W 1968 r. przechodzi na emeryturę i przeprowadza się do Włoch, do Sorento. W 1980 wraca do USA, zamieszkuje w San Diego w Kalifornii. Bardzo ciężko przeżył śmierć żony, która zmarła na raka gardła. Kilka miesięcy później niespodziewanie zmarł jego przybrany syn Janos, który mieszkał z żoną i trzema córeczkami w okolicach San Diego. 22 lutego w 1989 pisarz popełnił samobójstwo, odbierając sobie życie strzałem z pistoletu.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Hiob Joseph Roth
Hiob
Joseph Roth
Którzy z przyjaciół biblijnego Hioba mają rację? W książce śledzimy losy sześcioosobowej rodziny z Galicji. Jednego syna, którego serce rwie się do przygód, drugiego — do interesów, córki, która nie może oprzeć się namiętności, i niepełnosprawnego syna Menuchima. Rodzina kręci się wokół własnej osi — nie ma przyjaciół, oszczędności ani nadrzędnego celu. Na swój sposób rutyna dnia daje im pewną formę szczęścia. „O chorego syna nikt go nigdy nie pytał, za to wszyscy dowiadywali się o losy zdrowych”. Za rogiem czeka długa droga w dół. Momentem cezury jest porzucenie niepełnosprawnego syna. Oczywiście pierwszy odruch zdrowego człowieka to: jak tak można? Ojciec Mendel przez wiele dekad cierpi, wspomina, śni na jawie, wyrywa włosy, zaniedbuje się i złorzeczy Bogu. „Menuchim, syn Mendla, wyzdrowieje. Takich jak on nie będzie wielu w Izraelu. Bóg go uczyni mądrym, brzydotę dobrotliwą, gorycz łagodną, a chorobę mocną.” Jedna z tych nielicznych książek, w których losy bohatera splatają się z moimi losami. Chociaż nie wierzę, że celem życia jest szczęście, to chciałbym zdrowia i pomyślności dla moich dzieci, dla mojego syna. „Za co zostałem tak ukarany?” — myślał Mendel i przetrząsał mózg w poszukiwaniu jakiegoś grzechu, lecz nic ciężkiego nie znalazł. Podczas tej lektury udało mi się pojąć, że w życiu cierpieć — w tym cierpieć długotrwale — oznacza, że człowiek napełnia się życiem po same brzegi i jest gotów. Na ten moment, mimo ogromnego pragnienia serca, nie wierzę, że na końcu przychodzi taki cud, jak na łamach tej książki.
TytkaNaKsiazki - awatar TytkaNaKsiazki
ocenił na61 miesiąc temu
Tarabas Joseph Roth
Tarabas
Joseph Roth
Joseph Roth nie zawodzi w 6. mojej książce tego polskiego Żyda z Brodów na Podolu, wielbiciela CK Monarchii. To poruszająca przypowieść i o zbrodniach człowieka w mundurze (rosyjskim, potem innym),i o pokucie i wybaczeniu… “- Czytam z twojej ręki że będziesz mordercą i świętym zarazem! Bardziej nieszczęsnego losu nie ma na tym świecie. Będziesz grzeszył i pokutował” - taką wróżbę usłyszał w Nowym Jorku tytułowy bohater, wygnany przed I wojną światową za rewolucyjną działalność z rodzinnego szlacheckiego domu na Ukrainie. Gdy w 1914 r. wybucha wojna, Tarabas, czując “patriotyczny zew”, wraca do Rosji i wstępuje jako oficer do wojska. A wtedy “wojna stała się jego ojczyzną. Wojna stała się jego wielką, krwawą ojczyzną”. Roth nie szczędzi opisów jego działań, które dziś nie tylko moglibyśmy, ale i musieli, określić mianem zbrodni wojennych a nawet przeciwko ludzkości. “Pojawiał się na spokojnych terenach, podpalał wsie, zostawiał za sobą ruiny małych i dużych miast, lamentujące kobiety, osierocone dzieci, pobitych, powieszonych lub zamordowanych mężczyzn”. Ludzka godność, to ostatnia rzecz, jaką Tarabas szanuje (zresztą taka troska była, jest i będzie na ostatnim miejscu dopóki będzie wojsko, czyli po kres czasów…). On sam jawi się jako ktoś bardzo mocno zaburzony. "Kochał swoich ludzi, na swój sposób kochał swoich ludzi, bo był ich panem. Widział jak wielu z nich umiera. I podobała mu się ich śmierć. W ogóle podobało mu się, gdy umierano