rozwińzwiń

Dzieje jednego pocisku

Okładka książki Dzieje jednego pocisku autora Andrzej Strug, 8305120872
Okładka książki Dzieje jednego pocisku
Andrzej Strug Wydawnictwo: Książka i Wiedza powieść historyczna
214 str. 3 godz. 34 min.
Kategoria:
powieść historyczna
Format:
papier
Data wydania:
1989-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1971-01-01
Liczba stron:
214
Czas czytania
3 godz. 34 min.
Język:
polski
ISBN:
8305120872
Średnia ocen

6,6 6,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Dzieje jednego pocisku w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Dzieje jednego pocisku



książek na półce przeczytane 3009 napisanych opinii 1264

Oceny książki Dzieje jednego pocisku

Średnia ocen
6,6 / 10
75 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Dzieje jednego pocisku

avatar
1529
1504

Na półkach:

Ta książka „chodziła za mną” ponad 40 lat (przymierzałem się do niej w stanie wojennym - normalne wtedy u młodziaka),a teraz żałuję straconego czasu. Bo relatywnie mniej się zestarzała przez ten czas niż ja. Znakomita to rzecz, choć czytelna agitka za piłsudczykowskim PPS - za to j a k napisana! W mojej opinii Strug niewiele ustępuje Żeromskiemu – co ja piszę: przewyższa nudziarza!

Mamy tu wspaniałą panoramę rewolucji, niby z 1905 roku, tej najbardziej dziś zapomnianej, by nie powiedzieć: pogardzanej – ale i uniwersalnej. To soczysty obraz jej piękna i brzydoty, nieodłącznych dla każdej z nich mechanizmów heroizmu, manipulacji, zdrady.

Strug był wybitnym stylistą. Jego język jest łagodnie archaiczny, co według mnie tylko dodaje mu uroku – najważniejsze jest, że jak to kiedyś mówiono, „czyta się”.

Autor mocno akcentuje cenę zaangażowania. A nie chodzi tylko o tych straconych na Cytadeli czy poległych w akcjach. Kama zapłaci jeszcze bardziej, bo zdrowiem psychicznym („Na stopach Kamy leżały w świetnym przepychu gałęzie kwiatu mimozy. Spoczęły, jak u nóg męczennicy, zadręczonej nareszcie na śmierć przez ludzi i już wyzwolonej na wieki. Żywy, mocny zapach, pełen rozkoszy i upojenia, okrył jak całunem jej umarłe ciało”).

I tu pojawia się wątek manipulacji ludźmi przez przywódcę rewolty. Leon, ewidentnie stylizowany na Piłsudskiego, wie, że nie ma ceny, jakiej nie zapłaci za skuteczność działań.

Równie imponująco opisany jest schyłek rewolucji, gdy energia społeczna wyczerpuje się, a na powierzchnie wychodzą szuje. I staczanie się wielu zasłużonych bojowców nie tylko w samozwańczych sędziów i katów w jednym, ale i w zwykłą bandyterkę. Coś podobnego działo się po II wojnie z zasłużonymi żołnierzami podziemia, ale o tym pisać dziś nie wolno, bo to ‘szarganie świętości’ bandytów typu ‘Ogień’ czy ‘Bury’.

Pokazuje to, jakim uczciwym człowiekiem był Autor, który nie krył tej negatywnej ewolucji rewolucjonistów, choć z pewnością prorosyjska endecka propaganda - która nb. już wtedy grała antysemityzmem - z tego korzystała (przypominam że toczyła się wtedy regularna podziemna wojna domowa między nimi). Ale Strugowi prawda była najdroższa (jak wiele lat później Józefowi Mackiewiczowi, choć z socjalistami nie miał on przecież niczego wspólnego.

A symbolem wyczerpania się rewolucyjnej energii jest los samego ‘pocisku’ (faktycznie @Aguirre, przez te lata polszczyzna ograniczyła sens tego pojęcia wyłącznie do naboju, a nie bomby, jak wówczas). Świetna jest ta „wędrówka” bomby z rąk do rąk, aż trafia w ręce…..

Najlepsze cytaty

Energia więzi społecznej wyładowywała się gwałtownie, między anodem a katodem [sic!] przebiegały wartkie prądy — a pośrodku zostawały trupy i trupy.

Gdy go kto ciśnie o ziemie, rozerwie wszystko dookoła z jednakową energią — czy to będą carscy siepacze, czy bojownicy rewolucji, czy przechodnie na ulicy, ludzie starzy, młodzi, źli, dobrzy, głupi czy mądrzy, potrzebni czy niepotrzebni. Będą leciały z okien szyby, będzie ogólne przerażenie.

Kiedy okiem pamięci spogląda na ongiś królewski zamek, staje mu w oczach natrętne widmo. Jak upiór zza grobu sięga nieobeschłym jeszcze ze zgnilizny piszczelem po żywego człowieka. A człowiek chce żyć. Człowiek lubi żyć spokojnie. Nauczył się Polak odpędzać upartą, wyłażącą zewsząd zmorę. Już potrafi Polak nie pamiętać, nie dostrzegać, wymijać. Już może nareszcie nie wzdychać. Dużo, dużo umie już Polak. Niechże tak będzie.

Tutaj, o tej wieczornej porze chodził po swoim gabinecie i rozmyślał człowiek w generalskim mundurze. Pies psów carskich, sługa sług, niewolnik, bijący czołem w przedpokojach ministra, a w Polsce pan samowładny i prokonsul, opiekun, dozorca i kat, generał i gubernator. Mieszka na zamku królewskim, jak król, i ma władzę, jakiej nie miał żaden król polski.

Kraj był ściśnięty w kleszczach stanu wojennego, więzienia były pełne, wieszano bez litości, po ulicach chodziły patrole wojskowe, mrowie szpiclów obciążało budżet, a jednak w biały dzień działy się rzeczy niesłychane. Uzbrojone bandy grasowały po kraju, nikt z dygnitarzy nie był pewny życia. Robotnicy po fabrykach rządzili się, jak chcieli, pisma rewolucyjne wychodziły codziennie i były sprzedawane zupełnie otwarcie na ulicach miasta. Ruszyli się nawet śpiący od wieków chłopi polscy i urządzili olbrzymi strajk rolny.

— To wszystko minie, jaśnie panie! Przejdzie, tylko patrzeć! Polacy nigdy nie wytrzymają długo! Tyle razy były u nas rewolucje i, Bogu dziękować, jakoś idzie — a tu przecie nie to, co rok sześćdziesiąty trzeci, kiedy w powstaniu była szlachta, księża i co porządniejszego. Przecież to sama hołota, kanalia i Żydy.

Generał zaczął się upijać. Pił samotnie, wieczorami. Pokrzepiał się, jak mógł — mógł przynajmniej spać twardo do rana. Inaczej nie mógłby zasnąć — bo do szaleństwa doprowadzała go myśl, że ginie Rosja.

