Artykuły„Kawa z Mistrzem Zbrodni” – wygraj spotkanie z Wojciechem Chmielarzem z okazji Światowego Dnia Książki
LubimyCzytać5
Artykuły"Przejścia. Którędy do miłości" Natalii de Barbaro. Mamy dla Was 40 egzemplarzy książki!
LubimyCzytać2
ArtykułyCzytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać442
ArtykułyNadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać8
Obcy

- Kategoria:
- literatura piękna
- Format:
- papier
- Cykl:
- Dzieło Garrenów (tom 3)
- Seria:
- Mała Proza
- Tytuł oryginału:
- Az Idegenek
- Data wydania:
- 2012-04-01
- Data 1. wyd. pol.:
- 2012-04-01
- Liczba stron:
- 252
- Czas czytania
- 4 godz. 12 min.
- Język:
- polski
- Tłumacz:
- Teresa Worowska
Trzecia, po "Zbuntowanych" i "Zazdrosnych" część nieformalnej sagi rodu Garrenów Sándora Máraiego.
W "Obcych" autor cofa się w czasie w stosunku do poprzedniej części cyklu i ukazuje, jak doszło do zajęcia miasta przez obcych, jaki opór wewnętrzny stawiała ludność, nie pozwalając się zdominować moralnie i duchowo, i jak powoli kruszał ten opór. Jednocześnie gasła wola życia Gábora Garrena, jednego z dwóch - obok biskupa Jànosa - duchowych przywódców miasta, którego w końcu zmogła niedająca się do końca określić choroba. Śmierć seniora rodu stała się jednocześnie czymś w rodzaju wyroku dla miasta, po utracie „artysty”, który czuwał nad tradycją i kulturą, stanowiącymi ramy i sens życia, mieszkańcy prędko utracili siły do walki o zachowanie własnej tożsamości. Proces zajęcia miasta ukazany jest w Obcych przede wszystkim jako zderzenie dwóch mentalności, odrębnych sposobów istnienia w fazie, w której zanika kultura, a jej miejsce zajmuje cywilizacja. Idee twórcy „dzieła” żyją jednak dalej w trojgu z jego pięciorga dzieci, których dalsze losy ukazują dwa następne tomy sagi.
Kup Obcy w ulubionej księgarnii
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Polecane przez redakcję
Oceny książki Obcy
Poznaj innych czytelników
184 użytkowników ma tytuł Obcy na półkach głównych- Chcę przeczytać 138
- Przeczytane 45
- Teraz czytam 1
- Posiadam 26
- Literatura węgierska 3
- Ulubione 2
- 2021 1
- L. obca 1
- Brak Legimi A 1
- Domowa biblioteka cyfrowa EBOOKI 1
Tagi i tematy do książki Obcy
Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również
Cytaty z książki Obcy
(Przybysze) mieli własny tani zapach, coś w rodzaju woni oswojonych zwierząt.
(Przybysze) mieli własny tani zapach, coś w rodzaju woni oswojonych zwierząt.
(Przybysze)zrozumieli, że podboju można dokonać tylko tam, gdzie trafia się na opór. Nie ma nic trudniejszego od zdobywania kogoś, kto się nie broni. Chcieli przekonać miasto, ale miasto nie dyskutowało.
(Przybysze)zrozumieli, że podboju można dokonać tylko tam, gdzie trafia się na opór. Nie ma nic trudniejszego od zdobywania kogoś, kto się n...
Rozwiń ZwińA nad wszystkim unosiła się surowa mieszanka woni tanich i natrętnych męskich perfum, benzyny i oleju maszynowego, onuc i atramentu na nowych aktach, farby olejnej, którą przemalowano dawne szyldy i szlabany drogowe i w ogóle wszystko, co przypominało dawne porządki i dawne nazwy – surowy zapach, woń półświatka, przypominająca trochę wonie toalety publicznej, a trochę urzędu (…). Tak, to był zapach pospolitości życia, którym ostatnio wypełniło się miasto. Zapach tego innego, podejrzanego życia, które nie pragnie niczego poza łapczywym posiadaniem i zaspokojeniem.
