Księga Diny Herbjørg Wassmo 7,6

Dość długo polowałam na tę książkę, w sumie już od momentu, gdy obejrzałam film (około 2005 roku),i czuję się zawiedziona oraz zmęczona. Chyba po prostu Księga Diny nie jest dla mnie - na grupie widziałam jedynie opinie pełne zachwytu, że to dzieło stulecia, najwybitniejsza powieść norweska XX wieku, że "nie pozwala zaczerpnąć głębszego oddechu, zmusza do śledzenia kolei losu" bohaterów "z uwagą napiętą jak struna, na wdechu, z szeroko otwartymi oczami i umysłem gotowym na spotkanie z nieznanym". Mój umysł chyba nie był gotowy na to spotkanie, bo czuję się przepuszczona przez młockarnię. Czytając byłam raczej zmęczona, jakbym przebijała się przez lekturę szkolną, a dookoła unosił się ciągle odór śmierci, zepsutej nogi i trupa.
Męczyła mnie dziwna konstrukcja tekstu, jak przerywanie zdania w połowie, by zrobić z niego drugie, osobne zdanie – np. „Pod świecami połyskiwała srebrna taca. Żeby zbierać kapiącą stearynę”. W sumie na każdej stronie coś takiego ma miejsce, czułam się jak
w rozmowie z osobami
które
w taki sposób
piszą
wiadomości na messengerze
z niewiadomego powodu, zamiast normalnie napisać całym zdaniem.
Kompletnie nie przypadły mi do gustu środki artystyczne, którymi autorka posługuje się w opowiadaniu swojej historii – scena z „jedzeniem” gałek ocznych była obrzydliwa, a używanie słów z Biblii do opisywania sytuacji z życia bohaterki, w tym jej fascynacji erotycznych, było dla mnie niesmaczne, podobnie jak opisanie seksualnych zachowań dzieci.
Sama Dina w ogóle nie budziła mojej sympatii – egoistyczna, pozbawiona życzliwości, empatii, nie umiejąca stworzyć żadnej więzi z drugim człowiekiem, kierująca się wyłącznie własnymi pragnieniami, które realizuje bez zastanowienia nad tym czy to kogoś zaboli czy nie. Więcej emocji budzą w niej konie czy przedmioty niż ludzie i związki z nimi. Tomasza porównuje w pewnym momencie do zwierzęcia, generalnie też traktuje mężczyzn trochę jak rzeczy, które wyrzuca gdy się znudzą. Syna też ma kompletnie w poważaniu.
Rozumiem, że wynika to z tego, jak traktowano ją w dzieciństwie, ale mimo wszystko nie przemawia do mnie ta postać. Nie umiałam jej kibicować ani jej współczuć, była dla mnie irytująca. W pewnym momencie mówi, że jeśli nie dostanie tego, co chce, będzie groźna, nieustannie strzela fochy w rozmowach z Żukowskim jak rozkapryszone dziecko. To nie jest dla mnie "nieposkromiona kobiecość" tylko niedokończony bunt trzylatka. Autorka próbuje pokazać, że Dina jest męska i zachowuje się jak facet, ale w dużej mierze ta jej męskość to jedynie złe cechy - nieodpowiedzialność, rozpasanie seksualne, okrucieństwo - albo jej wzrost oraz jakieś stereotypowe zachowania typu palenie cygar i noszenie spodni. Nie ma tam odpowiedzialności, odwagi, wierności, poświęcenia.
I mimo, że Dina jest taka okropna i wredna, wszyscy się w niej kochają, wszyscy jej pożądają. Dosłownie WSZYSCY. Nie ma ani jednego mężczyzny w Reinsness, który by nie był nią zainteresowany. Serio?
Ciekawe były fragmenty dotyczące życia w Norwegii i tamtejszych obyczajów, kultury, jedzenia, strojów – zwłaszcza bardzo często pojawiającego się na talerzach hjortronu. Podobał mi się sposób, w jaki Wassmo opisywała obcowanie duchów z żywymi, bez zbędnego patosu i nadmiernej emocjonalności, które towarzyszyły niestety scenom miłosnym.
Sięgnęłam po powieść, ponieważ znam film i chciałam porównać go z książką. Troszkę zaskakuje w jej kontekście obsada – Stine zmieniono z Laponki na bladolicą blondynkę, a już totalnie nie pojmuję, jakim cudem Jakub, opisany przez Wassmo jako niezmiernie przystojny, atrakcyjny mężczyzna, skojarzył się reżyserowi z Gerardem Depardieu. Nie rozumiem zmiany zakończenia, usunięcia postaci Johana ani powiązań z Biblią. Na korzyść filmu działała natomiast estetyka, przepiękne zdjęcia i muzyka robiły tam niepowtarzalny klimat, który pozwalał mi wracać do tej historii mimo niechęci do głównej bohaterki. W książce tej estetyki nie znalazłam. Generalnie powieść nie trafiła do mnie kompletnie i zdecydowanie nie zachęca mnie do dalszego zgłębiania twórczości autorki