Poznała z przerażeniem, jak straszną rzeczą jest pożegnać życie i pozostać. Wiedziała, że już nic ją nie zajmie i nie przywiąże do siebie naprawdę. Obudziła się, jak inny, drugi człowiek. Tamten umarł; znikł. Jakże teraz będzie w niej żył ten drugi człowiek?

Ja już nic nie zrobię! Nie chcę żyć. Nie mogę. Rozumiecie?! Już jestem nauczona, wytresowana, sprawna, doświadczona! Już mi można powierzyć ważną, trudną rzecz. A ja nie zrobię już żadnej, nawet najgłupszej. Rozumiecie? Człowiek nie jest maszyną, którą można kręcić za korbę. Coś się we mnie popsuło. Ot i dosyć! Ja was błagałam, żeby nie było prób, komedii, oszukiwania! Mówiłam wam, że ze mną prób nie potrzeba i przysięgałam, że zrobię dobrze. Raz, ale dobrze — a teraz…

— To jest wpieranie. To jest szpiclowanie cudzej duszy. Niegodziwość!
— Owszem. Takie właśnie szpiclowanie jest moim obowiązkiem. Ja jestem szpicel rewolucji i jej kat.
— Szpiclujcie wroga — nie wolno wam katować swoich.
— Ja wiem, co mi wolno.
— Włazicie mi w duszę.

Teraz, słysząc, co mówił ten niezłomny i niedostępny dla ludzkich wzruszeń człowiek, wzdrygnęła się, jak gdyby się zbudziła ze snu, poczuła się opasaną przez oślizgłe zwoje zimnego gada. Ponuro, strasznie, jak czarne cienie na tle purpurowej łuny ukazały się jej znane i ukochane postacie towarzyszów walki.

Zahuczały, zaklekotały maszyny, kręcą się duże koła, małe koła, latają bez końca rzemienne pasy, ciągną się bez końca cienkie nici, wywłóczą się, skręcają się, omotują duszę, jak ten pająk piszczącą muchę. Idzie, idzie bez końca ten dzień roboczy… Nie daje maszyna spocząć, nie daje odetchnąć. Ani oka spuścić, ani pleców rozprostować, ani ręki odjąć od roboty. Ejże, patrz, ejże, pilnuj się!…

Bała się mała wszystkiego, a najbardziej strasznych, dymiących kominów, które sterczały wszędzie, gdzie było spojrzeć, i podpierały niebo. Przerażały ją swoim ogromem i tą cudownością, że się nie przewracały, i dymem, i krwawą, czerwoną barwą. Kiedy na nie patrzyła, przypominały jej się najstraszniejsze miejsca z bajek o złych duchach i to, co o piekle opowiadał ksiądz proboszcz dla zastraszenia grzesznych ludzi wiejskich.

Można podziwiać siły żywotne rasy proletariackiej — niepodobna wynaleźć, skąd ona te siły bierze. Można pogardzać tłumem, który znosi to wszystko i nie morduje bogatych, nie puszcza z dymem całej kultury. Wszystko można, tylko zrozumieć tych rzeczy nie można. Tą tajemnicą stoi świat.

Któż mógł podejrzewać o podobne rzeczy starych dziadów i schorowane babska z przytułku, lub też siostry miłosierdzia, które tam rządziły. Babina trzymała pocisk zwyczajnie w głowach łóżka pod siennikiem. Trudno to wyjaśnić, dlaczego zgodziła się ona przyjąć rzecz tak niebezpieczną. Dość, że wzięła i była z tego dumną. Tak dumną, że musiała pochwalić się tym przed sąsiadkami z lewej i z prawej strony. Nowina, szeptana po nocach, szła od baby do baby, przedostała się na oddział męski, a raczej dziadowski. Wiedziała o niej służba, kucharki — wszyscy. Ale tajemnica pozostała tajemnicą i nie wyszła poza obrąb przytułku.

Wniebogłosy lamentował stary świat, bali się ci, co byli mocni, ośmielili się ci, co nigdy nic nie śmieli. Poszło wszystko na wywrót, ginął ład, porządek, podeptane były prawo, obyczaj, powaga. Jedni mówili, że to koniec świata, inni, że dopiero początek. Nikt nic nie rozumiał, każdy czekał jutra. Nie wiedzieli co pisać publicyści, nie wiedzieli do czego się gotować wodzowie narodu.

Było dobrze, bo rząd tracił powagę i siłę, było źle — bo zbyt podnosiła głowę hołota. Było dobrze, bo musi się stać jakaś odmiana, było źle — bo ta odmiana mogła pójść za daleko. Dobre były demonstracje robotnicze, dobre były odezwy przeciwrządowe, dobre były zamachy — złe były strajki, drożyzna, upadek przemysłu i handlu. Dobrze robili socjaliści, szarpiąc rząd, złe było, że rząd nie wzywa czynników miarodajnych do uspokojenia kraju. Dobrze było, że był niepokój — źle było, że nie ma spokoju. Serca i umysły spodziewały się dobrego, oczy widziało samo zło.

— Dobrze, synku, dobrze, Stasiek! Jednego ja ci, głupia, nie powiedziała, co trza było rzec od razu: dawaj to mnie i tylko mnie na samo miejsce doprowadź, pokaż tylko palcem i zaraz uciekaj, a ja zaraz cisnę, w kogo będzie trzeba. Ja potrafię! Na mnie starą żaden szpicel nie spojrzy! Starych trza na taką robotę wyprawiać. Niech starzy ciskają, a młodych przecie szkoda! Dla tej partii ich szkoda! Dobrze mówię, każdy mi przyzna!

Rozdrażnienie wzrastało. Tłumili je, ale wydobywała się na wierzch sama gorycz. Nieprzeparta była ich chęć mówienia sobie prawdy.
— Mówi się u was, że my — to „same Żydy” (ja na szczęście byłem ochrzczony, a nie obrzezany),którzy nie czują po polsku…
— A wy macie nas za narodowców, którzy socjalizmu używają tylko na przynętę, a między sobą się z tego śmieją…

Zaczęliśmy wielką, ciężką, krwawą walkę. I po miastach, i po wsiach. Panowie, księża, kupcy, fabrykanci, wszystko, co bogate i zamożne, co z tej ludzkiej pracy żyje, odstąpili się od walki i zostaliśmy sami: robotnicy i chłopi. Zawarli my razem związek na śmierć i na życie, podali my sobie ręce i musi to być, czego my chcemy.

Co dzień od paru lat chwiał się carat, codziennie od paru lat leciał z niego gruz na głowy szturmujących tłumów, ale runąć jakoś nie chciał. Tedy jaki taki wziął i odstąpił. Inny powiedział sobie: poczekam, popatrzę. Jeszcze inny plunął i zaklął: „oszukano mnie”! Inny powiedział sobie filozoficznie: „klapa”. Jedni mówili, że za dużo było strajków, inni, że jeszcze, niestety, za mało. Jedni mówili, że za mało było bomb i brauningów, inni, że, niestety, za dużo. Jedni wołali: „dość ofiar”, inni wzywali w tym samym czasie: „unurzajmy się we krwi”!

