cytaty z książki "Cztery czerwcowe dni"
katalog cytatów
Wieczór, który miał przynieść ochłodę po panującym za dnia upale, okazał się nieznośnie ciepły, a duża wilgotność zapowiadała burzę. Michel Ney, książę d'Elchingen, książę Moskwy, wysoki, postawny, uderzająco przystojny mężczyzna, ubrany w wyszywany złotą nicią ciemnoniebieski mundur marszałka Francji, stał samotnie w ogrodzie zrujnowanego przez pocisk domu na przedmieściu Gosselies i patrzył na północ. Uzbrojonym w teleskop okiem spoglądał na pola żyta i pszenicy, które ciągnęły się w kierunku Brukseli, i czekającego nań wroga. Z tyłu za nim, uwiązany do jabłonki, stał spokojnie, skubiąc trawę, jego koń, którego dwa dni temu kupił od starego przyjaciela, marszałka Mortiera. Ów weteran walk pod Frydlandem, w Hiszpanii, Rosji i pod Lipskiem, tak bardzo teraz potrzebny krajowi, leżał w łóżku w Beaumont, powalony nie przez karabinową kulę, ale atak rwy kulszowej. Cóż, żaden z nich nie był już młodzieniaszkiem.
Mimo że stał w odległości pięćdziesięciu jardów i to wśród kłębów dymu, widział ręce wystające z otworów w długim ceglanym murze. Rozpaczliwie starały się złapać rozgrzane do czerwoności od ciągłego strzelania lufy karabinów należących do gwardzistów, ale oczywiście, gdy im się to udawało, z reguły zaraz je puszczały. Niektóre jednak, rzucając wyzwanie piekącemu bólowi, próbowały wyrwać je właścicielom. W końcu jednak nawet najbardziej wytrwałe, zakrwawione i spalone, musiały się poddawać. Od czasu do czasu w dziurze pojawiał się bagnet, ale szybko zostawał odepchnięty przez obrońców, którzy teraz działali parami: jeden strzelał, drugi ładował karabin.
Ziethen z nieukrywanym przerażeniem obserwował tę zaciekłą walkę. Ludzie strzelali do siebie z bliskiej odległości. Kule rozrywały ciała na strzępy, zostawiając wokół ran czarne obwódki tlącego się prochu. Ginęli dziesiątkami, zarówno Francuzi, jak i Prusacy. Młody pruski grenadier kolbą muszkietu rozbił głowę francuskiego woltyżera, by za chwilę paść rozpłatany szablą przez francuskiego oficera, który z kolei osunął się na ziemię po strzale prosto w usta. Sierżant strzelców konnych walił zakrwawioną głową od dawna martwego jegra o ścianę płonącego kościoła. Nigdy podczas swoich dwudziestu lat służby wojskowej Ziethen nie zetknął się z taką nagą, prymitywną przemocą. Przez chwilę wydawało się, że francuskie natarcie się załamie. I wtedy przygalopował następny oficer, pułkownik, zagrzewając ludzi do walki.
Niech to licho. Nacisnął na ranę, żeby zobaczyć, czy jest głęboka i długa. Spojrzał na dłoń. Nie było tak źle. To pewnie ten oficer. Ten szermierz. Kątem oka zobaczył Goocha. Oszołomiony potyczką z Francuzami, rozglądał się bezradnie dookoła. Potrzebował rozkazów. Gooch! Proszę wziąć dwunastu ludzi i wejść na najwyższe piętro pałacu. I proszę mi natychmiast zameldować, co pan widzi. Jeszcze jedno natarcie, pomyślał. Jedno uderzenie i dopną swego. A ja nie mam już więcej ludzi. Wspiął się na dach chlewiku i wyjrzał zza północny mur.
Jednak choć oficerowie otrzymali pochwały, medale i awanse, wielu podoficerów i zwykłych żołnierzy zostało zwolnionych z wojska z powodu odniesionych ran lub redukcji armii, i musiało żebrać na ulicach. Dwa lata po bitwie każdy brytyjski żołnierz, który walczył pod Waterloo, otrzymał nagrodę pieniężną: generał - 1275 funtów, pułkownik-433, a szeregowiec - zaledwie 2 funty. Choć Francuzi próbowali ochrzcić tę bitwę nazwą głównego celu ich zmagań - Mont St. Jeana Prusacy nazwą gospody La Belle Alliance, do historii przeszła ona pod nazwą wioski, w której Wellington umieścił swój sztab. Bitwa pod Waterloo stała się jedną z najczęściej opisywanych bitew w historii wojskowości.