Świat... Świat nie stoi w miejscu. Jeśli przez jakiś czas wątpi się w swój kraj, trzeba wierzyć w świat. Możliwe jest zaćmienie słońca, a nie wieczna noc.
Młodymi, wrażliwymi oczami obserwowaliśmy, jak wpajane nam przez naszych nauczycieli klasyczne pojęcie ojczyzny przybiera tu na razie kształt wyrzeczenia się osobowości w sposób tak upokarzający, jak nigdy nie można by tego żądać od najniższego rangą sługi.
Nie mieliśmy zdecydowanych planów na przyszłość, bardzo niewielu myślało już o karierze i zawodzie w kategoriach praktycznych i na tyle konkretnie, że mogło to wyznaczyć kierunek ich egzystencji - byliśmy za to pełni niepewnych idei, które w naszych oczach nadawały życiu, ale także wojnie wyidealizowany i niemal romantyczny charakter.
Kantorek powiedziałby, że stoimy właśnie na progu egzystencji. I coś w tym rodzaju przeżywamy. Jeszcze nie zapuściliśmy korzeni, a wojna już nas podmyła. Dla innych, starszych, wojna to tylko antrakt, oni potrafią myśleć o tym, co będzie potem. My zaś zostaliśmy przez wojnę porwani i nie wiemy, jak to się skończy. Na razie wiemy tylko tyle, że zdziczeliśmy w szczególny melancholijny sposób, choć nie potrafimy już nawet zbyt często się smucić.
Zabiłyby nas niechybnie, gdybyśmy to zrobili; bo tyle już zdążyłem zauważyć, że zgrozę można znieść – wystarczy zwyczajnie przycupnąć, ale zginiesz, jeśli się w nią zagłębisz.
Omyłka polega na tym, Borysie, że w ogóle zaczęliśmy myśleć. Gdybyśmy się zadowolili płodzeniem i żarciem, nie byłoby tego wszystkiego. Ktoś z nami robi eksperymenty, ale dotychczas nie znalazł, zdaje się, rozwiązania. Nie skarżmy się. Króliki doświadczalne powinny także mieć swój honor zawodowy.
Mija godzina. Siedzę w napięciu i obserwuję każdą zmianę na jego twarzy, może chciałby jeszcze coś powiedzieć. Och, gdyby zechciał otworzyć usta i krzyknąć. Ale on tylko płaczę, odwróciwszy głowę w bok. Nie opowiada o matce i rodzeństwie, nic nie mówi, pewnie ma to już za sobą - teraz jest sam na sam ze swoim krótkim dziewiętnastoletnim życiem i płacze, bo ono go opuszcza.
Kochaliśmy ojczyznę tak samo jak oni i w każdym natarciu szliśmy odważnie do przodu - lecz teraz rozróżnialiśmy, nagle nauczyliśmy się widzieć. I widzieliśmy, że nie pozostało nic z ich świata. Nagle sami - i sami musieliśmy się z tym uporać.
Próżnia wytworzona w czasie. Ta sama mała, jasno oświetlona kabina pokoju, ten sam człowiek, którego się kocha, a którego w jakiś dziwny sposób już nie ma, można go dotknąć, jeśli się wyciągnie ramiona, a jednocześnie nie można go już dosięgnąć.
Może więcej kolegów myślało tak jak on, lecz nikt nie potrafił się wykluczyć, w tym okresie nawet rodzice prędko sięgali po słowo ,,tchórz". Ludzie zwyczajnie nie mieli pojęcia o tym, co nadchodziło. Najrozsądniej zachowywali się ci biedni i prości: od razu uznawali wojnę za nieszczęście, podczas gdy lepiej sytuowani nie posiadali się z radości, choć właśnie oni powinni znacznie wcześniej uświadamiać sobie, co to w konsekwencji oznacza.
To zresztą śmieszne, że źródłem nieszczęść świata tak często bywają ludzie niskiego wzrostu, o wiele energiczniejsi i bardziej kłótliwi niż wysocy.
Czy nie wszystko jedno, gdzie żyjemy? Wprawdzie w jednym miejscu jest wygodniej niż w innym, ale to nie ma znaczenia. Ważne jest tylko, jak się z życia korzysta.
Kto niczego nie oczekuje, ten nigdy nie będzie zawiedziony - i od tego należy wychodzić. Wtedy wszystko, co dostajemy, jest już małą nadwyżką.