A na morze ludowe zeszła godzina odpływu. Próżne były wysiłki ludzi mocnych. Odchodziło morze od brzegu, poniechało zajadłej swojej pracy, wracało do dawnej granicy. Kiedyś powróci — znowu o swojej godzinie, w nowym jakimś pokoleniu.

Trzeba uchronić od zatracenia olbrzymie, głębokie i bezcenne przeobrażenia duchowe, które zaszły w masach. Kiedy się ogłosi i umotywuje, że „przedstawienie skończone” — wszystko powróci do dawnego spania, liżąc rany, przeklinając cały ruch i płaszcząc się przed wrogiem. A teraz jeszcze żyje wola i nienawiść. Już nie ma wiary w zwycięstwo, ale jeszcze żyje żądza zemsty. Jeszcze nie pogodziła się podła dusza tłumu ze starym batem, jeszcze hardym jest zbuntowany, zbity i okuty niewolnik.

— A „Robotnik” wychodzi? Sprzedają na ulicy, jak dawniej?
— Teraz wychodzą aż dwa „Robotniki”, ale jeden rzadziej od drugiego i już ich nikt prawie nie ciekawy. Przychodzi tu chłopczyna, co sprzedaje, powiada, że żadnego obrotu nie ma, choć tę bibułę teraz za darmo dostaje. Nie ma kto kupować!
— Cóż się takiego stało? Ja nic jeszcze nie rozumiem…
— Co się stało? Ludzi zabrakło. Co było najporządniejszego, to już dawno wybrane. Nie miał kto rządzić, a za łeb trzymać, a do kupy zganiać. To się i rozlazło wszystko, a teraz i tych biorą — aż całą Warszawę przeniosą do Wiatki albo do tego Narzymskiego kraju. Ty się dziwisz, co się stało, bo ci się nie chce wierzyć, że rewolucja już się skończyła.

— Za co płacą?
— Za ochronę od bandytów, czyli od nas samych, prawdę powiedziawszy. Ale przy nas na gościńcach jest spokój. Żadnego my chłopa ani ubogiego nie ukrzywdzili. Bogatych my podbieramy, bo takie mamy przekonanie, a krwi ludzkiej na nas ani też na moich rękach przez całe życie nie było.

— Ani ja panu nie towarzysz, ani ja jakich partyjnych znam. Dużo tu bywało wieców, ale się już dawno, Bogu dziękować, skończyły. Tu w fabryce nikogo pan nie znajdziesz — tu ludzie pracują, tu nie ma żadnego z partii.
— Co? Cała ta fabryka była nasza!
— Była, była, czego tam nie było… Rządził, kto chciał, a teraz znów porządek nastał. Nic ja panu nie pomogę…

Dla pocieszenia w strapieniach, a niejako jak gdyby za pokutę, strzelał po nocy do stójkowych, do żandarmów, do samotnie spotykanych oficerów. Prócz tego czynił na ulicy porządek: kiedy widział, że alfons szarpie się z kobietą, walił do niego, nie pytając, o co idzie. Raz zranił jakiegoś porządnego pana, prześladującego po nocy samotną panienkę. Jeżeli w swoich wędrówkach po mieście trafił na dwu bijących się andrusów, czekał spokojnie, aż jeden drugiego powali, i strzelał do tego, który był na wierzchu. Po knajpach robił znajomości i podejmował się różnych niebezpiecznych spraw. Podstrzeliwał nieludzkich majstrów, na których skarżyli się pijani robociarze, śledził podejrzanych o szpiclowanie nieszczęśników, z których niejeden padł z jego ręki.

Towarzysz w wymownych słowach obrzydził mu bandycki proceder. Namawiał go, żeby się nareszcie ustatkował, żeby przystał do jego kompanii na pomocnika. Za każdą pewną informację obiecywał mu trzy ruble, za wydanie robociarza z dowodami — rubla, za inteligenta partyjnego — pięć, a za kogokolwiek z bojówki — piętnaście. Rewilak był dobrze pijany i przystał. Towarzysz postawił jeszcze gorącego krupniku, wypili i wyszli na ulicę.

— Ty, głupi, może jeszcze myślisz, że rząd chce źle dla robotników? Nieprawda — będzie robotnikowi dobrze i jeszcze jak, tylko porządek trza zaprowadzić, jak się patrzy. W żadnej partii nie ma prawdy. W każdej partii są Żydy, co tylko na swoją korzyść tym ciemnym robotnikiem obracają. Ja ci, Kazik, powiem, jak jestem katolik…Tu runął na ziemię z rozsadzonym łbem, a Rewilak poszedł dalej, zataczając się, i z wielkim trudem rozmyślał nad tym, czy to wszystko prawda, czy sen, czy się co stało, czy nie?

Weszycki był wzruszony, że ujrzy towarzyszy z Centralnego Komitetu. Wszystko się dobrze składało. Na ulicy towarzysz kazał dorożkarzowi podnieść budę, wsiedli i pojechali. Wjechali w jakiś wielki gmach — w podwórze, i dryndziarz stanął. Na schodach Weszycki zaczął się dziwić, potem stanął, potem krzyknął, ale już go wzięło między siebie dwu drabów i wciągnęło go na pierwsze piętro do jakiejś poczekalni. Stali tam żandarmi, stójkowi i jakiś mizerny, jak cień, człeczyna, w kajdanach na nogach pod strażą dwu żołnierzy.

Wyczerpała się cierpliwość martwego narzędzia. Nie obliczyli tego żyjący ludzie. Nie wiedział Tomasz Baćka o kolejach pocisku, nie wiedział jego starym tułactwie. Broniła go od zimna, od wilgoci gruba żelazna skorupa, broniła go od wstrząśnienia zapobiegliwa ostrożność ludzka. Chowali go, chronili, by nie wpadł we wrogie ręce. Robili, co mogli. (…) Skruszyło całą moc pocisku tajemnicze życie sił natury, które szło swoją koleją, aż dokonało swego. Szły swoją koleją losy ludzkie, pożerając czas, trawiąc dusze, niszcząc życie, rodząc życie. Konała rewolucja, konała w pocisku siła. Omdlewała moc w duszach, wysuwała się z ręki broń. Oto wszystko.

