Jest we mnie mniejszy punkt niż ziarnko maku,
lecz bardzo ciężki, jak kula z kosmosu,
mieści się w nim co najmniej kilka światów,
a ich gęstości opisać nie sposób.
Tam jesteś.
Spacerowałem. Mam ogromną potrzebę, natręctwo nawet, chodzenia po obcych miastach. To jak choroba, gorączkowe ubieranie się i przemierzanie wszerz i wzdłuż dzielnic i ulic, często kilka, kilkanaście razy dziennie. Moja przerażona podróżą świadomość usiłuje w ten sposób prawdopodobnie zapanować nad nową, nieznaną przestrzenią, jakoś ją oswoić. To zwierzęce. Zaglądam do knajp, księgarń,sklepów, na bazary, do świątyń i siadam na wszystkich ławkach. Być może gdyby podróże odbywały sie pieszo, nie miałbym takiej potrzeby,, po prostu padłbym jak trup na hotelowe łóżko...szczęśliwy, że mogę leżeć i odpocząć.
Lato jeszcze wciąż wspaniałe, ale jesień już u bram miasta. Wszystko nabiera jakiejś dziwnej poświaty i na każdej rzeczy widać złotawy połysk, jakby każda sekunda takiego światła była na wagę złota, zanim się to skończy.
Wstrząsająco piękne kobiety przechodzą, żeby na zawsze zniknąć w końcu ulicy. Nic nie powraca. Tylko momenty, fragmenty, okruchy.
Po ciężkiej pracy nadchodzi czas na lekkie obyczaje.
i choć nie zawsze był to widok piękny (bywały bowiem dusze tak paskudne, że patrzeć można było na nie jedynie wzmocniwszy swój światopogląd estetyczny wódką (...) .
Sąsiad posiadał wówczas dar mówienia językami – my niestety nie otrzymaliśmy nigdy daru rozumienia języków, dlatego słowa powiedziane pod wpływem natchnienia tak często pozostają niezrozumiane przez śmiertelnych.
Można wstąpić dwa razy do tej samej wody. Kiedy nam wodę zakręcili w tamtym miesiącu, to tak się kąpaliśmy: najpierw Bermuda z Barrakudą, a potem ja z Baśką w tej samej wodzie w wannie, i co? I nikomu korona z głowy nie spadła.
Po otworzeniu klapy należało wytrzymać bijący z rury smród, a potem szybko wrzucić śmiecie w cuchnącą gębę potwora, który pożerał je i trawił z wielkim gastrycznym hałasem. Szczególny huk czyniły butelki obijające się o ściany rury przez całą wysokość budynku i rozbijające się w drzazgi z wielkim brzękiem na samym dole.
Wino wytrawne uważano powszechnie za ohydztwo i nieporozumienie.
Bo co innego, jeśli nie lepsze wydanie
samych siebie kochamy, kochając nasze dzieci?
Balkony! Dziesiątki ich zwisały ponad przepaścią i miastem (...).
Gawrony potrafią celnie skomentować każdy nowo powstały pomnik.
Reprezentanci barbarzyńskich Germanów, tych samych, z którymi Rzym prowadził ciągłe i beznadziejne wojny i którzy nigdy nie podali się rzymskiemu wpływowi – wręcz przeciwnie w rezultacie doprowadzili do jego upadku - teraz właśnie ogłaszali się jego następcami, w dodatku u siebie, w germańskich krajach na północy.
Poetyckość tekstu to umiejętność wyprowadzenia czytelnika gdzieś, lub wprowadzania go w odmienne stany - depresji czy euforii. Są różne definicje poezji: jedni uważają ją za czystą grę językową, inni za natchnienie, dla jednych to forma autoterapii, dla innych rodzaj śnienia, a jeszcze inni twierdzą, że ktoś tę rękę prowadzi. Żadna z tych wersji się nie wyklucza.
Anteny wystające ponad dach deskowca świadczyły o tym, że ktoś tam czuwa, emituje ładunki umacniające wytrwałość i upór wierzących w ustrój, albo wręcz przeciwnie - sieje prątki zwątpienia zatruwające spokój i determinację jego przeciwników, nadwątlające skałę ich wytrwałości, drążące skorupę czółna ich nadziei noc i dzień.