A nad wszystkim unosiła się surowa mieszanka woni tanich i natrętnych męskich perfum, benzyny i oleju maszynowego, onuc i atramentu na nowyc...
Rozwiń Zwiń











































OPINIE i DYSKUSJE o książce Obcy
Ta część cyklu „Dzieło Garrenów” podoba mi się, jak dotąd, najbardziej. Składa się z dwóch części – jedna to opowieść o tym, jak po zakończeniu traktatach I wojny światowej, wskutek których znaczna część państwa węgierskiego przypadła państwom ościennym część, do Miasta wkraczają tytułowi Obcy.
Powieść ma wymiar uniwersalny, jest bowiem, podobnie, jak wcześniejsze jedną, wielką metaforą. Przynajmniej w tej części. Jak pisze tłumaczka w posłowiu – mimo, że nie ma ani razu użytej nazwy miasta, napomknień o języku swoich i Obcych, wszystko wskazuje, że dzieje się w rodzinnej miejscowości pisarza – Kassie. Dostali ją Słowacy, zmienili nazwę na Koszyce i pewnego dnia weszli na ulice, by tworzyć swoją administrację. Bracia Garrenowie Peter i Tamas zauważyli to tak już w pierwszym zdaniu: „Miasto nie znajdowało się dokładnie na swoim miejscu”. To bardzo wnikliwe studium, arcyciekawe a dotyczące zjawiska zdarzającego się nie tak rzadko, jak sądzimy. Wskutek wojen miasta, a w nich domy, place, drzewa, parki zostają na swoim miejscu, a jednak coś się zmienia. Jedni je opuszczają, inni zajmują, czasem zupełnie puste, czasem wciąż zamieszkałe przez poprzednich lokatorów. Mieszkańcy boleśnie odczuwają tę zmianę i reagują różnie. Gabor Garren postanowił wydać …bal, choć Obcy spodziewali się czynnego oporu. To też opór, w stylu dzieła Garrenów. Mieszkańcy udawali, że nic się nie zmieniło, żyli swoim życiem, jak przedtem, nie dopuszczając do niego Obcych. Przynajmniej, póki się dało.
Druga część powieści to opis odchodzenia Gabora, zmęczonego i chorego. Zjechała się rodzina, choroba postępowała nieśpiesznie, a oni tkwili kilka miesięcy w zawieszeniu… Tak, twórca Dzieła odchodził i nie wiadomo było, co będzie dalej, kto będzie kontynuował dzieło Garrenów. Także dla mieszkańców Miasta było to niepokojące, nieznośne… Bo przecież Garrenowie byli opoką, czymś niezniszczalnym, pewnym, wyznacznikiem życia. Teraz dzieło mogło ulec zniszczeniu, zaniedbaniu… I znów opis odchodzenia, a zwłaszcza reakcji najbliższych jest fantastyczny! Zmysł obserwacji, wrażliwość autora daje tu popis genialny.
I czyta się niemal z wypiekami.
Ta część cyklu „Dzieło Garrenów” podoba mi się, jak dotąd, najbardziej. Składa się z dwóch części – jedna to opowieść o tym, jak po zakończeniu traktatach I wojny światowej, wskutek których znaczna część państwa węgierskiego przypadła państwom ościennym część, do Miasta wkraczają tytułowi Obcy.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPowieść ma wymiar uniwersalny, jest bowiem, podobnie, jak wcześniejsze jedną,...
Targają mną ambiwalentne uczucia po lekturze, bo z jednej strony styl i fraza jak zawsze wyrafinowane u Maraia. Jak zwykle też kipi od emocji, które nie mogą się nie udzielać czytelnikowi/czytelniczce, ale z drugiej…
No właśnie, mam problem z tą książką. Wydaje się, że nawet chyba Sowietów w genialnym „Ziemia, ziemia” Autor nie przedstawił jako całość z tak mściwą pogardą, jak tutaj zajecie przez wojsko i administrację czechosłowackie rodzimych Koszyc (jak cała Słowacja - przez dziewięćset lat w granicach państwa węgierskiego) - w myśl traktatu w Trianon aliantów z Węgrami kończącego I wojnę światową. A warto przypomnieć, że jako część CK Monarchii były one jednak w niej agresorem, de facto na równi z Cesarstwem Niemieckim.