Ta książka „chodziła za mną” ponad 40 lat (przymierzałem się do niej w stanie wojennym - normalne wtedy u młodziaka),a teraz żałuję straconego czasu. Bo relatywnie mniej się zestarzała przez ten czas niż ja. Znakomita to rzecz, choć czytelna agitka za piłsudczykowskim PPS - za to j a k napisana! W mojej opinii Strug niewiele ustępuje Żeromskiemu – co ja piszę: przewyższa...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1307
1264

Na półkach: , , , ,

E-book przeczytany dzięki Wolnym Lekturom. Dziś tytuł wydaje się błędny. Pocisk kojarzy się bowiem obecnie z nabojem (co widać na okładce - widocznie jej twórca nie czytał książki),a nie bombą, używaną do wykonywania zamachów bombowych na carskich oficerach i urzędnikach, która jest bohaterką książki.
Akcja powieści rozgrywa się bowiem w trakcie rewolucji 1905 r. na ziemiach polskich (a dokładniej Kongresówki). Niestety, jest to okres niedoceniany i zupełnie pomijany w naszej współczesnej historiografii, pomimo olbrzymiej aktywności Piłsudskiego i jego PPSu w tym czasie oraz decydującego wpływu na dalsze losy zarówno Rosji, jak i Polski (ukształtowanie się dwóch przeciwstawnych obozów politycznych aktywnych przez cały okres dwudziestolecia międzywojennego i w zasadzie do dziś).
W miarę rozwoju fabuły bomba przechodzi z rąk do rąk, zmieniając przeznaczenie i miejsce przechowywania. Dzięki temu możemy obserwować rozwój, apogeum i powolny upadek rewolucji. Do tego jeszcze jest to obraz świeży, albowiem powieść pochodzi z 1910 roku, a więc była pisana na bieżąco, a nie w celu uprawniania jakiejkolwiek polityki historycznej czy przypisywania jednym, a odejmowania innym zasług już po odzyskaniu niepodległości. Zakończenie powieści nie współgra przy tym z drogą wybraną przez tych, z którymi Strug politycznie się wówczas identyfikował, czyli PPS-Frakcją Rewolucyjną (piłsudczycy).
Mamy zatem przekrój socjalistycznych bojowców z tego okresu, z Warszawy, Łodzi i nawet terenów wiejskich. Można odczuć rewolucyjne nastroje pośród robotników, zaangażowanie działaczy, podziały – najpierw na PPS i SDKPiL a potem w ramach PPSu, opadanie rewolucyjnej atmosfery i jej kres, z dużą ilością działań carskich prowokatorów. Z jednej strony widzimy wielkie zaangażowanie, a z drugiej wielką słabość organizacyjną. I nierzadko tragiczne losy osób uwikłanych w historię pocisku-bomby.
Na podstawie tej książki, jeszcze w latach 70-tych ubiegłego wieku Agnieszka Holland nakręciła znakomity film „Gorączka”, również jakby zapomniany. Warto go zobaczyć, a jeszcze wcześniej zapoznać się z tą bardzo ciekawą i naprawdę niedocenianą powieścią.

E-book przeczytany dzięki Wolnym Lekturom. Dziś tytuł wydaje się błędny. Pocisk kojarzy się bowiem obecnie z nabojem (co widać na okładce - widocznie jej twórca nie czytał książki),a nie bombą, używaną do wykonywania zamachów bombowych na carskich oficerach i urzędnikach, która jest bohaterką książki.
Akcja powieści rozgrywa się bowiem w trakcie rewolucji 1905 r. na...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
568
462

Na półkach:

Dokument o ludziach żyjących trochę ponad 100 lat temu. Przynajmniej ja tak te książkę traktuje. Jak niewiarygodnie zmienił się świat przez ten czas...

Dokument o ludziach żyjących trochę ponad 100 lat temu. Przynajmniej ja tak te książkę traktuje. Jak niewiarygodnie zmienił się świat przez ten czas...

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

227 użytkowników ma tytuł Dzieje jednego pocisku na półkach głównych
  • 122
  • 103
  • 2
42 użytkowników ma tytuł Dzieje jednego pocisku na półkach dodatkowych
  • 28
  • 4
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1