wokół niego”. A zarazem: “Niekiedy przepełniała go gniewna nienawiść do podwładnych, jakiej nigdy nie budził w nim nawet nieprzyjaciel”. Ciężko przeżywa rozstanie ze swym ulubionym zajęciem, gdy wybucha rewolucja, która - dla niego upostaciowana przez Żyda - śmie decydować o jego losach. “– Obywatele - oznajmił rudowłosy bezbożnik – rewolucja zwyciężyła. Oddajcie broń droga wolna. A wy, obywatelu Tarabas, i wszyscy wasi krajanie, którzy tam jeszcze są u nas, wracajcie w swoje strony rodzinne. Macie teraz własne państwo. Zaległa głęboka cisza”. “Cały świat go opuścił. Świat zapomniał o nim i wypluł go. Wojna się skończyła. Pułkownika nie czekało już żadne niebezpieczeństwo. Czuł się zdradzony przez pokój”. Tak, po prostu są tacy, którzy zakosztowawszy krwi, jak rodzaj wilkołaków, nie umieją już sobie radzić inaczej a normalne życie to dla nich niemożliwe wyzwanie… W ten sposób Tarabas, chcąc nie chcąc, stał się dowódcą pułku nowo tworzącej się Ukrainy, nie będąc wcale jej zwolennikiem, jak duża część jego podkomendnych. “Napadnięci przez wojnę, początkowo zastygli przed jej strasznym obliczem, później przygarbili się, uciekli, ale wrócili, zdecydowani tu pozostać, urzeczeni jej płomiennym oddechem”. I wtedy w miejscowości, gdzie stacjonuje pułk, dochodzi do pogromu, pod pretekstem, który zawsze się znajdzie, kto go usilnie szuka - jak wiemy to i z polskiej historii.... A przecież można było mieć złudzenia….“Z wolna przyzwyczajono się do Żydów, po tak długich męczarniach, które im zadano, stali się nieodzowną częścią całego triumfalnego pochodu. Za żadne skarby nie chciano, żeby ich zabrakło”. A jednak: “Wzniósł się wielki mur, nieprzezwyciężalny mur z lśniącego lodu i oszlifowanej nienawiści, z nieufności i obcości, który jeszcze dzisiaj, jak przed tysiącami lat, stoi między chrześcijanami i Żydami, jakby ustawił go sam Bóg”. I dlatego: “Dziki gniew, prawie im nieznany, od najwcześniejszego dzieciństwa zatopiony w ich sercach, wchłonięty i rozprowadzony po wszystkich żyłach przez krew, obudził się w nich i wzbudził, karmiony alkoholem, który dzisiaj spożywali, nasilony od wzburzeń spowodowanych cudem, którego doświadczyli. Setka chaotycznych głosów krzykiem domagała się zemsty za łagodną, słodką, występnie pohańbioną Matkę Boską. Kto ją obraził, kto zasmarował granatowym wapnem i ukrył pod zaprawą murarską i odorem gorzałki? Żyd! Gorliwsza bowiem od najgorliwszej wiary jest nienawiść, a szybka jest jak diabeł”. “- Wasza wielmożność pozwoli mi łaskawie powiedzieć, że nie z własnej woli jestem Żydem”. “Lud był ochrzczony już od trzystu lat. A mimo to po radośnie spędzonym dniu świńskiego jarmarku, po kilku kuflach piwa i na widok chromego Żyda w każdym z osobna budził się dawny poganin”. Opis samego pogromu w Koropcie (nazwa fikcyjna, jak i wszystkie inne) równie sugestywny, jak i przerażający. “Rozdzielił tłum, wystąpił naprzód i stanął przed młodą Żydówką, której piękna śniada twarz o niewinnie rozwartych z przerażenia oczach koloru złocistego brązu, wyzierających spod białej, połyskliwe jedwabnej chustki na głowę, już z daleka wabiła żołnierzy, wywołując w nich zarówno miłość jak i nienawiść. Młoda kobieta zamarła. Nie próbowała się nawet cofnąć.