Klub Julietty Sasha Grey 3,9

ocenił(a) na 16 lata temu Każda recenzja "Klubu Julietty", niezależnie czy na tym portalu, czy na goodreads, czy na jakiejś innej witrynie, musi zawierać informację, że Sasha Grey, autorka powieści, pracowała jako aktorka pornograficzna. I każdy, kto o tym wspomina, próbuje nas przekonać, że właśnie z tego powodu pani Grey nie potrafi pisać. Więc ustalmy jedno: ta książka znajduje się w ścisłej czołówce najgorszych pozycji, jakie kiedykolwiek czytałam. Przebiła nawet "Mama kłamie" Bussiego. Ale nie dlatego, że autorka pracowała w branży dla dorosłych. Dlatego, że "Klub Julietty" to pokraczne dziecko Dana Browna i Ilony Felicjańskiej, które zdążyło jeszcze wypaść z kołyski na twarz.
Najgorszym problemem tej książki jest fabuła - a raczej jej brak. Całość liczy dwadzieścia dwa rozdziały, a po pierwszym, przypominającym bardziej wstęp, do Klubu Julietty wracamy w piętnastym rozdziale, znów o nim zapominamy, i wracamy tam ponownie w finale, w rozdziale dwudziestym pierwszym. Przez większość książki musimy czytać fantazje bohaterki - wszystkie takie same z nieznacznie pozmienianymi detalami - oraz jej rozważania. Zdarzyły się przynajmniej dwa rozdziały, w których nie pada żadna linijka dialogowa, bo całość przypomina bardziej eseje. Jeden filozoficzny i jeden w całości poświęcony spermie. Serio. Jakieś sześć-siedem stron zajęły rozważania o spermie. I wolałam tę połowę eseju, w której Grey odnosiła się do teologii, niż tę, w której zaczęła opisywać spermę od strony fizycznej. Wtedy mnie dosyć zemdliło. W każdym razie, fabuła w tej książce zaczyna się formować gdzieś w rozdziale siedemnastym, a ostateczny kształt przybiera w dziewiętnastym-dwudziestym. Wygląda to trochę, jakby Grey ogarnęła, że miało być coś o jakimś sekretnym stowarzyszeniu i zagadce kryminalnej, więc na szybko w dwóch rozdziałach umieściła zagadkę i jej rozwiązanie. Brzmi to jeszcze zabawniej w obliczu faktu, że na samym początku bohaterka opowiada, jakby poznała tytułowy Klub Julietty od podszewki. A kiedy go naprawdę poznaje - cóż. Pojawia się na dwóch spotkaniach, spotyka jedną znajomą twarz i tyle. Wow. Tyleż intrygi. Zakończenia zwyczajnie w tej książce nie ma. Ot, urywa się. Jakby autorce zabrakło pomysłu i chęci, żeby to sensownie skończyć. Czy chociaż zacząć budować, patrząc na większość treści.
Gdyby jednak problem tej książki stanowił wyłącznie brak fabuły, miałkie sceny erotyczne (naprawdę? Używanie rynsztokowego słownictwa, wielokąty miłosne i obsesja na punkcie spermy partnera tak bardzo wyróżniają tę książkę na tle wszystkich innych Greyów?) i bohaterowie z celulozy, nie przywołałabym tu sylwetki Dana Browna. Sasha Grey cierpi bowiem na podobną Brownowi przypadłość, że jeśli powoła się na coś - film, książkę, wiersz - musi nam dokładnie opowiedzieć historię utworu, do którego się odnosi. A odwołuje się praktycznie co drugi rozdział, wyraźnie bardzo chcąc czytelnikowi udowodnić, że jest obeznana z klasyką kina, literatury i poezji. Problem w tym, że wypada to strasznie miałko, płytko i nudno, a wiele jej porównań sprawia wrażenie bardzo na siłę, zupełnie jakby nie Catherine, ale sama Sasha właśnie dostała się na filmoznawstwo i potrzebowała zabłysnąć. Fantazyjne porównania typu ośliniony członek=ośnieżony górski szczyt również na to wskazują. I niekoniecznie jej wychodzi, ale bawiłam się przednio, czytając o zaciskaniu się jak muchołówka na ofierze czy witających się z partnerem genitaliach.
Z tą książką, prócz wymienionych, jest jeszcze jeden, znacznie poważniejszy problem. Otóż, co może świadczyć o mojej naiwności, sądziłam, że kobieta, która wybiła się na tak niesławnej branży i po odejściu z niej zmagała się z mnóstwem zwykłego, chamskiego hejtu, nie będzie traktować innych kobiet z góry. Ale traktuje. W książce dosłownie pada stwierdzenie, że kobietom, które nie uprawiają seksu, rzuca się na mózg i robią się zgorzkniałe. Kiedy poznajemy Bundy'ego i jego nielegalne interesy, autorka nazywa go "świnią", ale nie dostrzega, że mówimy dosłownie o łamaniu prawa i niszczeniu życia młodym dziewczynom (gdy mowa o samobójstwie jednej z nich, Grey zrzuca to na hejt w sieci. Ciekawe za co mogła być nękana przez znajomych? Może JEDNAK za to, że ktoś wrzucił jej zdjęcia na stronę porno?). Och, no i jeszcze co najmniej dwukrotnie pojawiają się kompletnie z - nomen omen - rzyci wzięte pociski na Kim Kardashian. Sama nie przepadam za rodziną Kardashian-Jenner, ale bardzo zabawnie czytało sę wywody Sashy Grey, że żałosne piwniczaki masturbują się do retuszowanych, nieatrakcyjnych zdjęć sióstr Kardashian.
"Klub Julietty" to, jak się okazuje, pierwsza część trylogii. Pozostałe dwie części nie wyszły po polsku, a ja nie mam zamiaru płacić za nie w dolarach. Zresztą, patrząc na ich opisy i malejącą z każdym tomem objętość (ta króciutka książeczka to najdłuższy tom, trzeci ma dosłownie 209 stron!),raczej nie należałoby się spodziewać po Sashy Grey rozwoju literackiego.
Trudno mi powiedzieć, czy polecam. Ta książka jest nudna do bólu i momentami obrzydliwa (i nie, nie z powodu samej obecności scen seksu, w tym grupowego, nie mam z tym problemu),ale zdarzają się takie perełki stylistyczne, że można się dosłownie popłakać ze śmiechu. Na podróż pociągiem w jedną stronę idealna.