Tagi i tematy do książki Dzieje jednego pocisku

Inne książki autora

Okładka książki Budzi się Łódź… Obrazy miasta w literaturze do 1939 roku. Antologia Abramele, Antek z Bałut, Szalom Asz, Zygmunt Bartkiewicz, Fred Belin, Mojsze Berszling, Zofia Błaszczykówna, Helena Boguszewska, Zygmunt Ból, Mieczysław Braun, Władysław Broniewski, Tomasz Cieślak, Józef Czapski, Jan Czata, Czułek, Daktyl, Józef Długołęcki, Wiktor Dłużniewski, Alfred Döblin, Konstanty Dobrzyński, Tadeusz Fangrat, Oskar Flatt, Marian Gawalewicz, Mordechai Mendel Gelbart, Artur Glisczyński, Eugenia Hołyszewska, Gustawa Jarecka, Mieczysław Jastrun, Józef Jeremski, Icchok Kacenelson, Adolf Kargel, Antoni Kasprowicz, K. Kosaro, Lucjan Kościelecki, Wincenty Kosiakiewicz, Aleksander Kraśniański, Philipp Kreutz, Kuzmicz, Stanisław Łapiński, Kazimierz Laskowski, Richard Lawin, Fritz Löhner-Beda, Malkiel Lusternik, Waleria Marrene-Morzkowska, Stanisław Martynowski, Meteor, Hirsz Milawski, Wujek Mitia, Hanna Mortkowicz-Olczakowa, Jerzy Nałęcz, Perec Opoczyński, Hanna Ożogowska, Borys Pasternak, Władysław Pawlak, Tadeusz Peiper, Marian Piechal, Pierrot, Krystyna Pietrych, Józef Piłsudski, Maria Przedborska, Izrael Rabon, Stanisław Rachalewski, Bruno Raymond, Władysław Stanisław Reymont, Joseph Roth, Władysław Rowiński, Hanna Rudawcowa, Lucjan Rudnicki, Aleksy Rżewski, Izrael Jehoszua Singer, Skaz, Kazimierz Sowiński, Wilfried Spectator, Julian Starski, Halina Stawarska, Ludwik Stolarzewicz, Andrzej Strug, Anna Świrszczyńska, Lucjan Szenwald, Berta Teplitzka, Iwan Timkowskij-Kostin, Grzegorz Timofiejew, Adolf Toruńczyk, Władimir Trofimow, Irena Tuwim, Julian Tuwim, Witold Wandurski, Julian Will, Zofia Wojnarowska, Jan Wolny, Gabriela Zapolska, Stefan Żeromski, M.W. udnicki, E. von Ludwig
Ocena 6,0
Budzi się Łódź… Obrazy miasta w literaturze do 1939 roku. Antologia Abramele, Antek z Bałut, Szalom Asz, Zygmunt Bartkiewicz, Fred Belin, Mojsze Berszling, Zofia Błaszczykówna, Helena Boguszewska, Zygmunt Ból, Mieczysław Braun, Władysław Broniewski, Tomasz Cieślak, Józef Czapski, Jan Czata, Czułek, Daktyl, Józef Długołęcki, Wiktor Dłużniewski, Alfred Döblin, Konstanty Dobrzyński, Tadeusz Fangrat, Oskar Flatt, Marian Gawalewicz, Mordechai Mendel Gelbart, Artur Glisczyński, Eugenia Hołyszewska, Gustawa Jarecka, Mieczysław Jastrun, Józef Jeremski, Icchok Kacenelson, Adolf Kargel, Antoni Kasprowicz, K. Kosaro, Lucjan Kościelecki, Wincenty Kosiakiewicz, Aleksander Kraśniański, Philipp Kreutz, Kuzmicz, Stanisław Łapiński, Kazimierz Laskowski, Richard Lawin, Fritz Löhner-Beda, Malkiel Lusternik, Waleria Marrene-Morzkowska, Stanisław Martynowski, Meteor, Hirsz Milawski, Wujek Mitia, Hanna Mortkowicz-Olczakowa, Jerzy Nałęcz, Perec Opoczyński, Hanna Ożogowska, Borys Pasternak, Władysław Pawlak, Tadeusz Peiper, Marian Piechal, Pierrot, Krystyna Pietrych, Józef Piłsudski, Maria Przedborska, Izrael Rabon, Stanisław Rachalewski, Bruno Raymond, Władysław Stanisław Reymont, Joseph Roth, Władysław Rowiński, Hanna Rudawcowa, Lucjan Rudnicki, Aleksy Rżewski, Izrael Jehoszua Singer, Skaz, Kazimierz Sowiński, Wilfried Spectator, Julian Starski, Halina Stawarska, Ludwik Stolarzewicz, Andrzej Strug, Anna Świrszczyńska, Lucjan Szenwald, Berta Teplitzka, Iwan Timkowskij-Kostin, Grzegorz Timofiejew, Adolf Toruńczyk, Władimir Trofimow, Irena Tuwim, Julian Tuwim, Witold Wandurski, Julian Will, Zofia Wojnarowska, Jan Wolny, Gabriela Zapolska, Stefan Żeromski, M.W. udnicki, E. von Ludwig
Andrzej Strug
Andrzej Strug
Pisarz i publicysta, wolnomularz, działacz ruchu socjalistycznego i niepodległościowego, beliniak, a także scenarzysta. Urodził się w rodzinie Władysława, właściciela sklepu kolonialnego w Lublinie, i Pauliny z Miklaszewskich. Studiował w Instytucie Rolnictwa i Leśnictwa w Puławach. Działał w Kole Oświaty Ludowej i Polskiej Partii Socjalistycznej. W 1895 uwięziony w X Pawilonie Cytadeli Warszawskiej, a w 1897 skazany na zesłanie do guberni archangielskiej, gdzie przebywał do 1900. Po powrocie do kraju studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim i z ramienia PPS brał udział w rewolucji 1905 roku. Był wtedy liderem Wydziału Chłopskiego, a następnie Wydziału Wiejskiego PPS i redagował pismo chłopskie „Gazetę Ludową”. Ponownie aresztowany w 1907 musiał opuścić granice państwa rosyjskiego i wyjechał do Paryża. W 1910 był jednym z sygnatariuszy listu otwartego w sprawie pochowania ciała Juliusza Słowackiego na Wawelu. Pochówek oprotestował biskup krakowski Jan Puzyna. Po powrocie z Francji, Strug wstąpił do organizacji „Strzelca”. Uczestniczył w zjeździe w Zakopanem w sierpniu 1912 roku, na którym powołano Polski Skarb Wojskowy. W okresie I wojny światowej walczył w szeregach Legionów Józefa Piłsudskiego w stopniu wachmistrza sztabowego. W latach 1915–1918 pełnił funkcję referenta politycznego w Polskiej Organizacji Wojskowej. 9 lutego 1916 został formalnie zwolniony z Legionów Polskich. W Polsce niepodległej reprezentował PPS. W 1918 wziął udział w tworzeniu Rządu Ludowego i został wiceministrem propagandy. W 1920 został członkiem założycielem Wielkiej Loży Narodowej Polskiej. W 1927 otrzymał nagrodę literacką im. Elizy Orzeszkowej za całokształt twórczości. W 1928 zasiadł z listy PPS w senacie, a w 1934 stał na czele Ligi Obrony Praw Człowieka i Obywatela. W latach 1924 i 1935 pełnił obowiązki prezesa Związku Zawodowego Literatów Polskich, którego był współzałożycielem (był delegatem na zjazd ZZLP 4 lutego 1922 w Warszawie). W 1928 był współautorem scenariuszy do filmów Pan Tadeusz (z Ferdynandem Goetlem) i Przedwiośnie (z Anatolem Sternem). W 1934 odmówił przyjęcia członkostwa Polskiej Akademii Literatury, ponieważ protestował przeciwko procesowi brzeskiemu i Berezie Kartuskiej. W swojej twórczości pisarskiej podejmował tematy wojenne i walki o idee sprawiedliwości społecznej, np. Ludzie podziemni, Dzieje jednego pocisku, Mogiła nieznanego żołnierza. Krytykował też współczesny kapitalizm w powieściach: Pieniądz, Żółty krzyż. Poznawszy Tatry w latach krakowskich studiów powracał do nich i Zakopanego dość często. Jego znajomość problemów modnego wówczas uzdrowiska zaowocowała nietypową dla niego pozycją groteskowo-satyryczną Zakopanoptikon. Według publicystów narodowo-katolickich należał do masonerii, a od 1922 do 1923 pełnił funkcję Wielkiego Mistrza Wielkiej Loży Polskiej. Do końca życia był aktywnym działaczem społecznym i politycznym. Został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Ozimina Wacław Berent