(...) Podniósł krótką drewnianą pałkę i opuścił ją ze świstem na chustkę Żydówki. Kobieta natychmiast upadła. Również w innych obudziła się niepohamowana żądza, żeby bić i kopać. I już oczyma wyobraźni ujrzeli czerwone welony krwi, czerwone potoki niczym krwawe wodospady. Zaczęli uderzać jak popadnie, każdy przedmiotem, który akurat trzymał w rękach w ludzi, dzieci i rzeczy”. “Stopniowo zaczęła płonąć cała główna ulica Koropty. Liżące ogniki, które wesoło i swawolnie tańczyły na dachach po jej obu stronach, do tego stopnia rozradowały tłum, że prawie zapomniał o Żydach”. “Własna krew wcale ich nie uspokajała, tylko odurzała jeszcze bardziej niż obca, którą widzieli wokół siebie. Krótkotrwała walka również nikogo nie osłabiła. Wręcz przeciwnie. Spotęgowała jeszcze pęd do bezsensownej wściekłości”. “Wygląd potężnego pułkownika Tarabasa, jadącego w odstępie 20 kroków przed pierwszą kompanią, czerwononawego w odblasku płomieni, był tak straszny, że umilkł wszelki zgiełk oszalałej zgrai. – Cofnąć się! – zagrzmiał Tarabas. Wszyscy zaczęli się posłusznie cofać, a potem się odwrócili, jakby nagle uświadomili sobie, że krocząc w tył, nie zdołają dość szybko uciec przed niebezpiecznym Tarabasem i mnóstwem nasadzonych bagnetów, które połyskiwały w odblaskach ognia”. “Ludzie biegli, pędzili jakby to była sprawa życia i śmierci. Zostawiono Żydów w spokoju, już o nich zapomniano. Zostali na środku ulicy – zwarty, jakby zlepiony czarny kłębek. Domyślili się, że ich ocalenie jest bliskie, równocześnie jednak wiedzieli, że przychodzi za późno. Godzinę później widać było już tylko błękitne płomyki, żółtawo tlące się ogniki, czerwonawe wyżarzanie się doszczętnie i tylko na poły spalonych domów Koropty oraz duszącą niebieskoszarą mgłę, która spowijała całe miasteczko. Znużeni żołnierze leżeli lub siedzieli bez ruchu w trawie. Obojętnie czekali na nadejście poranka”. Żołnierze nie tylko nie zapobiegli pogromowi, ale dostało się także i im - m.in. oszalała tłuszcza zabiła ulubionego podoficera dowódcy. I wtedy, jakby ze złości na to, Tarabas wyżywa się na przypadkowym Żydzie, który akurat mu się nawinął - szedł uchronić zwoje Tory przed zbezczeszczeniem. Wprawdzie go nie zabija, ale poniewczasie zdaje sobie sprawę, co uczynił. “Wyrządził pan krzywdę biednemu zdziwaczałemu Żydowi! Wielu z pańskich ludzi robi to samo, panie pułkowniku i wielu jeszcze będzie to robić...”. “- Jestem gorszy niż morderca - powiedział Tarabas. – Byłem taki już od wielu lat, a dopiero teraz sobie to uświadomiłem. Odpokutuję wszystko”. Dlatego rezygnuje z dotychczasowego życia i wybiera bycie nikim, wędrownym dziadem, żebrakiem. “Trudny był tylko pierwszy tydzień. (...) Po raz pierwszy od długiego czasu poczuł letni spokój świata”. “Żołądek czuł jeszcze głód, a gardło pragnienie. Nogi chciały jeszcze chodzić i odpoczywać. Ręce chciały chwytać i ujmować”. W tym charakterze trafia m. in. - oczywiście nierozpoznany - do domu rodzinnego, gdzie widzi swoich starych już bardzo rodziców, którzy “niczego nie zapomnieli i niczego się nie nauczyli”. Nawet tam najmniejszej jałmużny… “Ojciec był obcym wąsatym i chromym człowiekiem, a matka straszliwą siwowłosą dziwaczką. Jeśli jeszcze przed laty żyła w nich miłość to teraz byli puści i zimni (...) Ojca nie kochał. Nigdy go nie kochał. Nie przypominał sobie, żeby ten kiedykolwiek go pocałował albo zbił”. “Niekiedy czuł się jak stary człowiek, który tęskni za straconym życiem, któremu jednak nie zostało już dosyć czasu, by zacząć nowe”. Bardzo to chrześcijańska książka: na koniec Tarabasa czeka łaska przebaczenia… “Gdyby mógł, kazałby wygrawerować w kamieniu: dziwak, który zasłużył na niebo”. PS Piotr Paziński pisze w posłowiu, że pierwowzorem Tarabasa był oficer armii Hallera, (która w wojnie polsko-ukraińskiej w 1919 r. niestety dopuszczała się ekscesów antysemickich - jakby o Polskę walczyła również z Żydami...). Wytargał on za brodę i upokorzył rudego Żyda. Tak ciążyło mu to na sumieniu, że postanowił odnaleźć poszkodowanego, prosić o przebaczenie, a nawet oddać majątek...