Łap, co możesz, a klechy niech się martwią o resztę. Takie są moje zasady.
Proponuje, aby wypowiedzenie wojny było rodzajem święta ludowego z biletami wstępu i muzyką, jak w walkach byków. Po czym na arenie ministrowie i generałowie obu krajów, przybrani w spodenki kąpielowe i uzbrojeni w drągi, powinniby tłuc się wzajem. Kto pozostałby na placu, tego kraj zwyciężyłby. Byłoby to prostsze i właściwsze niż tutaj, gdzie walczą ludzie zupełnie wobec siebie obojętni.
Pierwszy raz w życiu był zakuty w kajdanki. Stalowe obręcze nie przeszkadzały mu specjalnie w chodzeniu. Wydawało mu się jednak, że oprócz rąk pętają coś więcej.
Nigdy nie było tylu fałszywych proroków, tylu kłamstw, tyle śmierci, zniszczenia i łez co w wieku dwudziestym, wieku postępu, techniki, cywilizacji, masowej kultury i masowego mordu.
Czy to nie dziwne, jaką etykietkę przypięto akurat nieszczęściu? Gdybyś zastała mnie bezsensownie pijanego, wszystko mieściłoby się w granicach stylu. Ja natomiast grałem w szachy i spałem, a to nie jest dowodem na moją brutalność i bezduszność.
- Marzeń nie trzeba ratować.
- Przeciwnie. Cóż innego ratować?
- Wiarę. Marzenia powstaną nowe.
Tylko nieliczni potrafią znieść wiedzę, że nie ma ani dobra, ani zła.
Dano nam światło i ono uczyniło z nas ludzi. My jednak zamordowaliśmy je i znów staliśmy się jaskiniowcami".
Diabeł nie jest kutrnogą, a nikt dotąd nie zaglądał papieżowi pod witaminę.
Bóg zawsze wygra. Gra z tobą, ale ma znaczone karty. Kto gra po to by wygrać, zawsze jest przegrany. Ale kto gra po to, by grać, tego kocha życie: Kto nie ma nic, do tego wszystko należy. Nie ma nic większego niż va banque ducha.
Żeby odbierać pieniądze, nie jest jeszcze dość bogaty!
Gdy kulturtragerzy Trzeciej Rzeszy rozłupali jego dziadkowi czaszkę, miał zaledwie trzy lata, gdy powiesili ojca — siedem i dziewięć, gdy zagazowali jego matkę. Był prawdziwym dzieckiem dwudziestego wieku.
Czy podział na wybitne i przeciętne jednostki nie ma w sobie czegoś z
rasistowskiej teorii nadludzi?
Jest w nas mocne, utajone uczucie, każdy je wyczuwa, nie trzeba mu wielu słów. łatwo mogło się wydarzyć, a nie siedzielibyśmy dzisiaj na naszych skrzyniach, diabelnie blisko byliśmy tej możliwości. I dlatego wszystko jest nowe i silne - czerwone maki i dobre jedzenie, papierosy i letni wiatr.
Czy jeszcze tego nie wiesz, że w naszej epoce niewinność jest przestępstwem, za które karze się najciężej?
Ziemia dla nikogo nie znaczy tyle, co dla żołnierza. Kiedy przyciska się do niej, długo, gwałtownie, kiedy głęboko twarzą i członkami ryje się w nią w śmiertelnej trwodze ognia, wtedy jest ona jedynym jego przyjacielem, jego bratem, jego matką, wjękuje swój lęk i swe krzyki w jej milczenie i w jej schron, ona przyjmuje je i znów go zwalnia na nowe dziesięć sekund biegu i życia, po czym chwyta go z powrotem, a niekiedy na zawsze.
Ziemio - ziemio - ziemio!
Ziemio - z twymi bruzdami, dziurami i zagłębieniami, w które można się rzucić, wkulić się, wcisnąć! Ziemio, w skurczu przerażenia, w rozprysku zagłady, w śmiertelnym wrzasku wybuchów dałaś nam bezmierną, powrotną falę odzyskanego życia! Obłędna burza postrzępionego prawie istnienia spłynęła w powrotnym prądzie do ciebie poprzez nasze dłonie, ocaleni grzebaliśmy się w tobie i w niemym, trwożnym szczęściu przebytej minuty kąsaliśmy ciebie naszymi ustami!
Nigdy nie okazano tyle wiary w cuda, jak w naszych czasach, kiedy nie ma już żadnych cudów.