Ozimina
Wacław Berent
Zboża jare i ozime – jako siedmiolatka miałam poważny problem, by zapamiętać które są które. To że jedne sieje się jesienią, drugie na wiosnę – to było logiczne. Ale wymienianie poszczególnych gatunków i przyporządkowywanie ich do odpowiedniej kategorii – to było dla mnie ciężkie. Ale takich rzeczy uczyłam się wtedy na przyrodzie. Tytuł „Ozimina” przywołał te niezbyt miłe wspomnienia. Niczym echo powróciły formułki – nasiona zbóż ozimych, by wydały dobry plon, muszą ulec przechłodzeniu…Biedne, zmarznięte ziarenka… Zaskoczył mnie Wacław Berent swoją powieścią. Pisarz w doskonały sposób potrafił oddać nastrój rozgorączkowania, rozedrgania, któremu z różnych powodów ulegają goście na balu u baronostwa Niemenów. Z urywków rozmów, aluzji, niedomówień, czytelnik powoli poznaje ten specyficzny system naczyń połączonych. Można spokojnie przyglądać się wzburzonej krwi, która rozpala głowy. Miłość i polityka – te dwa tematy zaprzątają głowy biesiadników, a tu do tego jeszcze wojna wybucha – wojna rosyjsko-japońska. Ścierają się ideologie, budzą się nadzieje, ale i strach. Noc pełna tańców, flirtów i gorących dyskusji część gości wyprowadza na ulice Warszawy. Idą w te zakątki miasta, do których normalnie by nie chcieli zaglądać. A na tych ulicach rozgorączkowani ludzie, bo wielkie rzeczy się dzieją… „Ozimina” cechuje się niezwykłym, onirycznym klimatem. Dialogi bohaterów przeplatają ich wewnętrzne monologi i wywody ideologiczno – filozoficzne. Jest duszno, parno, a ranek nie chłodzi rozpalonych głów. Nawet na ulicy przy lutowym przymrozku wszystko kipi. Skąd ta ozimina…? Że niby niewola miała tak zmrozić serce całego narodu, by z wiosną rewolucja mogła wybuchnąć wielkim płomieniem?
onika - awatar onika
oceniła na64 lata temu
Lekcja martwego języka Andrzej Kuśniewicz
Lekcja martwego języka
Andrzej Kuśniewicz
William Faulkner był pisarzem postępującej katastrofy, toksycznego koloidu przeszłości oraz teraźniejszości. W „Rodzinnej Europie” Czesław Miłosz celnie zauważył, że to zaważyło na estymie, jaką amerykański literat cieszył się (na czas pisania swojego skądinąd znakomitego eseju, tj. 1959; bo kto dzisiaj wie kto to był Faulkner?) nad Wisłą. Oczywiście zaciążyło to – wg wielu znawców – na sukcesie Włodzimierza Odojewskiego czy (w bliższej nam perspektywie czasowej) „Golema” Macieja Płazy, ale jako wielbiciel Faulknera nie do końca się z tą tezą zgadzam. Zarówno Odojewski jak i Płaza nie są epigonami; przekonywanie o wielkości pisarstwa Odojewskiego jest zbyteczne, z kolei Płaza, mimo używania podobnych narzędzi literackich co amerykański noblista, w przywołanej wyżej powieści jest też silnie singerowsko-lovecraftowski (to moja opinia, a także komplement). Dzięki temu obie pozycje operują w innych rejestrach, jakkolwiek serwują czytelnikowi podobnie przygnębiającą aurę postępującej degeneracji świata. Kuśniewicz na pierwszy rzut oka jest kolejnym z pogrobowców Faulknera. Obawiam się, że dla wielu literaturoznawców wystarczy stosowanie długich zdań, zredukowanie dialogów do absolutnego minimum (niekiedy oznaczającego zero) oraz poruszanie się w technice strumienia świadomości, by wysnuć takie porównanie. Cóż za krzywdzące uproszczenie; długimi zdaniami posługiwał się też Tomasz Mann, można pozornie zachować dialogi, które dialogami nie są (Witkacy w „Pożegnaniu jesieni),z kolei każdy strumień świadomości, z racji silnego intersubiektywizmu, jest czymś odrębnym od innego strumienia. „Lekcja martwego języka” to unikat, bowiem w swej strukturze tworzy pewien łańcuch impresji powiązanych dość luźną więźbą (np. gdy porucznik Kiekeritz widzi torbę konduktorską w przedziale wodzi ją daleko w przestrzeń i czas, po czym z kolejnego skojarzenia idzie w kolejne skojarzenie, itd. – dlaczego, zdradza niestety skandaliczny opis serwisu, który odsłania prawie wszystkie karty jeszcze przed lekturą, jak tak można). Jest unikatowa, bowiem tworzy kalejdoskopiczny obraz psychicznej i moralnej degradacji, nie wwiercając się tak głęboko w strukturę psychiczną bohatera (Odojewski),nie odnosi się ze szczególarskim pietyzmem do postaci drugoplanowych (Faulkner),nie wyjaśnia hermetycznego świata jego własnymi terminami (Płaza). Pejzaże okrucieństwa wymieszane z pełnymi wdzięku impresjami natury czy mitami tworzonymi w głowie porucznika (niewątpliwego estety w wąskim tego słowa sensie) to zaledwie migawki, piękne miniatury, szkatułka wspomnień i szkiców wspomnień pojawiających się niby bez celu, a tak naprawdę by naświetlić, z jak drobnych okruchów składa się człowiek stojący u progu gnijącego świata. „Lekcja martwego języka” przez obraz społecznego bankructwa I wojny światowej, podeptanych idei i skundlonych ludzi stawia pytanie ile po nas zostanie, ile warta jest sztuka, ludzkość, jednostka w kontekście Wielkiej Erozji. Kuśniewicz, poza pieczołowitym, do granic perfekcji wymuskanym językiem, doskonale opanował również technikę inwersji czasowej (i tu wreszcie można zestawić go z Faulknerem). Bo ile człowiek ma minut wiedząc że wszystko ginie i o czym myśli, licząc ostatnie sekundy? Czy w głowie zostają wielkie idee, figura efeskiej Diany, czy też pozornie bezcelowe migawki, które nie mają początku, końca, związku ani znaczenia? Co rodzi się w obliczu wszechogarniającej klęski? Dlaczego język, którym mówimy całe życie nagle okazuje się martwy? Upadek nie musi być stopniowy, jak w „Marszu Radetzky’ego” Rotha lub jedynie sygnalizowany jak w „Soli ziemi” Wittlina (powołując się na inne świetne pozycje dot. I wojny w cesarsko-królewskiej monarchii). Może być taki, że człowiek dosłownie w ostatniej chwili uświadamia sobie, że przegapił własne istnienie. „Andrzej Kuśniewicz swą pasję literacką realizował dwutorowo: lewą ręką ochoczo spisywał donosy na swoich kolegów, prawej używał zaś do tworzenia literatury rozumianej bardziej tradycyjnie” – że przytoczę cytat z jednego z wpisów na portalu. Prawicą uczynił przynajmniej jedną wybitną rzecz.