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na85 miesięcy temu
Znieważeni Sándor Márai
Znieważeni
Sándor Márai
Dreszcz przechodzi, kiedy się czyta tę powieść. Znajdujemy się w początkach lat 30 ub.w. Spotykamy starych znajomych – Petera Garrena, który jest tu narratorem, ale także Edith i Emmanuela. Peter jest pisarzem, mieszka w Paryżu. Podoba mu się miasto, lecz czuje się obco. Ale nie to jest tematem powieści. Jest nim spotkanie podczas – chciałoby się rzec - rutynowego spotkania w jednym z paryskich salonów. Zjawia się tam pewien Niemiec. I od tej chwili zmienia się wszystko. Słusznie Peter czuje się znieważony. Bo zaczyna się upadek, w którym przepadnie także „dzieło Garrenów” i dzieła wielu, wielu innych ludzi, a nawet narodów. Baronowa powie, że nadchodzi koniec pewnego gatunku. Są nim miłość i sztuka. Opis wizyty Petera w domu owego Niemca - wizyty, którą musiał odbyć, ciągnęło go tam, jak do złego – mrozi krew w żyłach. Zwłaszcza, że wiemy, kim był „On”, krzyczący w głośnikach radiowych i na placach niemieckich miast. I co potem się stało. Tu mamy początki owej „choroby”, już jakby przeczuwanej, jeszcze mało konkretnej, a jednak budzącej co najmniej obawy. A nawet strach, jak w Emmanuelu. Dlatego chce on zostawić choćby świadka nadchodzących zdarzeń... Mamy tu także rozważania o przyszłości Europy, pasujące niezwykle do dzisiejszych dyskusji wszczynanych głównie przez przeciwników UE. Co jest lepsze – Europa małych, zamkniętych i pielęgnujących swoje odrębności państewek czy Europa połączona w jeden organizm, jedną walutę i bez granic państwowych? Z powieści oraz historii wynika, że to pierwsze się jednak nie sprawdziło. Europa siłą, kraj po kraju została wciągnięta pod jeden sztandar i but.
Mavia2033 - awatar Mavia2033
ocenił na912 dni temu
Pamiętnik wiejskiego proboszcza Georges Bernanos
Pamiętnik wiejskiego proboszcza
Georges Bernanos
Non sciunt quod facient - jak on pisał, słowa można by rzec dziecinne, niezrozumiałe przez złe duchy, zamykające niewinną ręką nad nimi otchłań. Choć się na tym dobrze nie znam i bije ze mnie światło raczej mętne ta powieść była jak piękna modlitwa: nagie, drżące wyznania wychodzące prosto z serca, urwane frazy, wydarte strony godne milczenia. Doznanie głębokiej wiary poprzez niewinność i kruchość odnalezioną w samotności, ubóstwie, pokorze wiejskiego księdza, pogardzie parafian, obojętności ich duchowego zmęczenia. Dotyk ręki Boga na jego ustach - jestem smutny, bo Bóg nie jest kochany. Ten chłód, który go spowija zastępuje mu sen. Ból nie do zniesienia, woda o smaku łez. Stańcie się jak dzieci, cóż to szkodzi. Hołd dla dusz zdolnych znaleźć w niesprawiedliwości, której są ofiarami, podstawę do siły i nadziei. Nieszczęściem niesłychanym tych co nie kochają jest, że oni już niczym nie mogą się dzielić. Śpiew światła; świętość jest cicha, łaska dyskretna - tak kochać bezinteresowną miłością uważności i czystości serca. Już zmierzch, wicher, deszcz, uderzenie dzwonu ze szczytu wieczoru. Słowa ostatnie: wszystko jest łaską. W oknie jeszcze pełnym mroku zaczyna płonąć zorza. Jakie to wszystko było rześkie, dobre. Szept duszy to był, jak przeciągły szmer liści poprzedzający świtanie. Jaki świt we mnie wstanie? Jedna z najpiękniejszych książek jakie przeczytałem.