Przepraszam Autora w Zaświatach, którego tak bardzo cenię za poprzednie czytane jego książki, ale muszę to napisać: tu Koszyc nie zajmują jacyś tam zwykli przeciwnicy. To nie tylko jakieś nieokrzesane, ciemne i niekulturalne masy - dostrzegam ich wręcz odczłowieczenie. To w zasadzie nie ludzie. A jeśli nawet, to na pewno nie tacy, jak my („mieli własny tani zapach, coś w rodzaju woni oswojonych zwierząt”).
Oj, nie podoba mi się to i to bardzo, kochany panie Sandorze – niezależnie od zrozumiałego bólu człowieka, który stracił swa „małą Ojczyznę”… Ale bardzo mi smutno, że coś takiego widać u kogoś jak najdalszego od nacjonalizmu. Takie ostre przejawy nieznanego nam w zasadzie wyższościowo- pogardliwego stosunku Węgrów przez stulecia – a i dziś - do wszystkich mniejszości narodowych zamieszkujących historyczne „Wielkie Węgry”.
A czy nie pamięta Pan, że to wszak Rumuni, Słowacy, Chorwaci, Serbowie i Ukraińcy byli w nich większością - a nie rządzący Węgrzy (przeciw których dość bezlitosnemu panowaniu się buntowali – tak jak i sami Węgrzy wobec dyktatu Wiednia i tak samo za takie bunty jedni i drudzy byli prześladowani przez drugich).
Można bowiem, a często nawet trzeba, być zarazem i „aniołem wolności” dla swoich (Kossuth czy Petofi),i uciskającym innych despotą. Ot, nic innego nie było na dawnych polskich Kresach (jacy Ukraińcy, jacy Białorusini…?).
Tak wiec, nie dziwota, że gdy nadszedł czas samostanowienia narodów, tereny zamieszkałe przez mniejszości odpadły od węgierskiej „Macierzy”. Z drugiej strony zwycięscy Alianci nie wzięli chyba pod uwagę, jak wielką to będzie traumą dla Węgrów – po dziś powtarzających od 1920 r. swoje wielkie „Nie, nie , nigdy!”. I ten właśnie okrzyk Marai literacko przerabia w książkę. A zarazem można się z nim zgodzić, że „wielkie mocarstwa nic nie wiedziały o tym mieście”.
Ciekawe tylko, co by było, gdyby jakiś niemiecki autor tak opisał Polaków zajmujących Szczecin czy Wrocław po II wojnie światowej…. Zarzutu rasizmu raczej by nie uniknął. A mimo wszystko zajęcie Koszyc nie było jednak równoważne np. z wejściem Sowietów do Lwowa w 1939 r. (fakt, że swą książkę Marai napisał w 1937 r.)
Równie ważnym wątkiem powieści, jak obecność obcych w mieście, jest choroba patriarchy rodu Garrenów, Gabora. Jak zdaje się mówić Marai, odpowiada ona stanowi miasta, także ogarniętego chorobą, przez obcych przyniesioną, choć przychodzi ona 20 lat potem.
Autor nie nazywa Koszyc po imieniu i nawet je nieco kamufluje, skoro u niego leżą one nad morzem. „Miasto pozostawało poza niebezpiecznymi regionami historii świata. W ciągu ostatnich ośmiuset lat nie skalała go stopa wroga”. I oto nagle (przy czym nie ma mowy o wojnie, rozpętanej i przegranej jednak przez stronę Autora)…
Co się dzieje w przeddzień wkroczenia do miasta istot jakby z innej, o wiele gorszej planety przybyłych („ludzi o płaskich czołach i powolnej mowie”, „rojącej się od spółgłosek” - co z jakiegoś powodu dla Maraia jest jakąś zupełnie pierwotną wadą).
