... w miarę jak zbliżał się Dzień Zwycięstwa, 27 lipca, przyszło mi na myśl, że to wszystko na nic. Na nic ta fantazja o koreańskiej jedności, te 5000 lat koreańskiej tożsamości, bo zjednoczony naród pękł odwracalnie w 1945 roku, kiedy grupa polityków narysowała przypadkową linię na mapie, rozdzielając rodziny, które miały umrzeć, już nigdy się nie spotkawszy. Ich smutek, gniew i żal miały pozostać bez odpowiedzi, a ich ciała - obrócić się w proch, stać się częścią tej ziemi. Tego wieczora, kiedy żałobne słońce o barwie owocu granatu chowało się za Wieczną Wieżą, za dymiącym kominem, za tym miastem, tą szkołą, za dziećmi elity, które na krótko stały się moimi dziećmi, tymi uroczymi, kłamliwymi dziećmi, zobaczyłam bardzo wyraźnie, że nie ma to żadnego odkupienia.
Patrzyłam na twarzy pastora i parafian, które nie zdradzały niczego. Wszystko to był teatr, a ja także brałam udział w przedstawieniu. Oni udawali, że są chrześcijanami, a my udawaliśmy, że im wierzymy. Przypomniałam sobie, że na PUST kazano nam się modlić w sekrecie, z otwartymi oczami. Tutaj sytuacja się odwróciła: nasza grupa modliła się otwarcie, a miejscowi odgrywali farsę. Może kiedy mówili o Bogu, podstawiali sobie w duchu słowa "Kim Dzong Il".
Kiedy już opatrzą nam się żywe obrazy "kimdzongilek" i "kimirsenek" czy sierpów i młotów formowane przez dziesiątki tysięcy dzieci, chcąc nie chcąc zaczynamy myśleć o niezliczonych godzinach prób, do których te dzieci były zmuszane.
Z Koreą Północną zawsze tak było. Przypominała zaniedbującego nas chłopaka, na którego obecność nigdy nie można liczyć, więc trzeba zawsze wykorzystywać okazję do spotkania się z nim, kiedy akurat mam czas.
Robiłam się nieostrożna. Byłam tu od ponad miesiąca, a po takim czasie nawet w więzieniu zaczynamy czasem czuć się jak w domu.
Wzajemna lojalność partnerów wydawała się nieograniczona, dlatego ich zdolność zmieniania sojuszy z dnia na dzień sprawiała dziwnie bezduszne wrażenie. Także łatwość, z jaką przychodziło im wykonanie rozkazu, żeby natychmiast zostać czyimś najlepszym przyjacielem, wydawała mi się nienaturalna.
Ta jednostajność wyżera Ci duszę, aż zmieniasz się w oddychającą, harującą, konsumującą rzecz, która budzi się ze słońcem i zasypia wraz z zapadnięciem ciemności. Pustka pogłębia się z każdym wlekącym się dniem, a ty stajesz się coraz bardziej niewidzialny i nieistotny. (...) Tam, w nieustępliwej pustce, nic się nie poruszało. Nie przychodziły żadne wiadomości, ani żadnych nie wysyłano. Nie było żadnych telefonów, ani do nas, ani od nas. Żadnych maili, żadnych listów (...).
Zawsze z jakiegoś pobliskiego głośnika dudni muzyka. Czasem to pieśń
miłosna, a czasem marsz, ale temat jest zawsze ten sam. Prawie każdy budynek zdobi
jakieś hasło, każdy ekran telewizyjny pokazuje ten sam obraz, tak jak billboardy
reklamowe zapełniają horyzont w zachodnich krajach, ale w Korei Północnej jest
tylk o jeden produkt: Wielki Przywódca. Pod całym tym hałasem kryje się jednak
przerażająca cisza. Wszysko jest od dziesięcioleci tak wyciszone, że jeśli przyłożyć ucho do tego bezruchu, niemal słychać stłumione krzyki.
Odparła mu na to, że najgorsze, co może się jej przydarzyć, to że zostanie wyrzucona z Korei
Północnej, a wtedy jej matka zaoponowała: „Jak to: najgorsze? Chyba najlepsze! Najgorsze by było, gdyby cię zatrzymali!”.
Kochamy tych, którzy nas chcą".
Wierzymy w to, w co chcemy wierzyć".
Pjongjang przypomina Xandu -miasto, które karmiło się niewolniczą pracą reszty kraju. Był chciwym, krwiożerczym potworem i czasami chciałam, żeby po prostu poszedł z dymem.(...) Jednak było to miasto, które aż do śmierci śniło się mojej babci. Był to dom moich studentów, miasto nadziei dla wszystkich Koreańczyków z Północy. Marzyli tylko o tym, żeby się tu dostać, bo tu włączano prąd, tu jeździły samochody, tramwaje i autobusy, tu można się było otrzeć o cywilizację.
Nie uważałam Pjongjangu za piękny. Było to miasto monotonne, ponure, pewne betonowych budynków i ludzi w łachmanach, którzy wyglądali na zagłodzonych. Ale to nie fizyczne cechy Pjongjangu sprawiały, że wydawał mi się brzydki, tylko to, czego był symbolem.
Między jednym romansem, a drugim, kiedy czuł przypływ skruchy, dziadek niechętnie odprowadzał ją (babcię) do kościoła, zawsze deklarując, że nikt nie zobaczy Gwangsam Kima, potomka wielkich konfucjańskich uczonych, w miejscu publicznym z Biblią pod pachą. Starannie owijał więc Biblię swojej żony gazetą i niósł ją aż do progu kościoła, którego sam nigdy nie przekroczył.
Chciałam wierzyć, ze śmiercionośny głód, który najwyraźniej zwichnął mieszkańców Korei Północnej zarówno pod względem emocjonalnym, jak i fizycznym, na niektóre dzieci nie miał absolutnie żadnego wpływu.
Nawet gdybyśmy coś sobie przyrzekli, byłyby to jedynie słowa. Ale ja byłam pisarką. Wierzyłam w słowa, choćby tylko maskowały niepewność upływającego czasu.