Yulquen - awatar Yulquen
ocenił na103 miesiące temu
Moje nagrody Thomas Bernhard
Moje nagrody
Thomas Bernhard
Miałem szczęście. Naprawdę je miałem. Nie tylko dlatego, że jedynie raz dostałem kiedyś od pewnego szacownego gremium jakąś tam nagrodę jako dziennikarz. I na szczęście nie wiązały się z nią żadne takie okoliczności, jakie były udziałem Autora. Miałem ponadto szczęście, że to właśnie mój ulubiony Bernhard precyzyjnie, a literacko z nieubłaganą precyzją, obnażył istotę tego, co się kryje za tak bardzo i od dawna nie lubianą przeze mnie wszelką pompatyczną celebrą, zaraźliwymi wybuchami obłudy, ohydnego środowiskowego konformizmu, mlaskającego lukrem podlizywania - towarzyszącym od zawsze i na zawsze wszelkim uroczystym uroczystościom wręczania, czczenia, wyróżniania, honorowania itepe itede. Nigdy nie mogłem znieść zatem np. relacji z „:tej najważniejszej w roku” oscarowej nocy. A kiedy słucham w radiu relacji z wręczania nagród - choćby w Konkursie Chopinowskim, czy Wieniawskiego - to natychmiast muszę je wyłączyć, gdy tylko odzywa się ktoś inny niż muzyk lub nie instrumentem. (a chyba zbyteczne byłoby dodać, że nie śledzę żadnych partyjnych konwentykli). Niestety także Nagrodę Nike mocno dotknęła opisana przypadłość - jak każda, to każda…. Lektura dziełka Bernharda była zatem miodem na moją tak bardzo doświadczoną – zwłaszcza w Polsce, zwłaszcza przez ostatnie 7 lat – nadwrażliwość na wszelakie nadęte balony próżności, które oby pękały jeszcze częściej niż inne wyroby gumowe, z którymi skojarzenie jest tu jak najbardziej wskazane…. I jeszcze jedyny chyba w tej książeczce pozytywny przekaz: „Warszawski okres należał do najszczęśliwszych w moim życiu, chodziłem wszędzie z korektą w kieszeni płaszcza, regularnie rozmawiając z satyrykiem Lecem, który zapisywał słynne aforyzmy w książce kucharskiej należącej do jego zony, zapraszał mnie często do domu, a czasem na Nowym Świecie stawał mi kawę”. Na koniec łyżeczka dziegciu w tym anty-miodzie, oby nie przez Autora, jeno przez tłumacza zawiniona (do spółki w wydawnictwem „Czytelnik”) - gdy czytam, że nad szpitalem we Wiedniu latają „dziesiątki tysięcy kruków z Rosji, ogłuszając wszystkich pacjentów”. Naprawdę chodzi zaś o wrony lub gawrony, bo spokrewnione z nimi kruki nie występują w grupach większych niż para (chyba że na padlinie gdzieś w ostępach); nie zalatują do miast, bo nie mają po co, przesadnie nie kraczą, no i na zimę nie migrują. Kilka cytatów, cykutą pisanych przez Bernharda rodakom: …Dokładali mi nie tam, gdzie, jak sądziłem, mi się należy, tylko na prawo i lewo, poniżej pasa, nikczemnie odwołując się do najniższych instynktów… …Teraz jesteś tak samo niegodziwy, jak wszyscy ci, którzy siedzą w tej sali i nastawiają swoje zakłamane uszy na święte słowa pana ministra. Teraz należysz do nich, jesteś częścią bandy tych, którzy doprowadzali cię do szału i z którymi nigdy w życiu nie chciałeś mieć nic wspólnego…. …Szanowny Panie Ministrze, Szanowni Państwo, nie ma czego wychwalać, nie ma czego potępiać, nie ma czego oskarżać, ale z wielu rzeczy trzeba się śmiać – wszystko jest śmiechu warte, kiedy człowiek pomyśli o śmierci... …Czasy są tępe, a nasz demonizm to ustawiczny ojczyźniany karcer, w którym głupota i bezwzględność stają się