cytaty z książek autora "Anna Robak-Reczek"
Zdjęłam rękawiczki i dotknęłam ziemi tuż przy leśnej ścieżce. Była jeszcze lodowata, ten chłód przenikał aż do kości. Psy przybiegły do mnie zaciekawione, co takiego znalazłam. Trącały moją rękę nosami, Martin próbował kopać.
Moje głupiątka, pomyślałam do nich, ja tylko sprawdzam, czy coś poczuję”.
- Jedyna namiętność, na jaką mogę liczyć, to namiętna tęsknota – stwierdziłam z goryczą, której nie zdążyłam ukryć pod ironią.
- Proszę się nie martwić. - Spostrzegł, że sprawił mi przykrość. - Zauważyłem, że większość ludzi uważa, że należy im się zupełnie inna egzystencja niż ta, którą wiodą”.
Autor dysponuje wielką mocą. Decyduje o tym, który z momentów zostanie zachowany na wieczność. (…) Każde dzieło jest jednocześnie historią i konkretnym wspomnieniem o sprawach istniejących w ściśle określonej rzeczywistości, tam i wtedy, które zamienia się w wieczne tu i teraz.
(…) do sił specjalnych i ludzi, i psy wybiera się z klucza myślących poza schematami. Współczesny świat, nasz zachodni, daje nam często złudne poczucie bezpieczeństwa, o ile będziemy trzymać się określonych ram, więc tym bardziej cenni są ci, którzy potrafią działać poza nimi.
Ale całe życie hołdowała zasadzie, że jej dzieci swoje
własne błędy muszą popełnić osobiście.
Prace domowe niecierpliwiły ją do granic szaleństwa. Nie znosiła stać przy garach, prać, myć, pucować. Od czystej podłogi wolała czyste powietrze (...).
Światowa Organizacja Zdrowia wpisała chorobę X na listę największych wiszących nad ludzkością zagrożeń. Mała mutacja wirusa SARS i ospy wietrznej to zabójcze połączenie – przenosiłaby się drogą kropelkową (jak ospa), a zabijałaby jak SARS, czyli na ciężkie zapalenie płuc. To gotowy przepis na zdziesiątkowanie ludzkości. Zdaniem niektórych to wręcz konieczność, bo planeta nie mieści miliardów ludzi i musi ich z siebie strząsnąć, żeby nie sczeznąć. Być może tym, którzy zostaną, będzie żyło się lżej. Tyle że nie ma jak zdobyć gwarancji, że będzie się we właściwej, tej ocalałej grupie i to właśnie wywoływało gęsią skórkę i koszmary. Joanna całkowicie pogrążyła się w czarnych wizjach.
Człowiek często myśli, że to on nadaje znaczenie przestrzeni, nie dostrzegając, że niektóre miejsca istniały długo przed nim i będą istnieć długo po nim. One nie potrzebują naszej uwagi, lecz jeśli już ją otrzymają, potrafią odpowiedzieć — cierpliwie i na własnych zasadach.
Być może wzgórze zostanie znów wysłuchane i nawiąże kontakt z ludźmi; może jednak pozostaną obojętni. To nie ma dla niego znaczenia — potrafi cierpliwie czekać, tak jak czekało na mnie.
Przeszłość nie znika — tylko zapada w sen i czeka, aż ktoś ją obudzi.
Nie wszystko, co wygląda jak ratunek, prowadzi do ocalenia.
Znajdź mi męża – powiedziała nagle Luiza. – Tak bogatego jak ty.
Zsunęła buty i podwinęła nogi pod siebie. Zakutana w koc, wygodnie oparta, prawie zrelaksowana. Mówiła zupełnie poważnie. To nie był nowy pomysł, ale po raz pierwszy został wypowiedziany na głos. Takie rozwiązanie wydawało się najlepsze. Luiza była pewna, że urodziła się, by być bogatą. Ponieważ jak na razie nie udało jej się zdobyć fortuny własnym wysiłkiem i nic tego nie zapowiadało, takie rozwiązanie wydawało się najbardziej sensowne.
– Serio? – W pytaniu Witolda kryło się powątpiewanie, ale i cień nadziei.
– Serio. To niezła opcja, nie uważasz? – Otworzyła szeroko oczy. – Znajdziesz mi bogatego męża, tatusiu?
– Zastanowię się, kogo aż tak bardzo nie lubię, żeby go oddać w twoje ręce.
Luiza zakładała, że skoro cały świat jest przeciwko niej, to ma pełne prawo odpłacać mu tym samym. Ludzie sami sobie byli winni, ustawiając się na pozycji jej wrogów. Kto mógł na tym wyjść gorzej? Zakładała, że starczy jej inteligencji i umiejętności, żeby być górą.
W końcu wrócił spojrzeniem do pokoju i zatrzymał je na szpitalnej szafce, która stała przy łóżku chorej jak wartownik. Westchnął lub może bardziej próbował złapać powietrze. W sali było duszno. I za jasno. Za cicho. Zapach szpitala nie dawał się zignorować. Witold po raz kolejny przeciągnął palcami po kołnierzyku. Urządzenia, do których podłączono jego byłą żonę, wydawały z siebie ciche, rytmiczne odgłosy, brzmiące niemal sennie.
Rodzice mają pewne obowiązki – powiedziała pouczająco, nie odrywając wzroku od widoku za szybą. – Myślałeś, że jak będziesz płacić alimenty, to wystarczy?
– Miałem obowiązki. – Spokojna odpowiedź Witolda wywołała szybkie skrzywienie ust Luizy. – Wypełniłem je z nawiązką. Kto cię wyciągnął najpierw z tego poprawczaka? A potem z pudła? Płacił odszkodowania? Płacił za terapię?
Każdy punkt wyliczanki zaznaczał stuknięciem czubkami palców o oparcie fotela. Luiza nie odrywała wzroku od chmur.
– Kasa, kasa, kasa. Bardzo czule – skwitowała.