Yarek44 - awatar Yarek44
ocenił na91 rok temu
Głosy w ciemności Julian Stryjkowski
Głosy w ciemności
Julian Stryjkowski
W epoce postsekularnej refleksji nad tożsamością, pamięcią zbiorową oraz kondycją podmiotu w przestrzeni aksjologicznie rozchwianej, powieść Głosy w ciemności Juliana Stryjkowskiego jawi się jako tekst o niebagatelnym znaczeniu epistemologicznym i antropologicznym. Ów monumentalny utwór – choć z pozoru skromny w zakresie narracyjnej scenografii – konstytuuje się jako jeden z najważniejszych głosów polskiej literatury XX wieku, sytuując się równolegle obok twórczości Izaaka Bashevisa Singera, Brunona Schulza czy nawet Thomasa Manna w jego żydowskich rejestrach symbolicznych. Stryjkowski – pisarz głęboko osadzony w idiomie europejskiego modernizmu – kreśli obraz społeczności chasydzkiej Galicji z pietyzmem godnym archiwisty duchowości. W mikrokosmosie prowincjonalnego sztetlu dostrzega jednak nie tylko pejzaż kulturowy jednej z najbardziej marginalizowanych grup etnicznych Europy Środkowo-Wschodniej, ale uniwersalne laboratorium duszy ludzkiej, rozpiętej między sacrum a profanum, między tradycją a subwersywnym pragnieniem emancypacji. Narracja powieści – prowadzona z perspektywy dojrzewającego Aronka – nabiera nie tylko wymiaru bildungsroman, lecz także przenikliwego traktatu o epistemologicznym rozdarciu pomiędzy dogmatem a intelektualną autonomią. Bohater, funkcjonując w cieniu patriarszej surowości swego ojca, reb Tojwego, przechodzi ewolucję egzystencjalną, która zaskakuje swoją filozoficzną głębią – ostatecznie wybrzmiewając jako dramat inicjacyjny o charakterze ontologicznym. Stryjkowski nie poprzestaje na wierności realiom historycznym – jego język, pełen subtelnych semantycznych aluzji, nasycony jest intertekstualnością i niemal liturgiczną powagą. To literatura totalna, w której każde zdanie, każdy dialog staje się aktem hermeneutycznym – wymagającym od czytelnika nie tylko kompetencji interpretacyjnych, ale i gotowości do kontemplacji. Narracja rozwija się nie tyle w czasie linearnym, ile w przestrzeni duchowego fermentu – tworząc wrażenie misterium, którego sens rozgrywa się na poziomie ontologicznym. W Głosach w ciemności zaskakuje także formalna dyscyplina. Stryjkowski stosuje polszczyznę o aksamitnej fakturze, ale też nie stroni od arameizmów, hebraizmów czy rytualnych zwrotów języka jidysz, co czyni tekst nie tylko świadectwem literackim, ale także dokumentem językowej heterogeniczności i kulturowego synkretyzmu. Styl, precyzyjny niczym sztych rytownika, wytwarza narracyjny rytm bliski modlitewnemu kadyszowi – smutny, elegijny, a przy tym pełen niezgody na wymazanie. Trudno nie dostrzec również, że Stryjkowski w swojej powieści wpisuje się w trajektorię myślenia post-Holocaustowego – mimo iż książka powstała przed traumą Zagłady. Jego świat – pełen bogactwa symboli, rytuałów i napięć duchowych – już w momencie pisania był światem umarłym, a sam akt pisania staje się tutaj formą nekrologu, liturgicznego wspomnienia i próby ocalenia sensu w świecie zatomizowanej pamięci. Z punktu widzenia filologa – a ściślej: badacza literatury porównawczej z silnym zakorzenieniem w hermeneutyce i tradycji filozoficznej dialogu (Buber, Levinas) – Głosy w ciemności to nie tylko powieść. To świadectwo, tekst aksjologiczny i egzystencjalny, który wymaga czytania nie przez pryzmat linearnej fabuły, lecz przez matrycę tekstu otwartego – wpisującego się w palimpsest kultury europejskiej. Stryjkowski zdołał uchwycić ów „ostatni oddech” świata, który miał już zniknąć – świata wspólnoty, w którym każde słowo, każdy gest był zanurzony w sacrum, ale też głęboko uwarunkowany społecznie i rytualnie. Jego bohaterowie – nieco teatralni, aforystyczni w swoich wypowiedziach, jakby już nieżywi – przypominają duchy przeszłości, mówiące do nas zza granicy utraconego czasu. Powieść ta – jeśli spojrzeć na nią z perspektywy szerokiej panoramy literatury polskiej XX wieku – powinna być czytana jako jedna z najważniejszych prób nadania formy temu, co zostało zniszczone. Stryjkowski nie moralizuje, nie oskarża, nie sentymentalizuje – jego pisanie jest aktem pamięci, ale także świadomą kreacją estetyczną, która wznosi się ponad dokument, ponad esej, ponad publicystykę. Nie bez przyczyny Głosy w ciemności porównywane są do dzieł Tołstoja, Faulknera czy Joyce’a – choć stylistycznie i tematycznie Stryjkowski idzie swoją własną drogą. U Stryjkowskiego nie ma przypadkowych zdań – każde z nich funkcjonuje jak kantyczka, jak fraza zaginionego języka, który być może właśnie dzięki tej prozie nie zostanie zupełnie zapomniany. W epoce nadprodukcji tekstów literackich, w której dominują narracje zredukowane do banału, uproszczenia i natychmiastowej komunikatywności, Głosy w ciemności pozostają dziełem wymagającym, ale przez to tym bardziej wartościowym. To książka, którą się nie tylko czyta, ale do której się powraca – by medytować, by porządkować własne myślenie o historii, tożsamości, duchowości. Dla filologa, który traktuje literaturę jako formę poznania i jako medium pamięci zbiorowej – Głosy w ciemności są tekstem obowiązkowym. I nie waham się użyć słowa: arcydzieło. W sensie zarówno estetycznym, jak i etycznym. Moja recenzja z portalu "nakanapie"
Aleksy - awatar Aleksy
ocenił na109 miesięcy temu
Dzieci Bolesław Prus
Dzieci
Bolesław Prus