codzienną potrzebą... ....Państwo jest tworem, któremu z góry sądzona jest klęska, lud zaś skazany jest na bezecność i debilizm… …Nie skończyłem jeszcze swego tekstu, a minister z purpurowym obliczem zerwał się na równe nogi, podbiegł do mnie i rzucił mi w twarz jakieś przekleństwo... …Byłem za tym by nagrodzić Canettiego za „Auto da fe”, jego genialne dzieło młodości, wznowione rok przed posiedzeniem rzeczonego jury (…)Wielu przy tym stole nie wiedziało, kim był Canetti, ale pośród tych, którzy o Canettim słyszeli, był ktoś, kto nagle, kiedy kolejny raz powiedziałem Canetti, powiedział: :”ale to przecież też Żyd”. Wówczas przy stole rozszedł się pomruk, no i Canetti przepadł pod tym stołem… …Przy stoliku w kawiarni, od kiedy miałem prawo czuć się zdobywcą nagrody Juliusa Campego, siedziałem inaczej niż wcześniej, inaczej niż wcześniej zamawiałem kawę, inaczej niż wcześniej trzymałem w ręku gazetę… ….Po nagrodzie Juliusa Campego, jedynej, którą przyjąłem z ogromna radością, ilekroć miałem przyjąć jakąś nagrodę, mdliło mnie w żołądku i za każdym razem wzbraniała mi tego głowa…. ….Kto proponuje pieniądze, musi je mieć, wiec trzeba je od niego wziąć. (…) Nikt nie zarzuca ulicznemu żebrakowi, że bierze od ludzi pieniądze, nie zapytawszy, skąd oni biorą pieniądze na to, aby mu je dawać. Było szczytem absurdu pytać o to akurat Towarzystwo Przemysłowe…. …Towarzystwo Przemysłowe, posiadające ciężkie miliony, a nawet miliardy, przyznając nędzną kwotę pięćdziesięciu tysięcy szylingów (w wysokości miesięcznej pensji źle opłacanego urzędnika gminnego średniego szczebla) na nagrody, samo winduje się do godności wielkiego mecenasa sztuki i kultury i jeszcze chwalą je za to wszystkie gazety, zamiast postawić je pod pręgierz... …Heisenberg, było nie było profesor atomistyki, spytał mnie kilkakrotnie, czemu właściwie pisarze na wszystko patrzą takimi nieszczęśliwymi oczami, przecież świat nie jest tylko taki. Naturalnie rzecz jasna, w tej kwestii nie miałem mu nic do powiedzenia… … Nie powinniśmy na każdym kroku podpierać się wielkimi nazwiskami ani też desperacko i z wrzaskiem czepiać się tych wielkich nazwisk w naszej żałosnej i bezsilnej egzystencji. Przyjęło się, że ludzie, którzy otrzymując jakąś plakietkę z Kantem albo nagrodę Dürera, wygłaszają długie mowy o Kancie czy Dürerze, snują mdłe analogie między tymi wielkimi a sobą i publicznie wyciskają sobie z mózgu jak z cytryny całą tę sfermentowaną mądrość… …Do stowarzyszeń i towarzystw wszelkiej maści zawsze czułem głęboką nienawiść, a zwłaszcza naturalnie rzecz jasna do wszelkich towarzystw literackich… …Od lat zadawałem sobie pytanie, jaki sens ma tak zwana Darmsztadzka Akademia i nieodmiennie musiałem sobie odpowiadać, że sens ten nie polega przecież na tym, żeby jakieś stowarzyszenie, założone z wyrachowaniem koniec końców jedynie w celu napawania się własnym wizerunkiem, dwa razy w roku, dla wzajemnej adoracji jego członków, po luksusowej, odbytej na koszt państwa podróży, zbierało się z wielkomieszczańskim rozmachem w najlepszych hotelach, zżerało jadło i żłopało napitki tylko po to, by przez następny tydzień pławic się w rozmowach o zatęchłej i nudnej jak flaki z olejem literaturze… . . …Odwiedziwszy jedną z setek filii największego koncernu obuwniczego w