„Gabor Garren dał do zrozumienia, że za pomocą broni nie da się nic osiągnąć. Zaproponował natomiast, że na balu osobiście poprowadzi kadryla. Brzmiało to tak, jakby powiedział: „Sam poprowadzę oddział ochotników na barykady”. (BTW: akurat tańce zamiast rzucania życia (innych) na ofiarny stos najbardziej bym chciał w polskiej historii zobaczyć – jak Lechoń wiosnę…)
„Zrozumieli, że oto właśnie walczą w jedyny możliwy sposób, ze skomplikowanym męstwem, w swoich najpiękniejszych strojach, z najelegantszymi gestami i uśmiechami, walczą za pomocą wyższych wartości przeciw czemuś niższemu, grubiańskiemu i niebezpiecznemu, co czai się w pobliżu i pragnie ich zniszczenia. Stało się jasne, że muzyka, która na przekór strzałom karabinowym Gabor Garren zamówił na tę ostatnią noc – słodkie, czyste walce, w które wtapia się cichy stukot lakierków i szelest jedwabnych kwiatów, przelotne uśmiechy i ciche piski, i wyszeptane z westchnieniem słowa, które znajomy i wyjątkowy nastrój balowy uwalnia z falujących piersi i ściśniętych gardeł – to protest, lecz również wyrażone w sekretnym języku wołanie o ratunek, wachlarze pełnią tu rolę bagnetów i miotaczy bomb, a to, w jaki sposób posłuszni duchowi wiekowej etykiety tancerze kłaniają się i spoglądają sobie w oczy, jak uśmiechają się i podają ramię, jest w istocie obroną, ich jedyną obroną. Wiedzieli już, że tej nocy miasto zostało całkiem samo na świecie. (…) I tak przetańczyli z dawnego życia w nowe”.
A przybysze? „Zrozumieli, że podboju można dokonać tylko tam, gdzie trafia się na opór. Nie ma nic trudniejszego od zdobywania kogoś, kto się nie broni. Chcieli przekonać miasto, ale miasto nie dyskutowało”.
Podoba mi się nawet ta personifikacja miasta. „Miasto broniło się przed gwałtem małymi ruchami. Nie oddawało uderzenia, tylko uchylało się przed ciosem, patrzyło w inną stronę, gdy się do niego zwracano, uśmiechało się i odwracało głowę i odchodziło, jakby nie rozumiało słów”.
No i jeszcze opisy „obcych” (chyba niekojarzące się, zwłaszcza dziś w Polsce, najlepiej): „Świadomość, że nogami w onucach depczą pokoje miasta, kładą się w jego łóżkach, jadają z tutejszych talerzy, sypiają z tutejszymi kobietami, piją z artezyjskiej studni, wszystkiego dotykają, obmacują, owiewają swoim oddechem, wycierają o miasto wszelkie objawy swojej cielesności – poczucie tej hańby skłoniło miasto do obrony; jakby w okolicy i na przedmieściach wybuchła epidemia, której zarazki roznoszą obcy, i dlatego należy przegotowywać wodę, nieustannie myć ręce, w miejscach publicznych oddychać przez chusteczkę i możliwie często płukać usta i gardło środkiem odkażającym.”
Marai jest najwidoczniej przekonany, że węgierskie perfumy, farby, auta i onuce pachną inaczej niż czechosłowackie (choć w obcych jest też cos z Rumunów – np. pomada do włosów- którym w Trianon przypadł Siedmiogród i Banat): „A nad wszystkim unosiła się surowa mieszanka woni tanich i natrętnych męskich perfum, benzyny i oleju maszynowego, onuc i atramentu na nowych aktach, farby olejnej, którą przemalowano dawne szyldy i szlabany drogowe i w ogóle wszystko, co przypominało dawne porządki i dawne nazwy – surowy zapach, woń półświatka, przypominająca trochę wonie toalety publicznej, a trochę urzędu (…). Tak, to był zapach pospolitości życia, którym ostatnio wypełniło się miasto. Zapach tego innego, podejrzanego życia, które nie pragnie niczego poza łapczywym posiadaniem i zaspokojeniem”.