Historia mówiąca o dzieciach, które na bycie dziećmi czasu nie miały. Życie pod zaborami ma swoje wymagania i można powiedzieć, że jednym z nich jest przedwczesna dojrzałość. Trzeba prawdziwie ogromnego zaparcia i wielce niespożytych odwagi i sprytu aby przetrwać w owych trudnych dla Polaków czasach. Rewolucja, która jest coraz bliżej, ale wciąż jakby stała w miejscu. Główny bohater "Dzieci"- Kazik Świrski, staje na czele buntu rewolucyjnego, a przynajmniej taki ma zamiar. Dozbierał się ludzi, wymusztrował ich do stopnia w jakim tylko on znał sztukę wojskowości w swoim wieku, otrzymywał wsparcie ze strony podległych Rosji Polaków, ma niezłe plany, wielkie marzenia i jak każdy wpada w wiry, to miłosne, to szaleńcze. Kazimierz od początku przygody jest wielkim patriotą, który dla niepodległości chce walczyć, chce zginąć. Jego grupa Rycerzy Wolności została stworzona do tego właśnie celu. Nie może on sobie jednak wyobrazić, jako szlachetny mąż, okradania i napadania bezbronnych ludzi, toteż po pewnym incydencie staje się on nieco bardziej pokorny i przeobraża się w człowieka bardziej ukształtowanego. Stawia on wciąż życie przyjaciół ponad swoje własne i nie ma zamiaru oddać ich na skazanie lub śmierć za jego życia, szczególnie, że według niego samego, to właśnie on zapoczątkował cały łańcuch aresztowań. ****************************************************************************** Prus bardzo dobrze tworzy postaci, nie ma w nich wiele sztuczności, a dialogi ułożone są również przyzwoicie. "Dzieci", to dość wzruszająca historia, mimo że przez większą część czytania, może na taką nie wyglądać. Muszę przyznać, że powieść łączy cechy patriotyczne z cechami dekadentyzmu (wydana w roku 1909, więc nie tak długo po Fin de siècle),ale przekaz jest nietrudny do odczytania. Choć walka nie zawsze daje efekty pożądane, walczyć trzeba, bo jeśli nie jest się panem swojego losu, to nie ma się po co żyć. Tradycyjnie, godna polecenia.
Mateusz_Krzywousty - awatar Mateusz_Krzywousty
ocenił na98 lat temu
Fermenty Władysław Stanisław Reymont
Fermenty
Władysław Stanisław Reymont
Janina Orłowska to postać fikcyjna, która w moich oczach całą "Komediantkę" miała na celu potwierdzić jedną tylko tezę: kobieta nie da sobie rady bez opieki mężczyzny. On lepiej od niej wie, co ją uszczęśliwi. Kobieta nie powinna sama myśleć i decydować. Powinna bezgranicznie poddać się męskiej woli. Nie ma innego wyjścia. Nawet gdy ta konkretna podjęła próbę, to trafiła w miejsce, gdzie jedynym celem kobiet było znalezienie męskiego opiekuna. Janina nie miała szczęścia i załamana postanowiła zakończyć... książkę. W przypadku, jeśli ten przekaz nie jest wystarczająco dobitny, to Reymont postanowił wygrzebać ją z grobu i umieścić w "Fermentach". Tom pierwszy to dowód na to, że życie Janiny mogło być tylko i wyłącznie sielanką. Jedyne co wystarczyło zrobić, to być posłuszną. Tytułowe fermenty zaczęły się dopiero w tomie drugim. Do tego momentu postrzegałem Jankę jako osobę bardzo doświadczoną przez życie. Kibicowałem jej, aby wreszcie zaznała spokoju i znalazła ukojenie. Mój stosunek do niej zaczął się wyraźnie zmieniać. Czytałem o tym, jak cały świat, wszyscy ludzie zabiegali o uszczęśliwienie głównej bohaterki. Tylko ona sama miała odwrotny cel. Krzyczałem na książkę: "Janka, ty już przestań! Nic nie rób! Nawet nie myśl już więcej!" Niestety ta nie odpuszczała i nieustannie plątała nogi wszystkim dążącym do szczęśliwego zakończenia powieści. Zaczynałem każdy kolejny rozdział od sztandarowego zdania Rene z Allo, Allo! W kulminacyjnym momencie Janka postanowiła zaprzepaścić wszystko nieodwracalnie. Czuwał nad nią mąż. Poddała się jego sugestii. Ocaliła tym życie. Wreszcie poczuła się prawdziwie szczęśliwa. Nawet nie zdawała sobie sprawy, czego tak na prawdę potrzebowała do pełni szczęścia. Mężczyźni w jej życiu wiedzieli: C.B.D.U. Zaczynam być powoli koneserem dzieł autora "Chłopów". Reymont zdumiewa mnie nieustannie. Zaskoczył mnie już in-minus. Poznałem też utwory in-plus. "Fermenty" jawią mi się jako książka dużo wyrazistsza od "Komediantki". Pierwszą książkę o Janinie Orłowskiej skwitowałem jedynie szyderczym: czytadło. Druga sprawiła, że główna bohaterka przestała mi być obojętna. Zaczęła mnie irytować. Jednocześnie wspominam treść utworu bardzo pozytywnie. Reymont to jednak artysta. Pomimo śmieszkowania, że "Fermenty" to jedynie opis triumfu patriarchatu nad emancypacją, to wyciągam z nich inne, tym razem wciąż współczesne przesłanie. Oddam tu głos wielkiemu Nobliście: "Szczęście nie jest tam, gdzieś, w marzeniach o sławie, w sławie samej, nie jest poza nami, nie szukajmy go poza sobą, bo ono jest w nas (...) bo szczęście jest w trwaniu, w istnieniu i w spokoju!".
Mazaki - awatar Mazaki
ocenił na79 miesięcy temu
Wyzwolenie Stanisław Wyspiański
Wyzwolenie
Stanisław Wyspiański
Właściwą kontynuacją "Wesela" jest "Wyzwolenie". Chyba najbardziej niepokojący, najgłębszy i najtrudniejszy do interpretacji dramat Wyspiańskiego. Jego bohaterem jest Konrad z III części "Dziadów". Akcja toczy się w teatrze krakowskim, i na Wawelu, i w rzeczywistości i świecie wymyślonym. Wyspiański jest mistrzem łączenia różnych przestrzeni. Historia i rzeczywistość przenika się, przenika się nawet z istotami z innego świata. Postacie przychodzą z eposów Homera, antycznych tragedii, czy polskiej historii XIX wieku i swobodnie mieszają się z ludźmi żyjącymi w Krakowie "tu i teraz" (to znaczy czasów Wyspiańskiego). Stąd też pojawia się Konrad i chce się uwolnić. Przede wszystkim od samego... Mickiewicza. Ponieważ Wyspiański, mimo że karmi się romantyzmem, jest jednocześnie buntownikiem przeciwko niemu i burzycielem tradycji. Jak wskazuje sam tytuł, akcja koncentruje się właśnie na wyzwalaniu, próbach osiągnięcia samostanowienia. Najważniejszym aktem sztuki, a równocześnie najtrudniejszym jest akt II, czyli dialog Konrada z maskami. To są postacie, które pojawiają się w ukryciu, których twarzy nie widzimy, a które reprezentują różne grupy społeczne i pokusy. Na przykład pokusę zaangażowania politycznego. Ma to jeden cel: odciągnąć głównego bohatera od wyzwolenia. Konrad Wyspiańskiego jest inny od mickiewiczowskiego, któremu wystarczyła miłość, "cierpienie za miliony" i walka wewnętrzna. Ponieważ Konrad "Wyzwolenia" chce narzucać swoją wolę, chce być tyranem. Polska może być odbudowana tylko jako niepodległe państwo. To zupełnie nowy ton. Nie ma już przetrwania wewnętrznego (choćby w języku, jak chcieli tego romantycy). Trzeba się bić.
amadeuszowsky - awatar amadeuszowsky
ocenił na106 miesięcy temu

Cytaty z książki Dzieje jednego pocisku

Więcej
Andrzej Strug Dzieje jednego pocisku Zobacz więcej
Andrzej Strug Dzieje jednego pocisku Zobacz więcej
Andrzej Strug Dzieje jednego pocisku Zobacz więcej
Więcej