Austrii, spostrzegłem powieszone na ścianie wskazówki co do zachowania praktykanta kupieckiego, identyczne jak te, które sam przytroczyłem do ściany w mojej „Suterenie”. Dyrekcja koncernu wskazówki te ściągnęła z mojej książki i w kilkuset egzemplarzach kazała je wydrukować dla wszystkich praktykantów. Stałem w sklepie, do którego poszedłem żeby kupić sobie parę sportowych butów, czytałem moje własne wskazówki i po raz pierwszy w mojej literackiej karierze przyszło mi na myśl, że jestem pisarzem, który się na coś przydaje.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na83 lata temu
Most San Luis Rey Thornton Wilder
Most San Luis Rey
Thornton Wilder
„Nad zbiegami okoliczności można by się zdumiewać na sto różnych sposobów” – czytamy w tej znakomitej opowieści poświęconej odwiecznemu pytaniu ”Co jest prawdą?”, wraz z pomocniczymi: „Skąd możemy się jej dowiedzieć?” oraz „Skąd czerpać empatię?”. Niby to o niczym. Ot, gdzieś w Ameryce Płd. w 18. wieku zawalił się wiszący most, parę osób zginęło, a pewien franciszkanin próbuje dociec, co z tego wynika. Odpowiedź brzmi: wszystko - cały sens czy też bezsens ludzkiej egzystencji. I jasne się staje, że tę pięć postaci łączy nie tylko nagła śmierć. Co rzadkie, tam i wtedy, świetnie nakreślone są postacie kobiece. A ponadto: jak to jest napisane...!!! Nie dziwota, że Sandor Marai zachwycił się tym małym arcydziełkiem. Można nawet na siłę doszukiwać się tu pewnych podobieństw a może też i inspiracji… W każdym razie Pulitzer z 1928 r. był nieprzypadkowy - wtedy ceniono nieoczywiste, pozornie nieskomplikowane opowieści. „Brat Juniper wykrył, że najmniej można się dowiedzieć od ludzi najbardziej związanych z przedmiotem badań. (…) Ci, którzy wiedzieli najwięcej, powiedzieli najmniej” – ta pełna rezygnacji konstatacja potwierdza, że „the Truth is out there”. Czy jest w tym kontekście przypadkiem, że na koniec biedny franciszkanin stwierdza: ”Przepaść między wiarą i faktami jest większa niż się na ogół przypuszcza”. Czy możemy się zatem dziwić, że tworzona przezeń Księga, która miała opisać „jak było”, trafia na Indeks Ksiąg Zakazanych, a jej autor....? Cóż, ponosi taki los, jaki podobno sam Pan Buk zalecił swym ziemskim funkcjonariuszom (choć zarazem żadna to antyklerykalna agitka). I tylko zapewnienie o niezrywalnym moście, którym jest – czy też: może być, aby nie wpadać w pewien "harlequinizm" - Miłość, daje na koniec nadzieję… Kilka cytatów: …Albo żyjemy z przypadku i umieramy z przypadku, albo żyjemy według planu i umieramy według planu… ...Niektórzy mówią, że nigdy nie będziemy wiedzieć i że dla bogów jesteśmy jak muchy, które chłopcy zabijają w dzień letni, a inni mówią przeciwnie, że nawet najmniejszy wróbel nie zgubi jednego piórka bez woli Boga... …Widziała, że ludzie tego świata chodzą w zbroi egoizmu, pijani samouwielbieniem, spragnieni komplementów, mało słysząc z tego, co się do nich mówi, niewzruszeni wypadkami, które spotykają ich najbliższych przyjaciół, w strachu przed wszelkimi apelami, które wymagałyby od nich jakichś ofiar…. …Styl to jedynie godne pogardy naczynie, w którym gorzki napój podaje się światu... …Przeorysza należała do tych osób, które marnują życie, ponieważ zapłonęły miłością do jakiejś idei na kilka stuleci przed jej właściwym