„Wiedzieli, że niczego nie można bezkarnie i całkowicie posiąść i nie można bezkarnie zaspokoić pragnień. Ze smutkiem i gorzką wiedzą patrzyli na miasto, które już poddało się podbojowi, surowemu zapachowi, barbarzyńskim żądzom, niemoralnej muzyce i pogaństwu”.
W takich przypadkach naturalnym zjawiskiem jest zwrot wstecz: „Każda litera wydrukowana jeszcze przed nadejściem obcych nabierała nagle wartości w oczach tych, którzy z coraz większym zainteresowaniem zwracali się ku przeszłości i coraz chętniej milczeli o teraźniejszości”.
Wrażenie robi dramatycznie mistrzowski i pogłębiony psychologicznie opis śmiertelnej choroby Gabora Garrena: „Oto ojciec, który ich spłodził i wychował, wkrótce umrze i już go nie będzie. Chcieli odwlec tę śmierć, ale jednocześnie czekali na nią z rozpaczą i niecierpliwością”.
„Choroba wypełniała dom niczym ceremonia ponurego święta. Kształtowała się powoli, żyła własnym życiem, prawie niezależnie od chorego i pielęgnujących go. (…) Już nie o ojcu rozmawiali z lekarzami, ale o chorobie. (...) Jakby samego ojca już nie było, w domu najczęściej mówiono tylko o chorobie. (…). Zagnieździła się w całym domu, nie było więc dokładnie wiadomo, gdzie się właściwie znajduje. Według lekarzy w nerkach, ale możliwe że jednak w jakimś zakamarku czy szafie”.
„Naraz wszystko, co przynależało do ojca zaczęło pędzić, wspomnienia i płynąca krew, wskazówki zegara i dyszące płuca, pędziły jakby bez celu, niczym podczas wyścigów bez mety i sensu, był to bieg sam dla siebie, coś w rodzaju amoku, gonitwa w jednym miejscu, której końcem, choć nie celem jest śmierć”.
A poza wszystkim pełno w „Obcych” typowo maraiowskich tematów, jego niezrównaną frazą napisanych, np :
„Swoje spostrzeżenia omawiały szczegółowo, z tym rodzajem gruntownej znajomości rzeczy, z jakim tylko lekarze i kobiety potrafią rozprawiać o zjawisku, jakim jest dusza i ciało mężczyzny. (…) Istnieje typ specyficznej poufałości, jakiej nie znają nawet lekarze; zdolne są do niej tylko kobiety i dotyczy ona mężczyzny, którego przez jakiś czas kochały. Jakby wiedziały o nim coś, czego nie sposób wykazać za pomocą żadnej aparatury. Wymieniały doświadczenia z błyszczącymi oczami, bardzo poważnie, bez krzty frywolności”.
„Ludzie nic nie wiedzą, nie wiedzą najzwyczajniejszych rzeczy, tego że czasem może pomóc kilka linijek wiersza albo jeśli o zmierzchu posiedzą pół godziny sami w pokoju”.
„Żywe, ciekawskie oczy Lucy zawsze kogoś szukały; nieświadomie błyskając spojrzeniem. Chciała każdego mężczyzny; była jak erotyczny kieszonkowiec, który działa błyskawicznie, w sklepie, w kawiarni, czy w tłumie, a potem z niewinną miną patrzy przed siebie”.
Targają mną ambiwalentne uczucia po lekturze, bo z jednej strony styl i fraza jak zawsze wyrafinowane u Maraia. Jak zwykle też kipi od emocji, które nie mogą się nie udzielać czytelnikowi/czytelniczce, ale z drugiej…
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNo właśnie, mam problem z tą książką. Wydaje się, że nawet chyba Sowietów w genialnym „Ziemia, ziemia” Autor nie przedstawił jako całość z tak mściwą...