Stefan to była przecież nasza „złota rączka”. Tak mówiono na tych, którzy potrafili niemal wszystko naprawić, zmajstrować, poradzić sobie z każdą awarią i kłopotem. Było sporo takich sytuacji, ponieważ państwo demokracji ludowej, w którym żyliśmy, starało się zapoznać i oswoić swoich mieszkańców z każdą sytuacją wymagającą solidarności i społecznego zaangażowania, zapewne po to, by przygotować ich na wypadek przyszłego nieodwracalnego konfliktu nuklearnego z blokiem państw kapitalistyczno-imperialistycznych, po którym to konflikcie, jak ostrzegały władze i naukowcy, na skutek ogromnych zniszczeń, dewastacji i skażenia, warunki życia na ziemi staną się wymagające.
Chciałbym, żebyśmy unosili się,
żebyśmy unieśli się jak najwyżej. Podejdź,
zobaczysz, że wszystko zapamiętałem, to są
zmiany na dnie oka, niewidoczne rojenia,
tam działa atropina, miłość, któreś z ziół.
Im bardziej człowiek upada, tym potężniejsza jest jego świadomość katastrofy, jest jego funkcją, lub, może inaczej, nie ma upadku bez poszerzenia świadomości.
Jeśli ludzki upadek związany jest z przekroczeniem praw, sięgnięciem po boskie „kompetencje” i zyskaniem wiadomości na temat dobra i zła, to świadomość jest jego oznaką. Jesteśmy wygnani z raju, przebywamy teraz w innym miejscu, pełnym śladów pamięci, żyjemy, ale na zawsze straciliśmy złudzenia.
Pisanie pozostaje tylko i wyłącznie przygodą wewnętrzną, przemienieniem cierpienia, miłości, strachu, rozpaczy i zachwytu w słowa. Nieważne, gdzie się to odbędzie, choć za każdym razem inne będą proporcje i za każdym razem odbędzie się to inaczej.
Wyschły tytoń i jedyny ognik skręta. Jeszcze
to, że Paryż pękł na pół, a bez ciebie nic nie
połączy tych krawędzi. Po jednej stronie ja,
a po drugiej mrok. I wyciągam ręce.
A ja? Ta melancholia złudzeń jest dobrym
rocznikiem, wybranym szczepem, dojrzewała długo,
w chłodnych piwnicach, po kwartach księżyca łączyły
się atomy, spółkował tlen, azot, węgiel - teraz się
tym upijam co wieczór, tak postanowiłem uczcić
to życie, ten moment wahania, zanim powiesz mi "nie".
Nóżki załatwiła - jak twierdziła Matka - jątrew, czyli żona brata męża drugiej żony dziadka, choć według niektórych wcale nie chodziło o jątrew, ale po prostu o zełwę, czyli siostrę męża paszenoga, czyli męża siostry jego dziadka - żony, o której mówił, pewnie błędnie, per „świeścia". To tytułowanie się w tamtej spowinowaconej z powodu zmarłego już dziadka rodzinie przybierało dziwne formy.
Ach, doprawdy, Bóg
tak drżał przez tobą, że posłał swoich policjantów,
żeby cię zabili. A wystarczyło przecież, żeby zszedł
po moście Tabiat, krzywym jak szabla,
i przy wszystkich rozwiązał twoje włosy.
Gdyby nie był takim tchórzem, przyszedłby tu
i pocałował cię, przyjaciółko, na środku
ulicy Tir. Gdyby umiał całować.
Cała klatka schodowa była naznaczona podpaleniami, tak jakby duch podpalenia nie wygasł w narodzie nigdy, ale tlił się wciąż...i gotów był w każdej chwili buchnąć radosnym płomieniem zniszczenia i zguby.
Ósmego dnia człowiek nareszcie tworzy Boga, swoją przyczynę, tym razem naprawdę z niczego (bo to właśnie nicości boi się najbardziej). Tylko dlatego, że przestraszył się ruchomego odbicia swojej twarzy w wodzie. Teraz ma kogoś, kto go będzie śledził, nawet w ciemności, w podczerwieni, jak kocie oczy.
Gdziekolwiek jesteś, posyłam ci ciemność,
niech cię nie dosięgnie kula snajpera,
niech nie dojrzy dron czuły na podczerwień,
przesyłam pustkę, niech w ręce mordercy
wpadnie puste ubranie, pod mundurem
nie będzie ciała, tylko metafora,
ładunek wyobraźni eksploduje
mu w rękach.
Słuchaj, dziewczyno, mówię, mam złe wieści,
będziesz żyć długo, dłużej niż do śmierci.
To nieprawda,
że jesteśmy tym, co się wydarzyło,
jesteśmy tym, co się dopiero stanie,
a co się stanie, zobaczysz za chwilę.
Te sprawy od wieków
toczą się tak samo i chyba nie uważasz,
że coś istotnego może zmienić na świecie
akurat twoja miłość, robaczek szaleństwa?