pojawieniem się w określonym momencie historii cywilizacji. Matka Maria del Pilar walczyła przeciwko swojej epoce, pragnąc by kobietom przyznano nieco ludzkiej godności.... …Istniało wtedy w Limie coś owinięte w wiele łokci fioletowego jedwabiu, z którego wystawała wielka nabrzmiała głowa i dwie pulchne, przeźroczyście białe ręce – był to arcybiskup…. …Przeczytał całą literaturę starożytną i wszystko z niej zapomniał poza ogólną atmosferą wdzięku i sceptycyzmu. Znał się kiedyś na Ojcach Kościoła i soborach, ale zapomniał już wszystko, poza nieokreślonym wspomnieniem sporów, które nie miały żadnego związku z Peru…. …Jak wszyscy bogacze, nie mógł uwierzyć, że biedni (popatrzcie na ich domy i ich ubrania!) mogą rzeczywiście cierpieć. Jak wszyscy ludzie żyjący w zbytku wierzył, że tylko ludzie oczytani mogą wiedzieć, iż są nieszczęśliwi…. …Czerpał coś w rodzaju radości z przekonania, że na świecie wszystko urządzone jest źle. Szeptał do ucha franciszkanina myśli i opowiastki, które zaprzeczały, jakoby ktokolwiek kierował światem…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na103 lata temu
Melancholia sprzeciwu László Krasznahorkai
Melancholia sprzeciwu
László Krasznahorkai
(…) („Bo z waszych pełnych goryczy słów mogę się tego domyślać…” dodał),że rzeczywiście nadchodzi koniec. (…) Zaopatrzenie w towary stało się całkowicie nieregularne, szkoły i urzędy przestały funkcjonować- mówili, przerywając sobie nawzajem - a kłopoty z ogrzewaniem mieszkań, z powodu węgla, przybrały przerażające rozmiary. Nie ma lekarstw, skarżyli się strapieni, nie jeżdżą autobusy i samochody, a dziś rano, co ostatecznie przypieczętowało ich los, przestały działać telefony.(..) i jak gdyby tego wszystkiego było mało, wrzeszczał pan Madai, przyjeżdża cyrk, by pozbawić nas resztek nadziei, że wszystko wróci do normy, a w mieście zapanuje porządek, cyrk z jakimś okropnym, wielkim wielorybem…"( s. 179-180) Laszlo Krasznahorkai, Melancholia sprzeciwu. Przekład Elżbieta Sobolewska, Wyd. W.A.B. Warszawa 2007.Wyd.I. Na okładce słowa Susan Sontag: „Wizjonerska, bezwzględna, apokaliptyczna powieść węgierskiego mistrza literatury”. Na skrzydełku okładki zdanie W. G. Sebalda: „Ponadczasowa, uniwersalna wizja Krasznahorakia stanowi godną konkurencję dla Martwych dusz Gogola i znacznie przewyższa większość pisanych współcześnie powieści”. Przy takich rekomendacjach Czytelnikowi nie pozostaje nic innego jak… zmierzyć się z węgierską prozą (nagrodzoną Noblem `25). Z pewnością zaskakuje tytuł. Parafrazując melancholik- buntownikiem??? Autorska wyobraźnia nie zna granic. Fabuła, tworząca pełnowymiarową dystopię (z wersją filmową i operową),uświadamia Czytelnikowi, że żadnej taryfy ulgowej nie będzie, żadnej banalnej opowieści… Czytasz – na własną odpowiedzialność, żadnych półśrodków. Apokalipsa wymaga… Podobnie rzecz ma się z „Drogą” C. McCarth`ego. 10/10 I myśl … zrodzona w czasie barykadowania się bohatera w domu, ujęta w zdanie: „Gwóźdź w ścianie jest nieruchomy, podczas gdy pozycja młotka się zmienia”.(s. 235) wymaga traktatu… („Reszta jest milczeniem” Szekspir)
zoe - awatar zoe
ocenił na1019 dni temu

Cytaty z książki Obcy

Więcej
Sándor Márai Obcy Zobacz więcej
Sándor Márai Obcy Zobacz więcej
Sándor Márai Obcy Zobacz więcej
Więcej